05.08.2026 06:49

Tomasz Jaroński: Tour de France można porównać do największych festiwali muzycznych [WYWIAD]

Tour de France od lat pozostaje globalną marką w świecie sportu, a jego siła wykracza daleko poza samą rywalizację sportową. Dlaczego organizatorzy potrafią zamienić zabytki i historię regionów w narzędzia promocji? Czy Tadej Pogačar jest już kolarzem wszech czasów? Co sprawia, że Tour de Pologne utrzymuje pozycję jednej z najważniejszych imprez sportowych w Europie Środkowo-Wschodniej mimo coraz większych trudności organizacyjnych? O tym, ale także o kulisach komentowania wyścigów, ewolucji dziennikarstwa sportowego i znaczeniu marketingu w kolarstwie opowiada Tomasz Jaroński, wieloletni komentator Eurosportu, w wywiadzie dla SportMarketing.pl.

Tomasz Jaroński: Tour de France można porównać do największych festiwali muzycznych [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Tomasz Jaroński
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Organizatorzy Tour de France od lat potrafią wykorzystywać miejsca o wyjątkowym znaczeniu historycznym i kulturowym. Tegoroczny start w Barcelonie był ściśle związany z bazyliką Sagrada Familia. Czy to kolejny dowód na to, że Wielka Pętla oferuje dziś znacznie więcej niż sam sport?

Tomasz Jaroński, komentator Eurosportu: Zdecydowanie tak. Organizatorzy Tour de France bardzo umiejętnie wykorzystują symbole miejsc, przez które prowadzi wyścig. Nie chodzi wyłącznie o atrakcyjne obrazy telewizyjne, ale o stworzenie opowieści, która wykracza poza samą rywalizację. Barcelona jest świetnym przykładem. W momencie, gdy ogłoszono symboliczne zakończenie budowy głównej konstrukcji Sagrady Familii, naturalne było nawiązanie właśnie do tego obiektu sakralnego. To przecież najbardziej rozpoznawalny symbol miasta. Jednocześnie sama rywalizacja odbywała się głównie wokół wzgórza Montjuïc, więc organizatorzy połączyli sport z promocją dziedzictwa kulturowego.

Takie decyzje nigdy nie są przypadkowe. Za organizację wielkiego startu miasta płacą ogromne pieniądze, więc oczekują, że impreza będzie promowała je nie tylko poprzez emocje sportowe, ale również historię, architekturę czy lokalną kulturę. To efekt ścisłej współpracy organizatorów z władzami samorządowymi.

Czy podobny kierunek można dostrzec również w Tour de Pologne?

Oczywiście. Bardzo dobrym przykładem jest tegoroczny start w Gdyni. Prezentacja ekip odbędzie się na pokładzie ORP „Błyskawica”. Będzie podniesienie bandery, salwa armatnia i cała oprawa nawiązująca do morskiej tradycji miasta. To dokładnie ta sama filozofia. Gdynia kojarzy się z morzem, zabytkowymi okrętami i historią polskiej marynarki. Czesław Lang wraz z organizatorami wykorzystuje te symbole, by nadać wydarzeniu dodatkowy wymiar i jednocześnie promować region.

Organizatorzy Tour de France starają się co roku zaskakiwać kibiców. Jednym z najgłośniejszych pomysłów była drużynowa jazda na czas otwierająca rywalizację.

W tej formule rzeczywiście było to rozwiązanie nowe dla Tour de France, choć sam pomysł nie pojawił się ad hoc. Organizator testował go wcześniej podczas wyścigów Paryż–Nicea i Critérium du Dauphiné. To nie była spontaniczna decyzja, lecz efekt kilkuletnich prób. Tak zresztą rozwija się sport. We wszystkich największych dyscyplinach szuka się nowych rozwiązań, które przyciągną uwagę kibiców. Jedne pomysły okazują się trafione, inne nie, ale bez eksperymentów trudno utrzymać zainteresowanie.

W kolarstwie organizatorzy stale zastanawiają się, jak uatrakcyjnić rywalizację. Dzisiaj największym wyzwaniem jest pytanie, czy ktokolwiek będzie w stanie nawiązać walkę z Tadejem Pogačarem. To trochę przypomina czasy Lance’a Armstronga. W okresie hegemonii Amerykanina roku szukano zawodnika, który mógłby go pokonać. Najpierw był Jan Ullrich, później pojawiali się kolejni kandydaci. Zawsze budowano narrację wokół potencjalnego rywala dominatora.

To naturalny mechanizm. Wynika częściowo z tradycji, częściowo z roli mediów, ale również z działań samych organizatorów. W tym przypadku właśnie drużynowa jazda na czas była takim elementem budowania emocji. Po pierwszym etapie liderem został Jonas Vingegaard i od razu pojawiła się narracja, że być może Duńczyk jest przygotowany do walki z Pogačarem. Już pierwszego dnia wyścig zyskał dodatkową historię, którą kibice mogli śledzić.

Patrząc na dominację Słoweńca, można odnieść wrażenie, że obserwujemy jednego z najwybitniejszych zawodników w historii.

Bez wątpienia jest jedną z największych indywidualności w historii kolarstwa. Są zawodnicy, którzy przez kilka lat wyznaczają nowe standardy i zaczynają dominować nad resztą stawki. Pogačar należy właśnie do tej grupy. Co ciekawe, jako junior nie był aż tak zdecydowanym dominatorem. Był bardzo utalentowanym zawodnikiem i wszyscy widzieli w nim ogromny potencjał, ale nie wyróżniał się w takim stopniu, jak choćby Remco Evenepoel. To Belg praktycznie wygrywał wszystko w swojej kategorii wiekowej i wydawał się zawodnikiem zdecydowanie przewyższającym rówieśników.

Historia zna wiele takich przypadków. Zdarzało się, że wielcy juniorzy nie robili później wielkich karier, a zawodnicy rozwijający się spokojniej osiągali najwyższy poziom. Pogačar również nie jest kolarzem niepokonanym. Przecież dwukrotnie przegrał Tour de France z Jonasem Vingegaardem. To pokazuje, że można go pokonać. Jednak ostatnie sezony wskazują, że różnica między nim a resztą stawki ponownie zaczęła się powiększać. Gdyby spojrzeć wyłącznie na aktualny poziom sportowy, można odnieść wrażenie, że wygląda to tak: Pogačar, potem długo nic, następnie Vingegaard i dopiero cała reszta.

To oczywiście nie oznacza, że Słoweniec jest zawodnikiem pozbawionym słabości. Jazda indywidualna na czas nie jest jego najmocniejszą stroną. Podczas mistrzostw świata w Kigali Remco Evenepoel odrobił stratę wynikającą z kolejności startu i wyprzedził go jeszcze przed metą. Takie momenty pokazują, że nawet najwybitniejsi sportowcy mają konkurentów zdolnych wygrać w określonych specjalnościach.

Tomasz Jaroński: Tour de France można porównać do największych festiwali muzycznych [WYWIAD]

W tym roku pod koniec zmagań pożary pokrzyżowały plany organizatorów. Czy takie komplikacje miały miejsce po raz pierwszy?

Takie sytuacje zdarzały się już wcześniej. Trzeba pamiętać, że Tour de France trwa trzy tygodnie i każdego dnia przemieszcza się przez kolejne regiony kraju. Przy tak ogromnym przedsięwzięciu zawsze mogą pojawić się okoliczności, których nie sposób przewidzieć. W poprzednich latach na ogół były to protesty rolników. Wystarczy zorganizować blokadę drogi i przejazd peletonu staje pod znakiem zapytania. Pamiętamy również etap przerwany z powodu osuwiska, kiedy organizatorzy musieli skrócić rywalizację, bo dalsza jazda była niemożliwa. Takie decyzje nie są czymś wyjątkowym – bezpieczeństwo zawsze pozostaje najważniejsze.

W przypadku zagrożenia pożarowego myślę jednak, że organizatorzy kierowali się również innymi względami. Oczywiście sam przejazd peletonu prawdopodobnie dałoby się zabezpieczyć, ale Tour de France angażuje ogromne siły lokalnych służb. Nie chodzi wyłącznie o policję czy motocyklistów jadących w kolumnie wyścigu. W każdej miejscowości trzeba zabezpieczyć skrzyżowania, zamknąć drogi, kierować ruchem i zadbać o bezpieczeństwo kibiców. Bardzo często uczestniczą w tym również strażacy. Jeżeli w danym regionie trwa walka z pożarami, trudno jednocześnie angażować te same służby do obsługi wydarzenia sportowego. Dlatego odbieram tę decyzję również jako gest wobec ludzi, którzy w tamtym czasie wykonywali znacznie ważniejsze zadania. Organizator nie chciał stworzyć wrażenia, że tysiące osób obsługują wyścig, podczas gdy strażacy są potrzebni gdzie indziej. To była decyzja odpowiedzialna również z punktu widzenia społecznego.

Przez lata tworzył pan duet z Krzysztofem Wyrzykowskim, który ma ogromną wiedzę o kulturze, historii czy architekturze Francji, dziś komentuje pan przede wszystkim z Dariuszem Baranowskim, byłym kolarzem, który w związku z tym ma sporą wiedzę praktyczną. Czy zmienił się zatem sposób, w jaki przygotowuje się pan do transmisji?

To pytanie często się pojawia, ale odpowiedź jest trochę przewrotna. Wbrew pozorom przygotowania właściwie się nie zmieniły. Nadal trzeba być gotowym na wszystko. Kolarstwo jest specyficzną dyscypliną. W transmisji nie oglądamy wyłącznie sportu. Przez kilka godzin kamera pokazuje miasta, zamki, zabytki, krajobrazy, historię regionów i atrakcje turystyczne. To integralna część przekazu telewizyjnego.

W innych dyscyplinach wygląda to inaczej. Podczas meczu piłkarskiego można wspomnieć o stadionie, jego pojemności czy roku budowy i na tym najczęściej temat się kończy. A przecież nawet tam kryją się fascynujące historie. Nigdy na przykład nie słyszałem, by podczas transmisji ktoś opowiedział o genezie dawnej nazwy stadionu Schalke 04 – Arena AufSchalke. Mało kto wie, że określenie „Auf Schalke” wywodzi się z gwary górniczej i ma swoje korzenie również w języku używanym przez polskich górników. Mówiono, że idzie się „na szalkę”, czyli „na kopalnię”, a z czasem to określenie przeniknęło do języka niemieckiego. To pokazuje, jak wiele ciekawych historii można odnaleźć wokół sportu, jeśli tylko chce się ich szukać.

Przez lata wielu kibiców kojarzyło Krzysztofa Wyrzykowskiego przede wszystkim z erudycją.

To prawda, ale warto pamiętać, że Krzysztof jest romanistą. Francję zna znakomicie i rzeczywiście poruszał się w tej tematyce z niezwykłą swobodą. To jednak nie oznaczało, że ja mogłem się do tego nie przygotowywać. Jeżeli prowadzimy wspólną transmisję, nie może wyglądać to tak, że jedna osoba opowiada, a druga tylko słucha. Żeby prowadzić rozmowę, zadawać pytania, czy uzupełniać wypowiedź partnera, sam musiałem zdobyć tę wiedzę.

Nie mogłem zachowywać się jak uczeń, który z zachwytem słucha nauczyciela. Transmisja wymaga dialogu. Dokładnie tak samo wygląda to dzisiaj z Dariuszem Baranowskim. Wielu kibiców uważa, że skoro obok mnie siedzi były zawodowy kolarz, to on odpowiada za kwestie techniczne, a ja za całą resztę. Nic bardziej mylnego. Darek również przygotowuje część dotyczącą historii, geografii i turystyki, a ja także dokładnie analizuję trasę, profile etapów, charakterystykę podjazdów czy kwestie taktyczne. Podczas transmisji naturalnie rozkład akcentów wygląda trochę inaczej. Były zawodnik częściej opowiada o doświadczeniach z peletonu, ale obaj musimy znać całość materiału. To była zasada obowiązująca kiedyś i obowiązuje również dzisiaj.

Czy jest coś, co rzeczywiście zmieniło się przez lata?

Tak. Największym wyzwaniem stała się wymowa francuskich nazw. Kiedy komentowałem z Krzysztofem Wyrzykowskim, praktycznie nie było o czym dyskutować. On znał język perfekcyjnie i wszyscy mieli pewność, że nazwy miejscowości czy przełęczy wymawia dokładnie tak, jak powinny brzmieć. Dzisiaj muszę poświęcać temu znacznie więcej czasu. Każdą nazwę sprawdzam wcześniej, zapisuję sobie wymowę i przygotowuję się bardzo dokładnie. To może wydawać się drobiazgiem, ale dla komentatora ma ogromne znaczenie. Kibice są coraz bardziej świadomi, a poprawna wymowa jest elementem profesjonalizmu.

Uważa pan, że Tour de France to coś więcej niż wyścig kolarski. Co decyduje o jego wyjątkowej pozycji?

Przede wszystkim marka. Można to porównać do największych festiwali muzycznych. Publiczność kupuje bilety nie tylko ze względu na konkretnych artystów, ale dlatego, że sam festiwal stał się gwarancją jakości. Podobnie jest z Tour de France. Największe gwiazdy oczywiście budują atrakcyjność wydarzenia, ale one są niejako dodatkiem do marki, która istnieje niezależnie od nich. Tour de France jest dziś rozpoznawalny nawet przez ludzi, którzy na co dzień nie interesują się kolarstwem. To wyjątkowe zjawisko.

Co ciekawe, siła Tour de France nie wynika dziś z sukcesów francuskich kolarzy.

Wręcz przeciwnie. Francuzi od wielu lat nie odgrywają w walce o zwycięstwo głównych ról. Ostatni raz wygrali Tour de France w 1985 roku. W tym sezonie doszło do wyjątkowej sytuacji – po raz trzeci w historii gospodarze nie wygrali ani jednego etapu. Co więcej, żadnego etapu nie wygrali również Włosi i Hiszpanie, czyli przedstawiciele trzech krajów organizujących największe wyścigi etapowe świata.

To pokazuje, że Tour de France dawno przestał opierać swoją siłę na narodowym sukcesie. Marka wyścigu jest dziś znacznie większa niż wyniki francuskich zawodników. Kibice z całego świata przyjeżdżają na trasę niezależnie od tego, czy gospodarze odnoszą sukcesy. Mam wrażenie, że proporcje widzów przy trasie są mniej więcej pół na pół – połowę stanowią Francuzi, połowę kibice z zagranicy. Widać to choćby po flagach i atmosferze towarzyszącej wyścigowi. Moim zdaniem Tour de France należy dziś do absolutnej światowej elity wydarzeń sportowych. Jeżeli mielibyśmy stworzyć taki ranking, znalazłyby się tam igrzyska olimpijskie, piłkarskie mistrzostwa świata, turnieje Wielkiego Szlema w tenisie i właśnie Tour de France.

W samym kolarstwie zwycięstwo w Tour de France ma większy prestiż niż zdobycie mistrzostwa świata. Tęczowa koszulka jest oczywiście niezwykle ceniona, ale Tour de France pozostaje wydarzeniem, które przyciąga uwagę całego świata przez trzy tygodnie. Ogromne znaczenie ma również jego cykliczność. Wyścig odbywa się co roku i choć trasy za każdym razem są inne, już chwilę po zakończeniu jednej edycji rozpoczyna się dyskusja o następnej. Organizatorzy doskonale potrafią to wykorzystać marketingowo. Wystarczy ogłosić, gdzie odbędzie się wielki start albo przez jakie regiony poprowadzi trasa i już rozpoczyna się promocja kolejnej edycji. To pokazuje, jak potężną marką stał się Tour de France.

Wspomniał pan wcześniej o mistrzostwach świata w Kigali. Coraz częściej mówi się o zjawisku sportswashingu, czyli wykorzystywaniu wielkich imprez sportowych do poprawiania wizerunku państw często niedemokratycznych. W piłce nożnej najczęściej wskazuje się w tym kontekście Bliski Wschód: Katar czy Arabię Saudyjską. Jak patrzy pan na organizację mistrzostw świata w Rwandzie?

W kolarstwie rzeczywiście można znaleźć przykłady działań, które wpisują się w takie zjawisko. Wystarczy spojrzeć na sponsorów największych drużyn. Mamy zespół UAE Team Emirates, Arabia Saudyjska również jest obecna poprzez sponsorowanie grup zawodowych. Dobrym przykładem jest australijska ekipa Jayco AlUla, gdzie drugi człon nazwy promuje saudyjski region turystyczny. To pokazuje, że sport jest wykorzystywany również do promocji państw czy regionów, natomiast w przypadku Kigali nie szukałbym takiego wytłumaczenia.

Przede wszystkim Rwanda od lat organizuje wyścig znajdujący się w kalendarzu Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Nie jest to impreza najwyższej rangi, ale regularnie startują tam także europejskie zespoły zawodowe. To oznacza, że kraj posiadał już doświadczenie organizacyjne. Drugim argumentem było to, co można nazwać wymiarem symbolicznym. Przed mistrzostwami świata wiele czytałem o tym, jak po ludobójstwie sprzed lat Hutu i Tutsi próbują odbudowywać wzajemne relacje. Oczywiście trudno mi oceniać, jak wygląda to na co dzień, bo nigdy tam nie byłem. Nie wiem, na ile jest to efekt rzeczywistych zmian, a na ile element politycznej narracji.

Jeżeli jednak świat uznał, że kraj potrafił przejść tak trudną drogę i jednocześnie zbudował odpowiednie zaplecze organizacyjne dla kolarstwa, to przyznanie mu mistrzostw świata można było potraktować jako pewien gest. Nie tylko wobec samego sportu, ale także wobec procesu pojednania, który – przynajmniej oficjalnie – miał tam miejsce.

Takie historie rzeczywiście w sporcie się zdarzają, chociażby proces pojednania białych i czarnych mieszkańców RPA po upadku apartheidu, który dokonał się dzięki reprezentacji kraju w rugby. A wracając do Rwandy, czy można powiedzieć, że był to również element strategii UCI dotyczącej globalizacji kolarstwa?

Zdecydowanie. Międzynarodowa Unia Kolarska od wielu lat podkreśla, że chce rozwijać ten sport poza Europą. Problem polega na tym, że nie jest to łatwe. Europa wciąż zdecydowanie dominuje. To na Starym Kontynencie znajdują się najważniejsze wyścigi, najlepsze drużyny i znakomita większość czołowych zawodników.

Tak, czy inaczej Azja próbuje budować swoją pozycję, podobnie Afryka. W Ameryce Południowej pojedyncze kraje mają mocniejsze tradycje kolarskie, podobnie Stany Zjednoczone czy Kanada wychowują od czasu do czasu bardzo dobrych zawodników, ale w skali całego świata Europa nadal pozostaje centrum tej dyscypliny. Dlatego UCI szuka sposobów, by pokazać, że kolarstwo rzeczywiście staje się sportem globalnym. Organizacja mistrzostw świata w Afryce doskonale wpisuje się w tę strategię. To sygnał, że również inne kontynenty mogą być gospodarzami najważniejszych imprez.

Przejdźmy do Tour de Pologne. Tegoroczna edycja wraca między innymi do województwa lubuskiego. Czy jest coś, co szczególnie zwróciło pana uwagę przy analizie tegorocznej trasy?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć o czymś, czego kibice często nie dostrzegają. Organizacja wyścigu kolarskiego staje się z roku na rok coraz trudniejsza. Nie dlatego, że brakuje pomysłów, ale ponieważ stale przybywa przepisów, procedur i wymogów administracyjnych. Coraz bardziej skomplikowane staje się uzyskiwanie zgód, zabezpieczenie trasy, organizacja ruchu czy współpraca z lokalnymi służbami.

Do tego dochodzi kwestia finansowania. Takie imprezy w ogromnym stopniu opierają się na wsparciu samorządów – miast, powiatów i województw. To one współtworzą budżet wyścigu. Dzisiaj pozyskanie takich partnerów jest znacznie trudniejsze niż jeszcze kilkanaście lat temu.

Najlepiej ilustruje to przykład Szwajcarii?

Jeszcze niedawno Tour de Suisse liczył osiem etapów i był uznawany za nieoficjalny „czwarty wielki Tour”. Dzisiaj wyścig został znacząco ograniczony, do pięciu etapów. Start i meta znajdują się w tym samym mieście, a organizatorzy starają się minimalizować koszty. Kiedyś takie rozwiązania zostałyby wyśmiane. Dzisiaj są koniecznością. Mówimy przecież o jednym z najbogatszych państw Europy, a mimo to organizatorzy również mają problemy ze znalezieniem sponsorów i spełnieniem wszystkich wymogów administracyjnych. To pokazuje, że trudności nie są wyłącznie polskim problemem. Zmagają się z nimi praktycznie wszyscy organizatorzy dużych wyścigów.

Czy to oznacza, że o przebiegu trasy coraz częściej decydują względy organizacyjne?

Dokładnie tak. Kibice często myślą, że organizator siada nad mapą i rysuje trasę wyłącznie według własnej wizji. Tak to nie działa. Wyścig jedzie przede wszystkim tam, gdzie są partnerzy gotowi go przyjąć i współfinansować. To trochę patchwork – ogromna układanka złożona z wielu elementów. Trzeba znaleźć miasta startowe, mety etapów, partnerów samorządowych, sponsorów i dopiero później ułożyć z tego logiczną trasę.

Zdarza się, że współpraca trwa kilka lat, a później dane miasto znika z kalendarza, bo kończy się umowa albo zmieniają się priorytety władz. Tak było choćby z Krakowem. Dlatego zmiany na trasie nie zawsze wynikają z wizji sportowej. Często są zwyczajnie konsekwencją realiów organizacyjnych.

Powrót województwa lubuskiego bardzo dobrze wpisuje się w tę logikę?

Jeżeli peleton startuje w Gdyni i ma później dotrzeć w kierunku górskich etapów, to zachodnia Polska jest naturalnym wyborem. Przy okazji trasa zyskuje nowy charakter. To ważne również z punktu widzenia kibiców. Przez lata pojawiały się głosy, że Tour de Pologne zbyt często korzysta np. z tych samych podjazdów wokół Zakopanego.

Dzisiaj Czesław Lang stara się pokazywać nowe regiony Polski, a jednocześnie daje województwom możliwość promowania swoich atrakcji turystycznych. To bardzo rozsądne podejście. Współczesny wyścig kolarski jest przecież nie tylko wydarzeniem sportowym, ale również projektem marketingowym.

Wspomniał pan, że współczesny wyścig kolarski jest również projektem marketingowym. W przypadku Tour de Pologne ogromne znaczenie ma chyba także powrót transmisji do Eurosportu.

Zdecydowanie. I to jest aspekt, którego często nie doceniamy. Oczywiście bardzo dobrze, że Telewizja Polska pokazuje Tour de Pologne praktycznie od początku do końca. To ważne dla polskich kibiców, natomiast z punktu widzenia promocji kraju jeszcze większe znaczenie ma obecność wyścigu w Eurosporcie. Dlaczego?  Bo trudno oczekiwać, że Polacy będą oglądać Tour de Pologne po to, by odkrywać atrakcje turystyczne własnego kraju, natomiast dla milionów widzów w Europie to zupełnie nowa opowieść o Polsce. To właśnie oni po raz pierwszy widzą nasze miasta, zabytki, krajobrazy czy miejsca historyczne. I to jest ogromny potencjał marketingowy.

Jak organizatorzy przygotowują się do takiej promocji?

Bardzo profesjonalnie. Niedawno dostałem od Lang Teamu szczegółowe materiały dotyczące każdego etapu. To nie są wyłącznie informacje sportowe. Znajdują się tam opisy najważniejszych zabytków, atrakcji turystycznych, wydarzeń historycznych i ciekawostek związanych z miejscami, przez które prowadzi trasa. Co ważne, wszystkie materiały przygotowane są również w języku angielskim. Otrzymają je dziennikarze z różnych krajów, dzięki czemu mogą podczas transmisji opowiadać o Polsce nie tylko z perspektywy sportowej.

To naprawdę duże ułatwienie. Nie wszyscy organizatorzy wyścigów przygotowują takie opracowania. Często komentator musi sam szukać informacji, analizować przewodniki, historię regionów czy lokalne źródła. Tutaj dostajemy bardzo dobrze przygotowany materiał wyjściowy. Za to Czesławowi Langowi i jego zespołowi należą się słowa uznania. Oni doskonale rozumieją, że współczesny wyścig kolarski jest również narzędziem promocji kraju.

Patrząc na pozycję Tour de Pologne, można odnieść wrażenie, że to również efekt wieloletnich tradycji kolarskich w Polsce. Czy można znaleźć analogię między dzisiejszym wyścigiem a Wyścigu Pokoju i dopatrywać się pewnej ciągłości?

Nie do końca. Tutaj byłbym ostrożny z takimi porównaniami. Wyścig Pokoju był przedsięwzięciem funkcjonującym w zupełnie innych realiach politycznych. Miał dwie warstwy. Pierwsza była propagandowa. Organizacja wyścigu była odgórnie narzucona przez państwo. Nie było dyskusji, czy impreza ma się odbyć, ani czy warto przeznaczać na nią środki. Decyzje zapadały na szczeblu politycznym.

Wyścig był narzędziem propagandy państw bloku wschodniego. Gazety organizujące imprezę wykorzystywały ją do głoszenia demagogicznych haseł o pokoju, sprawiedliwości czy wyższości socjalizmu nad, jak to określano, zgniłym Zachodem. To był element politycznej narracji tamtych czasów.

Druga warstwa była jednak zupełnie autentyczna. Sportowo Wyścig Pokoju stał na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście mówimy o kolarstwie amatorskim, bo taki był wówczas podział świata sportu, ale rywalizacja rzeczywiście była znakomita. Jednocześnie dochodził jeszcze jeden element. Ogromne emocje budziły konfrontacje reprezentantów Polski i Związku Radzieckiego. Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, ale w tamtych realiach zwycięstwa nad reprezentacją ZSRR miały znaczenie znacznie większe niż tylko sportowe. Nie było mediów społecznościowych, nie było przestrzeni do publicznego wyrażania takich emocji, dlatego sport stawał się miejscem, gdzie ludzie mogli symbolicznie odreagować.

Pamiętam hasło „Bić Ruskich”. Nie chodziło oczywiście o dosłowne znaczenie, ale o przekonanie, że skoro nie można z nimi rywalizować w innych sferach życia, to trzeba wygrywać przynajmniej na stadionach czy szosach. Dlatego sukcesy Ryszarda Szurkowskiego i Stanisława Szozdy urastały do rangi wydarzeń narodowych.

Podobnie było z meczem piłkarskim na Stadionie Śląskim, gdy Gerard Cieślik strzelił dwa gole Sowietom. Ludzie z mojej generacji mają w pamięci także zwycięstwo hokeistów nad ZSRR czy pamiętnym triumfem siatkarzy podczas igrzysk olimpijskich w Montrealu. Dla mojego pokolenia były to chwile euforii, bo sport niósł wtedy ze sobą znacznie więcej znaczeń niż tylko końcowy wynik.

A sam Tour de Pologne?

Jego historia wygląda zupełnie inaczej. Przed wojną wyścig dopiero się rozwijał. Po wojnie został przyćmiony przez Wyścig Pokoju, który, jako się rzekło, miał ogromne znaczenie polityczne i organizacyjne. To właśnie tam kierowano największe środki, tam trafiali najlepsi zawodnicy i tam koncentrowała się uwaga kibiców. Nie oznacza to jednak, że w Polsce brakowało tradycji kolarskich. Wręcz przeciwnie. Wyścig Pokoju przyczynił się do popularyzacji tej dyscypliny, ale później trzeba było zbudować nową markę funkcjonującą już w realiach zawodowego sportu. I właśnie tutaj niepoślednią rolę odegrał Czesław Lang.

Spójrzmy na naszych sąsiadów. Czesi przez wiele lat próbowali stworzyć wyścig o podobnej pozycji, ale do dziś mają kilka imprez niższej rangi. Na terenach dawnej NRD praktycznie nie ma już znaczącego wyścigu etapowego, natomiast w Polsce udało się zbudować markę rozpoznawalną na całym świecie. Oczywiście pojawiają się również głosy krytyczne. Niektórzy twierdzą, że Tour de Pologne zdominował rynek sponsorski i przez to mniejsze wyścigi mają trudniej z pozyskiwaniem partnerów. To kontrowersyjna teza. Jedno jest jednak pewne, Tour de Pologne stał się imprezą światowego formatu.

Można odnieść wrażenie, że paradoksalnie sukces samego wyścigu nie oznacza sukcesu całej dyscypliny.

Niestety tak. To jest chyba największy paradoks polskiego kolarstwa. Mamy Tour de Pologne na najwyższym światowym poziomie organizacyjnym. Mamy tor kolarski w Pruszkowie. Mieliśmy wybitnych zawodników reprezentujących różne odmiany kolarstwa – Maję Włoszczowską, Rafała Majkę, Michała Kwiatkowskiego i wielu innych. Wydawało się, że za tym powinien pójść szeroki rozwój całej dyscypliny. Tak się jednak nie stało. Dzisiaj właściwie we wszystkich odmianach kolarstwa mamy problem z następcami największych gwiazd. To pokazuje, że nawet świetnie zorganizowana impreza nie jest w stanie sama z siebie odbudować całego systemu szkolenia.

Tour de Pologne od lat jest wskazywany jako jeden z największych sukcesów marketingowych polskiego sportu, ponieważ jest organizowany cyklicznie?

Największą siłą tego wyścigu jest jego powtarzalność. To wydarzenie, które co roku wraca do kalendarza i dzięki temu konsekwentnie buduje swoją markę. W Polsce organizowaliśmy wiele wielkich imprez – piłkarskie EURO 2012, mistrzostwa świata czy Europy w różnych dyscyplinach, turnieje koszykarskie. Wszystkie były bardzo ważne, ale miały jedną wspólną cechę – odbyły się raz. Tour de Pologne funkcjonuje zupełnie inaczej. Każdego roku przez kilka dni Polska jest obecna w światowych mediach. Każda kolejna edycja wzmacnia markę wypracowaną wcześniej. Tego nie da się osiągnąć jednorazowym wydarzeniem, nawet jeśli jest ono spektakularne. Mamy jeszcze Puchar Świata w skokach narciarskich, ale pozostając przy sportach zimowych, np. w biathlonie i biegach narciarskich nieliczni organizują najważniejsze imprezy i nie ma w tym gronie Polski.

Czy łatwiej organizować wyścig tej rangi, gdy marka jest już tak silna?

To zdecydowanie pomaga. W przeszłości organizatorzy wielu imprez musieli zabiegać o udział największych nazwisk. Dzisiaj Tour de Pologne osiągnął taki poziom, że nie ma już takiej potrzeby. Wyścig należy do kalendarza WorldTour, a to oznacza, że najlepsze drużyny świata mają obowiązek w nim startować. Nawet jeśli nie przyjadą wszyscy liderzy, trudno wyobrazić sobie sytuację, w której zespół wysłałby do Polski wyłącznie rezerwowych zawodników. W praktyce zawsze pojawia się grupa kolarzy reprezentujących światową czołówkę. To efekt pozycji, jaką Tour de Pologne wypracował przez lata.

Rozmawiałem niedawno z Adamem Proboszem. Powiedział, że był pan jedną z osób, które wprowadzały go do zawodu komentatora. Czuje się pan dziś jednym z nestorów redakcji Eurosportu? Zwłaszcza po śmierci Karola Stopy takich osób jest coraz mniej. Możemy wymienić jeszcze Witolda Domańskiego, Grzegorza Pajdę czy Edwarda Durdę.

To naturalna kolej rzeczy. Zmieniają się pokolenia muzyków, polityków, sportowców i dziennikarzy. Starsi odchodzą, pojawiają się nowi. Jestem jednak dość konserwatywny w spojrzeniu na ten zawód. Uważam, że zanikł model, który przez dziesięciolecia bardzo dobrze funkcjonował – relacja mistrza i ucznia.

Kiedy zaczynałem pracę, młody dziennikarz trafiał pod opiekę bardziej doświadczonego kolegi. Taki mentor prowadził go przez kolejne etapy zawodu. Najpierw powierzał niewielkie zadania, później coraz bardziej odpowiedzialne, aż w końcu młody człowiek był gotowy do samodzielnej pracy. To był bardzo dobry system. Nie tylko uczył warsztatu, ale również odpowiedzialności za słowo.

Dlaczego ten model przestał funkcjonować?

Zmieniły się media. Dzisiaj wiele zależy od przypadku albo od przebojowości młodego człowieka. Bardzo często początkujący dziennikarze dostają duże zadania. Jeżeli sobie poradzą, błyskawicznie awansują. Jeżeli nie, równie szybko znikają. Kiedyś kolejne etapy przechodziło się stopniowo. Dzisiaj wielu ludzi jest rzucanych od razu na głęboką wodę.

Moim zdaniem odbija się to na poziomie dziennikarstwa. Oczywiście wpływ mają również media społecznościowe i internet. Dzisiaj właściwie każdy może publikować swoje opinie. To ma wiele zalet, ale jednocześnie obniżył się próg wejścia do zawodu. Warsztat dziennikarski nie zawsze jest już wartością samą w sobie. Ja miałem ogromne szczęście. Na swojej drodze spotkałem ludzi, od których mogłem się uczyć. W „Przeglądzie Sportowym” był to Lech Cergowski, później w Eurosporcie Krzysztof Wyrzykowski. To oni pokazali mi, jak powinno wyglądać rzetelne dziennikarstwo. Dzisiaj staram się robić to samo wobec młodszych kolegów. Co ciekawe, coraz częściej do redakcji trafiają byli sportowcy. Nie mają klasycznego dziennikarskiego przygotowania, ale dysponują ogromną wiedzą praktyczną.

Dlatego uważam, że również oni potrzebują kogoś, kto pomoże im odnaleźć się w pracy przed mikrofonem. Jestem dumny z tego, jak rozwinęli się Dariusz Baranowski czy Tomasz Sikora. Mam poczucie, że w ich przypadku ten model przekazywania doświadczenia nadal działa, nawet jeśli w mediach nie funkcjonuje już jako powszechna zasada.

A propos zaniku tego modelu, współpracuję z TVP Sport i tam teksty przygotowywane do działu „Czytelnia VIP” adiustuje Jerzy Chromik – dziennikarz z ogromnym doświadczeniem, wychowany jeszcze w dawnych realiach pracy redakcyjnej.

To pokazuje, że jednak wciąż są nieliczne miejsca, gdzie młodszy autor może otrzymać wsparcie bardziej doświadczonych osób. Od czasu do czasu spotykamy się również w gronie dziennikarzy mojego pokolenia z Przeglądu Sportowego. Są wśród nas między innymi Rafał Nahorny, Tomasz Wolfke czy właśnie Jerzy Chromik, który przez pewien czas również pracował w Przeglądzie Sportowym.

To ludzie, którzy przeszli podobną drogę zawodową i dobrze rozumieją, jak bardzo zmieniły się media w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski