10.06.2026 09:01

Edward Durda: Eurosport był światem dziwnych dyscyplin [WYWIAD]

Wszechstronność, dystans do siebie i ogromne doświadczenie – tak w skrócie można opisać drogę zawodową Edwarda Durdy. W wywiadzie dla SportMarketing.pl komentator z kilkudziesięcioletnim stażem odsłania kulisy pracy za mikrofonem. Mówi też m.in. o specyfice „niszowych” dyscyplin w Eurosporcie, pasji do sportów walki i najbardziej nietypowych transmisjach w karierze.

Edward Durda: Eurosport był światem dziwnych dyscyplin [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Edward Durda
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Pana fascynacja komentowaniem meczów piłkarskich zaczęła się od słuchania legendarnego Studia S-13. W pewnym momencie zaczął pan naśladować sprawozdawców relacjonujących spotkania polskiej ligi. A zatem to tym bardziej warte odnotowania, że od dwóch lat ma pan okazję moderować multiligę Ligę Mistrzów w CANAL+. Komentował pan także w ramach multiligi emocjonujące spotkanie Pogoni Szczecin z GKS Katowice w ostatniej kolejce PKO BP Ekstraklasy.

Edward Durda, komentator CANAL+ i Eurosportu: – Fantastyczne jest to, że w mgnieniu oka możemy przenosić się ze stadionu na stadion, gdy dzieją się tam różne rzeczy. Muszę przyznać, że tego typu relacje frapują mnie od dzieciństwa, ponieważ są niesamowite jeśli chodzi o emocje dla kibica. Na pewno możemy zauważyć sporo podobieństw między różnymi rozgrywkami, które są relacjonowane w tej formie, natomiast oczywiście Liga Mistrzów to jest trochę inna półka. Jednak generalnie, jeżeli ktoś lubi adrenalinę, to wszystko jest po prostu bardzo fajne.

https://twitter.com/FilipWszolek/status/2058240295930593682?s=20

Czy komentowanie mniej popularnych dyscyplin, mimo dużego doświadczenia, było dla pana wyzwaniem? Niedawno można było usłyszeć pana przy okazji zawodów w podnoszeniu ciężarów, które przez lata komentował Grzegorz Pajda.

– Tak, chociaż Grzegorz Pajda także oczywiście nie jest człowiekiem, który pochodzi ze środowiska ciężarowców. W każdym razie Eurosport przez lata był stacją, w której pojawiało się wiele nietypowych sportów. W dodatku w tej stacji nie ma stałych komentatorów od tzw. „other sports”, więc często sięga się po ludzi z doświadczeniem, którzy „nie dadzą plamy”. Oczywiście w takich transmisjach trzeba zachować ostrożność i koncentrację, by uniknąć błędów merytorycznych. Niemniej, przy odpowiednim przygotowaniu można to zrobić. Swego czasu szef Eurosportu zadał mi pytanie, czy podejmę rękawice i zrobię godzinny magazyn o szermierce w ramach zastępstwa. Nie było problemu, zawsze na wesoło rzucam tekst, że w szkole teatralnej miałem przecież szermierkę.

Wydaje się, że teraz komentowanie innych dyscyplin niż piłka nożna w Eurosporcie jest koniecznością, biorąc pod uwagę, że oferta piłkarska tej stacji już w zasadzie nie istnieje.

– To prawda. Ostatni raz futbol pojawił się w ramówce przy okazji igrzysk olimpijskich. Kiedyś Eurosport był pod tym względem potęgą, miał mnóstwo transmisji piłkarskich. Nie tylko sublicencję na polską Ekstraklasę, ale też np. ligę amerykańską czy japońską, co dodawało kolorytu. Do tego dochodziły np. mistrzostwa świata do lat 16, 18, 19 i tak dalej. Było tego mnóstwo. Jednak Amerykanie po przejęciu kontroli nad stacją doszli do wniosku, że piłka nożna, używając branżowej terminologii, po prostu się nie monetyzuje.

Wspominając dawne czasy, zastanawiałem się, czy ma pan sentyment do Bundesligi, ponieważ komentował ją pan właśnie w Eurosporcie i w CANAL+, więc to chyba dosyć długi czas.

– Na pewno sentyment pozostał, ale z czasem Bundesliga powędrowała do innej stacji, a ja nie chciałem podążać wyłącznie tropem niemieckiej ekstraklasy jeśli chodzi o karierę zawodową. Trzeba było pogodzić się z tym, że nastąpił rozbrat, który trwa do dziś. Chociaż jeżeli moderuję multiligę Ligi Mistrzów w CANAL+, to tam zawsze przewijają się najlepsze niemieckie drużyny. A zatem mam wciąż choćby minimalny kontakt z niemieckim futbolem. Niemniej w tej chwili zajmuję się w CANAL+ głównie sportami walki.

Nie ukrywam, że od zawsze miałem ochotę, by parać się również tym poza piłką nożną, którą kocham. Tak to w tej chwili wygląda. Nie jestem frontmanem, moja pozycja zmieniała się na przestrzeni lat. Kiedyś były inne uwarunkowania, było nas kilku CANAL+, natomiast w tej chwili jest całe grono ludzi i nadszedł czas młodszego pokolenia. Jeśli chodzi o sporty walki, ponieważ pochodzę ze Stalowej Woli, czyli miasta, które miało kiedyś bardzo dobrą drużynę bokserską, szybko przekonałem się do pięściarstwa. W tym zespole wiódł prym legendarny Lucjan Trela, uczestnik igrzysk w Meksyku w 1968 roku, który stoczył wtedy niezapomnianą walkę z Georgem Foremanem. Już jako mały chłopiec, 7,8-latek przenikałem na trybuny, by oglądać boks.

W boksie fascynuje mnie chociażby kwestia psychologii. To jest niesamowite wrażenie, gdy naprzeciw siebie staje dwóch ludzi. Celowo nie mówię o mężczyznach, bo kobiety coraz śmielej wchodzą do świata boksu i MMA. Interesuje mnie to tym bardziej że przed laty zawsze byłem zaczepiany jako wysoki, chudy chłopak. W Stalowej Woli słyszałem wiele razy: „Ty długi jak miesiąc, chudy jak wypłata, chcesz w zęby”. W okresie dorastania takich zaczepek było sporo, a żeby nie stchórzyć przed kolegami, stawało się na ubitej ziemi i toczyliśmy pojedynki. Dla mnie boks nie jest więc wyłącznie rywalizacją sportową. Warto zwrócić uwagę, że – jak mówią pięściarze – wśród których mam bardzo wielu przyjaciół, w boksie 75% to jest psychika. Nauka zadawania ciosów nie stanowi największego wyzwania. To wytrzymanie obciążeń psychicznych po przyjęciu uderzenia w rywalizacji o stawkę jest bardzo ważnym aspektem.

Przechodząc do kwestii dziennikarskich związanych z boksem, zakładam, że ogromną przyjemnością była dla pana współpraca z Januszem Pinderą, który jest uznawany za chodzącą encyklopedię pięściarstwa.

– Absolutnie tak. Ten fakt nie podlega dyskusji. Oczywiście cenię sobie także znajomość z Andrzejem Kostyrą czy niestety już śp. Lucjanem Olszewskim, natomiast z Januszem Pinderą rzeczywiście odbyliśmy wiele podróży. Komentowaliśmy wiele imprez i absolutnie jeśli chodzi o kwestię dziennikarską, wniknięcia w to, w jaki sposób należy komentować boks, Janusz Pindera prezentował nieprawdopodobną kulturę i wiedzę, szybkość kojarzenia różnych faktów. Nagle potrafił porównać jedną z akcji do wydarzeń w ringu sprzed 30-40 lat.

Niestety od dziesięciu miesięcy nie komentujemy wspólnie boksu z uwagi na problemy zdrowotne Janusza. Jednak jestem z nim w stałym kontakcie. Powiedział mi, że cały czas walczy, przechodzi rehabilitację. Ja i tysiące, jeśli nie setki tysięcy kibiców w Polsce, życzymy mu wszystkiego najlepszego, wierząc, że jeszcze usłyszymy go przy mikrofonie i zobaczymy w akcji.

Nawiązując jeszcze do pana pochodzenia, jestem ciekaw, czy fakt, że pochodzi pan z Podkarpacia, znacząco wpłynął na zainteresowanie żużlem. Czy na przykład jeździł pan na mecze do Rzeszowa, bo rozmawiałem już z kilkoma komentatorami i zawsze te osoby mówiły, że mieszkając w Zielonej Górze czy Bydgoszczy, połknęły tego bakcyla. Wiemy przecież, że speedway jest specyficznym sportem, wzbudza spore zainteresowanie w niektórych regionach.

– W moim przypadku asumptem do zainteresowania żużlem był rok 1973. Wówczas oglądałem transmisję z indywidualnych MŚ na żużlu. Jak wiemy, to był jednodniowy turniej na Stadionie Śląskim. 100 tysięcy ludzi na trybunach i nieprawdopodobny sukces Jerzego Szczakiela w tym czempionacie, notabene komentowany fantastycznie przez Jana Ciszewskiego . Tamta impreza sprawiła, że pokochałem żużel i potem rzeczywiście były wyjazdy do Rzeszowa. Stal Rzeszów już w tamtych czasach miała renomę, a na początku lat 60. była dwukrotnie z rzędu drużynowym mistrzem Polski. Nie twierdzę, że później byłem na każdej kolejce ligowej, ale parę razy w sezonie udawałem się do Rzeszowa albo z bratem, albo wujkiem, który mieszka tam do dziś i jest wielkim fanem sportu.  

Miesiąc temu został rozegrany finał Pucharu Polski. Pan przed laty komentował niesławny mecz Amiki Wronki z Aluminium Konin, rywalizację o to trofeum? Tamto spotkanie jest wspominane do dziś jako przykład sędziowskiej nieuczciwości i apogeum korupcji w polskiej piłce. Komentatorzy wówczas pozwalali sobie na aluzje czy kąśliwe sugestie?

– Z jednej strony oglądając takie spotkania, gdzie praca sędziego budziła wątpliwości, oczywiście człowiek używał różnego typu określenia, ale trzeba mieć na uwadze, że nikt nikogo nie złapał za rękę. Nie można było więc powiedzieć danemu arbitrowi, że zrobił coś z premedytacją. Być może to był tylko ludzki błąd, gorsze samopoczucie etc. Dlatego w niektórych sytuacjach trzeba było ugryźć się w język. Dopiero jeżeli kumuluje się liczba takich zdarzeń, można powiedzieć, że sędzia jest fatalnie dysponowany, ale sugerowanie, że prowadzi ten mecz, bo prawdopodobnie wziął pieniądze od którejś z drużyn albo inne gratyfikacje, jest nie do przyjęcia. Tego typu twierdzenia mogłyby zakończyć się na ścieżce sądowej.

Muszę dodać, że komentowałem kilka finałów Pucharu Polski. Pierwszy z nich zakończył się sensacyjnie, porażką Górnika Zabrze z Miedzią Legnicą. Wtedy Górnik mógł sięgnąć po to trofeum po 20 latach oczekiwania. Jednak, jak pamiętamy, doznał porażki w rzutach karnych w meczu rozgrywanym na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej.

Jednak do czego zmierzam? W pewnym momencie miały miejsce ekscesy na trybunach, a ja powiedziałem, że sporo dzieje się w sektorze kibiców Górnika Zabrze, niejako imputując, że sprawcami są ludzie z Zabrze. Wtedy natychmiast wydawca, którym był Ryszard Łabędź, doświadczony dziennikarz pracujący w TVP Sport do dziś, odezwał się do mnie i powiedział: „słuchaj, nie feruj wyroków, bo to może być prowokacja z innej strony. Nikt nikogo za rękę nie złapał”.

No tak. Swego czasu komentował pan też z Pawłem Zarzecznym niezbyt istotny mecz polskiej ligi, o którym zrobiło się głośno po tamtym komentarzu. Dlaczego? 

– Zdarzało się, ze Paweł był troszkę wczorajszy, kiedy przychodził na tak zwany Klub Kibica, czyli relacjonowanie retransmisji. Siadając do komentarza, wiedzieliśmy, że to jest mecz z wczoraj, który na przykład w „Przeglądzie Sportowym”, gdzie te spotkania były oceniane, miał jedną gwiazdkę na pięć możliwych. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w takim spotkaniu emocji będzie tyle, co kot napłakał. Wtedy Paweł, który był niezwykle inteligentnym człowiekiem, zaczynał swoją opowieść, a ja do niego dołączałem. I czasami wychodziły z tego trochę kabaretowe teksty, natomiast w tym meczu akurat nie chodziło o kwestię tego, że ktoś komuś się podłożył. To było 0-0 po bezbarwnej grze. Tak czy inaczej oczywiście zdarzały się mecze, gdzie tych wątpliwości było zdecydowanie więcej.

Chociaż nie chce pan być frontmanem, mam wrażenie, że to, w jaki sposób jest pan postrzegany przez kibiców, uległo pozytywnej zmianie po nawiązaniu współpracy z ETOTO. Kiedyś na ogół zachowywał pan powściągliwość, a w ostatnich latach dał się pan poznać jako barwna postać opowiadająca ze swadą anegdoty z przeszłości.

– Jestem człowiekiem, który nigdy w życiu nie przepychał się łokciami. Nigdy nie chodziłem do moich pracodawców, by uzyskiwać podwyżki etc. Wychodziłem bowiem z założenia, że jeżeli ktoś mnie w czymś dostrzeże, ponieważ też jestem człowiekiem, który popełnia różne błędy, to da mi to satysfakcję. Co do ETOTO, wszystko zaczęło się od programu „Taras u Borasa”, kiedy Mateusz Borek, Roman Kołtoń i Tomasz Smokowski wspominali zdarzenia z naszych wspólnych eskapad. Na przestrzeni lat te śmieszne sytuacje siłą rzeczy się skumulowały, więc zaprosili mnie wtedy na inauguracyjne spotkanie, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem działalności Kanału Sportowego.

Niedawno komentował pan mistrzostwa świata w rąbaniu drewna. Czy to była najdziwniejsza dyscyplina, z którą miał pan do czynienia do tej pory?

– Zacznijmy od tego, że taką klamrą spina się to, co powiedziałem wcześniej. Eurosport na przestrzeni lat był stacją, w której transmitowano takie odlotowe rzeczy. Jednak paradoksalnie w drugim albo trzeci roku działalności CANAL+ na polskim rynku, a stacja działa od 1994 roku, był dzień hiszpański i trzeba było skomentować corridę. Jako człowiek, który skończył szkołę teatralną, zostałem wyznaczony przez Janusza Basałaja, by podjąć to wyzwanie. I to mimo że corrida jest dla mnie zjawiskiem absolutnie obcym kulturowo.  Widząc znęcanie się nad tymi zwierzętami, uważam, że to jest barbarzyństwo. Ale odłożyłem na bok to sceptyczne nastawienie. Mogłem też liczyć na wsparcie merytoryczne, ponieważ towarzyszyła mi wtedy pani, która znakomicie zna się na kulturze iberyjskiej. 

Moim zadaniem było umilanie widzom transmisji barwnym językiem. Dlatego np. mówiłem, że torreador zatopił ostrze w ciele byka i tak dalej. W zeszłym roku pojawił się temat wspomnianych już mistrzostw drwali. Obecne kierownictwo CANAL+ zdecydowało, żebym to ja się tym zajął z racji swojej artystycznej przeszłości.

Na koniec wróćmy do Wizji Sport, bo kiedy ta stacja istniała, trzeba było regularnie latać do Londynu, by komentować mecze. Z czego to wynikało? W CANAL+ komentatorzy musieli z kolei podróżować do Paryża, a w Sportklubie do Budapesztu.

– Pamiętam, że kiedyś komentowałem Super Bowl z Wojciechem Michałowiczem z Paryża, by Francuzi nie musieli przesyłać całego materiału do Warszawy. Wtedy w Polsce nie było nikogo, kto znał się na futbolu amerykańskim. Francuzi uznali, że skomentujemy to u nich w sąsiedniej dziupli, ponieważ ich komentatorzy byli na miejscu, a my mieliśmy zrobić retransmisję.

A jeśli chodzi o Wizję Sport, był oddział w Polsce z dwoma czy trzema pomieszczeniami, natomiast kwestie montażowe, produkcyjne były po stronie angielskiej w Maidstone pod Londynem i dlatego tam lataliśmy nagminnie. Cały czas trzeba było kursować samolotem na linii Warszawa-Heathrow-Heathrow-Warszawa. To było pełne szaleństwo. W ciągu półtora roku leciałem 114 razy do Londynu i z powrotem.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski