27.07.2026 08:40

Maja Strzelczyk: oczekiwałam trochę więcej szaleństwa od Miami [WYWIAD]

Relacjonowanie mundialu w Stanach Zjednoczonych, kulisy pracy reporterki na największych stadionach Europy, fascynacja hiszpańskim futbolem czy rozwijanie własnego podcastu poza telewizją. W rozmowie dla SportMarketing.pl Maja Strzelczyk opowiada o tym, jak wygląda praca podczas największych piłkarskich wydarzeń, dlaczego w Hiszpanii piłkarze są traktowani jak celebryci, czego nauczyła ją praca w Orange Sport i dlaczego mimo dominacji krótkich form wciąż wysoko ceni długie rozmowy.

Maja Strzelczyk: oczekiwałam trochę więcej szaleństwa od Miami [WYWIAD]
Autor zdjęcia: PressFocus
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Relacjonowałaś mundial prosto ze Stanów Zjednoczonych. Zastanawiam się, czy w amerykańskich miastach rzeczywiście było czuć atmosferę piłkarskiego święta.

Maja Strzelczyk, dziennikarka TVP Sport: – To zależy od miasta. My przylecieliśmy do Nowego Jorku jeszcze przed rozpoczęciem turnieju i tam rzeczywiście było czuć ogromne sportowe emocje, ale dotyczyły one przede wszystkim NBA, bo akurat trwały finały z udziałem New York Knicks. Można było zobaczyć, jak Amerykanie przeżywają wielkie wydarzenia sportowe, ale piłka nożna nie była wtedy na pierwszym planie. Z Nowego Jorku wyjechaliśmy jeszcze przed meczem otwarcia, który oglądaliśmy już w Waszyngtonie.

Jak wyglądał Waszyngton podczas spotkania reprezentacji USA?

– To już było coś zupełnie innego. Grała reprezentacja Stanów Zjednoczonych, więc w strefie kibica pojawiło się mnóstwo ludzi i było widać ich zaangażowanie. Oczywiście, jeśli porównamy to z największymi piłkarskimi imprezami w Europie, nie robiło to aż tak wielkiego wrażenia, ale atmosfera była naprawdę dobra.

Najwięcej mówi się jednak o Miami.

– I słusznie. Miami było zdecydowanie najbardziej piłkarskim miejscem spośród tych, które odwiedziliśmy. To w końcu miasto Leo Messiego i było to doskonale widoczne. W strefach kibica dominowali Argentyńczycy oraz fani Messiego. Nawet osoba pilnująca wejścia do strefy zachęcała ludzi, by szybciej wchodzili i nie przegapili ani minuty występu Leo. To było bardzo charakterystyczne.

A które miejsce zrobiło na tobie największe wrażenie?

– Zdecydowanie Atlanta. Byliśmy tam na meczu Hiszpanii z Cabo Verde. Sam stadion był imponujący – ogromny, klimatyzowany, nowoczesny. Nigdy wcześniej nie byłam w Stanach Zjednoczonych, więc już samo zobaczenie takich obiektów było dużym przeżyciem. Po meczu ja i Mateusz Klich pracowaliśmy również w strefie kibica, ponieważ właśnie stamtąd łączyliśmy się ze studiem TVP Sport w Warszawie. Na samym stadionie czy nawet w jego bezpośrednim otoczeniu nie mogliśmy nagrywać, ponieważ obowiązywały bardzo restrykcyjne zasady dotyczące terenów prywatnych. Ostatecznie okazało się, że strefa kibica była świetnym miejscem do pracy i jednocześnie można było obserwować emocje kibiców.

Co najbardziej zapamiętałaś z tych stref kibica?

– To, że wiele osób przyleciało do Stanów wyłącznie po to, by poczuć atmosferę turnieju. Ceny biletów były bardzo wysokie, więc wielu kibiców nie mogło sobie pozwolić na wejście na stadion. Mimo to przyjeżdżali do miast gospodarzy, wspólnie oglądali mecze i tworzyli świetną atmosferę. To pokazuje, że mundial można przeżywać także poza stadionem.

Miami kojarzy się z ogromną społecznością latynoską. Czy rzeczywiście było to słychać i czuć podczas turnieju?

– Tak, język hiszpański był tam obecny praktycznie wszędzie. Spodziewałam się jednak jeszcze większego żywiołu. Myślałam, że Latynosi wręcz „rozniosą” strefy kibica, a tymczasem atmosfera była nieco spokojniejsza, niż zakładałam. Oczywiście wszyscy byli ubrani w barwy swoich reprezentacji, przyszli całymi rodzinami i dużymi grupami znajomych, ale sama euforia po golach Messiego nie była aż tak spektakularna, jak sobie wyobrażałam.

Może po prostu są już przyzwyczajeni do jego spektakularnych występów. Gdybym nie miała tak wysokich oczekiwań, pewnie powiedziałabym, że było fantastycznie, natomiast rzeczywiście spodziewałam się jeszcze większego szaleństwa.

Czy zauważyłaś jakieś różnice między Miami a pozostałymi miastami pod względem popularności futbolu?

– Tak. Miami było jedynym miejscem, gdzie naprawdę często można było zobaczyć dzieci grające w piłkę na orlikach czy w parkach. W innych miastach zdarzało się to znacznie rzadziej. To pokazuje, że właśnie tam futbol ma zdecydowanie mocniejsze fundamenty niż w wielu innych częściach Stanów Zjednoczonych.

Od lat interesujesz się hiszpańską piłką, a świetnie znasz także język hiszpański. Skąd wzięła się ta pasja?

– Hiszpańskiego uczyłam się początkowo zupełnie niezależnie od sportu. Mam rodzinę w Barcelonie i chciałam po prostu swobodnie rozmawiać z kuzynostwem podczas wakacyjnych wyjazdów. Uczyłam się jeszcze w Polsce, w Mielcu i Rzeszowie, a później rozwijałam język już samodzielnie. Praktyka na miejscu oczywiście bardzo pomagała. Piłkarskiego słownictwa musiałam nauczyć się później, ponieważ wcześniej nie rozmawialiśmy w rodzinie zbyt wiele o futbolu.

Kiedy zaczęłaś pracować jako reporterka, zależało Ci na tym, by rozmawiać z hiszpańskimi piłkarzami właśnie w ich ojczystym języku? Panuje przekonanie, że Hiszpanie są bardzo otwarci i chętnie udzielają wywiadów. Chociażby grający przed laty w Polsce Gerard Badia czy mający już status legendy Jesus Imaz sprawiają takie wrażenie.

– Myślę, że jak z każdym narodem – wiele zależy od konkretnego człowieka, natomiast jeśli miałabym trochę uogólnić i porównać Hiszpanów z Polakami, to rzeczywiście powiedziałabym, że są bardziej otwarci. Musimy też pamiętać, że wielu Hiszpanów trafiających do Ekstraklasy przychodziło z niższych lig, gdzie nie mieli na co dzień kontaktu z mediami. Dla nich sam wywiad przed kamerą był często wyróżnieniem. Lubili się pokazywać, chętnie rozmawiali i nie mieli z tym większego problemu. Zdarzało się nawet, że byli bardziej otwarci niż doświadczeni polscy ligowcy.

Dziś tych zagranicznych piłkarzy jest w Polsce zdecydowanie więcej, ale nadal mam wrażenie, że niezależnie od wyniku meczu chętniej zatrzymują się przy kamerze i po prostu rozmawiają.

Z drugiej strony, przechodząc do większej piłki, pamiętam twój wywiad z Fermínem Lepezem, pomocnikiem Barcelony. To już piłkarz światowego formatu, a sprawiał wrażenie bardzo nieśmiałego.

– Rzeczywiście. Myślę, że to kwestia charakteru, a nie narodowości. Fermín wydawał się bardzo skromny i trochę zawstydzony przed kamerą. Są ludzie, którzy po prostu nie czują się komfortowo podczas wywiadów. Ważą każde słowo, potrzebują więcej czasu. To dotyczy zawodników z każdego kraju.

Pozostając przy Hiszpanii, chciałbym zapytać o coś jeszcze. W Polsce radio nie jest już tak popularne jak przed laty. Z twoich obserwacji wynika, że w Hiszpanii dla odmiany istnieje kultura słuchania radia?

– Wbrew pozorom myślę, że zdecydowanie mocniejszą pozycję ma tam telewizja. Nawet osoby, które nie interesują się piłką nożną, bardzo często wiedzą, co dzieje się w LaLiga, bo w telewizji funkcjonuje mnóstwo programów poświęconych futbolowi. Hiszpanie lubią śledzić nie tylko wydarzenia boiskowe, ale też życie prywatne piłkarzy. Bardzo często robi się z nich celebrytów, uwypukla kwestie obyczajowe, kulisy życia gwiazd, ich rodziny czy relacje. To sprawia, że futbol jest obecny w przestrzeni medialnej znacznie szerzej niż tylko w transmisjach meczów.

Masz za sobą pracę na wielu stadionach w Europie. Z perspektywy reporterki są między nimi duże różnice?

– Ogromne. Kibic najczęściej zwraca uwagę na atmosferę czy widoczność z trybun, natomiast dla reportera najważniejsze są warunki pracy. Są stadiony, gdzie miejsca dla mediów są świetnie przygotowane i możemy siedzieć blisko komentatorów. To ogromny komfort, bo mamy podgląd na monitor z transmisją i możemy szybko zobaczyć powtórki. A reporter po meczu musi przecież dokładnie wiedzieć, co wydarzyło się na boisku.

Zdarza się jednak, że miejsca są znacznie gorzej usytuowane. Wtedy nie ma dostępu do ekranu, a z wysokości trybun trudno dostrzec wszystkie szczegóły. Na największych wydarzeniach internet często działa bardzo słabo, więc nawet odtworzenie sytuacji w telefonie, na X-ie bywa niemożliwe. W takich momentach możliwość siedzenia obok komentatorów jest naprawdę nieoceniona.

Czy jest stadion, który pod tym względem szczególnie zapadł ci w pamięć? Może legendarne Santiago Bernabéu?

– Bernabéu to wyjątkowe miejsce, ale także ogromny obiekt. Z jednej strony robi niesamowite wrażenie, z drugiej trzeba pamiętać, że dojście ze stanowiska prasowego do strefy wywiadów zajmuje sporo czasu. Człowiek naprawdę robi tam wiele kilometrów. Na szczęście moje doświadczenia z ostatnich wizyt są bardzo dobre. Miałam możliwość siedzieć obok komentatorów i korzystać z podglądu transmisji, co bardzo pomagało podczas pracy. Gdybym musiała siedzieć znacznie dalej, byłoby dużo trudniej, bo stadion jest ogromny, a ja nie mam – jak to mówię – sokolego wzroku. Przy takich odległościach możliwość zobaczenia powtórek jest po prostu niezbędna. Na razie nie mogę narzekać na warunki pracy na Bernabéu. Zawsze trafiałam tam na bardzo komfortowe stanowiska.

Bardzo lubię też PGE Narodowy. Oczywiście każdy ma swoje doświadczenia związane z tym stadionem, ale ja po prostu bardzo dobrze go znam. Mamy tam swoje studio telewizyjne, z którego również można oglądać mecz. Jest przeszklone, znajduje się w nim telewizor, więc nawet jeśli obraz jest opóźniony o sekundę czy dwie, mogę na bieżąco zobaczyć powtórki i lepiej przygotować się do rozmów pomeczowych. To naprawdę ułatwia pracę. Człowiek czuje się wtedy znacznie pewniej, bo ma pełniejszy obraz wydarzeń na boisku. Niestety nie wszędzie organizatorzy zapewniają dziennikarzom takie warunki.

Wielu kibiców z sentymentem wspomina Orange Sport. Dla ciebie był to właściwie początek telewizyjnej kariery.

– Tak, zdecydowanie. To była moja pierwsza praca w telewizji.

Patrząc z perspektywy czasu, można powiedzieć, że Orange Sport był wyjątkowym projektem, sam mam sentyment do tej stacji jako widz. W redakcji pracowało wielu młodych dziennikarzy. Miałaś poczucie, że była to swego rodzaju kuźnia talentów?

– Wtedy chyba nie patrzyłam na to w ten sposób. Miałam przede wszystkim ogromne poczucie odpowiedzialności. Byłam świeżo po maturze i nagle dostałam możliwość pojechania na mecz Lechii Gdańsk z Villarrealem. Nie miałam wcześniej żadnego doświadczenia telewizyjnego, więc bardziej myślałam o tym, żeby po prostu dobrze wykonać swoją pracę niż o tym, ile swobody dostaję.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, rzeczywiście widzę, jak wielką szansę wtedy otrzymaliśmy. Było sporo młodych ludzi, dostawaliśmy odpowiedzialne zadania i mogliśmy się rozwijać. Jestem za to bardzo wdzięczna. To był też niezwykle ważny etap pod względem relacji międzyludzkich. Wiele znajomości zawartych wtedy przetrwało do dziś i zamieniło się w prawdziwe przyjaźnie. Jeśli mówisz, że wspominasz Orange Sport z sentymentem jako widz, to mogę powiedzieć, że mój sentyment jest chyba znacznie większy, bo patrzę na to również przez pryzmat ludzi, których tam poznałam.

Od kilku lat rozwijasz także własny projekt – podcast „Audiochwile”. Skąd wziął się pomysł na stworzenie czegoś zupełnie niezależnego od telewizji?

– Przede wszystkim z tęsknoty za radiem. Pracowałam przecież zarówno w Weszło FM, jak i później w Newonce, gdzie prowadziłam poranki, niezwiązane już ze sportem. Bardzo odpowiadała mi taka forma pracy. Moje zainteresowania nigdy nie ograniczały się wyłącznie do piłki nożnej. Interesuję się muzyką, kulturą, sztuką i właśnie dlatego w „Audiochwilach” pojawiają się goście z bardzo różnych środowisk. Osób z branży sportowej jest tam stosunkowo niewiele. To przestrzeń, w której mogę rozmawiać z ludźmi o innych tematach.

Jedną z największych zalet podcastów jest to, że nie ogranicza ich antenowy czas?

– Zdecydowanie. W telewizji wszystko jest precyzyjnie zaplanowane. Prowadząc studio meczowe, masz określony scenariusz, materiały do wyemitowania, kolejne wejścia antenowe, pierwszy gwizdek, przerwę i zakończenie spotkania. Tego harmonogramu po prostu trzeba się trzymać.

Podcast daje ogromną swobodę. Oczywiście nie chcę, by rozmowy trwały po kilkanaście godzin, ale jeśli jakiś temat okazuje się ciekawy, nie muszę go nagle urywać tylko dlatego, że kończy się czas antenowy. Jedna rozmowa może trwać godzinę, inna dwie. Właściwie jedynym ograniczeniem jest dziś algorytm YouTube’a, który pewnie wolałby, by wszystkie materiały miały podobną długość.

Wiele osób twierdzi, że żyjemy w czasach krótkich form i odbiorcy nie mają już cierpliwości do dłuższych rozmów, bo preferują scrollowanie social mediów czy oglądanie rolek…

– To prawda, że krótkie formy osiągają zdecydowanie większe zasięgi. Rolki czy krótkie fragmenty rozmów często mają wielokrotnie więcej wyświetleń niż cały podcast. Tego raczej nie zmienimy. Jednocześnie cały czas istnieje grupa odbiorców, którzy chcą usiąść i wysłuchać rozmowy od początku do końca. To nie jest najbardziej komercyjny projekt świata, ale dla mnie najważniejsze jest to, że mogę robić coś, co naprawdę lubię.

Sama słucham radia, podcastów, audiobooków, zdarza mi się także słuchać hiszpańskich stacji radiowych. Skoro sprawia mi to przyjemność, to wierzę, że są też inni ludzie, którzy mają podobne potrzeby. To trochę jak z muzyką. Jedni słuchają tylko pojedynczych utworów, inni nadal wolą przesłuchać cały album od początku do końca. Z podcastami jest bardzo podobnie.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski