10.09.2026 08:21

Piotr Sobczyński: nie ma czegoś takiego, jak dziennikarz sportowy, jest po prostu dziennikarz [WYWIAD]

Piotr Sobczyński, wieloletni dziennikarz Telewizji Polskiej, w wywiadzie dla SportMarketing.pl wspomina początki swojej pracy, czasy, gdy łyżwiarstwo figurowe było telewizyjnym hitem. Opowiada o komentowaniu hokeja na trawie, biathlonu i koszykówki, a także o pracy na igrzyskach olimpijskich, mundialu, Tour de Pologne i ceremoniach losowania wielkich turniejów. Przygląda się również zmianom, jakie zaszły w polskim sporcie i jego obecności w mediach. Dlaczego zniknęli zawodnicy, którzy kiedyś stanowili o sile polskiego łyżwiarstwa figurowego? Co sprawiło, że hokej na trawie nie wykorzystał potencjału, choć jeszcze na początku XXI wieku potrafiliśmy przeciwstawić się Belgii? I dlaczego w Polsce był boom na Justynę Kowalczyk, a niekoniecznie na biegi narciarskie? Nasz rozmówca wyjaśnia także, z jakiego powodu sama znajomość sportu nie wystarczy, by dobrze go komentować.

Piotr Sobczyński: nie ma czegoś takiego, jak dziennikarz sportowy, jest po prostu dziennikarz [WYWIAD]
Autor zdjęcia: PressFocus
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Gdy uczestniczył pan w rekrutacji do Telewizji Polskiej, nacisk był kładziony na to, by dziennikarze byli uniwersalni, wszechstronni?

Piotr Sobczyński, dziennikarz TVP Sport: – Przede wszystkim hołduję poglądowi, że zawód dziennikarza jest jeden, natomiast potem pojawiają się różne specjalizacje. Wychodzę z założenia, że dziennikarz powinien być gotowy na różne wyzwania. Nie ma czegoś takiego jak dziennikarz sportowy, jest po prostu dziennikarz, który zajmuje się między innymi sportem.

Zatem trzeba być przygotowanym ogólnie, a nie tylko znać wyniki i opierać się na własnych wspomnieniach z zawodów sportowych. To jest trochę za mało. I rzeczywiście w naborze, w którym się znalazłem, autorzy zestawu pytań, który był pierwszym etapem rekrutacji, mieli podobne przeświadczenie. Oprócz tego, że trzeba było coś wiedzieć o sporcie, należało się także wykazać wiedzą ogólną. No i tak zostało. To się zresztą przydaje nawet wtedy, kiedy mamy do czynienia z wydarzeniami czysto sportowymi. Przy wyścigu kolarskim bardzo dobrze jest wiedzieć, którędy jadą kolarze, co znajduje się przy trasie i z czym się to wiąże. To wszystko pozwala znacznie lepiej opowiadać o wydarzeniu.

Niejednokrotnie oglądając i czytając wywiady ze znanymi komentatorami, słyszałem o karcie mikrofonowej, która przed laty była warunkiem wejścia do tego zawodu. Pan z pewnością może powiedzieć o tym więcej.

– Rzeczywiście zdawałem taki egzamin i miałem taką kartę. Właściwie nadal ją mam, bo została wystawiona bezterminowo. Komisja, która prowadziła ze mną tę rozmowę, nabrała przekonania, że nie zawiodę zaufania i, krótko mówiąc, jestem gotowy, by ten zawód wykonywać. Dzisiaj raz na jakiś czas takie komisje znowu się zbierają i młodsi koledzy też mają z nimi przyjemność.

W pana przypadku owa uniwersalność przydała się także poza sportem. Mam na myśli choćby pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski. Proszę zdradzić kulisy.

– Już panu mówię, jak do tego doszło. Ówczesny szef redakcji katolickiej, ksiądz Krzysztof Ołdakowski, który sam jest radiowcem, ale pracował także w telewizji jako szef redakcji katolickiej, doszedł do wniosku, że ludzie, którzy mają do czynienia z wielkimi wydarzeniami sportowymi, a zwłaszcza z wielkimi widowiskami, na przykład z otwarciem igrzysk olimpijskich, poradzą sobie również w przypadku wielkich zgromadzeń religijnych.

Myślę, że zaproponował to zadanie mnie i Przemkowi Babiarzowi prawdopodobnie dlatego, że wiedział również, iż obaj jesteśmy wierzącymi katolikami. Nie będzie to więc dla nas coś zupełnie egzotycznego, o czym nie mamy pojęcia, tylko coś, z czego sami wyrastamy i z czym się utożsamiamy.

A przy okazji rozmiar tych wydarzeń był naprawdę imponujący. Mówimy przecież o wielusettysięcznych tłumach, które gromadziły się podczas niektórych uroczystości. Jednocześnie proszę zwrócić uwagę, że były to zarówno wydarzenia z rozmachem, takie jak msza na Placu Piłsudskiego w Warszawie, jak i znacznie mniejsze, kameralne. Mam w pamięci na przykład spotkanie ze światem nauki czy wizytę na Cmentarzu Poległych w Radzyminie. We wszystkich tych przypadkach myślę, że nie zawiedliśmy oczekiwań księdza Ołdakowskiego i wiedzieliśmy, jak sobie z tym poradzić.

Później pojawiły się również Światowe Dni Młodzieży?

– Nie pamiętam dokładnie, jak było ze Światowymi Dniami Młodzieży i nie pamiętam, o których Światowych Dniach Młodzieży pan mówi.

O tych, podczas których do Polski przybył papież Franciszek.

– Wtedy termin Światowych Dni Młodzieży zbiegał się z terminem Tour de Pologne, więc wydaje mi się, że nie byłem zaangażowany w bezpośrednie relacjonowanie tego wydarzenia. Jedyną formą mojego zaangażowania było to, że jeden z etapów Tour de Pologne startował z wielkiego placu w Brzegach, gdzie kilka dni później miała zostać odprawiona przez papieża msza dla młodych ludzi, czyli kulminacja całego wydarzenia.

Kojarzę pana również z koronacją Karola III. Czy relacjonowanie tak doniosłego wydarzenia państwowego wynikało z pana dogłębnej znajomości kultury i historii Wielkiej Brytanii?

– Owszem. Z zamiłowania jestem anglistą, a trochę również z wykształcenia. W tym sensie, że opanowałem ten język i poznałem kulturę brytyjską dosyć dobrze przy różnych okazjach. Potwierdza to między innymi wartościowy certyfikat. Na początku swojej drogi zawodowej byłem zarówno lektorem języka angielskiego, jak i tłumaczem anglojęzycznej literatury. Wprawdzie nie chodziło wtedy o sprawy monarchii brytyjskiej, aczkolwiek te wątki również niekiedy się przewijały. Myślę więc, że byłem merytorycznie przygotowany do prowadzenia studia przy samej uroczystości koronacyjnej.

To było wydarzenie wyjątkowe również dlatego, że koronacje zdarzają się niezwykle rzadko.

– Rzeczywiście. Poprzedniczka Karola III, jego matka Elżbieta II, była koronowana na początku lat 50., więc trzeba było naprawdę długo czekać. Niektórzy nawet nie doczekali kolejnej koronacji królewskiej w Anglii.

A propos szerokich horyzontów, Włodzimierz Szaranowicz wiele razy opowiadał z erudycją o krajach, które gościły olimpijczyków. Pan również miał okazję komentować ceremonie otwarcia i zamknięcia igrzysk. To było ogromne wyzwanie?

– Oczywiście, zarazem wspominam to jak najlepiej. To są wspaniałe wyzwania, a jednocześnie wielkie rzeczy, kiedy można być na miejscu i widzieć na własne oczy jedne z najbardziej spektakularnych widowisk, jakie w tej chwili są produkowane. Jestem bardzo wdzięczny Włodzimierzowi Szaranowiczowi, że w pewnym momencie zgodził się na naszą współpracę. Pierwszy raz wspólnie usiedliśmy do komentowania otwarcia igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 roku.

Zasiadaliśmy zwykle we trójkę, bo tym trzecim był również Przemysław Babiarz. Bardzo dobrze nam się pracowało przez szereg lat i przy wielu wydarzeniach. Czasem byliśmy w komplecie, czasem występowaliśmy we dwóch, w różnych konfiguracjach i przy różnych okazjach. Trwało to do 2018 roku, czyli do zimowych igrzysk olimpijskich w Pjongczangu. Później, ze względu na nieco przedwczesną emeryturę Włodka Szaranowicza, kolejne igrzyska były już robione w innym układzie, natomiast podczas ostatnich zimowych igrzysk, Milano-Cortina, znowu miałem zaszczyt komentowania zarówno ceremonii otwarcia, jak i zamknięcia, tym razem z Markiem Rudzińskim.

Wspomniał pan o wielkich wydarzeniach. Przejdźmy do futbolu, w TVP Sport w ostatnich latach nie zajmuje się pan nim często. Niemniej, podczas ostatniego mundialu prowadził pan regularnie poranne programy. I pewnie będziemy zgodni, że ten turniej jest wyjątkowy nie tylko ze względu na poziom piłkarski, ale również konteksty kulturowe, społeczne czy geopolityczne.

– Zgadza się. Miałem raz w trakcie mojej pracy w TVP Sport okazję być na mundialu i to na całym: od otwarcia aż do meczu finałowego. Chodzi o turniej w Niemczech w 2006 roku, kiedy byłem takim podróżującym reporterem. Podróżowałem po różnych stadionach, odwiedzałem obozy treningowe różnych drużyn. To było bardzo cenne doświadczenie, bo zjeździłem naprawdę kawał kraju.

Wszystko zaczęło się od meczu otwarcia w Monachium, gdzie udało nam się dotrzeć, być na trybunach, a potem zajrzeć po meczu za kulisy. Następnie przez bardzo wiele miejsc i stadionów, ale również ośrodków treningowych, przewijaliśmy się aż do finału. Wisienką na torcie był mecz finałowy w Berlinie, słynna akcja Zinedine’a Zidane’a, spięcie z Marco Materazzim i tak dalej. Krótko mówiąc, był to mundial kompletny. Widziałem wszystko od podszewki i myślę, że daje mi to doskonałą orientację w tym, jak taki turniej wygląda.

Nawet cieszę się, że wtedy odbywało się to na nieco mniejszą skalę niż obecnie. Kiedy niedawny mundial był rozgrywany w trzech krajach, na olbrzymim obszarze, moim zdaniem bardzo trudno było poznać jego smak tak samo, jak ja poznałem go dwie dekady temu. Było to po prostu fizycznie niemożliwe: za dużo podróży, za duże dystanse, za duże rozproszenie i za dużo drużyn.

Z drugiej strony można powiedzieć, że obecny format daje szansę reprezentacjom z krajów, które wcześniej praktycznie nie miały możliwości zaistnienia na mundialu.

– Przede wszystkim muszę jeszcze raz podkreślić, że mundial nie powinien być rozgrywany na tak ogromnych obszarach, by nie było takich odległości. Proszę zwrócić uwagę, że z jednej strony mamy rozproszenie, które de facto uniemożliwia pojedynczej osobie ogarnięcie całości. Z drugiej strony dopuszczone do udziału są różne, egzotyczne kraje, które oczywiście bardzo się starają, by zaistnieć, pokazać się i odpaść jak najpóźniej. Wiadomo, że nie zostają mistrzami świata i pewnie jeszcze długo nie zostaną.

Mieliśmy przecież choćby historię reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka, bardzo romantyczną. Są więc również pozytywy.

– To jest trochę takie alibi. Na igrzyskach olimpijskich także pojawia się wątek masowego udziału, ale jest to margines. Jest to raczej zasłona przed tym, że tak naprawdę mamy imprezę dla wytrawnych zawodowców. To oni są w centrum uwagi i zdobywają trofea. Cała reszta, czyli zawodnicy z egzotycznych, małych krajów, w tych dyscyplinach, w których kwoty startowe dopuszczają taką możliwość, jest raczej ciekawostką.

Czasem ktoś poprzez mistrzostwa kontynentalne albo jeszcze bardziej okrężną drogą znajduje się na liście startowej. W pływaniu zdarzały się nawet przypadki zawodników, którzy mieli spory problem, by utrzymać się na powierzchni i nie utonąć na danym dystansie… To oczywiście może budzić politowanie, ale jest raczej kolorytem, który MKOl stara się zapewnić, by zawsze mieć argument, że udział w igrzyskach jest masowy. Moim zdaniem już dawno tak nie jest.

Twierdzenie, że również w sporcie wielkie imprezy są poniekąd związane z polityką, jest dziś pewnie truizmem? Mam wrażenie, że słabną wpływy Europy, a światowe federacje zabiegają o względy państw Globalnego Południa. Wydaje się, że jest to czysty pragmatyzm.

– Istotnie. Sport na najwyższym poziomie w dużej mierze opiera się na różnego rodzaju konfiguracjach wyborczych, można to nazwać konfiguracjami politycznymi w tym sensie, że chodzi o władzę w danej organizacji, czy to w FIFA, czy w MKOl-u. Oczywiście jest to pochodna takich zjawisk.

Wielokrotnie komentował pan także ceremonie losowania. Z czasem stało się to wręcz pana specjalnością. Domyślam się, że ze szczególnym sentymentem wraca pan myślami do współprowadzenia losowania przed polsko-ukraińskimi finałami mistrzostw Europy.

– Przy EURO 2012 byłem od samego początku, czyli od posiedzenia w Dublinie, podczas którego ogłoszono, że Polska i Ukraina będą organizatorami. To był 2007 rok. Wtedy ze studia w Warszawie dostałem zadanie komentowania ceremonii ogłoszenia gospodarza. Potem w Polsce organizowane były mistrzostwa Europy w koszykówce, do których również mieliśmy losowanie. Odbywało się ono w Warszawie. Do prowadzenia tego losowania zaprosił mnie Polski Związek Koszykówki. Najwyraźniej sobie poradziłem, bo ktoś to zobaczył, powiedział komuś innemu i złożono mi propozycję poprowadzenia losowania grup eliminacyjnych EURO 2012 w Sali Kongresowej.

Moją współprowadzącą była przedstawicielka Ukrainy. Kiedy rok później odbywało się już losowanie grup finałowych turnieju, w Kijowie, znowu UEFA, bo to UEFA jest głównym organizatorem tych wydarzeń, zaakceptowała mnie jako kandydata na prowadzącego. Taką propozycję oczywiście z radością przyjąłem. Prowadziłem więc zarówno losowanie grup eliminacyjnych, jak i losowanie grup turnieju finałowego. Kiedy turniej się kończył i w Warszawie rozgrywano mecz półfinałowy, słynne spotkanie Niemcy–Włochy, byłem na Stadionie Narodowym. Miałem też przywilej przeprowadzenia krótkiej, podsumowującej rozmowy z ówczesnym szefem UEFA, Michelem Platinim.

Czy patrząc z perspektywy komentatora, uważa pan wielkie imprezy sportowe za ważne narzędzie promocji kraju? Wydaje się, że Tour de Pologne jest elementem soft power Polski.

– Na pewno jest to wspaniała platforma do promocji kraju. Takie wydarzenia oznaczają stopniową poprawę infrastruktury w Polsce: dróg, hoteli, a także różnych atrakcji turystycznych. Jeżeli można przy okazji pokazać coś, czego do tej pory szeroko nie udało się dostrzec czy wypromować, robię to z wielką radością. Od jakiegoś czasu w takie przedsięwzięcia angażuje się również Polska Organizacja Turystyczna i bardzo harmonijnie współpracujemy.

Można powiedzieć, że Tour de Pologne nie ma przed panem tajemnic. Jest to jedna z imprez, której komentowanie daje panu największą satysfakcję?

– Zdecydowanie. Do ekipy pracującej przy Tour de Pologne dołączyłem w 2005 roku, czyli w momencie, kiedy wyścig wszedł do cyklu Pro Tour. Tak to się początkowo nazywało, a dzisiaj jest to World Tour. Jestem przy tym wyścigu nieprzerwanie i bardzo mnie to raduje. Mamy swoje dodatkowe projekty. Oprócz tego, że jest wyścig i jego treść sportowa, staramy się pokazywać również wszystko to, co znajduje się przy trasie.

Myślę, że nawet z lekką satysfakcją zauważyłem, iż tym tropem zaczęli iść inni producenci sygnału z wyścigów poza Polską. Wplata się w transmisję coraz więcej ciekawostek krajoznawczych. To nie jest już tylko widok przedniego koła, jak kiedyś powiedział jeden z kolarzy. Warto pokazać to, co jest tuż przy trasie, raz bliżej, raz dalej.

Przejdźmy do koszykówki. Czy organizacja dużych turniejów takich jak EuroBasket, a także rozwój koszykówki 3×3, mogą stymulować rozwój tej dyscypliny w Polsce?

– W XXI wieku mieliśmy dwa EuroBaskety. Jeden w 2009 roku, po długiej, długiej przerwie, i drugi w 2025 roku, przy czym w tym drugim przypadku nie był to cały turniej, tylko jedna grupa. W obu przypadkach zainteresowanie było duże. W tym drugim również wyniki były lepsze niż poprzednio. Oczywiście trochę inna była formuła turnieju i trochę inaczej wyglądał system gier. Koszykówka jest zresztą bardzo bliska mojemu sercu, ponieważ w gruncie rzeczy z niej wyrastam. Sam w nią grałem. Od początku mojej pracy w redakcji sportowej jestem związany z koszykówką i chciałbym, by nasze wyniki były jak najlepsze.

Ale to się wszystko jakoś rozjeżdża. Nie z mojej winy, dlatego że nie ja zawiaduję koszykówką w Polsce. Niemniej, oglądam i relacjonuję to, co się dzieje. Nikt mnie nigdy nie zapraszał do tego, żeby wytyczać kierunki. Choć mam na ten temat swoje opinie, zostawiam je dla siebie. Widzę natomiast, że to wszystko opiera się na bardzo wątłych podstawach. Nie mamy wystarczająco szerokiej grupy koszykarzy, z której można by wybierać następców zawodników obecnie występujących w reprezentacji. To jest bardzo wąskie grono.

I tym różnimy się od niektórych krajów lepszych od nas. Bardzo rzadko polscy gracze trafiają do NBA, a jeśli już tam docierają, to proszę zwrócić uwagę, że zazwyczaj są produktem innego systemu szkoleniowego niż polski. Przeważająca większość tych, którzy się tam znaleźli, to chłopcy wychowani gdzie indziej: Maciej Lampe, wbrew pozorom także Marcin Gortat i Jeremy Sochan. Jedynym przypadkiem wyłamującym się z tej reguły był Cezary Trybański, ale w jego przypadku również wszystko wyglądało trochę inaczej. Był poza draftem. Do NBA trafił na innych zasadach. Problem dotyczy więc szkolenia w Polsce i szerokiej bazy, z której młodzi ludzie mieliby się wywodzić i dochodzić do wyczynu na najwyższym poziomie.

A jak ocenia pan sytuację w koszykówce klubowej?

– Otwarto u nas na oścież bramy dla cudzoziemców do gry w polskiej lidze. W zeszłym sezonie, już raczej nie na zasadzie wyjątku, tylko reguły, zdarzały się mecze, w których piątka obcokrajowców z jednego klubu grała przeciwko piątce obcokrajowców z drugiego klubu. Polacy siedzieli na ławce, kiedy działy się najważniejsze rzeczy. Oczywiście nie było tak w każdym meczu i przez cały sezon, ale bardzo często obserwowałem takie sytuacje. I w tym momencie pojawia się pytanie: jakie są z tego dla nas korzyści? Jeśli spojrzymy na wyniki w rozgrywkach międzynarodowych, czyli w europejskich pucharach, to ja tych korzyści nie widzę. Polskie drużyny odpadają na bardzo wczesnym etapie rywalizacji i nie odnoszą sukcesów, mimo że mają zastępy obcokrajowców.

A koszykówka 3×3? To dyscyplina, która może trafiać do młodzieży ze względu na swoją dynamikę? W czasach przebodźcowania może być łatwiejsza do oglądania niż długi mecz piłkarski czy koszykarski.

– Nie dorabiałbym jednak dodatkowej ideologii do koszykówki 3×3. To jest pewien wątek poboczny od koszykówki głównej, czyli 5×5. Ludzie, którzy zaczynają grać w koszykówkę, zazwyczaj startują od 5×5. 3×3 jest nawet w treningu 5×5 jedną z metod. Gra się takie mniejsze gry i nikt nie robi z tego sensacji. Oczywiście w formie wyczynowej, olimpijskiej, gdyż 3×3 zostało włączone do programu olimpijskiego, ma swoje odrębności i charakterystykę. Są ludzie, którzy skupili się już tylko na tym, wyrastając z 5×5, ale w pewnym momencie przerzucając się na 3×3.

Często dotyczy to weteranów. Proszę zwrócić uwagę, że są to gracze już po trzydziestce, czasem nawet dużo starsi, którzy w 3×3 się odnajdują i przedłużają sobie karierę, ponieważ rezygnują z intensywniejszego biegania w 5×5. W innych przypadkach z reguły jest to łączone z prostego powodu: wciąż największe pieniądze są do zarobienia w 5×5, a nie w 3×3. Jeżeli ktoś decyduje się grać zawodowo w koszykówkę, musi gdzieś te pieniądze zarabiać. Na zasadzie prostej kalkulacji często dochodzi więc do wniosku, że trzeba łączyć jedno z drugim.

Sezon 5×5 kończy się w kwietniu lub maju, a potem przychodzi lato, kiedy można pograć w 3×3, natomiast mimo że wielokrotnie słyszeliśmy zapewnienia, iż w Polsce mocno stawia się na 3×3, znowu słowa to jedno, a potwierdzenie w faktach to drugie. W istocie bowiem nie ma projektu, całego systemu, który sprawiłby, że najlepsza polska drużyna zawodowa, wyczynowa, grałaby systematycznie w tak zwanym World Tourze. Tam, gdzie jest najwyższy poziom i główny nurt koszykówki 3×3 przez większość sezonu.

To jest raczej robione ad hoc, z wykorzystaniem graczy z 5×5 po to, żeby przygotować się do turniejów mistrzowskich FIBA, czyli mistrzostw Europy, kwalifikacji do tych mistrzostw, mistrzostw świata i oczywiście igrzysk olimpijskich. Dobre jest to, że dwa razy udało nam się zakwalifikować na igrzyska. Na kolejne być może również się uda, gdyż poszerzony został wolumen ekip, które będą mogły wystąpić w turnieju olimpijskim. Teoretycznie dostęp będzie więc dla większej liczby drużyn. Nie mówię, że powinno być łatwiej, ale zawsze będą większe szanse. Zobaczymy. Krajowe turnieje 3×3 są jednak nadal w głębokiej niszy.

Jakiś czas temu rozmawiałem już z Przemysławem Babiarzem o łyżwiarstwie figurowym. Zastanawiałem się, czy dla pana była to najtrudniejsza dyscyplina do komentowania, właśnie ze względu na specjalistyczną terminologię. I czy w czasach, gdy pan ją komentował, zainteresowanie było rzeczywiście duże? Dzisiaj właściwie rzadko tego typu imprezy są pokazywane w telewizji.

– Przede wszystkim w czasach, kiedy czy to z Przemkiem, czy na początku bez niego, z naszymi paniami sędziami czy też łyżwiarzami, bo to też się zdarzało, miałem okazję komentować łyżwiarstwo, mieliśmy zawodników na odpowiednim poziomie. To była sprawa zasadnicza. W Polsce wychowywano łyżwiarzy, którzy potem dochodzili do poziomu mistrzowskiego. Dorota i Mariusz Siudkowie, czyli para sportowa, dobra para taneczna, mistrzowie świata juniorów Sylwia Nowak i Sebastian Kolasiński. Dwie konkurencje mieliśmy więc obsadzone.

Były też obiecujące solistki: najpierw Anna Rechnio, potem Sabina Wojtala, która dobrze rokowała, ale ostatecznie nie rozwinęła się do poziomu mistrzyni Europy czy świata. Był również bardzo zdolny, solidny solista Robert Grzegorczyk, później Przemysław Domański. W każdym razie byli chłopcy, którzy byli w stanie na przykład podczas mistrzostw Europy wystąpić w programie dowolnym. We wszystkich czterech konkurencjach łyżwiarskich mieliśmy zawodników na poziomie pozwalającym na poważne międzynarodowe występy.

Dzisiaj tego nie ma. W pewnym momencie postępowanie Polskiego Związku Łyżwiarstwa Figurowego sprowadziło się do proponowania obywatelstwa sportowego łyżwiarzom z Ukrainy i Rosji, by w ten sposób tworzyć reprezentację Polski. Oni prezentowali różny poziom. Jekatierina Kurakowa była raz bardzo blisko podium mistrzostw Europy, natomiast soliści z wielkim trudem kwalifikowali się do finału, czyli do programu dowolnego. Zazwyczaj odpadali w programie krótkim, a więc bardzo wcześnie.

Byli to więc łyżwiarze naturalizowani, prezentujący przeciętny poziom. Trudno było wymagać, by zainteresowanie nimi było szczególnie duże. To, co kiedyś było regułą, czyli transmisje łyżwiarstwa figurowego w otwartym kanale Telewizji Publicznej, z finałami i pokazami mistrzów w weekend, w porze obiadowej, kiedy wszyscy siadali i cieszyli tym oko, zostało przerzucone gdzie indziej, do telewizji komercyjnej, do której dostęp jest mniejszy.

Ludzie szukali relacji, nie znajdowali ich i z czasem siłą rzeczy przestali się tym interesować. Problem z łyżwiarstwem polega też na tym, że w pewnym momencie łyżwiarska federacja nie zauważyła, że w gronie tych, którzy rywalizują o medale, zostały przedstawicielki i przedstawiciele stanowczo zbyt małej liczby krajów. W tej chwili są zmiany i nowe pomysły, ale to musi potrwać, zanim będziemy świadkami zmian na lepsze.

Nurtuje mnie komentowanie łyżwiarstwa figurowego pod kątem tego hermetycznego języka.

– Z jednej strony wygląda to jak czarna magia dla kogoś, kto dopiero zaczyna się interesować łyżwiarstwem, a z drugiej nie jest rzeczą strasznie skomplikowaną odróżnienie od siebie sześciu ewolucji, jeżeli mówimy o skokach. Poza tym w międzyczasie bardzo silnym medium stał się Internet i tam wszelkiego rodzaju instruktaży oraz programów edukacyjnych jest co niemiara. Dzisiaj można znaleźć drogę, jeśli ktoś się tym interesuje.

A abstrahując od kwestii internetowej, nawet my staraliśmy się wtedy tłumaczyć szczegóły. Łyżwiarstwo jest hermetyczną dyscypliną, ponieważ liczba ocenianych i dopuszczanych ewolucji jest bardzo ograniczona. Nawet jeśli są to programy dowolne, liczba opcji jest ściśle reglamentowana. W łyżwiarstwie chodzi jednak o to, żeby cieszyć się widokiem finezyjnie poruszających się ludzi, wyćwiczonych baletowo i tanecznie, ale jednocześnie wytrawnych atletów. Do skoków, piruetów i innych elementów łyżwiarstwa potrzebna jest bardzo dobra forma atletyczna i akrobatyczna.

Niezbędny jest jednak również wdzięk i talent typowo artystyczny, który sprawia, że to się tak miło ogląda. Z drugiej strony jest to bardzo niewymierne. Stąd przez długie lata oceny sędziów wzbudzały kontrowersje. Coś, co podoba się jednemu, drugiemu może zupełnie nie przypaść do gustu. Tymczasem sędzia, w oparciu o własne kryteria, a trochę o przepisy, musi wystawić ocenę.

Tak się złożyło, że byłem przy łyżwiarstwie, kiedy następowało przepoczwarzenie, czyli przejście od starego systemu sędziowania do nowego. Widziałem zatem, jak ten nowy system się rodził. Byłem od początku jego zwolennikiem. Uważałem, że to, co było dawniej, było dużo mniej klarowne od nowego systemu.

Swego czasu zaczął pan komentować hokej na trawie, dyscyplinę dość niszową w Polsce, której centrum znajduje się w Poznaniu. Swoją drogą znamienne jest to, że przed laty Krzysztof Ratajczak, poznański dziennikarz sportowy, komentował mecze laskarzy w TVP. A jak pan zaczął tę przygodę?

– Do dzisiaj staram się mieć kontakt z hokejem na trawie. Boleję nad tym, że ta szybka gra, spokrewniona z piłką nożną w tym sensie, że na placu mamy po jedenastu zawodników, a boisko ma podobne rozmiary, wymagająca precyzji i opanowania piłki przy pomocy kija, w Polsce cierpi na syndrom ograniczonego rozwoju. Oczywiście jest kolebka, epicentrum w postaci Poznania, chociaż trzeba powiedzieć, że nie tylko. Są Pałuki, czyli ośrodki w Rogowie i Gąsawie. To małe miejscowości na pograniczu Wielkopolski, Kujaw i Krajny, ale z ogromnymi tradycjami. Z większych miast mamy Toruń i Gniezno, a także miasta na Górnym Śląsku, między innymi Tarnowskie Góry i Siemianowice. Tam również gra się w hokeja i są drużyny ligowe.

Oczywiście w Poznaniu tradycje są największe i klubów jest najwięcej. To była okazja. Jak mówią: okazja czyni złodzieja. Mówiąc z przymrużeniem oka, w tym przypadku okazja uczyniła komentatora… W 2000 roku, na wiosnę, reprezentacja Polski po raz ostatni zakwalifikowała się do igrzysk olimpijskich w Sydney. To były pierwsze igrzyska letnie, na których miałem być na miejscu. Oprócz tego, że zostałem wyznaczony do komentowania koszykówki i triathlonu, skorzystałem z tego, że na turnieju w Japonii awans do IO wywalczyła reprezentacja Polski. Transmitowaliśmy wszystkie mecze naszych laskarzy na igrzyskach, siłą rzeczy. W sportach zespołowych mieliśmy jeszcze tylko koszykarki. Zaproponowano mi więc, bym zajął się hokejem.

Zacząłem się tej dyscypliny uczyć. Pojechałem do Poznania, poznałem ludzi ze związku i naszych reprezentantów. Byłem na dwóch czy trzech turniejach. Musiało to nastąpić szybko, wszak turniej olimpijski się zbliżał. Udało mi się na tyle przyswoić wszystkie reguły hokejowe, że skomentowałem wszystkie mecze Polaków w turnieju olimpijskim w Sydney. Niektóre były fenomenalnymi widowiskami. Zawsze żałuję, że kiedy pojawiają się kolejne kwalifikacje olimpijskie, a naszym nie udaje się przejść tego sita. Po igrzyskach w Australii były kwalifikacje do mistrzostw świata i zakończyły się sukcesem. Reprezentacja dostała się na ten turniej, ale później było już coraz słabiej. Ze względu na hermetyczny charakter układów hokejowych poprzeczka wisi dość wysoko. Bardzo trudno jest dostać się do turnieju najwyższej rangi, jeżeli w pewnym momencie się spadnie i trzeba wdrapywać się z powrotem. W międzyczasie pogorszyła się koniunktura hokejowa w Polsce. Kiedyś mieliśmy dwie drużyny zawodowe, potem jedną w Poznaniu, a następnie sponsorzy się wycofali i szereg zawodników musiał wyjechać z Polski do Niemiec, Austrii czy Holandii.

Tam grają, ale reprezentacja, mimo że ma wzloty, nie jest w stanie podskoczyć tak wysoko, by znaleźć się na turnieju olimpijskim. Na mistrzostwach świata również jest trudno. Na mistrzostwach Europy balansujemy między pierwszą a drugą grupą. Tę pierwszą niedawno powiększono, więc będzie szansa, by grać w następnych turniejach.

Wspomniał pan o problemach infrastrukturalnych. To chyba jedna z głównych przyczyn słabości hokeja na trawie w Polsce.

To jest trochę tak jak z hokejem na lodzie. Już tłumaczę, na czym polega pokrewieństwo. W hokeju na lodzie mamy wielkie ambicje, bo kiedyś w miarę regularnie graliśmy na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata, ale w pewnym momencie świat nam odjechał. Nie zorientowaliśmy się, że aby grać na wysokim poziomie, trzeba mieć lodowiska. A my mamy ich za mało, by wyszkolić odpowiednią liczbę graczy. Z hokejem na trawie było analogicznie. Przestano grać na nawierzchni naturalnej, na trawie takiej, jaką mamy na stadionach piłkarskich. Zaczęto grać na trawie sztucznej, gdzie nie ma żadnych wybójów i dziur, nie można oderwać kępy trawy. Tylko że taką sztuczną trawę trzeba zbudować, dbać o nią i co jakiś czas wymieniać tę nawierzchnię.

To wszystko kosztuje, a przyrost boisk z taką nawierzchnią następował bardzo powoli. Na początku lat 90. to się zaczęło i okoliczności były dramatyczne. Reprezentacja musiała zrezygnować z udziału w jednym z turniejów, by oszczędzone pieniądze przeznaczyć na budowę tej nawierzchni. Boisk przybyło. Są one w większości ośrodków hokejowych, nawet w Skierniewicach niedaleko Warszawy. To nie jest jednak to samo, co nawierzchnie do gry w piłkę nożną. Do piłki często wystarczy granulat albo piasek jako wypełniacz między źdźbłami sztucznej trawy, ale już do hokeja potrzebna jest nawierzchnia wyższej klasy, tak zwana trawa wodna.

Ona jest przed zawodami, w trakcie i po nich polewana dużą ilością wody. Utrzymuje się na pewnym poziomie, nie tworzy kałuż, przy czym jednocześnie nasącza całą nawierzchnię w takim stopniu, że jeżeli ktoś się przewróci, nie zedrze sobie skóry. Dzięki poślizgowi nadawanemu przez wodę taki gracz wyjdzie trochę podrapany, z zaczerwienioną skórą, ale nie będzie miał ran. To wszystko jest jednak drogie i wymaga utrzymania. O ile zwykłą trawę na boiskach piłkarskich się strzyże, tutaj trzeba również dbać o to, żeby w wodzie nie zalęgły się różnego rodzaju glony, drobnoustroje czy pasożyty. W momencie, kiedy się zalęgną, bardzo trudno jest utrzymać w dobrym stanie buty i skarpety zawodnika, bo wszystko zaczyna zarastać taką florą.

Dyscyplina niezmiennie jest olimpijska i w niektórych krajach cieszy się ogromnym powodzeniem. Cała hokejowa elita gra między sobą w różnego rodzaju formatach. My jesteśmy poza tym obiegiem. Raz na jakiś czas udaje się tam zajrzeć, ale to za mało, by utrzymać wysoki poziom. Proszę zwrócić uwagę jeszcze na jedną rzecz. Kiedy na początku lat dwutysięcznych zakwalifikowaliśmy się na mistrzostwa świata, byliśmy w stanie stawić czoła Belgii, która pod względem liczby sztucznych boisk biła nas na głowę. Rzecz w tym, że Belgowie w międzyczasie wzięli się za swój hokej i doprowadzili go do mistrzostwa olimpijskiego, a my stanęliśmy w miejscu.

Przejdźmy na koniec do sportów zimowych. Mam wrażenie, że w erze Justyny Kowalczyk biegi narciarskie cieszyły się zainteresowaniem polskich kibiców, natomiast gdy nasza wybitna sportsmenka zakończyła karierę, Polacy zrezygnowali z masowego oglądania tej dyscypliny, między innymi z uwagi na jej monotonię. Biathlon, który pan komentuje, wyróżnia się natomiast na tle biegów narciarskich większą dramaturgią. Samo strzelanie gwarantuje emocje.

– Rzeczywiście, w Polsce swego czasu był boom na Justynę Kowalczyk, a niekoniecznie na biegi narciarskie. A co do biathlonu, to jest jasne jak słońce. Biathlon ma dużo większy potencjał. Znacznie więcej osób chętnie ogląda zawody biathlonowe, nawet jeżeli Polacy mają umiarkowanie dobre wyniki. Ponadto jeżeli, daj Boże, w świecie biathlonowym pojawiłaby się postać formatu Justyny Kowalczyk, z takimi wynikami i osiągnięciami, to najprawdopodobniej mielibyśmy podobną sytuację jak w krajach, które nie są potęgami biathlonowymi, a mimo to miały swoich wielkich bohaterów. Swego czasu w Bułgarii furorę robiła Jekaterina Dafowska. która obecnie jest działaczką biathlonową. Odnosiła sukcesy w kraju, który nie jest potęgą biathlonową. To sprawiło, że wówczas był szał na jej punkcie.

My także mieliśmy Tomasza Sikorę, który był wybitnym biathlonistą. Zdobył jedyny medal olimpijski w dziejach polskiego biathlonu i wszyscy pilnie śledzili jego występy. Teraz byłoby podobnie, gdyby udało nam się wychować zawodników lub zawodniczki tego formatu. W tej chwili mamy wciąż silniejszą kadrę żeńską od męskiej. Generalnie rzecz biorąc, biathlon jest szybki. Dużo się dzieje, dużo się zmienia. Strzelanie wprowadza mnóstwo urozmaiceń, są spadki, awanse, wyprzedzania, co powoduje, że dramaturgia jest bardzo duża.

Z biathlonem nie mamy więc większych problemów, ponieważ on ma swój wierny elektorat, jak czasami mawiamy, czyli grono stałych widzów, którzy chętnie siadają do tych transmisji w sezonie zimowym, kiedy rozgrywane są zawody Pucharu Świata. A więc tutaj jest nieźle, a może być jeszcze lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że na najwyższym poziomie pojawią się wyniki.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski

Dziennikarz specjalizujący się w sporcie oraz jego związkach z polityką, historią, kulturą, biznesem i mediami. Przygotowuje obszerne analizy, reportaże i wywiady z czołowymi postaciami świata sportu oraz ekspertami z Polski i zagranicy. W Sportmarketing.pl jest autorem cykli „Zawód: Dziennikarz sportowy” oraz „Kobieta/Sport/Biznes”, poświęconych mediom, marketingowi i roli kobiet w branży sportowej".