Marcin Grzywacz: w Anglii piłka wciąż należy do lokalnych społeczności [WYWIAD]
Czy sztuczna inteligencja odbierze pracę komentatorom? Dlaczego Anglia pozostaje wzorem piłkarskiej kultury, a Paris Saint-Germain przeszło w ostatnich latach prawdziwą metamorfozę? O tym, a także między innymi o początkach swojej kariery, fascynacji West Hamem i rozpoznawaniu przyszłych gwiazd światowego futbolu mówi w wywiadzie dla SportMarketing.pl Marcin Grzywacz, komentator Eleven Sports.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Jeśli chodzi o polskich komentatorów, jest pan chyba najbardziej kojarzony z angielską piłką spoza Premier League – z pierwszymi rundami FA Cup czy rozgrywkami Championship komentowanymi jeszcze w Sportklubie. Ma pan szczególny sentyment właśnie do tej mniej elitarnej, bardziej lokalnej piłki?
Marcin Grzywacz, komentator Eleven Sports: – Zdecydowanie tak. To jest właśnie ten grassroots football – piłka, która wyrasta z korzeni. Właśnie z takich lokalnych społeczności narodził się futbol i w Anglii ten duch wciąż jest obecny. Bardzo mi to imponuje. Najbardziej podoba mi się to, że mieszkańcy małych miast i miasteczek, nawet jeśli znajdują się niedaleko wielkich piłkarskich ośrodków, takich jak Londyn, Manchester czy Birmingham, pozostają wierni swoim klubom. Zamiast oglądać w telewizji największe hity Premier League, wolą pójść na lokalny stadion, spotkać znajomych, zjeść hamburgera albo fish and chips i kibicować swojej drużynie. Nieważne, czy na trybunach jest 200, 300 czy 500 osób, ponieważ liczy się wspólnota. To właśnie najbardziej cenię w angielskim futbolu. Dlatego zawsze z ogromną przyjemnością komentowałem te rozgrywki i starałem się pokazywać polskim widzom, jak wielkie znaczenie mają dla lokalnych społeczności.
Czy właśnie dlatego FA Cup jest w Anglii czymś znacznie większym niż zwykły turniej pucharowy?
– Jak najbardziej. Tam nikt nie modli się o łatwego przeciwnika. Wręcz przeciwnie, każdy marzy o tym, żeby wylosować jak największy klub. Pamiętam mecz Paulton Rovers z Norwich City, który komentowałem jeszcze w Sportklubie. W mieście panowało prawdziwe szaleństwo. Sprzedawano reklamy dosłownie na każdym fragmencie klubowych koszulek. Jeden z działaczy udzielał wywiadu ekipie telewizyjnej i jednocześnie odbierał telefony od lokalnych przedsiębiorców, którzy chcieli wykupić jeszcze choćby niewielki fragment powierzchni reklamowej. Warsztat samochodowy, fryzjer, lokalne firmy – wszyscy chcieli być częścią tego wydarzenia. To pokazuje, jak bardzo takie mecze angażują całe społeczności. Tam piłką żyją wszyscy.
Z drugiej strony w Anglii maluczcy z automatu nie podejmują gigantów przed własną publicznością. Zdarza się więc, że mały klub jedzie na stadion Manchesteru City czy Arsenalu zamiast podejmować ich u siebie. Nie szkoda zatem kibiców takich klubów z niższych klas rozgrywkowych, którzy w swoim mieście mogliby przeżyć piłkarskie święto, gdyby ich zespół grał u siebie?
– Patrząc z naszej perspektywy, można tak pomyśleć, ale Anglicy często widzą to inaczej. Jeżeli niewielki klub z północy Anglii trafi na Arsenal, to ilu jego kibiców miałoby realną szansę kiedyś pojechać do Londynu i obejrzeć mecz na Emirates? Dla większości byłby to raczej jednorazowy wyjazd turystyczny. Tymczasem dzięki Pucharowi Anglii mogą pojechać tam razem ze swoją drużyną, wspierać ją z trybun i przeżyć coś wyjątkowego. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, co oznacza to dla samych piłkarzy. Wielu z nich nigdy nie miałoby okazji wystąpić na takich stadionach.
Pamiętam mecz Liverpoolu z jedną z lokalnych drużyn z okolic miasta. W tej ekipie grał zawodnik, który zaledwie kilkanaście miesięcy wcześniej pracował jako dekarz i robił dach na domu Stevena Gerrarda. Wtedy pomyślał sobie, że fajnie byłoby kiedyś zagrać przeciwko swojemu idolowi. Kilka miesięcy później wybiegł na Anfield i to marzenie rzeczywiście się spełniło. To są historie, które pokazują wyjątkowość Pucharu Anglii. Nieważne, czy grasz u siebie, czy na wielkim stadionie rywala. Dla wielu ludzi samo wyjście na takie boisko jest spełnieniem marzeń.

Jest pan również znany jako kibic West Hamu. To dość nieoczywisty wybór, biorąc pod uwagę liczbę wielkich klubów z Londynu. Skąd wzięła się ta sympatia?
– Od Iron Maiden. Wszystko zaczęło się w 1990 roku i od tamtej pory kibicuję właśnie West Hamowi. A jeśli już komuś się kibicuje, to nie dlatego, że jest akurat najmocniejszy. Wolę trzymać kciuki za swoich. I to niezależnie od wyników.
Polska społeczność kibiców West Hamu jest rzeczywiście tak aktywna, jak można odnieść wrażenie w mediach społecznościowych?
– Tak, chociaż warto zaznaczyć, że ja nie jestem jednym z organizatorów działalności West Ham United Poland. Zostałem zaproszony przez zarząd stowarzyszenia na jeden ze zlotów i bardzo doceniam pracę, jaką ci ludzie wykonują. To naprawdę liczna grupa. Wielu jej członków mieszka w Polsce, ale równie wielu żyje na Wyspach Brytyjskich. Regularnie jeżdżą nie tylko na mecze domowe, ale także na wyjazdy West Hamu. To pokazuje, jak silna jest ta społeczność.
Wielu kibiców uważa, że London Stadium nigdy nie dorówna atmosferą legendarnemu Upton Park, bo nie ma duszy. Zgadza się pan z taką opinią?
– Upton Park było wyjątkowe. To był typowo piłkarski stadion. Kibice siedzieli praktycznie za plecami bramkarza i zawodników przy liniach bocznych. Atmosfera była niezwykła. London Stadium jest zupełnie innym obiektem. Odległości od boiska są znacznie większe i naturalnie wpływa to na odbiór meczu. Nie powiedziałbym jednak, że ten stadion nie ma duszy. On po prostu żyje inaczej. Byłem tam na kilku spotkaniach europejskich i muszę przyznać, że atmosfera potrafi zrobić ogromne wrażenie. Zwłaszcza podczas wieczornych meczów przy sztucznym oświetleniu. To już nie jest klimat Upton Park i nigdy nim nie będzie, ale trzeba też zaakceptować, że pewnych rzeczy nie da się odtworzyć. Trzeba budować nową historię.
Jednocześnie trudno nie zauważyć, że właściciele podjęli decyzję przede wszystkim biznesową. Zyskali znacznie większy stadion i większe możliwości zarabiania pieniędzy. Wielu kibiców miało poczucie, że odbyło się to kosztem tożsamości klubu. Paradoksalnie jednak zmiana stadionu przyniosła także pewne korzyści dla fanów. Ceny karnetów spadły. Pod tym względem to jest dolna połówka tabeli Championship, dzięki czemu udało się sprzedać ich około 45 tysięcy. To imponujący wynik i pokazuje, że także pod względem frekwencji West Ham pozostaje unikalnym klubem. Tę sytuację można porównać do boomu na mecze Schalke w poprzednim sezonie, gdy ta drużyna grała jeszcze w 2. Bundeslidze.
Na zakończenie wątku West Hamu pomówmy o Jarrodzie Bowenie. Wielu kibiców Młotów zapewne utożsamia się dziś właśnie z nim. Mimo spadku klubu do Championship wygląda na to, że zostanie w zespole, choć z pewnością czołowe kluby Premier League chętnie widziałyby u siebie takiego gracza.
– Myślę, że tych ofert nadal nie brakuje. Oczywiście pojawiła się już deklaracja, że Jarrod Bowen chce zostać w West Hamie, ale w piłce nigdy niczego nie można wykluczyć. Czasami nawet zawodnik mocno związany z klubem może dojść do wniosku, że najlepszą pomocą dla niego będzie podpisanie nowego kontraktu z odpowiednio wysoką klauzulą odstępnego. Jeśli później zgłosi się zainteresowany klub, nie zapłaci 20 milionów, tylko znacznie więcej, to na tym skorzysta również dotychczasowy pracodawca.
W przypadku Bowena bardzo istotna była rozmowa z Danielem Křetínským, który wprawdzie pozostaje jeszcze mniejszościowym właścicielem, ale coraz mocniej odpowiada za strategiczne decyzje w klubie. Wydaje mi się, że ta deklaracja kapitana uspokoiła sytuację i może zachęcić także innych piłkarzy do pozostania. Wszyscy mają dziś jeden cel – jak najszybciej wrócić do Premier League.
Przejdźmy do Ligue 1. Czy komentowanie ligi francuskiej wynikało z wcześniejszej pańskiej fascynacji tymi rozgrywkami, czy po prostu taka była potrzeba redakcji Eleven Sports?
– To trochę jedno i drugie. Jeżeli spojrzymy na ostatnie kilkanaście, a może nawet dwadzieścia lat, zobaczymy, że ogromna liczba piłkarskich talentów trafiających do Anglii pochodzi właśnie z Francji. Ten kierunek zawsze był dla mnie interesujący. Oczywiście nie ma co ukrywać, że po utracie przez Eleven praw do Championship i Pucharu Anglii trzeba było zagospodarować inne rozgrywki. W Serie A mieliśmy już bardzo mocny zespół komentatorów, podobnie było z ligą hiszpańską, więc powierzono mi Ligue 1.
Bardzo szybko przekonałem się do tych rozgrywek. Podoba mi się atmosfera na francuskich stadionach, tempo gry i liczba młodych graczy, którzy co roku przebijają się do wielkiej piłki. Jednocześnie nie jest to liga wyłącznie techniczna. Tam nikt nie odstawia nogi. Grają świetni obrońcy, pracują bardzo dobrzy trenerzy, a poziom sportowy jest naprawdę wysoki. Jedynym poważnym mankamentem pozostaje dominacja jednego klubu. Przez lata reszta stawki walczyła właściwie o drugie miejsce.
Z drugiej strony Paris Saint-Germain zaczęło odnosić sukcesy również w Europie i być może pokazuje pozostałym właścicielom klubów, w jakim kierunku warto rozwijać swoje projekty. Oczywiście trzeba pamiętać, jak ogromne środki zostały tam zainwestowane przez kilkanaście lat. Mam jednak wrażenie, że jeśli inne francuskie kluby ustabilizują swoją sytuację finansową i będą dobrze zarządzane, to czołówka może się w przyszłości wyrównać.
Warto też zauważyć, że PSG zasadniczo zmieniło swoją politykę transferową. W ostatnich latach nie kupuje już seryjnie największych światowych gwiazd. Inwestuje raczej w młodszych piłkarzy, których rozwija. Tak naprawdę ostatnim okresem wielkich transferów był sezon 2021/22, kiedy do klubu trafili między innymi Sergio Ramos, Achraf Hakimi czy Leo Messi. Później pojawiali się piłkarze o dużym potencjale. Ousmane Dembélé był już oczywiście znanym zawodnikiem, ale po nieudanym okresie w Barcelonie potrzebował nowego impulsu. Luis Enrique potrafił z niego wydobyć pełnię możliwości i dziś Dembélé jest jednym z najlepszych piłkarzy świata. Podsumowując wątek Ligue 1, muszę przyznać, że po prostu interesuję się piłką jako całością. Kiedy dostałem nowe zadanie w Eleven, zacząłem jeszcze więcej czytać, analizować, korzystać z literatury i prasy. Bardzo szybko zagłębiłem się w ten świat.
Odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach bardzo zmieniło się postrzeganie Paris Saint-Germain. Nie ma już wielkich gwiazd z wybujałym ego, są natomiast skromni i jednocześnie błyskotliwi gracze, którzy rozwijają się właśnie w Parku Książąt. Czy rzeczywiście wizerunek tego klubu stał się dziś bardziej pozytywny? Wydaje się, że kwestię sportswashingu Kataru odłożono na bok. Abstrahując od różnych kontrowersji, które towarzyszyły Paryżanom na przestrzeni lat, trzeba chyba przyznać, że zaskarbili sobie sympatię kibiców z wielu zakątków świata.
– Myślę, że przede wszystkim PSG zaczęło grać bardzo dobrą piłkę. Nie ma już zawodnika, który przy każdym kontakcie z rywalem przewracał się na murawę, czyli Neymara. Nie ma piłkarza, który częściej spacerował niż biegał, czyli Leo Messiego. Nie ma również Kyliana Mbappé, który potrafił ostentacyjnie okazywać niezadowolenie, gdy schodził z boiska. Dziś widać zespół, który funkcjonuje kompaktowo.
Trochę przypomina mi to reprezentację Hiszpanii prowadzoną przez Luisa de la Fuente. Tam również wszyscy ciężko pracują dla zespołu i nie ma „rzadów” jednej wielkiej gwiazdy. Moim zdaniem największą gwiazdą obecnego PSG jest właśnie Luis Enrique. Nie dlatego, że jest najbardziej medialny, ale ponieważ z grupy bardzo utalentowanych piłkarzy stworzył prawdziwy kolektyw. To on jest liderem tego projektu i to dzięki niemu drużyna zaczęła odnosić sukcesy.
Przez lata komentowania Ligue 1 widział pan wielu młodych piłkarzy. Zdarzało się, że już podczas pierwszych występów dostrzegł pan kandydata na gwiazdę światowego formatu?
– Takich przypadków było kilka. Doskonale pamiętam pierwszy kontakt Kyliana Mbappé z piłką w barwach AS Monaco. Tutaj nie trzeba było niczego przewidywać. Wszyscy wiedzieli, że to będzie gracz z najwyższej półki. Podobne odczucia miałem w przypadku Lamine’a Camary. Już na początku było widać, że ma wszystko, by zrobić wielką karierę. Dziś gra z powodzeniem w drużynie z Księstwa, jest ważnym ogniwem reprezentacji Senegalu i rozwija się dokładnie w tym kierunku. Bardzo wysoko oceniałem również Eliego Juniora Kroupiego. Gdy oglądałem jego pierwsze mecze w Lorient, od razu rzucało się w oczy, że to piłkarz o ogromnym potencjale. Później trafił do Anglii i jestem przekonany, że zrobi tam bardzo dużą karierę.
Co najbardziej decyduje o tym, czy taki talent rzeczywiście osiągnie światowy poziom?
– Zawsze powtarzam, że u młodych piłkarzy najważniejsze jest to, czy za umiejętnościami nadąży głowa. Można mieć fantastyczne warunki i świetną technikę, ale bez odpowiedniego podejścia mentalnego bardzo trudno wejść na najwyższy poziom. Dobrym przykładem jest Ousmane Dembélé. W jego przypadku najpierw rozwinęły się piłkarskie umiejętności, natomiast mentalnie Francuz długo nie potrafił wykorzystać swojego potencjału. Mam jednak wrażenie, że Luis Enrique bardzo mu pomógł. Można powiedzieć, że trochę „zatrzymał nogi”, dzięki czemu głowa zdążyła je dogonić. Efekty wszyscy dziś widzimy.
Podczas ostatniego Superpucharu Francji za granicą testowano komentarz generowany przez sztuczną inteligencję. Jak pan patrzy na rozwój takich technologii? Czy AI może w przyszłości zastąpić komentatora? Wydaje się, że więcej obaw mogą mieć osoby tworzące treści dla portali czy prasy, ponieważ komentatorzy jednak muszą mieć pewną naturalność, by być gwarancją emocji, ekspresji.
– Już kiedyś mówiłem w wywiadzie dla kanału Futbolownia, że prędzej czy później nastąpi taki moment, gdy AI wejdzie zdecydowanie do branży komentatorów sportowych. Mam oczywiście nadzieję, że stanie się to jak najpóźniej, ale tempo rozwoju technologii jest ogromne. Najbardziej współczuję młodszym kolegom, którzy dopiero rozpoczynają pracę w tym zawodzie. Dzisiaj najważniejsze są jeszcze emocje, ale sztuczna inteligencja bardzo szybko nauczy się błyskawicznie przytaczać statystyki, liczbę podań, goli czy inne dane.
Pytanie brzmi jednak, czy właśnie tego oczekują widzowie. Moim zdaniem rolą komentatora nie jest jedynie podawanie liczb. Te każdy może sprawdzić sam na ekranie. Znacznie ciekawsze jest opowiadanie o piłce, przywoływanie anegdot, prowadzenie dyskusji ze współkomentatorem, spieranie się o pewne sytuacje czy interakcja także z widzami. Jeżeli komentarz będzie zmierzał bardziej w tym kierunku, będzie miał swoją wartość niezależnie od rozwoju technologii.
Ludzie przecież mają swoich ulubionych komentatorów. Jedni lubią Mateusza Borka, inni Mateusza Święcickiego, jeszcze inni mnie. Są też tacy, którzy któregoś z nas nie lubią i wyłączają dźwięk. To naturalne. Nie wiadomo natomiast, jak będzie wyglądała sztuczna inteligencja. Czy wszędzie usłyszymy ten sam głos i tę samą ekspresję? A przecież inaczej komentuje Niemiec, inaczej Polak, Brazylijczyk czy Meksykanin. Być może technologia będzie dostosowywana do poszczególnych rynków. Tego jeszcze nie wiemy.
Przejdźmy do Bundesligi, ponieważ najczęściej komentuje pan tę ligę i Ligue 1 . Jak zaczęła się pana fascynacja niemieckim futbolem? Czy wszystko rozpoczęło się dopiero w Sportklubie, kiedy pojawiła się możliwość komentowania tych rozgrywek? Tomasz Urban, z którym swego czasu rozmawiałem, wspominał, że uważnie śledził transmisje w niemieckich stacjach telewizyjnych już w latach dziewięćdziesiątych, a pan?
– Ja również interesowałem się Bundesligą już w latach 90. Przede wszystkim dlatego, że moim ulubionym niemieckim klubem był Werder Brema. Nie powiem, że mu kibicuję tak jak West Hamowi, ale zawsze darzyłem Werder dużą sympatią. To były jeszcze czasy Otto Rehhagela i drużyny z Wyntonem Ruferem, Oliverem Reckiem czy Runem Bratsethem. Werder odnosił wtedy sukcesy również w europejskich pucharach i z ogromnym zainteresowaniem śledziłem jego występy.
Później fascynowała mnie także historia samego Rehhagela. Po odejściu z Bayernu Monachium trafił do Kaiserslautern, awansował z tym klubem do Bundesligi, a następnie – jako jedyny beniaminek w historii – zdobył mistrzostwo Niemiec. To jedna z najpiękniejszych historii w europejskim futbolu. Oczywiście pomagało również to, że w tamtych czasach można było oglądać niemiecką telewizję. RTL, DSF i inne programy poświęcone Bundeslidze były dostępne w wielu kablówkach. Mam już swoje lata, więc pamiętam tamten okres bardzo dobrze.
Później pojawił się Sportklub. To był przełom?
– Tak. W 2006 roku Sportklub rozpoczynał działalność i szukał nowych komentatorów. Wcześniej miałem już epizod w TVN, gdzie komentowałem Ekstraklasę. Później nastąpiła jednak kilkuletnia przerwa. Kiedy otrzymałem propozycję komentowania pierwszej i drugiej Bundesligi, bardzo się ucieszyłem. Człowiek szybko wdrażał się w nową rzeczywistość.
Zdarzało się, że przez weekend komentowałem nawet sześć spotkań. To oznaczało mnóstwo przygotowań, analiz i czytania. Trzeba pamiętać, że Internet dopiero się rozwijał. Dostęp do informacji był znacznie trudniejszy niż dziś, więc przygotowanie do transmisji wymagało dużo więcej pracy.
Wspomniał pan o TVN. To dość ciekawy etap, bo ta stacja przez lata nie była kojarzona ze sportem tak jak jej konkurenci na rynku medialnym: TVP i Polsat.
– To prawda, ale wtedy TVN pokazywał NBA, transmitował również część meczów Ekstraklasy. Szefem redakcji sportowej był wówczas nieodżałowany Karol Stopa. To był wspaniały człowiek. Niezwykle serdeczny, życzliwy i otwarty. To właśnie on dał mi szansę jako dziennikarzowi sportowemu i za to będę mu wdzięczny do końca życia.
Później TVN funkcjonował jeszcze w pewnym mariażu z nSport, a obecnie – już jako część grupy Discovery – współpracuje z Eurosportem. Rynek medialny bardzo się przez te lata zmienił, podobnie jak strategie poszczególnych nadawców.

Bartłomiej Najtkowski
Więcej Zawód: Dziennikarz Sportowy
Tomasz Jaroński: Tour de France można porównać do największych festiwali muzycznych [WYWIAD]
Tour de France od lat pozostaje globalną marką w świecie sportu, a jego siła wykracza daleko poza samą rywalizację sportową. Dlaczego organizatorzy potrafią zamienić zabytki i historię regionów w narzędzia promocji? Czy Tadej Pogačar jest już kolarzem wszech czasów? Co sprawia, że Tour de Pologne utrzymuje pozycję jednej z najważniejszych…