26.08.2026 09:48

Justyna Kostyra: stworzyłam podcast, bo brakowało mi dłuższych rozmów o kobiecym sporcie [WYWIAD]

Justyna Kostyra od lat komentuje największe turnieje tenisowe świata, pracowała w Orange Sport, Polsacie Sport, Viaplay i Eurosporcie, a dziś rozwija także autorski projekt poświęcony kobiecemu sportowi. W rozmowie dla SportMarketing.pl opowiada o kulisach pracy komentatorki, początkach kariery, fenomenie Rolanda Garrosa, zmianach na rynku mediów sportowych, roli psychologii w sporcie oraz o tym, dlaczego clickbait szkodzi całemu środowisku dziennikarskiemu. Mówi również o kobiecym sporcie, pracy przy igrzyskach olimpijskich i potrzebie tworzenia dłuższych, wartościowych rozmów, których – jej zdaniem – coraz bardziej brakuje we współczesnych mediach.

Justyna Kostyra: stworzyłam podcast, bo brakowało mi dłuższych rozmów o kobiecym sporcie [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Justyna Kostyra
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Zacznijmy od tenisa. To dyscyplina, z którą jesteś najbardziej kojarzona. Skąd wzięła się ta pasja? Mam też wrażenie, że tenis jest wyjątkowy, bo zarówno w kobiecym, jak i męskim wydaniu występują gwiazdy światowego formatu. Rozpoznawalność tenisistek i tenisistów jest podobna, a od pewnego czasu nagrody finansowe są też takie same. U ciebie zainteresowanie zaczęło się od kobiecego tenisa czy od obu odmian tej dyscypliny jednocześnie?

Justyna Kostyra, dziennikarka Eurosportu: – Nigdy tego nie rozdzielałam. Zawsze po prostu interesowałam się tenisem. Gram od dziecka, choć nigdy zawodowo, bo zaczęłam trochę za późno. Miałam chyba wtedy 10 lat. Mimo to tenis od początku był moją pasją. Kiedy miałam 12 lat, cały mój pokój był wyklejony zdjęciami tenisistów i tenisistek. Dosłownie całe ściany były nimi pokryte. To najlepiej pokazuje, jak bardzo żyłam tym sportem.

Duży wpływ miał też mój tata, który jest dziennikarzem sportowym. Pracując w prasie, zajmował się wieloma dyscyplinami, a ja dzięki niemu mogłam pojechać na kilka turniejów tenisowych w Sopocie. Byłam wtedy jeszcze bardzo młoda, ale pamiętam, że oglądałam na żywo między innymi Rafaela Nadala czy Gaëla Monfilsa.

Później zaczęłam sama jeździć na turnieje. Dostałam propozycję od znajomego, który wiedział, że dobrze znam język angielski. Zaproponował mi tłumaczenie konferencji prasowych podczas challengerów we Wrocławiu i Szczecinie. Przez kilka lat byłam tłumaczką tych konferencji. Zaczynałam jeszcze w liceum, później kontynuowałam to na studiach, a kiedy sama zostałam dziennikarką, naturalnie zaczęłam o tenisie pisać i mówić.

Twój tata od lat kojarzony jest także z futbolem amerykańskim, co jak na polskiego dziennikarza sportowego jest dość nietypowe. Czy ty również masz jakieś mniej oczywiste sportowe zainteresowania? I druga kwestia – praca przy serwisach sportowych w TVN oznacza chyba konieczność orientowania się w wielu dyscyplinach?

– Futbol amerykański oglądałam właśnie z tatą. Do dziś zdarza mi się śledzić NFL, choć głównie w formie skrótów. Mamy wykupiony NFL Pass, więc można obejrzeć mecze w ośmio czy piętnastominutowych skrótach. Całych spotkań raczej już nie oglądam, bo są rozgrywane w środku nocy, a poza tym futbol amerykański ma bardzo dużo przerw reklamowych.

Pamiętam nawet, że w liceum napisałam do gazetki szkolnej artykuł wyjaśniający zasady tej dyscypliny. Organizowaliśmy wspólne oglądanie meczu i tłumaczyłam kolegom, o co w tym wszystkim chodzi. Więc jakaś pasja do futbolu amerykańskiego rzeczywiście została. Jeśli chodzi o inne nietypowe dyscypliny, to raczej nie mam takich zainteresowań, natomiast rzeczywiście staram się być na bieżąco praktycznie ze wszystkim.

Praca w TVN nie polega wyłącznie na prezentowaniu informacji. Są prezenterzy, którzy tylko prowadzą serwisy, ale ja również wydaję newsy sportowe, przygotowuję je, często sama piszę teksty i montuję materiały. To oznacza, że naprawdę trzeba orientować się we wszystkim. Muszę przyznać, że kiedy pracowałam w Viaplay, trochę mi tego brakowało. W Orange Sport i Polsacie zawsze zajmowałam się również newsami, więc miałam bardzo szeroki ogląd sportu. W Viaplay byłam skoncentrowana głównie na piłce nożnej, oczywiście cały czas śledziłam tenis, ale na inne dyscypliny zostawało już mniej czasu. Teraz cieszę się, że znowu mam kontakt z całym sportem i siłą rzeczy muszę trzymać rękę na pulsie.

Wspomniałaś o Viaplay. Prowadziłaś studio do meczów Bundesligi. Czy wynikało to z twoich zainteresowań niemiecką piłką, czy po prostu z potrzeb redakcji i dlatego skierowano cię na ten odcinek?

– Myślę, że znaczenie miało to, że znam język niemiecki. Studiowałam germanistykę, a później przeniosłam się na kierunek związany z tłumaczeniami specjalistycznymi z języka angielskiego i niemieckiego. Bundesligę śledziłam już wcześniej, choć nie aż tak intensywnie. Lubiłam obejrzeć mecz, czasem dwa, skróty spotkań. Jeszcze wtedy, gdy prawa do ligi niemieckiej miał Eurosport. Musiałam mieć w tamtym okresie kilkanaście lat.

Niemniej, tak naprawdę dopiero praca w Viaplay sprawiła, że weszłam w Bundesligę bardzo głęboko. Trafiłam też na świetnych ludzi. Do dziś mam świetne relacje z Marcinem Borzęckim i Tomkiem Urbanem. Śmiejemy się, że była to nasza wymarzona praca. Przychodziliśmy do redakcji i rozmawialiśmy o rzeczach, które lubimy, z ludźmi, których lubimy. Nie miało się poczucia, że idzie się do pracy, choć oczywiście rzetelnie wykonywaliśmy swoje obowiązki. Szczególnie miło wspominam magazyny podsumowujące kolejki Bundesligi. Kiedy prowadziliśmy je we troje, zawsze świetnie się bawiliśmy.

Screenshot

Czy praca w platformie streamingowej różni się od pracy w tradycyjnej telewizji? Z perspektywy widza wydaje się, że w streamingu nie ma takich ograniczeń czasowych – studio może trwać tak długo, jak jest to potrzebne.

– To rzeczywiście jedna z największych różnic. Studio może trwać pół godziny, godzinę albo półtorej. Można je wydłużać lub skracać w zależności od sytuacji, ale wydaje mi się, że największą siłą platform streamingowych jest coś innego. Można pokazać wszystkie mecze. W tradycyjnej telewizji liczba kanałów jest ograniczona i nie da się transmitować wszystkiego. Platforma streamingowa daje możliwość pokazania każdego spotkania, a nawet przygotowania do niego polskiego komentarza.

Viaplay było wyjątkowym projektem również dlatego, że wniosło do polskich mediów dużo świeżości. Nasz szef, Paweł Wilkowicz, praktycznie nigdy nie mówił „nie”. Podczas kolegiów redakcyjnych padały bardzo różne pomysły na materiały czy formy prowadzenia studia. Widzowie pamiętają pewnie wiele viralowych momentów z Viaplay. Nawet jeśli jakiś pomysł nie do końca mu się podobał, odpowiadał: „Spróbujcie. Najwyżej się nie uda”.

To dawało nam ogromną swobodę. Czuliśmy zaufanie, mieliśmy ochotę wymyślać kolejne rzeczy i naprawdę sprawiało to ogromną frajdę. Pod koniec działalności Viaplay śmialiśmy się już, że rywalizujemy o to, kto przygotuje najbardziej pomysłowy forszpan, czyli wejście do studia. Każdy chciał wymyślić coś nowego. To środowisko nie zabijało kreatywności – wręcz przeciwnie, bardzo ją rozwijało.

Orange Sport również było projektem, który wielu dziennikarzy wspomina z sentymentem jako prawdziwą szkołę zawodu. Młodzi ludzie dostawali tam dużą swobodę i mogli się rozwijać. Tak było również w twoim przypadku?

– Zdecydowanie tak. Do dziś mam wrażenie, że ludzie, którzy przeszli przez Orange Sport Info, pracują dwa razy szybciej niż osoby, które zaczynały w innych redakcjach. Tam serwisy informacyjne były emitowane praktycznie co piętnaście minut – o pełnej godzinie i o wpół do. Między jednym a drugim wydaniem miałeś zaledwie kwadrans, by przygotować kolejne. A dodatkowo obowiązywała zasada, że w każdym serwisie musi pojawić się coś nowego.

Trzeba było zadbać o różnorodność form – materiał z komentarzem, setkę, wypowiedź, montaż. Wszystko szykowało stosunkowo niewielkie grono osób, więc każdy musiał szybko pisać, szybko montować i błyskawicznie podejmować decyzje. Nawet osoby, które później trafiły do Orange Sport, już po likwidacji Orange Sport Info, nie pracowały w takim tempie jak ci, którzy przeszli przez tę szkołę.

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym o Orange Sport Info i doszliśmy do wniosku, że dziś taki typowo informacyjny kanał sportowy chyba nie miałby racji bytu, nie przetrwałby na rynku. Media społecznościowe dostarczają informacje praktycznie natychmiast, ich przepływ jest tak duży, że wymaga radykalnej selekcji. Może to też jest symptomatyczne, że nawet Eurosport zrezygnował z serwisów informacyjnych w przeszłości emitowanych co godzinę. Myślisz, że taki projekt miałby jeszcze szanse powodzenia w dzisiejszych czasach?

– Nie jestem przekonana, że to wynika wyłącznie z mediów społecznościowych. Wydaje mi się, że to bardziej kwestia specyfiki naszego rynku. W Polsce po prostu nie czytamy zbyt wielu gazet sportowych i nie oglądamy regularnie serwisów sportowych. Przecież informacje ze świata polityki również pojawiają się na portalu X czy w internecie znacznie szybciej niż w telewizji, a mimo to TVN 24 nadal cieszy się bardzo dużą oglądalnością.

Ja sama lubię włączyć wieczorem „Sportowy Wieczór” w TVP Sport i obejrzeć podsumowanie dnia. Lubię zobaczyć najważniejsze wydarzenia w jednym miejscu, nawet jeśli wcześniej śledziłam wyniki w internecie. Za granicą kanały informacyjne poświęcone sportowi mają się bardzo dobrze. Sky Sports News cały czas funkcjonuje i ma swoją publiczność. Dlatego wydaje mi się, że to bardziej kwestia polskiego odbiorcy niż tego, że taki format nie ma przyszłości. Być może rzeczywiście szukamy informacji w innych miejscach niż kiedyś, ale ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby podczas gotowania w tle leciał kanał z newsami sportowymi. Szkoda, że w Polsce już czegoś takiego nie ma.

Może po prostu w Polsce kultura sportowa nie jest rozwinięta? Oczywiście ogromną oglądalność wciąż generują mecze reprezentacji piłkarskiej czy swego czasu spotkania Igi Świątek w szczytowej formie, ale jako społeczeństwo chyba nie jesteśmy aż takimi pasjonatami sportu. W Hiszpanii czy we Włoszech liczba gazet, stacji radiowych i redakcji sportowych jest przecież nieporównywalnie większa.

– Dokładnie tak. Myślę, że wszystko zaczyna się od wychowania i kultury uprawiania sportu. Polacy po prostu stosunkowo mało się ruszają… Od lat mówi się o zwolnieniach z lekcji WF-u i o tym, że jako społeczeństwo jesteśmy w coraz gorszej formie fizycznej. To później przekłada się również na zainteresowanie sportem.

Mam ośmioletniego syna. Uprawia bardzo dużo różnych dyscyplin i przez to naturalnie interesuje się sportem. Chce go oglądać. Oczywiście wychowuje się w rodzinie dziennikarskiej, więc sport jest obecny w domu od zawsze, ale uważam, że jeśli dziecko samo czegoś próbuje, to później również chętniej śledzi tę dyscyplinę. Jeżeli natomiast dzieci większość czasu spędzają przy grach komputerowych, to później wolą oglądać na YouTubie ludzi grających w gry niż osoby uprawiające sport.

Twoje początki komentatorskie wiążą się ze Sportklubem. Dziś ta stacja jest postrzegana jako niszowa i oldschoolowa, ale kiedyś miała przecież prawa do FA Cup, Copa del Rey czy Bundesligi. Jak wspominasz ten okres?

– Kiedy zaczynałam, Sportklub wcale nie był jeszcze taką niszową telewizją. To były czasy, gdy transmitowano tam wspomniane FA Cup. Wtedy nie komentowało się jeszcze z Warszawy. Latało się do Budapesztu, ponieważ tam znajdowały się studia i stanowiska komentatorskie. Warszawskiego biura jeszcze nie było.

To było bardzo ciekawe doświadczenie. W Sportklubie praktycznie nie było bloków reklamowych, więc komentator mówił właściwie cały czas. Bywały nawet piętnastominutowe przerwy w grze, podczas których nadal trzeba było prowadzić transmisję, bo nikt nie zdejmował cię z anteny. To była świetna szkoła zawodu. Trzeba było być znakomicie przygotowanym, mieć mnóstwo notatek, ciekawostek, historii dotyczących zawodników. Nie można było sobie pozwolić na ciszę. Później powstało już biuro w Warszawie i budki komentatorskie, więc wszystko wyglądało inaczej, ale ja jeszcze załapałam się na ten etap wyjazdów do Budapesztu.

To ciekawe, bo wcześniej podobne historie dotyczyły głównie lat dziewięćdziesiątych. Dziennikarze Wizji Sport latali do Maidstone pod Londynem, a w CANAL+ komentowało się z Paryża. Tymczasem Sportklub robił to jeszcze wiele lat później.

– Dokładnie. Dla mnie było to tym bardziej ciekawe, że byłam wtedy bardzo młoda. Trzeba było odnaleźć się w obcym mieście, zorganizować sobie wszystko na miejscu. To też było pewne doświadczenie życiowe. Pamiętam, że komentowałam wtedy część meczów z doświadczonym dziennikarzem Andrzejem Karczewskim. Bardzo dużo się od niego nauczyłam.

Ale równie często pracowałam sama. Tych transmisji było naprawdę mnóstwo. Całe dni wypełnione tenisem – od rana do wieczora. Bardzo dobrze wspominam Sportklub i te wyjazdy do Budapesztu. Chyba trafiłam już na samą końcówkę tego etapu, może trwało to jeszcze około pół roku, a później wszystko przeniosło się do Warszawy.

Kiedy trafiłaś do Eurosportu, byłaś już doświadczoną dziennikarką. Czy mimo to mogłaś liczyć na wskazówki takich osób jak śp. Karol Stopa, Witold Domański czy Lech Sidor?

– Nie było już takiej potrzeby. Kiedy zaczynałam w Eurosporcie, miałam za sobą wiele lat pracy w dziennikarstwie. Oczywiście można było obserwować bardziej doświadczonych kolegów. Karol Stopa zawsze imponował przygotowaniem merytorycznym. Jego stanowisko komentatorskie było dosłownie zasypane notatkami. Wszystko miał posegregowane kolorami. Naprawdę robiło to ogromne wrażenie, natomiast sam Eurosport ma swoją specyfikę, o której widzowie często nie wiedzą. Choć komentujemy z Warszawy, cała emisja odbywa się z Paryża. Komentator cały czas otrzymuje komunikaty od realizatorów z Francji. Mamy specjalny panel z kilkoma kanałami odsłuchu. Możemy słuchać między innymi angielskiego komentarza albo komunikatów realizacyjnych.

Najważniejszy jest tak zwany „cue”. To osoba z Francji odlicza nam wejścia na antenę, przerwy reklamowe, powtórki czy kolejne elementy transmisji. Dlatego czasami widzowie zastanawiają się, dlaczego nagle na chwilę milczymy. Bardzo często właśnie dlatego, że w słuchawce słyszymy: „five, four, three, two, one”, po czym następuje przejście do powtórki albo reklamy. To naprawdę duże wyzwanie. Jednocześnie słyszysz swojego współkomentatora, siebie, angielskiego komentatora i wszystkie komunikaty z Francji. Co ciekawe, te komunikaty dotyczą wszystkich rynków jednocześnie. Słyszysz więc na przykład informację, że za chwilę do transmisji dołączy Norwegia albo inny kraj, choć nie ma to żadnego znaczenia dla polskiego widza. Trzeba umieć odfiltrować te wszystkie bodźce i jednocześnie cały czas opowiadać o tym, co dzieje się na korcie.

Eurosport działa na wielu rynkach jednocześnie. Miałaś okazję poznać światowych ekspertów i byłych sportowców, którzy pojawiają się podczas największych imprez?

– Tak i to jest jedna z największych zalet pracy w takiej międzynarodowej telewizji. Wszyscy ci eksperci są po prostu normalnymi ludźmi. Nie mają żadnego poczucia wyższości. Podczas ostatnich igrzysk olimpijskich prowadziłam studio z Cortiny d’Ampezzo. Gośćmi byli między innymi Tina Maze czy Viktoria Rebensburg.

Rozmawiasz z nimi po prostu jak z koleżankami z pracy. To czasami wydaje się wręcz nierealne, bo jeszcze kilka lat wcześniej oglądałeś ich występy jako kibic. Laura Robson pracowała wtedy jako reporterka dla anglojęzycznych rynków, bo przecież to nie jest tylko Eurosport, ale również TNT Sports. Bardzo miło wspominam też Aleksa Corretję. Przemiły człowiek. To naprawdę ogromna wartość pracować w środowisku międzynarodowym i mieć na co dzień kontakt z ludźmi, którzy osiągali sukcesy na światowym poziomie. Trochę przypomina mi to atmosferę Viaplay. Tam również pracowaliśmy dla kilku rynków jednocześnie, dzięki czemu można było korzystać z wiedzy ekspertów z różnych krajów, a nie tylko z Polski.

Masz dobre porównanie wszystkich turniejów wielkoszlamowych. W Eurosporcie relacjonujesz Australian Open, Roland Garros i US Open, wcześniej w Polsacie Sport pracowałaś przy Wimbledonie. Czy masz słabość do jednego z tych turniejów, może to French Open. Przecież tam polskie tenisistki wznosiły się na wyżyny, a te mecze były transmitowane też w TVN-ie…

– Zdecydowanie Roland Garros. To mój absolutnie ulubiony turniej. Nigdy nie myślę o tym, ile osób ogląda transmisję albo słucha mojego komentarza. Zawsze staram się po prostu jak najlepiej wykonać swoją pracę, niezależnie od tego, jaki mecz komentuję, natomiast jeśli chodzi o sam tenis, to uwielbiam wszystko, co wiąże się z Rolandem Garrosem. Kocham długie wymiany, mączkę unoszącą się nad kortem, brudne skarpetki po meczu. Sama najbardziej lubię grać właśnie na kortach ziemnych.

To nawierzchnia niezwykle wymagająca fizycznie. Właśnie dlatego Iga Świątek odnosi tam takie sukcesy. Na mączce przygotowanie motoryczne ma ogromne znaczenie. Podczas ostatniej edycji były ogromne upały. Szczerze podziwiam tenisistów i tenisistki, że byli w stanie rozgrywać wielogodzinne mecze w takich warunkach. Zwykły człowiek miał problem, by wytrzymać na trybunach. Część z nich była wręcz pusta od strony nasłonecznionej, bo kibice szukali choć odrobiny cienia, a zawodnicy przez kilka godzin musieli funkcjonować na pełnym słońcu.

Roland Garros jest dla mnie numerem jeden. Nie przepadam natomiast za Wimbledonem. Tam bardzo dużo zależy od serwisu, sezon na trawie jest bardzo krótki i nigdy nie zakochałam się w tym stylu gry. Oczywiście są kibice, którzy uwielbiają serwis i woleje. Ja jednak zdecydowanie bardziej odnajduję się w tenisie z linii końcowej. Rafa Nadal, długie wymiany, walka o każdą piłkę, dosłownie gryzienie ziemi – to jest tenis, który najbardziej do mnie przemawia.

W Viaplay komentowałaś również mecz Bundesligi. To było dość wyjątkowe wydarzenie, bo wcześniej, kilkadziesiąt lat temu, spotkanie męskiego futbolu komentowała tylko Aldona Marczuk w CANAL+. Czy to było zatem dla ciebie duże wyzwanie?

– Tak. Wcześniej komentowałam kobiecą piłkę nożną w Polsacie Sport. Od tego wszystko się zaczęło, natomiast komentowanie męskiej piłki bardzo mnie stresowało. W tenisie czuję się naturalnie. Gram od dziecka, dobrze rozumiem tę dyscyplinę i wiele rzeczy po prostu widzę. W futbolu jest inaczej. Są elementy, których nie dostrzegam w taki sam sposób i pewnie już nigdy nie będę ich widziała tak jak ktoś, kto całe życie grał w piłkę. To nie jest kwestia przygotowania, bo przygotować można się do każdej transmisji. Chodzi o pewną intuicję i naturalność. Po prostu nie czułam się w tym komfortowo.

A jednak zdecydowałaś się spróbować.

– To był pomysł Pawła Wilkowicza. Od razu powiedziałam mu o wcześniejszych doświadczeniach z Polsatu Sport i o tym, że nie jestem przekonana, czy to dobry pomysł. Uważam, że warto znać swoje mocne strony i wiedzieć, w czym czuje się dobrze, a w czym nie. On jednak namówił mnie, żebym spróbowała. Powiedział: „Najpierw skomentuj mecz, a dopiero potem powiedz, czy rzeczywiście było tak źle”.

Chętnych do komentowania ze mną było naprawdę wielu. Ostatecznie pracowałam z Mariuszem Hawryszczukiem. To była chyba najbardziej stresująca rzecz, jaką robiłam w telewizji. Nie dlatego, że transmisja źle wyszła. Po prostu robiłam coś, co nie było dla mnie naturalne. Po tym meczu powiedziałam Pawłowi, że dziękuję za zaufanie, ale nie chciałabym już więcej komentować piłki nożnej.

Mimo wszystko widać, że kobiet komentujących piłkę jest coraz więcej.

– I bardzo dobrze. Świetnym przykładem jest Weronika Możejko. Komentowała nie tylko kobiecą piłkę nożną, ale również Ligę Europy i Ligę Konferencji. Pamiętam jej transmisję z Marcinem Borzęckim. Bardzo dobrze się tego słuchało. Jeżeli dziewczyna zna się na piłce tak jak Weronika, która przecież sama grała w piłkę, to dla mnie naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy za mikrofonem siedzi kobieta czy mężczyzna.

Mam wrażenie, że wiele uprzedzeń istnieje tylko w naszych głowach. Czasami słyszę komentarze, że kobieta nie powinna komentować piłki. Pytam wtedy: „Dlaczego? Co konkretnie ci przeszkadza?”. Najczęściej nikt nie potrafi odpowiedzieć. Padają argumenty, że komuś nie odpowiada kobiecy głos albo że nie jest do niego przyzwyczajony. Przez wiele lat przyzwyczailiśmy się przecież do męskich komentatorów. To naturalne, że kobiety brzmią inaczej. Ale jeśli naprawdę wsłuchasz się w to, co ktoś mówi, a nie tylko w samą barwę głosu, to dla mnie nie ma żadnej różnicy.

Coraz częściej kobiety pojawiają się również w roli ekspertek przy męskiej piłce. TVP Sport zaangażowało podczas mundialu Joannę Tokarską i Weronikę Możejko.

– I to bardzo mnie cieszy. W Viaplay świetnie sprawdzała się Nina Patalon. Była ekspertką również przy europejskich pucharach mężczyzn i znakomicie analizowała kwestie taktyczne. Bardzo lubiłam jej dyskusje z Arturem Wichniarkiem. Artur lubi polemizować praktycznie z każdym, ale Nina potrafiła rzeczowo odpowiadać na wszystkie argumenty. Nie dawała się zdominować. Weronika Możejko także po prostu znakomicie rozumie futbol i potrafi przekazywać spostrzeżenia w sposób przekonujący. To pokazuje, że są kobiety, które doskonale znają się na piłce nożnej. Myślę, że z czasem będzie ich coraz więcej – zarówno w roli ekspertek, jak i komentatorek.

Wróćmy jeszcze do Orange Sport. W tej redakcji przeważali młodzi ludzie, ale był też znacznie starszy Paweł Zarzeczny, który przez widzów był uznawany za osobę bardzo specyficzną, ale też barwną. Jak wspominasz współpracę z nim?

– Często wydawałam jego programy, szczególnie te weekendowe. Zawsze był świetnie przygotowany. Jedyny element niepewności polegał na tym, czy pojawi się punktualnie, bo miał zwyczaj przychodzić dosłownie w ostatniej chwili. To była zupełnie inna szkoła dziennikarstwa.

Paweł uwielbiał opowiadać historie o ludziach. To, co dziś określa się mianem human stories. Potrafił z każdego rozmówcy wydobyć coś ciekawego. Nie bał się kontrowersyjnych opinii. Jestem przekonana, że dzisiaj znakomicie odnalazłby się w internecie – w Kanale Sportowym, Kanale Zero, Meczykach czy podobnych projektach. W pewnym sensie był prekursorem takiego stylu prowadzenia programów. Jego audycje często przypominały monologi. Rozmawiał z widzami, którzy dzwonili do studia podczas wieczornego Hyde Parku. Wszystko było bardzo naturalne.

Paweł Zarzeczny miał chyba niezwykłą umiejętność rozmawiania z każdym. Mógł uciąć sobie pogawędkę z każdym widzem, ale z racji swojej elokwencji, skłonności do dygresji na pewno równie dobrze mógłby dyskutować z intelektualistą.

– Dokładnie. Myślę, że właśnie dlatego zwykli widzowie tak dobrze go odbierali. Nigdy nie epatował swoją wiedzą ani nie próbował nikomu udowadniać, że wie więcej. Wręcz przeciwnie – zadawał pytania, które zadałby przeciętny kibic siedzący przed telewizorem. To było bardzo cenne. Jednocześnie był niezwykle inteligentnym człowiekiem. Miał ogromną wiedzę, bardzo dużo czytał i znakomicie pisał.

Jestem ciekaw, jaka była geneza powstania twojego projektu na YouTubie „Nie do zatrzymania: Kobiety w sporcie”. To wynikało z chęci robienia czegoś na własną rękę? Mam wrażenie, że w tradycyjnych mediach jest dziś coraz mniej miejsca na dłuższe, pogłębione rozmowy. Coraz częściej liczy się krótki format, szybki news i powierzchowność. Niestety to chyba znak czasów…

– Tak, zdecydowanie brakowało mi właśnie takich dłuższych rozmów. W podcastach nie rozmawiam wyłącznie z kobietami, będą pojawiać się również mężczyźni, ale zawsze rozmawiamy o kobiecym sporcie. To była przestrzeń, której bardzo mi brakowało. Mam poczucie, że kobieta z kobietą często rozmawia trochę inaczej niż dziennikarz-mężczyzna zadający pytania sportsmence.

fot. Michał Jędrzejewski

Interesują mnie kwestie, o które przez lata praktycznie nikt nie pytał. Jestem ciekawa, jak zawodniczki radzą sobie z typowo kobiecymi sprawami podczas startów. Jak wygląda funkcjonowanie organizmu w czasie cyklu menstruacyjnego. Jak hormony wpływają na trening i rywalizację. Czy próbują dostosowywać kalendarz startów do swojego organizmu, czy w jakiś sposób próbują go przestawiać. Dużo rozmawiamy również o współpracy z psychologami sportowymi, bo dziś większość zawodniczek z nimi pracuje. Nie interesują mnie wyłącznie wyniki, statystyki i liczby. Zawsze fascynowała mnie ta druga strona sportu – człowiek, emocje, codzienność, wszystko to, czego kibice najczęściej nie widzą. Bardzo się cieszę, że dostałam zgodę od Eurosportu na realizację tego projektu.

Wspomniałaś o psychologii sportu. Mam wrażenie, że wielu kibiców nadal nie rozumie, jak ważna jest praca z psychologiem. Wystarczy spojrzeć na to, z jakim hejtem mierzy się Iga Świątek. Z drugiej strony kiedyś było chyba jeszcze trudniej – współpraca z psychologiem była często odbierana jako oznaka słabości, a sportowców ją podejmujących, często stygmatyzowano.

– Na szczęście świadomość społeczna coraz bardziej się zmienia. Myślę, że ogromny wpływ miała na to współpraca Igi Świątek z Darią Abramowicz. To relacja, o której bardzo dużo się mówi. Jest obserwowana przez media i kibiców, dzięki czemu coraz więcej osób zaczyna rozumieć, że psycholog sportowy jest dziś tak samo ważny jak trener przygotowania fizycznego i fizjoterapeuta. Niestety mam też poczucie, że bardzo dużo złego robią portale internetowe.

Naprawdę nie znoszę clickbaitowych tytułów. Uważam, że właściciele i szefowie największych portali sportowych powinni kiedyś usiąść przy jednym stole i powiedzieć: „Kończymy z tym”. Bo to szkodzi całemu środowisku. Później sportowcy zaczynają z nieufnością patrzeć na wszystkich dziennikarzy, nawet tych, którzy wykonują swoją pracę rzetelnie. Często wartościowy materiał dostaje krzykliwy tytuł tylko dlatego, że ktoś uznał, że dzięki temu będzie miał więcej wyświetleń.

Nierzadko autor wywiadu nie ma z tym nic wspólnego, bo nagłówek wymyśla wydawca. A później cierpi całe środowisko. Jest mi naprawdę przykro, kiedy słyszę opinie, że polskie dziennikarstwo sportowe jest słabe. Nie zgadzam się z tym. Nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Znam wielu znakomitych dziennikarzy, którzy wykonują fantastyczną pracę. Mój tata od lat powtarza zdanie, które zapadło mi w pamięć. Mówi, że są dziennikarze i śmieciarze. Śmieciarze przepisują informacje z zagranicznych portali, dodają clickbaitowy tytuł i publikują materiał. Natomiast dziennikarz potrafi dotrzeć do człowieka nawet na drugim końcu świata, zrobić reportaż, przygotować wartościowy wywiad. Tylko co z tego, skoro często taki materiał przegrywa z sensacyjnym nagłówkiem albo plotką?

Twój tata kiedyś opowiadał o fascynacji redakcją „Sports Illustrated”. To było przez lata miejsce, gdzie sport był jedynie punktem wyjścia do opowiadania historii o ludziach. Dzisiaj często większe zainteresowanie budzą informacje dotyczące życia prywatnego sportowców niż ich osiągnięć.

– Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Bardzo cenię The Athletic. Zainteresowanie tym projektem medialnym pokazuje, że ludzie naprawdę potrafią szukać jakościowych, pogłębionych treści i są gotowi poświęcić czas na przeczytanie dłuższego tekstu. Mam nadzieję, że kiedyś również w Polsce dojdziemy do takiego momentu, w którym czytelników bardziej będzie interesowała dobra historia niż informacje o tym, kto z kim się spotyka i dlaczego.

Na polskim rynku podobną próbą budowania treści premium było między innymi Newonce. Niestety projekt dość szybko upadł.

– Rzeczywiście powstawały tam świetne materiały. Szkoda, że już tego nie ma. Mam jednak wrażenie, że polski odbiorca wciąż nie jest gotowy na model oparty wyłącznie na subskrypcjach. Sama często rezygnuję z przeczytania ciekawego tekstu tylko dlatego, że muszę od razu wykupić cały abonament. Marzy mi się inny model. Na przykład możliwość zapłacenia złotówki za jeden konkretny artykuł. Przeczytam jeden tekst, później drugi, może dziesiąty. Nie potrzebuję kolejnej miesięcznej subskrypcji. Gdyby wszędzie istniała możliwość płacenia za pojedyncze materiały, korzystałabym z niej bardzo często.

Na koniec chciałbym zapytać o twoje najważniejsze doświadczenie zawodowe. Czy są takie wydarzenia, które szczególnie zapadły ci w pamięć?

– Na pewno komentowanie igrzysk olimpijskich z kortów Rolanda Garrosa. To było niesamowite przeżycie. Jest ogromna różnica między komentowaniem z miejsca wydarzeń a pracą z tzw. „dziupli”, czyli budki komentatorskiej. Możliwość bycia na obiekcie, obserwowania wszystkiego z bliska i oddychania atmosferą wielkiej imprezy daje zupełnie inne emocje.

Te igrzyska były zresztą wyjątkowe także z innego powodu. To były pierwsze igrzyska po pandemii. Wszędzie było mnóstwo kibiców, czuło się wielką radość z powrotu do normalności. Organizacja również zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nawet jeśli pracujesz w dziennikarstwie sportowym od kilkunastu czy kilkudziesięciu lat i wydaje ci się, że widziałeś już wszystko, igrzyska olimpijskie pozostają czymś wyjątkowym. To wydarzenie ma niepowtarzalny klimat. Za każdym razem przypomina, dlaczego sport potrafi budzić tak wielkie emocje.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski

Dziennikarz specjalizujący się w sporcie oraz jego związkach z polityką, historią, kulturą, biznesem i mediami. Obecnie jako freelancer współpracuje z redakcjami SportMarketing.pl, Interplay, TVP Sport oraz portalem XYZ, przygotowując obszerne analizy, reportaże i wywiady z czołowymi postaciami świata sportu oraz ekspertami z Polski i zagranicy. W SportMarketing.pl jest autorem cykli „Zawód: Dziennikarz sportowy” oraz „Kobieta/Sport/Biznes”, poświęconych mediom, marketingowi i roli kobiet w branży sportowej".