17.08.2026 08:23

Tomasz Lorek: Brytyjczycy są mistrzami świata w muzyce rockowej i robieniu telewizji sportowej [WYWIAD]

Tomasz Lorek od lat przygląda się brytyjskiej telewizji sportowej i nie ma wątpliwości, że to właśnie Wyspiarze wyznaczyli standard opowiadania o sporcie obrazem. W rozmowie ze SportMarketing.pl dziennikarz Polsatu Sport opowiada o fenomenie telewizyjnego Wimbledonu, który jego zdaniem łączy perfekcyjną realizację z niezwykłą umiejętnością budowania narracji i szacunkiem dla tradycji. Zwraca jednak uwagę, że za konserwatywnym wizerunkiem turnieju kryją się również rozwiązania, które nie zawsze odpowiadają współczesnym realiom medialnym – szczególnie w kwestii dostępu telewizji do graczy tuż po meczu.

Tomasz Lorek: Brytyjczycy są mistrzami świata w muzyce rockowej i robieniu telewizji sportowej [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Tomasz Lorek
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Tomasz Lorek tym razem zagląda także za kulisy pracy reportera, mówi o budowaniu relacji z największymi gwiazdami tenisa i tłumaczy, dlaczego w telewizji sportowej sama technologia nigdy nie wystarczy. Wspomina również swoją fascynację brytyjskim speedwayem, czasy Wizji TV i lekcje wyniesione z pracy z angielskimi ekipami produkcyjnymi. Jak podkreśla, Brytyjczycy potrafią sprawić, że sport przestaje być wyłącznie wynikiem – staje się historią, atmosferą i doświadczeniem, które widz pamięta na długo.

Bartłomiej Najtkowski: Od lat podkreśla pan swoją fascynację brytyjskimi mediami sportowymi. Gdyby miał pan wskazać wzór telewizji sportowej – wybierałby pan pewnie między Sky Sports a BBC. Z czego więc wynika wyjątkowość telewizyjnego „opakowania” Wimbledonu?

Tomasz Lorek, dziennikarz Polsatu Sport: – Uważam, że Brytyjczycy stworzyli wzorzec opowiadania o sporcie obrazem. To nie jest wyłącznie kwestia technologii czy liczby kamer. Chodzi przede wszystkim o sposób myślenia o widowisku. Pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobiły na mnie realizacje Sky Sports. Brytyjczycy potrafili zamienić nawet najbardziej dynamiczną dyscyplinę w prawdziwe telewizyjne dzieło sztuki. Przykładem jest żużel – sport niezwykle trudny do pokazania. Kto był kiedyś na stadionie, ten wie, jak wielka jest różnica między tym, co widzi się na żywo, a tym, co trafia do telewizji. Oddanie tej prędkości, rytmu i emocji w obrazie jest ogromnym wyzwaniem.

Sky Sports pokazało, że można to zrobić. Odpowiednio dobrane kadry, tempo montażu, prowadzenie kamery, sposób budowania narracji – wszystko składało się na opowieść, a nie tylko transmisję wydarzenia. To właśnie od Brytyjczyków nauczyłem się patrzeć na telewizję sportową jako na sztukę opowiadania historii. Jednocześnie miałem możliwość obserwowania pracy przy Australian Open. Co prawda nie pracowałem tam dla telewizji, ale przez blisko dwadzieścia edycji turnieju mogłem z bliska przyglądać się temu, jak organizują swoją produkcję Australijczycy. I oni również robią to znakomicie. 

… czyli na swoją modłę?

– Otóż to. Różnica polega na filozofii. Australijczycy stawiają na lekkość. W ich przekazie jest dużo humoru, dystansu i zabawy. Bardzo często przygotowują materiały pokazujące tenis od bardziej lifestyle’owej strony. Widać to choćby w filmach z udziałem Igi Świątek czy wcześniej Ashleigh Barty. Nie koncentrują się wyłącznie na sportowej walce. Pokazują zawodników jako ludzi, budują atmosferę, szukają uśmiechu. Brytyjczycy podchodzą do tego inaczej. Dla nich każda sekunda obrazu ma znaczenie. Potrafią zbudować historię z najdrobniejszego szczegółu. Kropla wody spada na źdźbło trawy, później na truskawkę, za chwilę kamera pokazuje kort, zawodnika, publiczność. Wszystko jest przemyślane i podporządkowane jednej narracji. Oni po prostu bawią się obrazem. Myślę, że wynika to z niezwykłej wrażliwości ludzi, którzy tworzą te transmisje. Nad realizacją pracują całe zespoły specjalistów i każdy odpowiada za najmniejszy detal. Dzięki temu nawet zwykły spacer po alejkach Wimbledonu czy ujęcie kortu staje się częścią większej opowieści.

Nie chciałbym powiedzieć, że pozostali organizatorzy Wielkiego Szlema robią to gorzej. Roland Garros również jest realizowany znakomicie, a Australian Open ma własny, bardzo atrakcyjny styl, natomiast Wimbledon posiada coś wyjątkowego. Nawet najprostsze elementy są tam pokazane z niezwykłą elegancją. Weźmy choćby Rufusa – słynnego jastrzębia, który od lat odstrasza gołębie znad Kortu Centralnego. Można byłoby potraktować go wyłącznie jako ciekawostkę organizacyjną, ale Brytyjczycy potrafią wpleść jego obecność w telewizyjną narrację. Powstają piękne ujęcia, które budują klimat miejsca. Podobnie jest z wywiadami.

Czy przed kamerą siada Novak Djokovic, Bob Bryan, Rohan Bopanna czy młodszy zawodnik – każdy materiał wygląda estetycznie. Liczy się światło, kompozycja kadru, tło, sposób prowadzenia rozmowy. Brytyjczycy potrafią zaplanować wszystko. Nawet zwykłe wejście antenowe z balkonu centrum prasowego wygląda jak fragment filmu. Statystyki są czytelne, grafiki eleganckie, a przejścia między poszczególnymi elementami programu niezwykle płynne. To jest telewizja robiona z ogromną gracją. Dla mnie Wimbledon pozostaje absolutnym wzorem realizacji sportowej. Nie dlatego, że dysponuje największym budżetem, ale dlatego, że od wielu lat konsekwentnie pokazuje, iż transmisja sportowa może być jednocześnie rzetelnym przekazem i pięknie opowiedzianą historią.

Wimbledon od lat uchodzi za najbardziej konserwatywny turniej tenisowy świata. Biały strój, ceremonia, etykieta, przywiązanie do historii. Widać tam ogromny szacunek dla tradycji, choć jednocześnie sport musi przecież nadążać za współczesnością i nie brakuje też siłą rzeczy nowoczesnych elementów. Jak pan odbiera tę równowagę?

– To właśnie jedna z rzeczy, które najbardziej wyróżniają Wimbledon. Tam naprawdę czuć historię. Już sam spacer alejkami robi ogromne wrażenie. Wszechobecna zieleń, dbałość o każdy detal, świadomość, że chodzi się po miejscu, w którym od dziesięcioleci tworzy się historia tenisa – to wszystko buduje wyjątkową atmosferę. Brytyjczycy z niezwykłą konsekwencją pielęgnują pamięć o przeszłości. I bardzo to szanuję. Nie wiem, czy każde rozwiązanie wynikające z tradycji jest dziś najlepsze, ale z pewnością Wimbledon zachował coś, co wiele współczesnych imprez sportowych już dawno utraciło – ogromny respekt dla własnej historii. To widać dosłownie wszędzie.

W architekturze, w sposobie organizacji turnieju, w ceremoniale, a nawet w pracy mediów. I właśnie tutaj pojawia się element, z którym nie do końca się zgadzam. Pierwszy Wimbledon rozegrano w 1877 roku. W tamtych czasach nie było telewizji. Historię turnieju tworzyła prasa. To dziennikarze opisywali kolejne finały, budowali legendę zawodników i dokumentowali dzieje tego miejsca. Myślę, że Brytyjczycy do dziś mają ogromny sentyment do tamtych czasów. Mam wręcz wrażenie, że chcą oddać prasie historyczny dług. Tylko że świat bardzo się zmienił. Dziś to telewizja finansuje wielkie wydarzenia sportowe. Nadawcy płacą gigantyczne kwoty za prawa transmisyjne i to właśnie dzięki nim Wimbledon dociera do setek milionów kibiców na całym świecie. Tymczasem w praktyce wygląda to tak, że kiedy zawodnik przegra mecz, najpierw trafia do przedstawicieli prasy, a dopiero później do telewizji. I właśnie z tym mam największy problem. Wyobraźmy sobie, że Iga Świątek albo Hubert Hurkacz kończą spotkanie.

Jeżeli wygrają i dana stacja posiada odpowiednie prawa, można przeprowadzić szybki wywiad przy korcie. Ale kiedy zawodnik schodzi po porażce, obowiązuje zupełnie inna procedura. Najpierw konferencja prasowa i rozmowy z dziennikarzami piszącymi, a dopiero później wywiady telewizyjne. Moim zdaniem to rozwiązanie nie przystaje już do współczesnych mediów. Nie chcę być źle zrozumiany. Mam ogromny szacunek dla ludzi pióra. Sam przecież od lat piszę o żużlu i wiem doskonale, jak wielką wartość ma dobre dziennikarstwo prasowe. Literatura, reportaż czy dobrze napisany tekst uruchamiają wyobraźnię czytelnika. To bardzo ważna część kultury sportowej. Nie chodzi więc o deprecjonowanie prasy, lecz o kolejność. Telewizja żyje emocją. Najlepszy moment na rozmowę z tenisistą jest tuż po zakończeniu meczu, kiedy wciąż widać na jego twarzy radość, rozczarowanie, zmęczenie albo ulgę. Jeżeli od tego momentu miną dwie godziny, wszystko wygląda już zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie, że Linda Nosková miałaby pojawić się przed kamerami Polsatu Sport dwie godziny po finale Wimbledonu. Przecież żadne studio telewizyjne nie będzie w stanie tak długo utrzymać napięcia.

Widz oczekuje reakcji natychmiast. Prasa może pozwolić sobie na znacznie większy komfort?

– Gazeta ukaże się następnego dnia. Tekst można napisać później. Emocje nie są tam aż tak związane z konkretną minutą. Telewizja funkcjonuje inaczej. Dlatego uważam, że skoro ESPN, Polsat Sport, CANAL+, ESPN Latin America i wielu innych nadawców płacą ogromne pieniądze za prawa do transmisji, to właśnie oni powinni mieć pierwszeństwo w rozmowach po meczu. Dzisiaj wygląda to odwrotnie. Trochę tak, jakby organizatorzy chcieli szczególnie uhonorować prasę za jej historyczne zasługi. Może jest w tym pewien romantyzm. Może rzeczywiście Brytyjczycy chcą pokazać, że pamiętają, kto budował legendę Wimbledonu przed erą telewizji. To piękne, ale jednocześnie mam poczucie, że nie idzie to w parze z realiami współczesnych mediów.

Nad czym pan szczególnie ubolewa?

– Najbardziej szkoda mi samych rozmów. Emocje tenisisty dwie godziny po meczu są już zupełnie inne niż kilka minut po ostatniej piłce. W międzyczasie zawodnik ochłonie, porozmawia z trenerem, przejdzie przez konferencję prasową, ochłonie psychicznie. Reporter telewizyjny traci coś bezcennego – autentyczność pierwszej reakcji. A przecież właśnie ona najbardziej interesuje widza. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że gospodarze mają pełne prawo organizować turniej według własnych zasad. Brytyjczycy nie lubią, kiedy ktoś z zewnątrz mówi im, jak mają urządzać własne wydarzenie. I trudno mieć o to pretensje. Gdybym jednak miał wskazać jedną rzecz, którą warto byłoby kiedyś przemyśleć, to właśnie tę. Moim zdaniem właśnie tutaj jest największe pole do zmian. Nie apeluję o odrzucenie tradycji. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, by piękną historię Wimbledonu połączyć z potrzebami współczesnego świata mediów.

Rzeczywiście, jako się rzekło, gazety i tak ukazują się następnego dnia, więc dziennikarze prasowi są w innej sytuacji niż ci telewizyjni. Niemniej, dostrzegam też pozytyw w brytyjskim podejściu. W Wielkiej Brytanii nie ma mody na gazety stricte sportowe, ale w tradycyjnych dziennikach działy sportowe są rozbudowane. A w Polsce odwrotnie, niedawno chociażby „Gazeta Wyborcza” zrezygnowała ze sportu… 

– To prawda. 

Wspomniał pan o zasadach obowiązujących podczas Wimbledonu. Kibice widzą przede wszystkim transmisje telewizyjne, ale rzadziej zastanawiają się nad tym, jak naprawdę wygląda praca reportera na miejscu. Jak trudno dziś dotrzeć do największych gwiazd światowego tenisa?

– Nie ma jednej odpowiedzi, bo nie istnieją sztywne reguły. Wszystko zależy od zawodnika, jego charakteru, etapu turnieju, ale także od relacji, jakie przez lata zbudował reporter. To naturalne, że im większą gwiazdą jest tenisista, tym więcej mediów chce z nim rozmawiać. Gdyby Novak Djokovic albo Carlos Alcaraz mieli udzielić wywiadu każdemu zainteresowanemu dziennikarzowi, nie wyszliby z centrum prasowego przez pół dnia. Dlatego obowiązuje selekcja. Największe nazwiska starają się ograniczać obowiązki medialne i trudno mieć do nich pretensje. Wielki Szlem to przecież dwa tygodnie ogromnego wysiłku fizycznego i psychicznego. Zawodnicy muszą dbać o regenerację, sen, odżywianie, odnowę biologiczną. Każda dodatkowa aktywność kosztuje energię.

Kiedyś czytałem opracowanie amerykańskich naukowców, którzy wskazywali dwie dyscypliny szczególnie wyniszczające organizm – tenis i motocross. Nie wiem, czy to jedyna słuszna klasyfikacja, ale coś w tym jest. Jeżeli ktoś gra pięć godzin i piętnaście minut, jak Novak Djokovic w swoich najbardziej wyczerpujących meczach, trudno oczekiwać, że później będzie jeszcze przez godzinę udzielał wywiadów. To po prostu nierealne. Dlatego zawodnicy z czołówki chcą ograniczać kontakt z mediami. To element strategii sportowej, ale również pracy agentów i menedżerów. Im większa gwiazda, tym trudniej się do niej dostać.

Można pokusić się o jakąś analogię?

– Trochę przypomina to Formułę 1. Pracowałem kiedyś również w padoku i tam wyglądało to podobnie. Dostęp do największych nazwisk był utrudniony, bo w ten sposób buduje się ich wyjątkowość. Media stają się petentem, a ekskluzywność zwiększa wartość zawodnika. To jednak tylko jedna strona medalu, bo sportowcy naprawdę lubią rozmawiać. Tylko nie z każdym… Reporter musi zapracować na swoją markę. Jeżeli zawodnik wie, że po drugiej stronie stoi ktoś przygotowany, zadający niebanalne pytania i potrafiący stworzyć dobrą atmosferę, bardzo często sam będzie chciał poświęcić więcej czasu. Weźmy Marina Čilicia. Można z nim rozmawiać nie tylko o tenisie, ale o rodzinie, dzieciach, podróżach czy życiu poza kortem. To samo dotyczy Novaka Djokovicia. Oczywiście wszystko zależy od okoliczności, ale jeśli rozmowa płynie naturalnie, często sam zawodnik przedłuża wywiad.

To jest właśnie piękno tej pracy. Reporter musi być trochę psychologiem. Po kilku sekundach wyczuwa, czy rozmówca ma ochotę rozmawiać, czy tylko chce jak najszybciej wrócić do szatni. Jeżeli pojawi się chemia, rozmowa zaczyna żyć własnym życiem. Pamiętam wiele takich sytuacji z graczami, którzy teoretycznie mieli poświęcić kilka minut, a zostawali znacznie dłużej. Wszystko dlatego, że zwyczajnie dobrze im się rozmawiało. Oczywiście są też ograniczenia. Przy największych nazwiskach agent często od razu informuje: trzy pytania i koniec. Tak wygląda rzeczywistość. Można próbować to zmienić podczas rozmowy, ale trzeba wyczuć moment. To już jest doświadczenie reportera. Z kolei gracze spoza ścisłej czołówki zazwyczaj są bardziej dostępni. Debliści bardzo często chętnie rozmawiają z mediami. Nikola Mektić, Mate Pavić, Rohan Bopanna czy Jean-Julien Rojer to ludzie niezwykle otwarci. Nie dlatego, że zabiegają o popularność, ale po prostu wiedzą, jak ważna jest obecność w mediach. Podobnie bywa z tenisistami spoza pierwszej dziesiątki światowego rankingu.

Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Marta Kostiuk czy Jasmine Paolini również potrafią odmówić wywiadu i trzeba to uszanować. To część tej pracy. Reporter musi umieć przyjąć odmowę. W pierwszych dniach turnieju o rozmowę jest zdecydowanie łatwiej. Gracze są jeszcze świeżsi, mają więcej czasu. Później, gdy mecze kończą się późnym wieczorem, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie spotkanie kończące się o 23:00. Zanim zawodnik przejdzie wszystkie obowiązki medialne, minie kolejna godzina. Dziennikarze również są już zmęczeni, wszyscy chcą wrócić do hotelu. Trzeba więc zachować zdrowy rozsądek. Ludzie często pytają mnie, czym różni się reporter od komentatora. Odpowiadam, że komentator przede wszystkim opisuje to, co widzi. Oczywiście robię to z pełnym szacunkiem dla kolegów po fachu, gdyż sam również komentuję mecze. Niemniej, zauważmy, że reporter ma jeszcze jedno zadanie: musi dotrzeć do człowieka. Zdobyć jego zaufanie. Sprawić, by chciał opowiedzieć coś więcej niż tylko to, co wszyscy już wiedzą. Dlatego uważam, że reporter ma chyba najtrudniejszą rolę w telewizji sportowej. Może mieć najlepszą kamerę, świetnego operatora i idealne warunki techniczne, ale jeśli nie potrafi zbudować relacji z rozmówcą, nie powstanie dobry wywiad. A właśnie od takich rozmów najbardziej uzależnia się później widz.

Skoro mówimy o tradycji, interesująca jest też kwestia kibiców. Wimbledon często przedstawiany jest jako najbardziej elitarny turniej świata. Czy rzeczywiście jest wydarzeniem dostępnym tylko dla najbogatszych?

– Paradoks polega na tym, że z zewnątrz właśnie tak to wygląda, a na miejscu człowiek bardzo szybko odkrywa, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Brytyjczycy chcą, by Wimbledon był przede wszystkim wydarzeniem społecznym i kulturalnym. My, patrząc z Polski czy z innych krajów, koncentrujemy się głównie na rywalizacji sportowej. Interesuje nas drabinka turniejowa, wyniki, pojedynki największych gwiazd. Natomiast dla wielu Anglików Wimbledon jest czymś znacznie szerszym. To trochę jak wyjście do teatru albo opery. Oczywiście przedstawienie jest najważniejsze, ale równie istotna jest atmosfera, samo przebywanie w tym miejscu, spotkanie z ludźmi i celebrowanie chwili. Na teren All England Lawn Tennis Club przychodzą całe rodziny. Widać starsze małżeństwa, grupy przyjaciół, ludzi, którzy rozkładają się na trawie w Aorangi Park, dawniej znanym jako Henman Hill, rozmawiają, odpoczywają i oglądają mecze na wielkim ekranie. Nie wszyscy muszą mieć bilety na Centre Court czy No. 1 Court, by poczuć atmosferę Wimbledonu.

Cóż, domyślam się, że ma to swój urok…

– Owszem. Dla wielu osób już sam spacer alejkami klubu jest ogromną przyjemnością. Przechodzi się obok perfekcyjnie utrzymanych trawników, kwiatowych kompozycji, historycznych kortów i czuje się ducha miejsca. Wszystko jest zadbane, spokojne, eleganckie. Nie ma pośpiechu. To bardzo brytyjskie. Podoba mi się również to, że organizatorzy nie próbują za wszelką cenę wyciągać od kibiców pieniędzy. Mało kto wie, że na teren Wimbledonu można wnieść własny alkohol – oczywiście w określonych ilościach. W każdym razie dzięki temu starsze małżeństwo może usiąść na trawie, otworzyć butelkę wina lub szampana, zjeść przygotowany wcześniej posiłek i po prostu cieszyć się dniem. Nie trzeba wszystkiego kupować na miejscu. To pokazuje sposób myślenia organizatorów. Oni nie chcą stworzyć luksusowego wydarzenia dostępnego wyłącznie dla najbogatszych. Wręcz przeciwnie.

Ogromne przychody z praw telewizyjnych pozwalają utrzymywać ceny biletów na rozsądnym poziomie. Dlatego funkcjonuje słynna The Queue – kolejka, która sama w sobie stała się częścią historii Wimbledonu. Ludzie przyjeżdżają jeszcze przed świtem, rozbijają namioty, rozmawiają ze sobą, poznają nowych ludzi i czekają na możliwość kupienia biletu. Dla wielu osób ta kolejka jest równie ważnym doświadczeniem jak sam mecz. Można odnieść wrażenie, że Brytyjczycy potrafią czerpać przyjemność z samego uczestnictwa w wydarzeniu. Nie trzeba od razu oglądać finału Novaka Djokovicia z Carlosem Alcarazem.

Można usiąść przy jednym z bocznych kortów, obejrzeć mecz deblowy, spotkanie juniorów albo rywalizację na wózkach. Dla angielskiego kibica to również jest Wimbledon. Bardzo podoba mi się także sposób, w jaki organizatorzy dbają o lokalną społeczność. W czasie pandemii przeznaczali ogromne środki na pomoc mieszkańcom okolicy, szkołom czy organizacjom społecznym. To pokazuje, że Wimbledon nie funkcjonuje w oderwaniu od miejsca, w którym się odbywa. Jest częścią lokalnej wspólnoty. Świetnym symbolem tej filozofii są również słynne truskawki ze śmietaną.

Właśnie. Truskawki stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Wimbledonu. Nawet swego czasu historia z Igą Świątek, gustującą w makaronie z truskawkami, pokazała, jak mocno zakorzeniły się w kulturze turnieju.

– Dokładnie. A co najciekawsze – wcale nie są przesadnie drogie. Za porcję truskawek ze śmietaną płaci się około 2,85 funta. To nie jest cena zaporowa, zwłaszcza jak na wydarzenie tej rangi. Oczywiście wokół nich zbudowano całą historię. To owoce pochodzące z hrabstwa Kent, starannie wyselekcjonowane, odpowiednio przygotowane i podawane w charakterystyczny sposób. Ale najważniejsze jest coś innego. One stały się symbolem atmosfery Wimbledonu. Ludzie siadają na trawie, jedzą truskawki, popijają szampana, rozmawiają i oglądają tenis. Nie ma pośpiechu. Nie ma wrażenia, że trzeba w każdej sekundzie konsumować kolejne atrakcje. To zupełnie inna filozofia przeżywania sportu. Bardzo lubię również sklep z pamiątkami. Można kupić choćby puszkę używanych piłek z tegorocznego turnieju. I choć nie wiadomo, czy konkretną piłką grał Novak Djokovic, Carlos Alcaraz czy Iga Świątek, sama świadomość, że pochodzi z Wimbledonu, ma dla kibica ogromną wartość. Tak samo działa muzeum.

Można zobaczyć historyczne rakiety z XIX wieku, opaskę Björna Borga, pamiątki po wielkich mistrzach czy ekspozycję poświęconą najdłuższemu meczowi w historii tenisa – spotkaniu Johna Isnera i Nicolasa Mahuta, które trwało jedenaście godzin i pięć minut, rozłożonych na trzy dni. To są historie, które budują pamięć tego miejsca. Dlatego często powtarzam, że nie zawsze warto za wszelką cenę dostać się na Centre Court. Czasami większą przyjemność daje spacer po klubie, obejrzenie meczu na jednym z bocznych kortów, usiądnięcie na trawie w Aorangi Park, rozmowa z ludźmi z całego świata i poczucie atmosfery, której nie da się pokazać w telewizji, gdyż Wimbledon nie jest wyłącznie turniejem tenisowym. To miejsce, do którego jedzie się po wspomnienia.

Wspominał pan wcześniej o brytyjskich realizatorach i pracy przy żużlu. Starsi kibice pamiętają czasy Wizji TV i transmisje z ligi angielskiej. Czy to właśnie wtedy zaczęła się pańska fascynacja brytyjską telewizją?

– Zdecydowanie tak. To był dla mnie wyjątkowy okres. Co ciekawe, w tamtym czasie nie jeździłem jeszcze na turnieje tenisowe. Moim światem był przede wszystkim brytyjski speedway. Przez kilka sezonów objeżdżaliśmy praktycznie całą Wielką Brytanię – Eastbourne, King’s Lynn, Ipswich, Swindon, Oxford, Scunthorpe, Plymouth i wiele innych torów. Każdy wyjazd był kolejną lekcją. Nie tylko sportu. Także telewizji. Brytyjczycy pokazali mi, że dobra transmisja zaczyna się na długo przed pierwszym biegiem czy pierwszym gwizdkiem. Nigdy nie chodziło wyłącznie o sam mecz. Najpierw widz poznawał miejsce. Pokazywano miasto, ludzi, historię regionu. Dlaczego właśnie tutaj rozwijał się żużel? Z czego słynie dane miasto? Co warto zobaczyć poza stadionem? Dopiero później pojawiał się sport.

To była zupełnie inna narracja niż ta, do której byliśmy wówczas przyzwyczajeni w Polsce. Nie zaczynało się od prostego: „Witamy ze stadionu Lecha Poznań…”. Najpierw była opowieść, a dopiero potem zawody. Brytyjczycy mają niezwykły dar budowania historii. Są trochę jak dobrzy gawędziarze. Potrafią sprawić, że nawet zwykły dojazd na stadion staje się częścią większej opowieści. Pamiętam naszego kierowcę, Barry’ego. Odbierał nas z lotniska, opowiadał historie ze swojego życia, żartował, pokazywał okolicę. Zanim człowiek dojechał na stadion, już czuł atmosferę miejsca. To wydaje się drobiazgiem, ale właśnie z takich drobiazgów składa się dobra telewizja.

Brytyjczycy imponowali mi jeszcze jedną rzeczą: ogromnym szacunkiem dla całej ekipy produkcyjnej. Po zakończeniu transmisji producent potrafił zaprosić wszystkich do pubu. Nie tylko reportera czy komentatora. Także operatorów kamer, dźwiękowców, realizatorów, kierowników produkcji i ludzi, którzy przez cały dzień nosili kable albo przygotowywali sprzęt. Nie było podziału na tych „ważniejszych” i „mniej ważnych”. Każdy był częścią jednego zespołu. To bardzo mocno zapadło mi w pamięć. W tamtych czasach w Polsce wciąż zdarzało się myślenie, że największą gwiazdą jest osoba stojąca przed kamerą. Brytyjczycy patrzyli na to zupełnie inaczej. Jeżeli operator źle wykona swoją pracę, reporter nie będzie miał dobrego materiału. Jeżeli zawiedzie dźwiękowiec, najlepszy wywiad stanie się bezużyteczny. Jeżeli kierownik produkcji nie dopilnuje organizacji, cała transmisja zacznie się rozsypywać.

Każdy jest równie ważny. To jest piękna filozofia pracy. Podziwiałem również ich dbałość o ludzi. Na stadionach funkcjonowało zaplecze gastronomiczne przygotowane specjalnie dla ekipy telewizyjnej. Pracował kucharz. Były ciepłe posiłki, gorąca herbata, kawa. Ktoś z zewnątrz może pomyśleć, że to drobiazg. Ja uważam, że nie, ponieważ człowiek, który od rana do późnego wieczora pracuje przy transmisji, musi mieć siłę. Brytyjczycy rozumieli, że komfort pracy przekłada się na jakość programu. To było imponujące. Tam wszystkie departamenty funkcjonowały jak dobrze naoliwiony mechanizm. Operator wiedział, co ma robić, dźwiękowiec, producent i reporter również. Nie było chaosu, tylko idealna organizacja. I chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że telewizja jest sportem zespołowym.

Dlaczego uważa pan, że reporter ma trudniejsze zadanie niż komentator?

– Sam komentuję mecze, więc nie chcę nikogo deprecjonować. Komentator opisuje wydarzenia, które dzieją się przed jego oczami, reporter natomiast musi jeszcze odnaleźć człowieka. Przekonać go do rozmowy. Zdobyć zaufanie. Wybrać odpowiedni moment. Czasami przez kilka minut prowadzi rozmowę, która jest efektem wielu lat budowania relacji. To naprawdę trudna sztuka. Dlatego zawsze powtarzam, że reporter powinien być trochę psychologiem. Musi umieć wyczuć emocje. Wiedzieć, kiedy warto zadać kolejne pytanie, a kiedy lepiej odpuścić. To nie jest coś, czego można nauczyć się z podręcznika. To przychodzi z doświadczeniem.

Dzisiaj często słyszę pytanie, czego młodzi dziennikarze mogliby nauczyć się od Brytyjczyków. Odpowiedź jest bardzo prosta. Myślenia. Najpierw trzeba mieć pomysł na materiał. Zastanowić się, jak poprowadzić widza. Jak zbudować początek. Jakie zdjęcia pokazać. Jak połączyć reportaż z wejściem do studia. Jak sprawić, by całość miała rytm. Dobra telewizja nie powstaje przypadkiem. Ona jest zaplanowana. Wizja TV była dla wielu polskich dziennikarzy prawdziwą szkołą. Nie dlatego, że mieliśmy najlepszy sprzęt, lecz dlatego, że mogliśmy uczyć się od ludzi, którzy od dziesięcioleci relacjonowali sport w sposób niezwykle świadomy. To była podróż do innego świata. I do dziś jestem za tę lekcję bardzo wdzięczny.

W naszej rozmowie często wraca jeden wątek – brytyjska mentalność. Uważa pan, że właśnie ona sprawia, iż Wyspiarze potrafią inaczej sprawozdawać sport niż reszta świata?

– Myślę, że tak. Brytyjczycy mają w sobie ogromną ciekawość świata. Kiedy reporter z Anglii przyjeżdża na Puchar Davisa do Czech, nie interesuje go wyłącznie mecz. Chce zobaczyć miasto, dawną kopalnię, tereny poprzemysłowe, zwykłe ulice. Zastanawia się, dlaczego ludzie żyją tutaj inaczej niż w Wielkiej Brytanii. To jest bardzo charakterystyczne. Oni lubią poznawać. I właśnie dlatego potrafią później tak ciekawie opowiadać o sporcie. Sport nigdy nie funkcjonuje u nich w próżni. Zawsze jest częścią większej historii. Może dlatego kochają zarówno Wimbledon, jak i żużel, krykiet, rugby, wyścigi konne, polo, golfa czy snookera. Nie wszystkie dyscypliny są równie popularne, ale każda znajduje swoje miejsce. To jest bardzo brytyjskie. My często patrzymy wyłącznie na największe wydarzenia. Brytyjczyk potrafi zachwycić się również czymś kameralnym.

Tak samo jest z angielskim żużlem. Oczywiście jego złote czasy minęły. Po II wojnie światowej stadiony, takie jak Wembley, pękały w szwach. Żużel był wtedy jedną z najważniejszych dyscyplin sportowych w kraju. Zanim rozwinęły się MotoGP czy motocross, to właśnie speedway był królem sportów motorowych. Później wszystko się zmieniło. Dzisiaj Polska jest światowym centrum żużla. Mamy najlepszą ligę, najlepszych zawodników i największe zainteresowanie kibiców, ale nie oznacza to, że angielski speedway przestał być potrzebny. Wręcz przeciwnie. Często powtarzam, że aby zostać mistrzem świata, trzeba wcześniej przejść przez Anglię. Tam młody zawodnik uczy się samodzielności. Pracuje w warsztacie. Myje motocykl. Zakłada konto w banku. Gotuje. Dojrzewa jako człowiek. A przy okazji ściga się na niezwykle technicznych torach, gdzie liczy się nie tylko moc silnika, ale również balans ciała i umiejętność czytania nawierzchni. To świetna szkoła.

Nadmieńmy, że w tenisie przecież nie istnieje wyłącznie Wimbledon, lecz także turnieje ATP Challenger Tour czy imprezy rangi ATP 250 i ATP 500, tak samo w żużlu potrzebne są również ligi angielska, szwedzka, duńska, czeska czy niemiecka. Sport rozwija się dzięki całemu systemowi. Nie tylko dzięki gwiazdom. To kolejna rzecz, której nauczyłem się od Brytyjczyków. Szacunek dla fundamentów, historii i ludzi, którzy nie zawsze stoją na pierwszym planie. Anglicy potrafią pielęgnować pamięć. To widać również na dawnych stadionach żużlowych. Byłem kilka lat temu na terenie dawnego toru zespołu Wimbledon Dons, gdzie przy Plough Lane ścigał się między innymi Edward Jancarz. Tor już nie istnieje, ale zachowano część muzealną. Można zobaczyć stare plastrony, kaski, fotografie. Spotykają się tam dawni zawodnicy, siadają przy piwie i wspominają swoje wyścigi. To piękny obraz. Brytyjczycy nie wstydzą się sentymentów. Myślę, że pod tym względem różnią się od Amerykanów.

Skoro już o tym mówimy – Wimbledon i US Open to przecież dwa wielkie turnieje, ale ich atmosfera wydaje się zupełnie inna.

– Zdecydowanie. Amerykanie kochają show. Lubią tempo, widowiskowość, autopromocję. Nawet introwertyk w Stanach Zjednoczonych często zachowuje się jak ekstrawertyk. To wynika z kultury. Brytyjczycy są inni. Oczywiście nie można wszystkich wrzucać do jednego worka, ale mam wrażenie, że Anglik potrafi zatrzymać się na chwilę. Jest w nim więcej refleksji. Więcej spokoju. Przypomina mi się piosenka Englishman in New York” Stinga. To bardzo trafna metafora. Anglik idzie swoim tempem. Nie musi wszystkiego zamieniać w spektakl. Dlatego Wimbledon wygląda inaczej niż US Open. Na korcie jest cisza. Publiczność słucha. Każdy szanuje moment, natomiast w Stanach Zjednoczonych widowisko zaczyna się dużo wcześniej i trwa również poza samym meczem. Nie twierdzę, że jedno jest lepsze od drugiego. Po prostu są to dwa różne sposoby przeżywania sportu. Brytyjczycy mają jeszcze jedną niezwykłą cechę. Uwielbiają wracać do historii.

Kiedy firma BSI, przez lata promotor cyklu FIM Speedway Grand Prix, organizowała rundę w Auckland, wielu ludzi ze środowiska żużlowego zachodziło w głowę: „Po co wozić cały sprzęt na drugi koniec świata?”.

– A ja rozumiałem tę decyzję. Przecież Nowa Zelandia wydała takich mistrzów jak Ronnie Moore, Ivan Mauger czy Barry Briggs. To był powrót do korzeni. Brytyjczycy bardzo lubią takie gesty: odkurzyć stare zdjęcia, przypomnieć miejsca, od których wszystko się zaczęło. Może właśnie dlatego ich telewizja jest tak dobra, gdyż nie pokazuje wyłącznie tego, co dzieje się tu i teraz. Potrafi opowiedzieć drogę, pokazać kontekst, nadać wydarzeniom głębię. I chyba właśnie to od początku najbardziej mnie fascynowało. Nie chodzi o kopiowanie Brytyjczyków. Każdy kraj ma własną kulturę i własny sposób opowiadania sportu, ale warto się uczyć od najlepszych. Można inspirować się ich wrażliwością, sposobem budowania narracji, dbałością o szczegóły i szacunkiem dla historii, gdyż właśnie dzięki temu sport przestaje być wyłącznie wynikiem. Staje się opowieścią. A przecież najlepsze historie zawsze pamięta się najdłużej.

Piłka nożna jest jedynym sportem, który w podobny sposób fascynuje zarówno Polaków, jak i Brytyjczyków. Anglia to, jak wiadomo, kolebka futbolu, a w naszym kraju piłka nożna, mimo sukcesów chociażby siatkarzy, wciąż z reguły jest uznawana za sport narodowy.

– Tak to właśnie odbieram. Futbol jest naszym wspólnym mianownikiem, natomiast później te światy zaczynają się rozchodzić. W Polsce żyjemy siatkówką, skokami narciarskimi czy piłką ręczną. Brytyjczycy są z kolei zaaferowani krykietem, rugby, wyścigami konnymi, golfem czy snookerem. I to też jest piękne, gdyż pokazuje, że sport może mieć różne oblicza. Anglik ma w sobie coś, co bardzo podziwiam – ogromną ciekawość świata. Nie uważa, że tylko największe widowiska są warte uwagi. Potrafi odnaleźć piękno również w wydarzeniach niszowych. Dlatego sport w Wielkiej Brytanii jest tak różnorodny.

Poza futbolem z gier zespołowych Brytyjczycy preferują rugby czy krykiet, ale już nie piłkę ręczną, siatkówkę czy koszykówkę. A propos koszykówki, to jednak wymowne, że choć nie jest ona przecież częścią brytyjskiej tradycji sportowej, mecze NBA rozgrywane w Londynie w ramach projektu NBA Europe cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem. To pokazuje również, jak potężnym i otwartym rynkiem sportowym pozostaje Wielka Brytania. Londyn jako globalna metropolia, tygiel kultur i narodów, chłonie wiele imprez jak gąbka, może to wiele wyjaśnia...

Właśnie o to chodzi. To nie oznacza, że Brytyjczycy nagle pokochali koszykówkę bardziej niż rugby czy krykiet. Po prostu chcieli zobaczyć coś nowego. Oni są ciekawi świata. Przypomina mi się sytuacja z Melbourne podczas Australian Open. Drugiego tygodnia turnieju odbywał się mecz ligi koszykarskiej, a niedaleko rozgrywano pokazowe spotkania hokeja na lodzie z udziałem graczy NHL.

Australia i hokej?

– Na pierwszy rzut oka brzmi to rzeczywiście osobliwie. A jednak ludzie przyszli, bo interesowało ich nowe doświadczenie. To jest cecha całego świata anglosaskiego. Anglosasi nie zamykają się wyłącznie na własne sporty. Lubią próbować i poznawać. Pamiętam zresztą historię ze Swindon. Pojechaliśmy kiedyś na żużel, a miejscowy menedżer mówi do mnie: „Skoro już jesteś tutaj, chodź, pokażę ci jeszcze coś”. Zaprowadził mnie na mecz Swindon Wildcats, miejscowej drużyny hokejowej. Pomyślałem wtedy: „Oszalałeś, hokej na lodzie w Anglii? Kto będzie to oglądał?”. A hala żyła. Byli stali kibice, rodziny. Ludzie znali zawodników. To nie był przypadek. Wtedy utwierdziłem się w przekonaniu, że Brytyjczycy potrafią znaleźć miejsce dla bardzo różnych dyscyplin. Nie wszystko musi być wielkie jak Premier League czy Wimbledon.

Z Wielkiej Brytanii do Polski przywędrowała moda na darta. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu była to przede wszystkim pubowa rozrywka, a dziś jest jednym z największych widowisk sportowych. I to nie tylko na Wyspach.

– Świetnie pan to zauważył. To rzeczywiście bardzo brytyjska historia. Dart narodził się w pubach. To była gra knajpiana. Ludzie przychodzili po pracy, rozmawiali, pili piwo i rzucali lotkami. Brytyjczycy potrafili jednak zrobić z tej lokalnej rozrywki wielkie światowe widowisko. Nie zabili jej klimatu. Do dziś, kiedy ogląda się mistrzostwa świata w Alexandra Palace, czuć atmosferę pubu. Są śpiewy i wspólna zabawa, ale jednocześnie wszystko jest świetnie opakowane telewizyjnie. I właśnie to najlepiej pokazuje brytyjskie myślenie o sporcie. Nie trzeba wymyślać czegoś od nowa. Czasami wystarczy opowiedzieć dobrze historię czegoś, co od lat istnieje.

Na koniec wróćmy może do jednej z pańskich sportowych fascynacji, gdyż sporo powiedział pan o okresie prosperity brytyjskiego speedwaya. Teraz on jest pana zdaniem nieco przaśny, ale ma też swój urok. Pozytywem jest na pewno dołączenie Manchesteru do cyklu Grand Prix. 

– Owszem, aczkolwiek warto dodać, że przez lata to stadion w Cardiff przyciągał co roku 40 tysięcy widzów na Grand Prix Walii. Teraz mamy Manchester, co oznacza, że w ocenie brytyjskiego speedwaya nie wolno być pesymistą. Warto zwrócić uwagę, że na Wyspach popularny jest też tzw. grasstrack, czyli żużel na trawie.

Brytyjczycy od pokoleń są mistrzami świata w  muzyce rockowej – czy postawimy na The Beatles, czy Led Zeppelin, i to już kwestia gustu – oraz w robieniu telewizji sportowej. A kiedy te elementy się spotykają, trudno o lepszą reklamę sportu.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski

Dziennikarz specjalizujący się w sporcie oraz jego związkach z polityką, historią, kulturą, biznesem i mediami. Obecnie jako freelancer współpracuje z redakcjami SportMarketing.pl, Interplay, TVP Sport oraz portalem XYZ, przygotowując obszerne analizy, reportaże i wywiady z czołowymi postaciami świata sportu oraz ekspertami z Polski i zagranicy. W SportMarketing.pl jest autorem cykli „Zawód: Dziennikarz sportowy” oraz „Kobieta/Sport/Biznes”, poświęconych mediom, marketingowi i roli kobiet w branży sportowej".