„Ziomeczek”: piłka ma cieszyć. Daję przekaz, który ma w łatwy sposób ją przyswoić [WYWIAD]
O sobie mówi, że chce propagować to, co w sporcie najważniejsze. I wie, jak to robić, bo jego konta w social mediach mają ogromną siłę, ze względu na liczbę fanów i obserwujących. Swoją aktywność influencerską wykorzystuje w dobrej wierze, krzewiąc odpowiednie postawy. Ludzie znają go jako Łukasza Chwieduka – chłopaka, który z piłką potrafi tyle, co niewielu z nas. Działa także w sieci pod pseudonimem „Ziomeczek”, tworząc content dla ponad 1,5 miliona (łącznie) śledzących te konta na Tik Toku, Instagramie, YouTube.
Piotr Wiśniewski, SportMarketing.pl: Przeglądając twoje profile, zwróciłem zwłaszcza uwagę na pewną sentencję. „Zarażam w sieci pasją do piłki”. Patrząc po liczbie fanów na twoich kontach, można by rzec, że dobrze idzie ci szerzenie „piłkarskiej choroby”. Taki był cel?
Łukasz Chwieduk: – Pewnie, że tak. To znaczy – nie jest to coś, co przyświecało mi od pierwszego dnia w internecie, gdyż wywodzę się ze środowiska sportowego i po prostu pokazywałem innym swoje umiejętności trików z piłką. Ale z czasem zobaczyłem, że jest bardzo wartościowym, jeśli pokazuję coś, czego inni chcieliby się nauczyć. W ten sposób jest nas, uprawiających sport, więcej. A to ważne.
Można o tobie przeczytać ponadto, że jesteś piłkarskim tik tokerem. To określenie najbardziej do ciebie pasuje? Bo skoro piłkę traktujesz jak pasję, swoistą misję, to może lepiej nazwać cię: „misjonarzem futbolu”?
– Można mnie nazywać jakkolwiek. Najważniejsze, że ta misja się przebija, a określenia TikToker, YouTuber, Influencer, czy Twórca, to sprawa drugorzędna.
Nic nie bierze się z przypadku. Jak wyglądała twoja droga do miejsca, w którym obecnie jesteś. Łukasz Chwieduk to dziś instytucja, marka. Liczba marek, z którymi współpracujesz, robi wrażenie.
– Ba, nawet zmieniłem nazwę! Teraz moi odbiorcy znają mnie jako „Ziomeczek”, a stało się to na przestrzeni ostatniego roku. Postaram się jak najkrócej przybliżyć moją sylwetkę – jako dzieciak oglądałem piłkarzy i zaraziłem się pasją do trików. Okazało się, że nazywa się to freestyle football i organizuje się w Polsce spotkania, a później zawody. Pierwszy turniej, na który pojechałem, to były mistrzostwa Polski. Wygrałem ten turniej. Po takim „booście” nie było odwrotu. Zacząłem trenować, ale żeby startować w zawodach, trzeba było na tym zarabiać. Przeszedłem do środowiska eventowego i robiłem występy na imprezach, czasem nawet dniach miast, zdarzyło się też na weselu, czy „osiemnastce”. Z piłką byłem nawet w finale „Mam Talent”. Jednak żeby dalej utrzymywać się z tego, co lubię, musiałem przejść dalej. Tak narodził się pomysł na kanał na TikToku, a potem na YouTube. Teraz to mój „core”, choć już nie startuję w zawodach.
Social media to dziś twój biznes, o czym wielokrotnie mówiłeś. Z tego żyjesz?
– Na razie głównie żyję ze współpracy z innymi markami. Jeśli chcą uwiarygodnić swój produkt i moja misja okazuje się być spójna z ich wartościami, to umieszczam takie lokowanie w filmach. Małym dodatkiem jest „adsense” (wyświetlenia z YouTube), choć staram się, żeby było to większym udziałem procentowym. Trzeci element to własne produkty – na razie jest to w fazie rozwoju, ale teraz organizujemy obozy sportowe „Ziomeczek Camp”. To bardziej osobny projekt, niż „produkt”, natomiast również powstał na bazie działań w SoMe.

Jak udało się tobie rozkręcić własną markę/biznes do takich rozmiarów?
– Jeśli chodzi o aspekt biznesowy, to ja nie sądzę, aby były to jakieś wielkie liczby. Chodzi mi o rozmiar firmy i przychodu. Nie mamy sztabu montażystów i operatorów. Działam tylko z osobami, które lubię i z którymi się rozumiemy. Są to osoby, które mogę policzyć na palcach jednej ręki. W kwestii marki – to bardzo trudne pytanie. Myślę, że jeżeli odpowiednio szybko złapie się ten cel, misję, wówczas budowanie marki wokół tej misji jest łatwiejsze. To jak z rośliną. Jeśli ma odpowiednią podporę, to pnie się tylko w górę.
Trudno o sponsorów/marki, które zaangażują się w twoje projekty? Czy w twoim przypadku działa to samoistnie ze względu na rozpoznawalność?
– Nie, to nigdy tak nie działało. Pomimo tego że jestem dużym twórcą, moje treści są bardzo sezonowe. To tak działa, że jeśli w danym odcinku roku nie ma żadnego piłkarskiego wydarzenia lub meczu, to po prostu nie mam dużo pracy. Nie znaczy to jednak, że mam wtedy czas na odpoczynek. Takie miesiące, to „mrówcza” praca, którą trzeba wykonać, kiedy nie miało się wcześniej przestrzeni ku temu. Mam tu na myśli planowanie kolejnych filmów, rozpisywanie scenariuszy, „burzę mózgów”, montaż zaległych treści. Dzieje się cały czas, ale marki nie są ze mną obecne przez cały rok.
Intryguje mnie słowo „Ziomeczek” na twoim Instagramie. Kojarzy się to bardziej z chłopakiem z ulicy, dobrym kumplem, kimś bliskim dla ciebie. Na takiego się kreujesz – być blisko swoich fanów/użytkowników?
– Ziomeczek to kolega. Taki do pogadania, pośmiania się i tyle. Myślę, że im mniej opisu, tym lepiej, bo tutaj to już odbiorcy zostawiam pole do interpretacji.
To może warto na chwilę zatrzymać się przy twoich liczbach organicznych. Co daje ci większą satysfakcję – zasięgi, odsłony, interakcje, czy może zaangażowana społeczność, której nie musisz na siłę animizować?
– Największą satysfakcję daje mi realny wpływ na rzeczywistość. To moment, w którym ktoś powie ci, że oglądał twoje „tuto riale” i się czegoś nauczył. Albo napisze, że miał ciężki czas i dzięki twoim filmom nie zrezygnował z piłki. Wtedy wiesz, że nawet jeśli ten ktoś – twój odbiorca, fan – przestanie cię oglądać, to i tak zostaniesz z nim do końca życia, bo nieznacznie wpłynąłeś na jego/jej rozwój w życiu. Staram się, żeby zawsze było pozytywnie. Nie wiem, co będzie za 10-20 lat, ale być może zarażę jakiś ułamek społeczeństwa do ciągłej aktywności. Liczby raz są, raz ich nie ma.
Co daje ci największe zasięgi w sieci?
– Piłka nożna. Wszystko, co na czasie, co grzeje tych zagorzałych, ale również sezonowych kibiców piłki. Staram się tymi luźnymi filmami naokoło meczu spłycić piłkę nożną, aby stała się bardziej przyswajalna. Jak słyszę słowo założenia taktyczne, to mam ciarki. To ma być lekkie, takie treści są ciekawe. Przynajmniej dla moich odbiorców.
Nie boisz się, że przez taką aktywność straciłeś swoją prywatność?
– W ogóle. Mam konkretne obszary, które pokazuję, a innych nie. Czasem wrzucę coś prywatnego, ale są granice, których nie przekraczam. A jeśli jakąś przekroczę, to wszystko jest pod moją kontrolą.
Jestem ciekaw, o jakiej skali zasięgów mówimy, kiedy tworzysz konkretny content.
– Zależy. Kiedyś miałem wyświetlenia w milionach per film. Prawie każdy. Teraz jest więcej twórców i dzielę się tymi wyświetleniami z innymi. Film to przedział między 100, a 300 tysięcy. Czasem o wiele więcej, rzadko mniej. Natomiast są dni lub tygodnie, gdzie zamiast skupiać się na wyświetleniu na każdym filmie, bardziej interesuje mnie suma z danego dnia. Po prostu zakładam, że chcę opowiedzieć o czymś w kilku filmach i nie bardzo dbam, czy każdy film przekroczy sumę 100 tysięcy. W tym miejscu mówimy TikToku. Na Instagramie i YouTube są inne proporcje.
Masz jakiś pomysł/strategię na to?
– Tak. Jednak jest ona tajna i nie mogę się nią podzielić. Tak już na poważnie – planuję dany odcinek tygodniowy, czasem dwutygodniowy, przeglądam najważniejsze wydarzenia i opieram swój rytm o te wydarzenia. Potem dodaję coś spontanicznego i mamy kompletną strategię.
Twoimi odbiorcami są zapewne w większości ludzie młodzi. Młodych dziś nie jest łatwo przekonać do sportu. Tobie się to jednak udaje. Jak to robisz?
– Lepszy przykład niż wykład. Nie tylko mówić o sporcie, ale samemu go uprawiać. Jeden mało rozgarnięty „Wfista”, który gra z dzieciakami w piłkę nożną może zachęcić bardziej, niż najmądrzejszy WFista, który wygląda, jakby nigdy sportu nie uprawiał.
Piłka była z tobą od zawsze? Wnioskuję, że studia na AWF-ie nie wzięły się w twoim przypadku ot tak dla samego papierku?
– Od zawsze. W piłkę nożną grałem na podwórku. Czasem kopałem w domu, co wiązało się z rozbitymi szybami. Do tego mecze osiedlowe, potem triki z piłką, AWF, turnieje, występy. Zawsze byłem aktywny. No, może nie zawsze, bo po pandemii miałem przerwę i skupiałem się na rozwoju jednej z działalności. Wspominam ten czas najgorzej, bo najmniej się ruszałem. Ruch to fun.
W przeszłości brałeś udział w „Mam Talent”. Doszedłeś do półfinału X edycji. Wtedy twoja popularność wzrosła?
– Absolutnie. Pierwsze trzy, może cztery edycje miały jakiś realny wpływ na uczestników. Były kontrakty, czasem praca na rok do przodu na eventach. W dziesiątej i późniejszej edycji – oglądało nas dużo mniej osób. Dodatkowo to, co jest w „Mam Talent”, można zobaczyć w 20 minut na TikToku. To mniej grzeje. Nie mówię, że uczestnicy teraz są gorsi od tych sprzed lat, bo to nieprawda. Mówię, że swoje „Mam Talent” możemy sobie odpalić w każdej chwili.
Talent wykorzystałeś w szerzeniu pasji do piłki. Masz w ogóle życie bez futbolu?
– Pewnie, że tak. Tylko fakt, jak jest piłka, to ciężko jest znaleźć na coś innego czas. Ale momentami się udaje.
Co planujesz w najbliższym czasie?
– Rozwój YouTube, rozwój „Ziomeczek Camp” oraz kilka ważnych działań, o których nie mogę niestety opowiedzieć.
Który projekt jest twoim „dzieckiem”, a wobec którego czułeś, że miałeś wspomnianą misję?
– Obozy. To bezpośrednie wpływanie na dzieciaki. Zapraszamy je do naszego świata, uczymy radości z uprawiania sportu. Nawet ci, którzy grają zawodowo w klubie, dobrze się u nas czują, bo my nie narzucamy presji. My sprawiamy, że każdy będzie czerpał radość. Zachęcamy, a nie zniechęcamy, do sportu.
Piotr Wiśniewski
Więcej Wywiady
Sport zaczyna się od ludzi. Natalia Czerwonka o zawodnikach, społeczności i przyszłości łyżwiarstwa szybkiego [WYWIAD]
Srebrna medalistka olimpijska z Soczi, czterokrotna olimpijka i jedna z najbardziej utytułowanych polskich łyżwiarek szybkich. Obecnie swoją wiedzę i doświadczenie wykorzystuje dziś w pracy z młodymi zawodnikami i prowadzeniu Akademii Sportowego Rozwoju. Natalia Czerwonka wróciła do wspomnień sprzed lat i opowiedziała SportMarketing.pl o swoim "drugim życiu" po zakończeniu kariery.