10.07.2026 09:08

Przemysław Babiarz: coraz silniejsza staje się tęsknota za lokalnością i swojskością [WYWIAD]

Przemysław Babiarz od ponad trzech dekad pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych głosów polskiego sportu. W wywiadzie dla SportMarketing.pl wspomina swoje pierwsze spotkania z Bohdanem Tomaszewskim i Bogdanem Tuszyńskim, przedstawia specyfikę komentowania łyżwiarstwa figurowego, transmisji papieskich pielgrzymek oraz pracy w Wizji Sport. Mówi także o prowadzeniu teleturnieju „Va Banque”, znaczeniu języka w pracy komentatora, religii w świecie sportu i współczesnych sporach wokół tożsamości oraz globalizacji.

Przemysław Babiarz: coraz silniejsza staje się tęsknota za lokalnością i swojskością [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Przemysław Babiarz
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: W trakcie swojej wieloletniej kariery dziennikarskiej miał pan do czynienia z osobami uznawanymi za autorytety w tej branży: Bohdanem Tomaszewskim i Włodzimierzem Szaranowiczem. Zastanawiało mnie to, w jaki sposób poznał pan Bohdana Tomaszewskiego, który był przede wszystkim kojarzony ze sprawozdaniami radiowymi, ponieważ pan akurat nigdy nie pracował w radiu. Jak doszło zatem do tej znajomości?

Przemysław Babiarz, komentator TVP Sport: – W gruncie rzeczy to samo pytanie można zadać również w odniesieniu do Bogdana Tuszyńskiego. Wszystko zaczęło się w 1992 roku, kiedy wystartowałem w konkursie na prezenterów i komentatorów organizowanym przez Naczelną Redakcję Sportu i Rekreacji Telewizji Polskiej, jeszcze przed igrzyskami olimpijskimi w Barcelonie.

Zarówno Bohdan Tomaszewski, jak i Bogdan Tuszyński zasiadali w komisji konkursowej podczas finałowego etapu przesłuchań. Później obaj prowadzili również zajęcia podczas dwutygodniowych szkoleń dla dziesięciu osób wyłonionych spośród kilkuset kandydatów. Wśród wykładowców był także Włodzimierz Szaranowicz i wielu innych wybitnych dziennikarzy oraz specjalistów telewizyjnych.

Moja bliższa znajomość z Bohdanem Tomaszewskim zaczęła się już podczas samego konkursu. Traf chciał, że pan Bohdan znalazł się w komisji, przed którą występowałem. To on zadawał mi pytania i wyznaczał kolejne zadania. Zyskałem jego życzliwość i później przez lata utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt. Przekazywał mi uwagi, rady i wskazówki dotyczące pracy. Podobnie było z Bogdanem Tuszyńskim. Był wobec mnie niezwykle życzliwy. Pamiętam, że na początku kursu wręczył mi swoją wizytówkę z Polskiego Radia i powiedział, że jeśli w telewizji napotkam jakieś trudności, mogę się do niego zgłosić, a pomoże mi znaleźć miejsce w radiu. Ostatecznie wszystko dobrze ułożyło się w telewizji.

Wydaje mi się, że wszystkich tych dziennikarzy łączyła ogromna erudycja i zainteresowanie nie tylko sportem, lecz także wieloma innymi dziedzinami. Mam wrażenie, że ma pan te same cechy. Oglądałem niedawno pana kilkudziesięciominutowe gawędy publikowane na youtubowym kanale magazynu „Między Nami Mówiąc”. Nawet kiedy opowiada pan anegdoty o sędziach, nie jest to wyłącznie opowieść sportowa, lecz raczej pretekst do głębszych refleksji. Czy od początku zależało panu na osadzaniu sportu w szerokim kontekście?

– Owszem, od początku starałem się pokazywać sport w kontekście kulturowym, a nawet artystycznym. W pewnym sensie przygotowało mnie do tego wykształcenie aktorskie. Ma ono znaczenie nie tylko techniczne – związane z pracą przed kamerą – ale także wpływa na sposób patrzenia na świat. Sport transmitowany przez telewizję jest pewnym rodzajem widowiska. Ma swoich bohaterów, dramaturgię i narrację. Zawsze zwracałem uwagę właśnie na ten wymiar wydarzeń sportowych.

Drugim ważnym aspektem jest dla mnie kontekst historyczny. Każde wydarzenie sportowe rozgrywa się w określonym czasie i miejscu. W programie „Retro TVP Sport” prezentujemy archiwalne transmisje z dawnych lat wraz z oryginalnym komentarzem. Zanim jednak pokazujemy materiał, opowiadam o realiach roku, w którym dane wydarzenie miało miejsce. Dzięki temu widz lepiej rozumie jego znaczenie.

Istotny jest także język. Komentator musi mówić w sposób zrozumiały dla szerokiej publiczności, ale jednocześnie na tyle fachowy, by było widać jego kompetencje. Język powinien być również barwny i inspirujący. To były wartości, które przyświecały mi od początku pracy.

Czy najbardziej wymagającą pod względem specjalistycznej terminologii dyscypliną, którą przyszło panu komentować na przestrzeni lat, było łyżwiarstwo figurowe? Notabene wrócił pan do niego podczas zimowych igrzysk olimpijskich.

– Z pewnością jest ono bardziej hermetyczne od piłki nożnej czy lekkiej atletyki. Już sama nomenklatura skoków, piruetów czy podnoszeń wymaga opanowania złożonej materii. Trzeba wiedzieć, czym różni się axel od toe loopa i umieć te elementy rozpoznać w czasie rzeczywistym.

Ogromnie pomogły mi ekspertki, z którymi współpracowałem od początku komentowania tej dyscypliny – Halina Gordon-Półtorak oraz nieżyjąca już mecenas Maria Zuchowicz. Obie były sędziami klasy międzynarodowej i doskonałymi nauczycielkami. Nasz model pracy był prosty: ja pełniłem funkcję narratora, one ekspertów. Właściwie ten sam duet wrócił podczas ostatnich igrzysk olimpijskich. Z Haliną Gordon-Półtorak znamy się i przyjaźnimy od wielu lat. Pierwsze igrzyska komentowaliśmy razem w Nagano.

Każdy komentator otrzymuje również szczegółowy plan programu zawodników, zawierający skrótowe oznaczenia wszystkich elementów. Trzeba nie tylko biegle się nimi posługiwać, ale też potrafić przełożyć specjalistyczny język na coś zrozumiałego dla widza. Z czasem staje się to naturalne, choć wymaga wielu transmisji i doświadczeń.

Był pan również komentatorem wydarzeń niezwiązanych ze sportem – uroczystości państwowych czy religijnych. Czy wiązało się to z pańskim zainteresowaniem historią i głęboką wiarą?

– Przy okazji pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1999 roku Telewizja Polska postanowiła tworzyć duety komentatorskie składające się z dziennikarza telewizyjnego oraz księdza będącego ekspertem od liturgii i spraw wiary. W moim przypadku partnerem był ksiądz Jarosław Nowak z Łodzi, świetnie przygotowany również pod względem dziennikarskim, ponieważ przez rok przebywał na specjalnych studiach w USA. Wspólnie komentowaliśmy cztery transmisje. Dla mnie było to ważne także ze względu na osobistą wiarę oraz możliwość uczestniczenia w wydarzeniach związanych z Janem Pawłem II.

Choć nigdy nie miałem okazji spotkać papieża bezpośrednio, znajdowałem się bardzo blisko wydarzeń, obserwując je ze stanowisk komentatorskich. Później komentowałem także wydarzenia związane z wizytą Benedykta XVI w Polsce. Jeśli chodzi natomiast o Światowe Dni Młodzieży za pontyfikatu Franciszka, pełniłem funkcję ambasadora medialnego, ale podczas samej wizyty papieża przebywałem w Rio de Janeiro na igrzyskach olimpijskich.

Czy w coraz bardziej zlaicyzowanym świecie spotykał pan wielu sportowców otwarcie przyznających się do wiary?

– Tak. Najbardziej widocznym przejawem jest znak krzyża wykonywany przed startem przez skoczków narciarskich, ale nie tylko przez nich. Coraz częściej obserwuję to również wśród lekkoatletów. Z moich doświadczeń wynika jednak, że znacznie więcej sportowców jest ludźmi wierzącymi, niż mogłoby się wydawać. Sport wyczynowy wiąże się z ogromnym wysiłkiem, ryzykiem i poświęceniem. W naturalny sposób rodzi pytania o sens życia, granice ludzkich możliwości czy źródła siły. Wiem również od kapelanów sportowców, że podczas igrzysk olimpijskich wielu zawodników korzysta z posługi duszpasterskiej i uczestniczy w mszach świętych. Przypominam sobie też akcję „Nie wstydzę się Jezusa”, w którą zaangażowało się wiele znanych osób, także sportowców, m.in. Robert Lewandowski i Kamil Stoch. Pokazywała ona, że publiczne przyznawanie się do wiary nie jest dla nich problemem.

To była inicjatywa, która wzięła się stąd, że środowisko Polonia Christiana w pewnym momencie włączyło się do akcji obrony krzyży w liceum we Wrocławiu. Tam kilku uczniów zażądało zdjęcia tych krzyży. Z kolei duża społeczność ich broniła, ostatecznie doszło do swego rodzaju referendum w tej szkole, a zdecydowana większość opowiedziała się za pozostawieniem krzyży. Niemniej, zanim do niego doszło, przedstawiciele środowiska chrześcijańskiego dotarli tam z tymi breloczkami i proponowali przyjęcie ich, a przy okazji dotarli do bardzo znanych postaci. Zauważmy, że wiele osobistości spoza sportu, wbrew pozorom, nie ukrywa swojej wiary. Choćby Michał Lorenc, słynny kompozytor muzyki filmowej.

Zauważam również pewne religijne ożywienie, szczególnie w Europie Zachodniej. Coraz więcej dorosłych chociażby we Francji przyjmuje chrzest, a wspólnoty katolickie cieszą się dużym zainteresowaniem. Być może jest to reakcja na kulturę skoncentrowaną wyłącznie na człowieku i jego potrzebach, bo wydaje się, że to, co obserwujemy w głównym nurcie popkultury, to kolosalna koncentracja człowieka na sobie samym. W zasadzie wszystko ma służyć człowiekowi.

Nawet Pan Bóg rozumiany jako postać, która w kulturze też musi temu człowiekowi w jakimś sensie służyć, co jest zupełnym postawieniem rzeczy na głowie. Jednak wydaje się, że coraz bardziej pojawia się zrozumienie tego, że oddawanie czci Bogu to jest jedyny kierunek dla człowieka religijnego, wierzącego. A zatem to nie Pan Bóg służy człowiekowi, tylko człowiek Panu Bogu i czerpie łaskę od Boga.

Po igrzyskach w Paryżu mówił pan o negatywnych skutkach globalizacji i rozmywaniu tożsamości narodowych. Czy dostrzega pan dziś na Zachodzie pewien zwrot w przeciwną stronę?

– Z pewnością działa tutaj zasada akcji i reakcji. Globalizacja gospodarcza sprawiła, że w wielu miejscach świata zaczęliśmy funkcjonować w bardzo podobnym otoczeniu. Wystarczy spojrzeć na sieci handlowe czy gastronomiczne obecne niemal wszędzie. Mam jednak wrażenie, że coraz silniejsza staje się tęsknota za lokalnością i swojskością. W latach dziewięćdziesiątych, gdy dużo podróżowałem po Europie, poszczególne kraje były znacznie bardziej charakterystyczne pod względem oferty sklepów czy lokalnych produktów.

Można było przywieźć z Portugalii portugalskie buty, a z Hiszpanii rzeczy rzeczywiście typowe dla tego kraju. Dziś często widzimy te same marki w Warszawie, Madrycie czy Zurychu. W moim odczuciu świat staje się przez to bardziej jednolity i mniej interesujący. Dlatego naturalne wydaje mi się, że wiele osób ponownie zwraca się ku lokalnej tożsamości.

Pracował pan również w Wizji Sport. Jak wyglądała tamta przygoda i czy rzeczywiście była to rewolucja na polskim rynku telewizyjnym?

– Wizja Sport faktycznie była czymś nowym. Oficjalnie wystartowała 18 września 1999 roku (bardzo efektowna inauguracja miała miejsce w Champions Clubie, w dawnym hotelu Marriot, naprzeciwko Dworca Centralnego) i przez dwa lata funkcjonowała jako bardzo ambitny projekt. Stacja zgromadziła wiele atrakcyjnych praw telewizyjnych: żużel, zagraniczne ligi piłkarskie, NBA, boks, Puchar Polski w piłce nożnej czy europejskie rozgrywki koszykarskie.

Początkowo większość pracy wykonywaliśmy w brytyjskim Maidstone, około 80 kilometrów od Londynu. Znajdowały się tam nowoczesne studia telewizyjne. Pracowałem jako prezenter, a czasami także komentator. Dlatego regularnie latałem do Anglii. Wizja Sport imponowała nowoczesnością. Standardy pracy, które dziś są czymś normalnym także w Telewizji Polskiej, wtedy były nowością. Dotyczyło to przygotowywania transmisji, organizacji zespołu czy tworzenia scenariuszy.

Przyznam jednak, że początkowo nie byłem entuzjastą tej propozycji. Byłem świeżo po ślubie i nie chciałem spędzać zbyt dużo czasu poza domem. Ostatecznie zgodziłem się pod warunkiem, że będę wyjeżdżał maksymalnie trzy razy w miesiącu na trzydniowe pobyty. Niektórzy koledzy, jak choćby mój przyjaciel Edward Durda, spędzali w Maidstone nawet 25 dni miesięcznie.

Z czasem stacja uruchomiła także studio komentatorskie w Warszawie, co znacznie ograniczyło konieczność podróżowania. Oprócz tego realizowaliśmy wiele transmisji bezpośrednio z Polski. Mam w pamięci chociażby wyjazdy na mecze Amiki Wronki, która wówczas świetnie sobie radziła w rozgrywkach Pucharu Polski. Jeździliśmy też do Wrocławia i Włocławka na mecze koszykarzy, a więc to były też podróże po naszym kraju. Niekoniecznie trzeba było wylatywać na Wyspy Brytyjskie.

Wizja Sport okazała się jednak efemerydą.

– Rzeczywiście. Pracował pan w tej stacji od 13 września 1999 do kwietnia 2001 roku, a więc półtora roku. Wiosną wróciłem do Telewizji Polskiej, bo wcześniej w polubowny sposób także się z nią rozstawałem. Od razu po powrocie pojechałem na letnie mistrzostwa świata lekkoatletyczne w Edmonton. To był dla mnie piękny powrót do macierzystej firmy.

Telewizja Polska od lat słynie z teleturniejów. „1 z 10” czy „Familiada” to kultowe programy, które są na antenie od kilkudziesięciu lat. A czy pan miał sentyment do dawnego „Va Banque” i to sprawiło, że z dużym entuzjazmem podszedł pan do możliwości poprowadzenia tego teleturnieju?

– Doskonale pamiętam pierwszą wersję „Va Banque”, tę, którą prowadził Kazimierz Kaczor, natomiast ponieważ była znaczna przerwa między tamtymi emisjami a powrotem „Va Banque” na antenę, trudno powiedzieć, że realnie myślałem o prowadzeniu tego teleturnieju. Tak czy inaczej prowadzenie teleturnieju wiązało się w moim przypadku z coraz większą chęcią zagłębiania się we wszystkie aspekty dotyczące wiedzy o świecie. To jest kolejny nurt moich poszukiwań i zainteresowań. Wielkie Testy TVP, widowiska, które miały sporą tradycję w telewizji, odbywały się oczywiście o wiele rzadziej, były rodzajem show z elementem sprawdzenia wiedzy, ale też miały swój urok.

Dodatkowo chyba od 2010 roku zacząłem uczestniczyć w transmisjach związanych z uroczystościami państwowymi (3 maja, 15 sierpnia i 11 listopada). Początkowo byłem komentatorem, współpracowałem z pułkownikiem Mirosławem Dzięgielewskim, ekspertem od ceremoniału wojskowego. Ja byłem narratorem, świetnie nam się współpracowało. Po jakimś czasie przesiadłem się do roli prezentera. I to był kolejny aspekt historyczny. Przez jakiś czas prowadziłem program publicystyczny „Jak było?” na TVP Historia. Bardzo ciekawy, głęboko wgryzający się w konkretny temat, a z czasem został reaktywowany „Va Banque”. To jest bardzo szybki teleturniej, wymagający refleksu. Dla mnie kuszące było to, że mogłem pracować przy tym programie kilka razy w tygodniu. Oczywiście odcinki były nagrywane i emitowane z odtworzenia, niemniej mówimy o 20 odcinkach w miesiącu. To były sesje nagraniowe. Ponadto uważam, że mężczyzna ma potrzebę, by co jakiś czas podjąć nowe wyzwanie. Dlatego z zapałem podszedłem do tego programu. „Va Banque” sprawił mi dużą przyjemność.

Uczestnicy to nie byli w większości ludzie obyci z kamerą. Zdarzało się, że niektórzy gracze byli bardzo zestresowani? Dla wielu osób to był pierwszy występ w telewizji.

– Różnie to bywało. Niewątpliwie ten rodzaj tremy oddziałuje na zawodników. Niektórym bardziej przeszkadza, innym mniej. Na pewno młodsi ludzie mają trochę lepsze zdolności adaptacyjne. To jest kwestia kulturowa. Oswojenie młodszego pokolenia z występowaniem przed obiektywem, nawet własnego telefonu, jest nieporównywalnie większe niż w moim pokoleniu czy w przypadku ludzi ode mnie starszych. W związku z tym ten stres był pewnie mniejszy.

Z uwagą obserwowałem uczestników teleturnieju, którzy do niego powracali. Istnieje bowiem karencja, po pewnym czasie można ponownie wystartować. Okazało się, że za drugim czy trzecim razem ci gracze wypadali zdecydowanie lepiej, ponieważ coraz bardziej oswajali się z konwencją. Gdy wracali po dwóch latach, byli lepiej wytrenowani do startu.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski