Robert Skrzyński: żaden stadion nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia jak Santiago Bernabeu [WYWIAD]
Robert Skrzyński od lat komentuje najważniejsze wydarzenia piłkarskie z kraju i zagranicy na antenie CANAL+ Sport, a jako dziennikarz Radia Wrocław zna sport również z innej perspektywy: lokalnej. W rozmowie dla SportMarketing.pl opowiada o swojej miłości do futbolu, fascynacji piłką ręczną, dziennikarskich autorytetach, pracy m.in. z Adamem Szałą, emocjach związanych z komentowaniem meczów, dramatycznym wydarzeniu podczas spotkania Piasta Gliwice z Legią Warszawa oraz wyjątkowych doświadczeniach z meczów Ligi Mistrzów. Wspomina również wyjazdy na Santiago Bernabéu, Camp Nou czy do Rotterdamu i Pragi.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Zacznę od cytatu: „Od dziecka zakochany w piłce nożnej, choć w miarę upływu czasu zajęła ona drugie miejsce w hierarchii moich ulubionych dyscyplin sportowych. Czyli za piłką ręczną, a przed kolarstwem ”. Czy to zdanie jest aktualne? I czy fascynacja szczypiorniakiem wynika z miejsca urodzenia?
Robert Skrzyński, komentator CANAL+Sport i dziennikarz Radia Wrocław: – Urodziłem się w Kielcach, a skoro pokochałem sport, to było bardzo duże prawdopodobieństwo, że piłka ręczna będzie odgrywać ważną rolę w moim życiu. I rzeczywiście jest to dyscyplina, którą lubię najbardziej, chociażby ze względu na jej dynamikę, częste zmiany wyniku i emocji. Piłka ręczna faktycznie jest w mojej hierarchii sportów numerem jeden. Co prawda nie mam już z nią takiego kontaktu jak kiedyś. Przez siedem lat na antenie CANAL+ Sport transmitowaliśmy mecze Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych z udziałem polskich drużyn – zespołów z Kielc i Płocka. Jeździliśmy na mecze w Polsce, ale także na spotkania wyjazdowe. To są piękne wspomnienia: fantastyczni ludzie, z którymi pracowałem, świetni eksperci i współkomentatorzy.
Wymienię przede wszystkim Michała Matysika, ale także Sławomira Szmala, Grzegorza Tkaczyka, Jacka Będzikowskiego, Roberta Lisa czy Tomasza Rosińskiego. To była ogromna przyjemność i nie ukrywam, że trochę za tym tęsknię. Oczywiście rozumiem prawa rynku – jedna telewizja ma prawa do danych rozgrywek, później je traci, pojawia się inna – więc trzeba było się z tym pogodzić. Przez trzy lata transmitowaliśmy również spotkania Superligi piłkarzy ręcznych na antenie CANAL+ Sport. Było to więc połączenie piłki ręcznej na poziomie Ligi Mistrzów z rozgrywkami krajowymi. To również był bardzo fajny czas, który miło wspominam. Do tego dochodziły wyjazdy na turniej Final Four do Kolonii, gdzie dwukrotnie miałem możliwość komentowania wielkiego finału Ligi Mistrzów. Jeśli więc mam odpowiedzieć wprost, to piłka ręczna jest dla mnie sportem numer jeden, ale futbol znajduje się w tej hierarchii tuż za nią.
Grał pan również amatorsko w piłkę nożną. Była to wyłącznie pasja, czy jako młody człowiek wiązał pan z nią jakieś nadzieje?
– Grałem w piłkę, ale zdecydowanie hobbystycznie. Byłem wtedy bardzo młodym chłopakiem w małej miejscowości, z której pochodzę, w Górach Świętokrzyskich. Założyliśmy klub piłkarski i graliśmy najpierw w A-klasie, a później w okręgówce. Ten klub nazywał się Nidzianka, od nazwy rzeki przepływającej przez Makoszyn. To były fajne czasy chłopaka w liceum, który marzył, że może wkrótce uda się zaistnieć w jakiś sposób w piłce. Byłem bramkarzem. Bardzo szybko zorientowałem się jednak, że skala mojego talentu jest po prostu za mała i że nie powinienem wiązać przyszłości z grą w piłkę. Nie sądziłem wtedy jeszcze, że będę związany z futbolem poprzez komentowanie. To doświadczenie jest jednak pomocne. Mimo że grałem na bardzo niskim poziomie, pamiętam, jak pachnie boisko i jak od środka przeżywa się rywalizację. Oczywiście nie można tego porównywać z Ekstraklasą czy Ligą Mistrzów, ale cenię sobie tamten etap życia.
Przejdźmy do początków pracy w radiu. Dzisiaj wiele osób wysyła dziesiątki czy setki CV i nie dostaje odpowiedzi. Pan może chyba powiedzieć, że miał szczęście, skoro przyszedł pan do redakcji i od razu otrzymał szansę?
– W 2002 roku pojechałem do Kielc, które były wówczas moim miastem wojewódzkim, i stwierdziłem, że chciałbym spróbować swoich sił jako dziennikarz sportowy. Najbliżej przystanku, na którym wysiadłem, znajdował się budynek Radia Kielce, więc uznałem, że zacznę właśnie od radia. Wszedłem do redakcji, przedstawiłem się i powiedziałem, że chciałbym porozmawiać o stażu dla dziennikarza sportowego. Usłyszałem: „To zawołamy szefa”. Zszedł Włodzimierz Rezner – absolutna gwiazda dziennikarstwa radiowego, świetny sprawozdawca, głównie kolarstwa, który zmarł kilka tygodni temu. Bardzo przeżyłem tę śmierć.
Włodek chwilę ze mną porozmawiał: skąd jestem, czym się interesuję, dlaczego chcę to robić. I wtedy padły słowa, które wpłynęły na całe moje późniejsze życie zawodowe. Powiedział: „Zapraszam do redakcji. Zobaczymy, co pan potrafi”. To był poniedziałek i absolutny kosmos. Tamtego dnia dużo rozmawialiśmy, we wtorek próbowałem pisać teksty. W środę wziął mnie do studia radiowego i kazał najpierw wymyślić sobie i skomentować pięć minut meczu piłkarskiego. Potem przez kilka minut miałem komentować wyścig kolarski, który musiałem sobie wyobrazić. A na koniec musiałem opisać – pamiętam to do dziś, choć minęło tyle lat – pustą, wrześniową plażę w Sopocie.
To był rodzaj sprawdzianu dla mnie. W środę, po tym wszystkim, Włodek powiedział mi, że w sobotę jadę na mecz Ekstraklasy z bardziej doświadczonym kolegą, Kubą Rożkiem. On miał komentować więcej, ja mniej. To był mecz KSZO Ostrowiec – Górnik Zabrze. Górnik wygrał 2:1, dwie bramki zdobył Andrzej Niedzielan, a dla KSZO trafił Rafał Lasocki. Pamiętam, że byłem akurat na antenie, kiedy zespół z Ostrowca strzelił gola, i kompletnie nie wiedziałem, kto jest autorem trafienia. Gdyby Kuba nie pokazał mi długopisem na składzie, kto strzelił gola, pewnie bym tego nie powiedział. I to jest właśnie to szczęście do dobrych ludzi.
Później trafiłem na ludzi takich jak redaktor Henryk Urbaś i redaktor Cezary Gurjew w Programie 1 Polskiego Radia. Wreszcie do Wrocławia ściągnął mnie Tomasz Swędrowski, moim zdaniem najlepszy komentator siatkówki w naszym kraju. Fantastyczny człowiek, który dał mi szansę, kiedy dowiedział się, że jestem w Kielcach, ale jestem gotowy na zmiany w swoim życiu. Zaproponował mi przeprowadzkę na Dolny Śląsk. I tak zostałem we Wrocławiu na bardzo długo, z przerwą na Warszawę.
Zanim przejdziemy do telewizji, zostańmy jeszcze przy radiu. Jest pan jedną z nielicznych osób, które łączyły w ostatnich latach komentowanie meczów w telewizji i radiu. Andrzej Janisz jest jeszcze jednym z takich dziennikarzy. Jakie są różnice między tymi dwoma rodzajami komentowania? Dla laika wydaje się, że komentarz radiowy musi być znacznie bardziej szczegółowy i opisowy, gdyż słuchacz nie widzi tego, co dzieje się na boisku. Telewizyjny z kolei nie może być przegadany.
– U mnie okres przejścia z radia do telewizji wiązał się również z tym, że w radiu przejąłem coraz więcej funkcji administracyjnych, a zdecydowanie mniej antenowych. Od czasu do czasu nadal mam okazję poprowadzić audycję czy skomentować mecz. Ostatnio był to mecz Polska – Ukraina kilka miesięcy temu. Wcześniej były jednak rzeczy, z których jestem bardzo dumny i czuję się pod tym względem spełniony. Mam na myśli mecze reprezentacji Polski, ale również finał mistrzostw Europy w 2016 roku i finał mundialu w 2018 roku – wszystko ze stadionów, z Saint-Denis i Moskwy. Jeśli chodzi o różnice, są one zasadnicze. Kiedy przenosiłem się ze sprawozdawania radiowego do telewizji, musiałem nauczyć się mówić zdecydowanie mniej, by nie zagadać obrazu.

W radiu trzeba pamiętać, że słuchacz musi sobie wszystko wyobrazić, a może to zrobić tylko dzięki temu, że komentator często wskazuje, gdzie znajduje się piłka, podnosi głos, kiedy akcja zbliża się do pola karnego, dodaje, ile metrów zostało do pola karnego i czy jesteśmy po prawej, czy po lewej stronie boiska. To są niezwykle ważne niuanse, które pozwalają zobrazować kibicowi wydarzenia na boisku. W telewizji należy uważać, by nie zagadać obrazu. To było coś, z czym musiałem się zmierzyć, kiedy zaczynałem pracę telewizyjną. Musiałem nauczyć się mówić mniej. Ta droga jest zresztą dość naturalna. Wiele osób przeszło ją wcześniej, chociażby Dariusz Szpakowski, który zaczynał w Polskim Radiu, a później przeszedł do telewizji. Łatwiej nauczyć się mówić mniej niż przejść w drugą stronę – z komentarza telewizyjnego do sprawozdawczości radiowej – i nauczyć się mówić więcej. W telewizji, gdybym mówił za dużo, naraziłbym się po prostu na śmieszność. Nie można opisywać oczywistości, które każdy widz ma przed sobą na ekranie. Jeśli zawodnik zagrywa piłkę w prawo albo w lewo, widz to widzi, więc nie ma sensu, bym o tym mówił.
Trzeba również dać ludziom trochę pożyć atmosferą na stadionie. Czasami trzeba dać kilka sekund oddechu, by widz mógł usłyszeć, jak fantastycznie stadion reaguje na wydarzenia boiskowe. Jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: w telewizji obok komentatora znajduje się ekspert. Czas podczas transmisji trzeba więc podzielić między siebie i eksperta. Ja odpowiadam za to, co dzieje się na boisku i mówię, co się dzieje. Ekspert bardziej odpowiada na pytanie, dlaczego tak się dzieje. On również musi mieć swój czas podczas transmisji. W radiu mecze z reguły komentuje się pojedynczo. Czasami, przy większych wydarzeniach, na przykład spotkaniach reprezentacji, rzeczywiście robi się to w duecie. Mówi się jednak dużo więcej, dużo szybciej i po takim meczu człowiek jest naprawdę mocno zmęczony. Starsi dziennikarze radiowi powtarzali mi, że trzy sekundy ciszy to śmierć i że nie wolno do tego dopuścić. To również pokazuje różnicę między radiem a telewizją.
Komentarz radiowy musi być bardzo plastyczny. Pamiętam, że szefowie doradzali mi, żebym czytał na przykład namiętnie opisy przyrody w „Lalce”. Zastanawiałem się, dlaczego mam to robić. Chodziło o to, żeby mieć słownictwo, które kiedyś może się przydać podczas meczu. Nawet jeśli się wtedy uśmiechałem, wiedziałem, że w pewnym sensie mają rację. Były też takie ćwiczenia, że musiałem stanąć przed oknem, widzieć przed sobą parking z samochodami, na którym nic się nie działo, i przez pięć minut opowiadać o tym, co widzę. To również miało mnie przygotować do sytuacji, w której coś wydarzy się na boisku i trzeba będzie odpowiednio zareagować, nie mając problemu ze znalezieniem właściwych słów. Mało osób łączy te dwie specjalności. Dzisiaj zdecydowanie bardziej jestem kojarzony z komentowaniem meczów w telewizji, bo tak ułożyło się moje życie zawodowe. Do radia mam jednak nadal ogromny sentyment.
Właśnie dlatego chciałbym jeszcze zapytać o najbardziej prestiżowe wydarzenia, które obsługiwał pan w radiu. Podczas igrzysk olimpijskich w Londynie komentował pan kilka różnych dyscyplin. Czy było to jedno z największych wyzwań – konieczność bycia bardzo uniwersalnym?
– To były moje pierwsze igrzyska, które obsługiwałem jako dziennikarz radiowy. Kiedy jedzie się w ekipie radiowej na takie igrzyska, nie marudzi się i robi to, co trzeba. Jesteśmy na tych arenach, na których startują Polacy. Pamiętam, że komentowałem szermierkę, tenis, siatkówkę plażową, strzelectwo, pięciobój nowoczesny, a nawet gimnastykę artystyczną. To był czas, kiedy trzeba było się z tym wszystkim zmierzyć i odpowiednio przygotować.
Jeszcze przed wyjazdem rozmawiałem z polskimi zawodnikami startującymi w tych dyscyplinach. Mówili mi o różnych niuansach. Przed igrzyskami wiedziałem już, jakie dyscypliny będę relacjonował, więc było to rzeczywiście duże wyzwanie. To doświadczenie przydało mi się później również podczas letnich igrzysk w Tokio i zimowych igrzysk w Pekinie. Tam pojawiały się zupełnie inne dyscypliny, także takie, z którymi na co dzień się nie stykam. Zawsze starałem się oglądać rywalizację w dyscyplinach, które miałem relacjonować. Szukałem kontaktu do kogoś, kto mógłby pomóc mi je zrozumieć – zawodników, trenerów. Reagowali bardzo ciepło, spokojnie tłumaczyli mi wszystko, o co chodzi, żebym miał komfort, że jadąc na takie wydarzenie, jestem przygotowany najlepiej, jak mogę.
Ogromnym wyzwaniem były również ceremonie zamknięcia igrzysk?
– Owszem. Podczas letnich igrzysk w Tokio i zimowych w Pekinie miałem przyjemność je relacjonować. To nie jest stricte wydarzenie sportowe, podczas którego odbywa się rywalizacja, lecz wydarzenie z pogranicza sportu i kultury. Dlatego trzeba również poznać historię kraju i dowiedzieć się różnych rzeczy wcześniej.
Problem polega na tym, że scenariusz ceremonii zamknięcia otrzymuje się tak naprawdę niedługo przed samą ceremonią, już na miejscu. Na przygotowanie się do historycznych czy kulturowych aspektów nie ma wtedy zbyt wiele czasu. Oczywiście były też finały mistrzostw Europy i świata w piłce nożnej oraz finały mistrzostw Europy i świata w piłce ręcznej. Tutaj było trochę łatwiej, bo te dyscypliny znam od podszewki.
Zaciekawiło mnie też kolarstwo w pana przypadku. Rozmawiałem o specyfice tej dyscypliny między innymi z Tomaszem Jarońskim, Piotrem Sobczyńskim, Igorem Błachutem, Adamem Proboszem i Czesławem Langiem. Czy obserwuje pan uważnie nie tylko rywalizację sportową, ale również całą otoczkę, krajobrazy i wszystko, co czyni kolarstwo tak atrakcyjnym widowiskiem?
– Kolarstwo faktycznie jest u mnie na trzecim miejscu, jeśli chodzi o sportowe zainteresowania. Wzięło się to bezpośrednio od mojego pierwszego szefa w radiu, który zajmował się kolarstwem i trochę mnie tym zaraził. Później doszli fantastyczni ludzie związani z tą dyscypliną, których spotkałem i których spotykam do tej pory. Ukoronowaniem tego wszystkiego było chyba to, że podczas igrzysk w Tokio, pod słynną górą Fuji, mogłem komentować cały wyścig ze startu wspólnego.
To było dla mnie ogromne wydarzenie. Kolarstwo jest bardzo wdzięczną dyscypliną sportu, bardzo dobrze się je relacjonuje, ale jednocześnie wymaga ogromnego przygotowania.
Teoretycznie można powiedzieć, że w peletonie często nic się nie dzieje. Trzeba jednak dostrzec, że mają miejsce ciekawe wydarzenia i że za chwilę może nastąpić ucieczka. Trzeba analizować sytuację, szczególnie przy wyścigach wieloetapowych, takich jak Tour de Pologne. Trzeba również mieć informacje dotyczące poszczególnych miast, miasteczek i fragmentów trasy, przez które przejeżdżają zawodnicy. To bardzo wdzięczna dyscyplina i daje dziennikarzowi ogromną satysfakcję.
To przejdźmy teraz do telewizji.
– Telewizja również zaczęła się od ludzi, którzy nie bali się na mnie postawić. Zaczęło się od Janusza Basałaja i Orange Sport, a później, głównie za sprawą Tomka Smokowskiego, przeszedłem do CANAL+. W CANAL+ również zawsze mogłem liczyć na dobrych ludzi, którzy dali mi szansę i pozwolili ugruntować swoją pozycję na rynku medialnym. Jestem ogromnie wdzięczny Michałowi Kołodziejczykowi, mojemu obecnemu szefowi. To szef wyrozumiały, który bardzo interesuje się warunkami naszej pracy i tym, jak pracujemy. Stara się stworzyć takie warunki, by pracowało nam się jak najlepiej.
Odnosząc się również do Marcina Rosłonia i Piotra Małkowskiego, mogę powiedzieć, że z całą pewnością jestem bardzo zadowolony z szefostwa. I życzę każdemu młodemu dziennikarzowi właśnie tego, o co pan pytał – żeby dostał szansę. Później trzeba dołożyć wszelkich starań, by tę szansę wykorzystać. Zależy to od wielu czynników: naturalnych zdolności, ale także pracowitości. Kiedyś, po dłuższym czasie, spotkałem Włodka Reznera, kiedy byliśmy już na „ty”, i powiedziałem mu: „Włodek, ja ci się nigdy nie odwdzięczę za to, co dla mnie zrobiłeś”. A on spojrzał na mnie i powiedział: „Robert, ja nie potrzebuję od ciebie żadnej wdzięczności. Pamiętaj tylko, że jeśli kiedyś będziesz miał możliwość o czymś decydować albo dać komuś młodemu szansę, to dawaj te szanse”. To jest właśnie ten rodzaj wdzięczności za to, że zostałem tak przyjęty przez środowisko dziennikarskie. To coś pięknego, z czym Włodek mnie zostawił i co staram się realizować w życiu.
W CANAL+, analizując obsady komentatorskie, można mówić o swego rodzaju regionalizacji. Michał Trela, z którym rozmawiałem dwa lata temu, określał w ten sposób sytuację, w której dziennikarz CANAL+, nie mieszkając w Warszawie, częściej relacjonuje mecze w regionie, do którego ma najbliżej. W pana przypadku początkowo siłą rzeczy były to zatem głównie spotkania Śląska Wrocław i Zagłębia Lubin. W ostatnich latach dochodzą mecze np. w Łodzi, Warszawie, ale nadal sporo jest spotkań na Dolnym Śląsku i w Wielkopolsce, czyli mówimy o całej ścianie zachodniej. Czy docenia pan również to, że w ostatnich dwóch latach mógł skomentować mecze kończące sezon w Poznaniu i mistrzowską fetę Lecha na Bułgarskiej? Wydaje się, że zaskarbił pan sobie sympatię wielu kibiców Kolejorza. I jeszcze kwestia lokalnych dziennikarzy, którzy na ogół są kibicami miejscowych drużyn. Radosław Nawrot mówił mi, że jest kibicem Lecha, choć krytycznie myślącym. Czy pracując w ogólnopolskiej telewizji, ma pan emocjonalny stosunek do drużyn? Mariusz Wróblewski, wieloletni dziennikarz CANAL+ mieszkający w Wielkopolsce, mówił swego czasu, że ma słabość do piłkarzy, a nie do drużyn. Jak jest w pana przypadku?
– Kiedyś, gdy relacjonowałem mecze dla radia, najczęściej było to radio regionalne – wcześniej Radio Kielce, później Radio Wrocław. Wtedy drużyny z regionu były naszymi drużynami. Cieszyłem się, kiedy strzelały gole, i smuciłem, kiedy je traciły. Na antenie również. Kiedy relacjonuje się mecz reprezentacji Polski albo występy polskich drużyn w europejskich pucharach, również można sobie na to pozwolić, natomiast nigdy i pod żadnym pozorem nie można tego robić, kiedy relacjonuje się mecz dwóch zespołów w Ekstraklasie. Kibice jednej i drugiej drużyny tak samo oglądają i przeżywają to spotkanie, niezależnie od tego, gdzie mieszkam i skąd jestem.
Na początku mojej pracy w CANAL+ rzeczywiście było więcej meczów z regionu. Bywały sezony, kiedy oprócz Śląska Wrocław i Zagłębia Lubin w Ekstraklasie występowała również Miedź Legnica. Żartowałem wtedy, że właściwie mógłbym się poza Dolny Śląsk nie ruszać. Ale to nie jest dobre, kiedy kibice kojarzą, że jeśli włączą mecz we Wrocławiu czy Lubinie, zawsze słyszą tylko Skrzyńskiego. Na szczęście moi przełożeni w CANAL+ doskonale o tym wiedzą i starają się to rotować.
Oczywiście z powodów logistycznych wygodniej jest, kiedy zrobię mecz w Lubinie, niż kiedy mam jechać do Białegostoku. Łatwiej zrobić mecz we Wrocławiu niż w Lublinie. To jest zrozumiałe i trzeba brać to pod uwagę. Prawda jest jednak taka, że w ostatnich latach nie czuję się już tak przywiązany do drużyn z Dolnego Śląska, jeśli chodzi o komentowanie ich meczów w telewizji. To, jakie spotkania komentuję, pokazuje, że bardzo często jestem poza Dolnym Śląskiem. W ubiegłym sezonie rzeczywiście było mnóstwo meczów Lecha Poznań. Komentowałem ich naprawdę dużo, a był to przecież mistrzowski sezon tej drużyny.
Nurtuje mnie, jaka jest geneza tej sympatii kibiców Lecha do pana.
– Zaczęło się chyba od pamiętnego meczu w Gliwicach, kiedy Mikael Isak strzelił gola po rzucie rożnym. Ta bramka de facto torowała Lechowi drogę do mistrzostwa Polski. Kiedy wykrzyczałem: „Król Mikael Isak!”, pojawiła się przychylność ze strony kibiców Lecha. Doświadczam jej również, kiedy pojawiam się w Poznaniu. Jestem tam rozpoznawany. Zresztą od tamtej pory z Mikaelem Isakiem uśmiechamy się do siebie i zawsze wymieniamy kilka zdań przed meczem.

Kiedy jednak jadę na spotkanie, staram się wybić sobie z głowy myśl, że któraś drużyna może być mi w jakikolwiek sposób bliższa. Cały czas pamiętam, że to spotkanie oglądają kibice obu zespołów. Nie będę kłamał: kiedy siedzę w fotelu i oglądam mecze, nie wszystkie drużyny są dla mnie dokładnie takie same. Chociażby ze względu na styl gry preferuję zespoły grające ofensywnie, które starają się stwarzać sytuacje i zdobywać bramki, a nie te, które przede wszystkim się bronią i szukają okazji do kontrataku.
Jednak w momencie, kiedy zakładam słuchawki i hełmofon komentatorski, nie ma o tym mowy. Byłbym niesprawiedliwy wobec kibiców, gdybym manifestował kibicowskie sympatie w trakcie transmisji, a jakiekolwiek trzymanie za jedną ze stron byłoby słyszalne w telewizji. To oznaczałoby, że nie powinienem tego robić. Bardzo o tym pamiętam i bardzo tego pilnuję. Jest to jedno z moich podstawowych założeń przez te lata pracy w CANAL+.
Kończąc wątek regionalizacji, domyślam się, że poniekąd ona sprawia, że stworzył pan duet z Adamem Szałą, jednym z ekspertów z nowej fali. Jak wygląda współpraca z ekspertami?
– Z ekspertami również czasami pracujemy regionalnie. Przez wiele lat komentowałem mnóstwo meczów – jeszcze wcześniej w Orange Sport z Januszem Kudybą, a w CANAL+ między innymi z obecnym prezesem Śląska Wrocław, Remigiuszem Jezierskim. Teraz jest bardzo różnie i to dobrze, bo uważam, że powinniśmy komentować mecze z różnymi ekspertami. Fajnie jest nie przyzwyczajać się do jednej osoby, z którą zawsze komentuje się podobnie albo w ten sam sposób. To jest trochę tak jak z tym, o czym mówiłem wcześniej – nie warto komentować wyłącznie meczów tej samej drużyny. Po trzech czy czterech spotkaniach człowiek zaczyna się zastanawiać: „Co ja jeszcze mogę nowego powiedzieć?”. A może ciekawsze i świeższe spojrzenie kogoś innego byłoby po prostu bardziej odpowiednie.
A z Adamem Szałą komentuje się mecze kapitalnie. Adam jest trenerem z wykształceniem trenerskim, trenerem klasy UEFA Pro. Jego spojrzenie na piłkę jest inne niż byłych zawodników czy dziennikarzy. Ponadto Adam doskonale wie, kiedy powinien włączyć się do narracji i na czym polega jego praca. Mecze komentowane z Adamem to ogromna przyjemność. Podobnie zresztą jak z ogromną większością osób, z którymi pracuję. Adam jest fantastycznym człowiekiem, z którym dobrze spędza się czas także po meczu, szczególnie kiedy następnego dnia jedziemy na kolejne spotkanie. Czasami komentujemy przecież po dwa mecze w weekend.
To również jest bardzo ważne, by umieć spędzać ze sobą czas po meczach. Jeśli jest chemia, dużo ze sobą rozmawiamy, podobnie jest na stanowisku komentatorskim. Wtedy wszystko staje się łatwiejsze. Z pracy, która przecież pozostaje pracą, staje się przyjemność. To jest chyba najpiękniejsze – jeśli można robić to, co się lubi, ktoś jeszcze za to płaci, a człowiek, może poza logistyką, kiedy czasami trzeba wcześnie rano wstać i gdzieś dojechać, kompletnie nie czuje zmęczenia. Tylko ma wielką frajdę z tego, co się dzieje. To jest chyba najpiękniejsze, co może nas spotkać, i każdemu tego życzę.
Jest pan za pan brat z polską piłką od wielu lat. Jednak jestem ciekaw, czy niedawne spotkanie w Gliwicach Piast-Legia, gdy zasłabł kibic, było dla pana najtrudniejszym przeżyciem w roli komentatora.
– To było ogromnie trudne wyzwanie. Czasami myślę o tym, że skomentowałem w życiu setki meczów. Tych spotkań w Ekstraklasie, skomentowanych przez lata w Orange Sport i CANAL+, było około tysiąca. Wydawało mi się więc, że już wszystko widziałem. A jednak w Gliwicach byłem świadkiem dramatycznych chwil. Gra nagle została przerwana. Dostawaliśmy informacje, że kibic na trybunach jest reanimowany. Nagle na stadionie zapadła przejmująca cisza. Ja, na stanowisku komentatorskim, musiałem podjąć decyzję, co z tym zrobić.
Moim współkomentatorem był wtedy Marcin Baszczyński. Nie mieliśmy momentu zawahania. Stwierdziliśmy, że zastanawianie się, ile potrwa przerwa, byłoby ogromnym błędem ze strony komentatora. Nie mogłem tego zrobić. Bardzo szybko postawiłem sprawę jasno i powiedziałem: „Pozwolą państwo, że nie będziemy opowiadać o tym, co dzieje się na boisku, bo nie ma nic ważniejszego od ludzkiego życia”.
Tak to zostawiliśmy. Nasz reporter Jan Kałucki przekazywał na bieżąco komunikaty. Podtrzymuję zdanie, że postąpiliśmy właściwie i zachowaliśmy się godnie. Kibice również to zrozumieli. Kiedy piłkarze wrócili na boisko, zastrzegłem, że będziemy relacjonować to, co się dzieje, ale bez entuzjazmu. Nie zmienił tego nawet gol dla Piasta w doliczonym czasie gry. To wcale nie było tak, że przeżywałem bramkę dla Legii, a nie ekscytowałem się golem dla Piasta. Okoliczności sprawiły, że przekazanie informacji o golu dla Legii, a później o golu dla Piasta, było dwiema zupełnie innymi sprawami.
Na szczęście ogromna większość ludzi przyjęła to ze zrozumieniem. Gdybym miał jeszcze raz znaleźć się w takiej sytuacji, zachowałbym się tak samo. Oczywiście należy mieć nadzieję, że już nigdy do tego nie dojdzie. Wtedy, pracując w Gliwicach, utwierdziłem się w przekonaniu, że choć staram się być przygotowany na wszystko, takie sytuacje siłą rzeczy zaskakują.
Na koniec zostawiłem wątek dotyczący Champions League. Co było większym wyzwaniem: mecz Realu Madryt na Santiago Bernabéu, szczególnie że sympatyzuje pan z ekipą Królewskich, czy spotkania z udziałem Polaków, takich jak Jakub Moder czy Robert Lewandowski?
– Przede wszystkim nie ukrywam, że Liga Mistrzów to wisienka na torcie. To są mecze, na które się czeka i które z przyjemnością się komentuje. Niemniej, wymagają one również ogromu czasu i przygotowania. Komentuję mecze z Warszawy, z kabiny komentatorskiej, ale zdarzają się również wyjazdy na stadion. To jest crème de la crème dla każdego komentatora.

W pierwszym sezonie po powrocie Ligi Mistrzów do CANAL+ byłem na stadionie w Rotterdamie, by skomentować mecz Feyenoordu z Milanem. Kolejnym niezapomnianym wyjazdem była wyprawa do Hiszpanii na dwa mecze: Barcelona – Eintracht Frankfurt i Real Madryt – Manchester City. Niedługo później, w styczniu, w Pradze komentowałem rywalizację Slavii z Barceloną. To ogromne wydarzenia. Jest przy nich bardzo dużo pracy, której widz może nie dostrzegać. Tuż po śniadaniu planujemy, co będziemy robić. Później są łączenia z różnymi programami, rozmowy, dyskusje, analizy. Następnie praca na samym stadionie: zobaczenie szatni, zdobycie składów, przygotowanie stanowiska komentatorskiego.

A nawet po skomentowanym meczu trzeba przeprowadzić wywiady i zrobić podsumowanie, by osoby pracujące w Polsce miały po naszym wyjeździe dodatkowe materiały, które będą mogły wykorzystać. Nie będę kłamał. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że do Realu zawsze było mi blisko. To jeden z moich ulubionych klubów. Wtedy Królewscy doznali porażki. Jednak, podobnie jak w Ekstraklasie, nie mogłem dać po sobie poznać, komu darzę sympatią.

W każdym razie Santiago Bernabéu robi niesamowite, kolosalne wrażenie. Ten stadion zachwycił mnie najbardziej ze wszystkich obiektów piłkarskich, na których byłem przez lata. To spełnienie dziecięcych marzeń. Camp Nou, w momencie przebudowy, nie oczarowało mnie do tego stopnia, natomiast to, co działo się w Madrycie, było nadzwyczajne. Faktycznie, starcie futbolowych potęg Real – City stawiam najwyżej na mojej dziennikarskiej półce. Cieszę się również, że moi szefowie, którzy decydowali o obsadzie komentatorskiej, dali mi taką szansę. Jestem im niezmiernie wdzięczny za tę przygodę i na pewno pozostanę do końca życia…

Bartłomiej Najtkowski
Więcej Zawód: Dziennikarz Sportowy
Piotr Sobczyński: nie ma czegoś takiego, jak dziennikarz sportowy, jest po prostu dziennikarz [WYWIAD]
Piotr Sobczyński, wieloletni dziennikarz Telewizji Polskiej, w wywiadzie dla SportMarketing.pl wspomina początki swojej pracy, czasy, gdy łyżwiarstwo figurowe było telewizyjnym hitem. Opowiada o komentowaniu hokeja na trawie, biathlonu i koszykówki, a także o pracy na igrzyskach olimpijskich, mundialu, Tour de Pologne i ceremoniach losowania wielkich turniejów. Przygląda się również zmianom,…