Zbigniew Boniek dla SportMarketing.pl opowiada o swojej karierze po… karierze, czyli stworzeniu firmy Go&Goal oraz założeniu adresów mailowych piłkarskim klubom [WYWIAD]
Zbigniewa Bońka nie trzeba nikomu przedstawiać. Wybitny piłkarz, po karierze także trener, oraz przez dwie kadencje prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej. Mało jednak kto wie, że "Zibi" był jednym z pierwszych osób, która stworzyła w Polsce profesjonalną agencję marketingową. Skąd u niego takie zainteresowania? O tym opowiedział w wywiadzie dla SportMarketing.pl
Paweł Łakomski, SportMarketing.pl: Jak otworzymy Pana profil na Wikipedii, to jest Pan określany jako piłkarz, trener, działacz piłkarski i przedsiębiorca. I właśnie! Czy nie ma pan wrażenia, że o tej ostatniej roli tak naprawdę wiadomo najmniej?
Zbigniew Boniek: – Absolutnie nie. W Polsce byłem znany, szanowany i oklaskiwany jako sportowiec. Potem jako trener, potem jako prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej. To pozwoliło mi osiągnąć rozpoznawalność nawet na poziomie światowym. Natomiast moja prywatna sfera, czyli biznes, to zupełnie inna sprawa. Nie musiałem od rana do wieczora opowiadać wszystkim, co robię i na czym zarabiam. Są rzeczy, które są dla wszystkich, i rzeczy, które są tylko dla mnie. Jako piłkarz prawie nigdy nie wpuściłem nikogo do swojego domu, żadnych fotoreporterów. Bardzo rzadko ktoś widział zdjęcie mojej żony czy dzieci. To nasza intymna historia, dzięki której dobrze się odnajdujemy po 50 latach małżeństwa. Nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś pisał o moim biznesie i przedstawiał swoje wizje, ale sam nigdy nie czułem potrzeby, żeby się tym chwalić.
Skąd u Pana pojawił się pomysł, aby wejść w biznes praw sportowych?
– Karierę skończyłem w 1988 roku i zacząłem próbować być trenerem. Raz szło lepiej, raz gorzej, ale czułem, że to to samo życie co piłkarza, tylko z innymi obowiązkami. Piłkarz na obozie trenuje i gra w karty, a trener musi cały czas myśleć, kogo wystawić w pierwszym składzie. Trochę mnie to męczyło, szukałem dla siebie alternatywy.
Co to za alternatywa?
– Od zawsze interesowały mnie prawa telewizyjne, choć nie miałem o nich zielonego pojęcia. Zacząłem się rozglądać we Włoszech i założyłem firmę, która zajęła się nabywaniem praw telewizyjnych na teren Włoch. To był mój strzał w dziesiątkę: przez osiem, dziesięć lat byłem tam jedynym przedstawicielem kilku największych firm światowych. Wszystkie prawa telewizyjne i marketingowe dotyczące meczów były w rękach mojej włoskiej firmy. Po ośmiu, dziewięciu latach UEFA zorientowała się, że to bardzo duży biznes, i zaczęła te prawa centralizować, więc sytuacja się skomplikowała. Byłem chyba największym graczem posiadającym prawa telewizyjne do prawie wszystkich reprezentacji. Ktokolwiek chciał we Włoszech pokazać mecz, nawet wyjazdowy mecz reprezentacji Włoch, musiał to kupić ode mnie.
W jednym z wywiadów opowiadał Pan, że Pana nazwisko po karierze otwierało drzwi, ale potem i tak musiała iść za tym merytoryka i przygotowanie do tematu.
– Oczywiście, zdawałem sobie sprawę, że moje nazwisko, kariera i wizerunek były na tyle pozytywne, że mogłem wejść w ten świat. Jak w każdym biznesie, na początku, gdy masz nazwisko i dobry background, każdy chce z tobą rozmawiać. Ale potem muszą pójść za tym konkretne rzeczy. Pamiętam spotkanie w Niemczech z firmą, która wtedy nazywała się UFA Sport, a dziś bardziej kojarzymy jako Sportfive. Na pierwsze spotkanie patrzyli na mnie jak na piłkarza. Po spotkaniu wiedzieli już, że mają do czynienia z partnerem biznesowym.
Ale skąd to zainteresowanie? Na boisku był pan świetny, ale potem się okazało, że interesuje się pan też stroną biznesową.
– Kiedy grałem, zawsze interesowało mnie, na jakiej zasadzie to działa: kto pokazuje mecz, dlaczego, kto ma do tego prawa. Zawsze interesowały mnie bandy wokół boiska, kto nimi handluje, kto powoduje, że są tam reklamy różnych firm. To mnie zawsze ciekawiło.
Nawet na boisku?
– Tak. Czasem się nad tym zastanawiałem, analizowałem, ale nie myślałem, że to będzie kiedyś na tyle ciekawe, że to będzie mój biznes. Jak zdecydowałem, że chcę odpocząć od kariery trenerskiej, byłem młody, chciało mi się coś robić.

To jak wyglądał Pana dzień po karierze?
– Zawsze budzę się o siódmej rano i idę do biura. Miałem swoje biuro, nawet jak grałem jeszcze w Romie. Lubiłem posiedzieć rano dwie godziny, poczytać, zadzwonić do kogoś, porozmawiać. W pewnym momencie podjąłem decyzję o założeniu firmy i szybko zorientowałem się, że to biznes bardzo poważny i bardzo duży, który zresztą rozwija się do dzisiaj.
A możemy to umieścić w czasie? Kiedy był ten pierwszy kontrakt?
– Po zakończeniu kariery, czyli pewnie gdzieś 1988 rok, może 1989 rok.
Czyli zbiegło się to mniej więcej z założeniem firmy w Polsce?
– Nie, to zupełnie inna historia, nigdy nie myślałem o rozwijaniu takiego biznesu w Polsce. Wydaje mi się, że mnie więcej w 1993 lub 1994 zadzwonił do mnie młody człowiek pracujący w jakiejś agencji marketingowej, Robert Kaczyński. Czułem po głosie, że jest podekscytowany. Powiedział: dzień dobry, panie Zbyszku, dzwoni do mnie McDonald’s, chcieliby z okazji mundialu zrobić z panem reklamę, potrójny hot dog, bo pan strzelił hat tricka na mistrzostwach świata. Zapytał, czy może dalej nad tym pracować. Odpowiedziałem, że mnie to interesuje, i zaczęliśmy rozmawiać o konkretach.
Co było dalej?
– Zapytał o moje oczekiwania finansowe, więc zapytałem, ile McDonald’s chce zapłacić za kampanię. Zaczęła się dyskusja i po miesiącu rozmów, kiedy ustaliliśmy warunki, powiedziałem: panie Robercie, jest pan młodym chłopakiem, zróbmy firmę w Polsce. Skoro jest zapotrzebowanie na reklamę ze mną, moglibyśmy to rozbudować i uporządkować pewne rzeczy na rynku, bo w tamtym czasie nie było ani jednej poważnej agencji marketingowo-sportowej w Polsce. Robert był zdziwiony, ale zapytał na jakiej zasadzie? Powiedziałem: fifty-fifty. Ja nie będę na co dzień siedział w Polsce, ty będziesz siedział od rana do wieczora, będziemy współwłaścicielami po połowie. Uważałem, że będzie duża synergia, bo w Polsce nic nie było poukładane, nie istniały scentralizowane prawa telewizyjne. Każdy klub sprzedawał je na własny rachunek, jeden dla Wizji Sport, drugi dla Canal+. Robert był zdziwiony, że mu coś takiego proponuję, ale powiedziałem: to, co zarobimy z McDonalda, wrzucimy na start firmy. To był strzał w dziesiątkę, Robert okazał się znakomitym partnerem.
Słyszałem, że był taką osobą od „Excela”, od pilnowania tematów, a pan otwierał wszystkie drzwi.
– Zgadza się, mieliśmy podzielone role, ale jak byłem w Polsce, to siedzieliśmy w jednym pokoju i dużo dyskutowaliśmy. Robert był znakomity w prowadzeniu firmy, dopilnowaniu dokumentów i kontraktów. Ja odpowiadałem za politykę firmy, za rozmowy z ludźmi, bo mieli do mnie zaufanie. Robiliśmy wiele rzeczy, o których dziś już nikt nie pamięta: Grand Prix na żużlu, Lech Premium Sport, regulaminy Ole Olsena. Wszystko to działo się u nas na Nowogrodzkiej, tam gdzie dziś jest siedziba PiS-u, tylko pod innym adresem. Bardzo szybko nawiązaliśmy kontakty z Lechem, z browarami wielkopolskimi, otwartymi na promocję marek przez sport.
Na czym głównie polegała działalność firmy Go&Goal?
– Przede wszystkim scentralizowaliśmy prawa telewizyjne. Byliśmy pod tym względem pionierami. Na polskim rynku naszym jedynym konkurentem była firma, która wtedy nazywała się UFA, z dyrektorem Andrzejem Placzyńskim. Zawsze podchodzili do biznesu czysto, ale musieli się przebijać, oferując klubom lepsze warunki. One czasem potrzebowały pieniędzy za prawa telewizyjne z góry, na trzy, cztery lata, bo brakowało im kasy na bieżącą działalność. To trzeba było skończyć. Usiedliśmy z tą firmą i doszliśmy do wniosku, że musimy te prawa scentralizować, bo inaczej sobie w polskiej rzeczywistości nie poradzimy. Byłem już wtedy w zarządzie PZPN, w roku 2002, i udało mi się to scentralizować. Pamiętam, że Canal Plus zapłacił wtedy potężne pieniądze.
Słyszałem od jednego z pana ówczesnych współpracowników w PZPN, że kluby wcześniej dostawały kontrakty wypłacane w markach niemieckich, najpierw 300 000 marek, potem nawet 1-2 milionów marek na klub. Mówiono, że to kontrakt stulecia na gigantycznie pieniądze.
– Kwot już nie pamiętam dokładnie, ale na pewno były wypłacane w markach. Dziś to wydaje się normalne, ale w tamtym czasie scentralizowanie praw telewizyjnych w Polsce to był naprawdę największy sukces. Canal Plus, który złożył wtedy nieprawdopodobnie wysoką jak na polski rynek ofertę, zdawał sobie sprawę, że musi to scentralizować. Po dwóch latach, jak przestałem być w Zarządzie PZPN, Canal Plus wywarł nacisk, żeby obniżyć te prawa o trzydzieści, czterdzieści procent, bo uważali, że płacą za dużo, i związek się na to zgodził. Do dzisiaj nie rozumiem dlaczego. Ja się z tego trochę wycofałem, zajęliśmy się innymi biznesami sportowymi. W pewnym momencie powiedziałem Robertowi, że skoro prawa telewizyjne są już zorganizowane, oddaję mu swoje pięćdziesiąt procent firmy, i dalej zarządzał nią sam.
Kiedy założyliście firmę zatrudniliście trzech młodych ludzi, którzy dziś….
– Mają bardzo duże znaczenie na polskim rynku.
Kim byli?
– Piotr Gołos, Krzysztof Odliwański i Tomasz Cieślik.
Zastanawiam się, czy to szczęście, czy ma pan po prostu rękę do ludzi, którzy przy panu wyrastają.
– Pamiętam, jak Krzysiek Odliwański przyjechał na pierwszą rozmowę, wyglądał jak kowboj, dżinsy, buty do połowy łydki. Ale chyba mam coś takiego, że potrafię ludzi rozszyfrować i zobaczyć w nich potencjał. W końcu Odliwański przez następne kilkanaście lat zarządzał Nike w Polsce, Tomek Cieślik był dyrektorem w SportFive, a Piotr Gołos pracował w wielu korporacjach, ale też w PZPN. I trzeba oddać mu jedno: to on wymyślił hasło. „Łączy nas piłka”.
Jako Go&Gaol byliście podobno odpowiedzialni za sponsoring Tomasza Golloba.
– Wywodzę się z Bydgoszczy, od małego miałem tam swój trójkąt: stadion Polonii, stadion Zawiszy i bazylikę świętego Wincentego a Paulo. Bydgoszcz ma mocne korzenie żużlowe, Polonia jest jedną z najstarszych i najbardziej cenionych drużyn w kraju. Jak poznałem Tomka Golloba, nasza firma zajęła się jego sponsoringiem. To był okres, kiedy żużlowcy jeździli różnie wyposażeni, kevlary nie były dopięte, jak trzeba, motory były różnie zrobione. Zrobiliśmy z Tomkiem fantastyczną robotę, szukaliśmy mu klientów, pomagaliśmy ze sprzętem, część rzeczy zamawialiśmy we Włoszech. Tomek był z Bydgoszczy, podziwiałem go jako sportowca. Nie wiedziałem, że on mnie też. Jak się spotkaliśmy, to był feeling od pierwszego dnia.
Byłem zdziwiony, że zajmowaliście się też prawami do koszykówki.
– To był bardziej, powiedziałbym Robertowi, że ja się w to do końca nie będę angażował, że niech on to prowadzi. Najśmieszniejsze było to, że osobą, która przychodziła w imieniu koszykówki, był dziś znany przede wszystkim jako polityk, czyli Grzegorz Schetyna. Mało chyba kto pamięta, ale on był właścicielem koszykarskiego Śląska Wrocław i mu też pomagaliśmy. Ale to była bardziej domena Roberta, ja zajmowałem się czym innym.
Czym dokładnie?
– Byłem bardziej skoncentrowany na prawach do meczów europejskich naszych klubów, bo na przykład jak Widzew wylosował Parmę, to żeby coś z tego pokazać we Włoszech, trzeba było te prawa od kogoś kupić, a miała je właśnie nasza firma. To były rzeczy warte wtedy kilka milionów marek. Mnie bardziej interesowała piłka nożna oraz rozwój Grand Prix na żużlu.
Tor Służewiec też obsługiwaliście.
– Oczywiście. Mieliśmy bardzo szeroki zakres działań, robiliśmy praktycznie wszystko, gdzie było zapotrzebowanie. Byliśmy przy początkach pokazywania wyścigów konnych w telewizji, była taka słynna cotygodniowa piątkowa gonitwa, przy której można się było zakładać. Cały początek i rozwój transmisji wyścigów ze Służewca w telewizji to zasługa naszej firmy Go&Goal.
Po Go&Goal przyszedł czas na Pana pierwszy kontakt z PZPN, ale już nie jako piłkarz, tylko jako wiceprezes związku ds. marketingu. Podobno Pan stworzył taki dział?
– Rzeczywiście zrobiliśmy taki dział marketingu. Wszystko, co się wtedy działo wokół reprezentacji, było jednym wielkim bałaganem, reprezentacja nie miała żadnych sponsorów, zresztą na jednym się nacięliśmy, ale mieliśmy zapisy pozwalające rozwiązać umowę. Jedną z osób, która pomagała mi budować ten dział był Marcin Stefański, który dziś pracuje w Ekstraklasie. Był gdzieś tam schowany, ale bardzo szybko, jak z nim porozmawiałem, zorientowałem się, że to inteligentny człowiek, który szybko się uczy. Całą tę działalność tworzyłem wspólnie ze Stefańskim.
Słyszałem nawet, że był pan prowodyrem tego, żeby klubom w ogóle założyć maile, że wymyślił pan adresy dla klubów.
– Jak przyszedłem do PZPN, zastanowiłem się, na jakiej zasadzie ludzie w ogóle się tam kontaktują?
Mówimy o 1998 roku…
– Właśnie o tym okresie. Pytałem: Marcin, jak musisz wysłać pismo do innego działu, to jak to się odbywa? Powiedziałem: musimy założyć maile, musimy się komunikować przez Internet, wszystko musi być poukładane. Dzisiaj można się z tego śmiać, ale to był wtedy prawdziwy problem. Pamiętam też, że jak przyszedłem do PZPN, związek nie był nawet płatnikiem VAT.
Jak to możliwie?
– Nie wiem (śmiech). Mówiłem przecież będziemy prowadzić różnego rodzaju działalność, wystawiać faktury, nie możemy nie być płatnikiem VAT. Miałem wtedy dużą opozycję, bo ludzie nie zdawali sobie sprawy, że trzeba pewne rzeczy zmienić i unormować. Ale w tamtych czasach świat szedł do przodu. Dzisiaj można się z tego śmiać, ale taka była rzeczywistość.
W tamtym okresie bardzo głośno było o tzw. „zupkach”, czyli reklamach piłkarzy reprezentacji Polski przy firmie Knorr. Jak Pan patrzy na to po latach?
– Powiem panu, co to było. To było coś nowego, więc wszyscy się uczyli, jak można skomercjalizować sukces, jakim był awans na mistrzostwa świata 2002 w Korei i Japonii. Zawodnicy, jak grali w reprezentacji, nie zdawali sobie sprawy, że prawa do reprezentacji ma Polski Związek Piłki Nożnej. Prawda jeszcze jest taka, że na bazie tego awansu trzeba było stworzyć prawo, czym tak naprawdę jest wizerunek reprezentanta Polski. Spotykałem się z Ministerstwem Sportu, żeby powstało prawo określające, czym jest reprezentacja narodowa i jakie prawa reklamowe do wykorzystywania jej wizerunku ma związek, bo to w ogóle nie było wcześniej zapisane.
Wiele lat później, gdy był pan już prezesem PZPN, a od 2012 powstał konkretny regulamin ws. wykorzystania reprezentantów Polski w reklamach. Czy to były trudne negocjacje?
– Powiem panu jedną rzecz. Jak przyszedłem do PZPN, piłkarze byli wykorzystywani do reklamy sponsorów związku i sami z tego nic nie mieli. Patrzyli na to złym okiem, bo każdy chce zarabiać, piłkarze też chcieli zarabiać. W związku z tym stworzyłem regulamin, który jasno mówił, że piłkarze będący w reprezentacji muszą raz albo dwa razy w roku wziąć udział w spotach reklamowych głównego sponsora. W tych spotach nie mogło być mniej niż sześciu zawodników, żeby nie był to jeden zawodnik reklamujący coś na własny rachunek, tylko żeby to był wizerunek całej reprezentacji.
Chyba jeszcze dotyczyło to również sekund, ile jeden zawodnik może być na ekranie.
– Zgadza się, tak to sobie ułożyliśmy: może być sześciu zawodników, ale żaden podczas trzydziestosekundowego filmu nie mógł być pokazywany dłużej niż dwanaście sekund. Zawodnicy, którzy brali udział w sesji reklamowej, dostawali za to pieniądze do podziału rzędu 150-200 tys. zł.
I już nie mieli problemów z reklamami?
– Nie, wręcz przeciwnie. Bardzo chętnie w tym uczestniczyli. Poza tym ustaliliśmy, że 20%, o ile dobrze pamiętam, bo trochę już czasu minęło, z tego co zarabia PZPN na takich działaniach, idzie do podziału na zawodników pierwszej reprezentacji. Jak przyszedłem do związku, po pół roku mieliśmy to wszystko poukładane. Nie było żadnego problemu z kręceniem filmów reklamowych, każdy chciał w nich brać udział.
Powiem więcej! Jak już to ułożyliśmy, to niektórzy zawodnicy byli źli, że nie są brani reklam, bo to były łatwo zarobione pieniądze. To nie były jakieś gigantyczne pieniądze jak na tamte czasy, ale można było coś np. mamie ładnego podarować. Nasi piłkarze są dziś dość bogaci, ale wtedy chętnie brali udział w takich akcjach. Nikt się specjalnie nie buntował.

Czyli z Robertem Lewandowskim i całą resztą reprezentacji Polski nigdy nie miał Pan problemów.
– Nie, nigdy. Słyszałem kiedyś, że podobno Robert Lewandowski gdzieś tam narzekał na początku, ale ja się z tym nigdy nie spotkałem. Kiedy pierwszy raz się z nimi spotkałem, patrzyli na mnie trochę nieufnym okiem, bo mieli wcześniej jakieś nieprzyjemne doświadczenia, na przykład z rozdawaniem biletów przed EURO 2012 w Polsce czy ustalaniem zasad reklamowych. Ale odkąd się poznaliśmy, przez dziewięć lat nie miałem z tym żadnych problemów. Sam byłem zawodnikiem i dbałem o zawodników, o pracowników. Wiedziałem doskonale, że jak my zarabiamy jako Polski Związek Piłki Nożnej, to oni też muszą zarabiać. Trzeba się tym podzielić.
Tylko właśnie dopytywałem, bo zastanawiał mnie ten zapis w regulaminie, że piłkarze nie mogą reklamować produktu wprost, tylko że może to być jedynie informacja o sponsorowaniu. Dlaczego akurat tak to zrobiliście?
– Przede wszystkim chodziło o wizerunek. Piłkarz nie mógł wykorzystywać swojego wizerunku w koszulce reprezentacyjnej, chyba że dostał od nas specjalne pozwolenie, a takich pozwoleń raczej nie dawaliśmy. Powiem panu, na czym to polegało: jeśli mieliśmy na przykład Orlen jako sponsora, to piłkarze mogli reklamować brand Orlenu. Natomiast absolutnie nie chcieliśmy, żeby było to wykorzystywane na przykład do promocji tego, że na stacjach benzyna kosztuje tyle czy tyle. Chcieliśmy, żeby piłkarzy można było wykorzystać wyłącznie do promocji brandu, a nie bezpośrednio konkretnych produktów czy cen.
Tak samo z piwem: mieliśmy na przykład Tyskie jako sponsora. Ale nie było zgody na to, żeby reklamować na przykład konkretny sześciopak czy jakąś promocję cenową. Mogliśmy tylko promować markę.
Słuchając tego, znaliście po prostu swoją siłę i pozycję, a w dużym skrócie dbaliście też o piłkarzy.
– Wyrobiliśmy to sobie, bo kiedy przyszedłem do PZPN w 2012 roku, po tych latach, gdy odchodziłem z pierwszej pracy w związku, wszystko trzeba było znów od zera. Marcin Stefański poszedł wcześniej do spółki Ekstraklasa, nie chciał już pracować w PZPN. Można powiedzieć, że stworzyliśmy dział marketingu praktycznie od zera, bo najpierw był tam Piotrek Gołos, ale po chwili odszedł. W PZPN była już Agnieszka Prachniak, ale miała wtedy inne zadania. Był też Maciek Sawicki jako sekretarz generalny. Był też taki dobry chłopak od marketingu, Łukasz Brylski.
Co Pan zrobił dokładnie po przyjściu do PZPN w 2012 roku?
– Stworzyliśmy bardzo fajną, dobrą, młodą ekipę. Raz w tygodniu mieliśmy spotkanie. Trzeba było w ogóle stworzyć plan, jak ma wyglądać otoczenie reprezentacji, ilu może być sponsorów, jaka jest piramida: mamy głównego sponsora tytularnego, sponsorów technicznych, potem partnerów Polskiego Związku Piłki Nożnej. To wszystko trzeba było przygotować i zrobić od podstaw. Dziś to wszystko już jest, ale samo się nie zrobiło. Branding: dzisiaj każde rozgrywki mają swój branding, a kiedyś tego w ogóle nie było. Wszystko zostało zdeponowane, zastrzeżone zgodnie z prawem. Teraz to wygląda zupełnie inaczej.

A pan osobiście w tych pracach uczestniczył na bieżąco, czy oni przychodzili do pana z gotowym rozwiązaniem? Czy pan ich inspirował, korzystając ze swojego doświadczenia?
– Spotykałem się z nimi bardzo rzadko. Zrobiłem dziewięć departamentów, w każdym był dyrektor, miałem do ludzi zaufanie. Jak ktoś miał jakikolwiek problem, drzwi mojego gabinetu były zawsze otwarte. Jeśli ktoś chciał się czegoś dowiedzieć, to owszem, moja wiedza na początku była trochę większa od ich, ale potem szybko się nauczyli i byli naprawdę świetni.
Dam panu prosty przykład: zostałem prezesem PZPN w 2012 roku, ale kilkanaście dni wcześniej graliśmy wtedy mecz „na wodzie” z Anglią. Następnie był rewanż na wyjeździe. I zapytałem: przepraszam bardzo, a gdzie jest kontrakt na ten mecz? Okazało się, że PZPN sprzedał prawda do tego meczu przez Sportfive. Sam związek nie wiedział, że ten mecz w Anglii jest wart około 5 milionów funtów. Nikt by się o te pieniądze nigdy nie upomniał, nikt nawet nie wiedział, że PZPN ma do nich prawo.
Zadzwoniłem więc do Sportfive: panowie, wy z tego możecie wziąć tylko waszą prowizję jako pośrednik, a wszystkie pozostałe pieniądze mają iść do związku. Byli trochę zdziwieni, musiałem się z nimi przekomarzać, bo w umowie nie było specjalnych zapisów na ten temat, ale wykorzystałem to, żeby od razu usiąść z nimi przy stole. Zajęło to prawie dwa lata, ale musiałem zmienić całą zasadę współpracy ze Sportfive, bo dotąd wszystkie prawa reklamowe i telewizyjne PZPN były w rękach tej firmy: to ona reprezentowała związek, podpisywała kontrakty, a potem oddawała PZPN osiemdziesiąt procent po odliczeniu kosztów, zatrzymując dla siebie dwadzieścia procent.
Właśnie to mnie zawsze najbardziej zastanawiało, to bardzo ciekawy wątek. Jak Pan negocjował z Andrzejem Placzyńskim, który jest Pana kolegą, ale jednocześnie współpracujecie biznesowo, a tu nie raz trzeba było trudną rozmowę przeprowadzić.
– Przez półtora roku walczyliśmy o to z Maćkiem Sawickim, z Andrzejem Placzyńskim, który był, jest i będzie moim dobrym kolegą. Andrzej Placzyński przychodził do PZPN jako dyrektor firmy Sportfive. Od dwunastej do szesnastej dyskutowaliśmy, kłóciliśmy się, a wieczorem czasem szliśmy razem na kolację albo na piwo.
Pewnie niektórzy mogliby pomyśleć, że to dziwne.
– Taki po prostu jestem, każdy jest inny. Jak przyszedłem, powiedziałem im: panowie, nie wiem, kto z wami podpisał wcześniejszy kontrakt i nie będę tego dochodził. Ale jeśli chcecie dalej ze mną współpracować, jako prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej, to mam tu swoje ambicje: musimy zrobić inny Puchar Polski, nie mamy prawa przy reprezentacji, chcę z wami współpracować, jesteście porządną, dużą, dobrą firmą. Natomiast stary kontrakt trzeba wyrzucić do kosza. Wszystkie prawa mają wrócić do PZPN i to związek będzie bezpośrednio podpisywał umowy z klientami, nawet jeśli je wcześniej dla nas załatwicie, a wy dostaniecie swoją prowizję. Trzeba było to wszystko wywrócić do góry nogami. Na początku w ogóle nie byli gotowi na taką rozmowę i nie chcieli tego zaakceptować. Ale, jak to się mówi, siła perswazji sprawiła, że zdali sobie sprawę, że albo dojdziemy do porozumienia, albo się pokłócimy. I zmieniliśmy całą strukturę marketingową. To było nie do pomyślenia wcześniej, żeby Polski Związek Piłki Nożnej tak to poukładał.
Umowa była chyba na 10, czy 15 lat. Dziwna długa umowa.
– Zostawmy tych, którzy podpisywali umowę przede mną, bo musielibyśmy, że tak powiem, wchodzić w szczegóły, których wolę nie poruszać.
Powiedziałem im jednak, że te stare umowy musimy wyrzucić do kosza i podpisać nową. Powiem panu jedną rzecz: Sportfive był fantastycznym partnerem dla PZPN. Ale kiedy odchodziłem w 2021 roku, kończyła się właśnie ich umowa i Sportfive bardzo mnie namawiał, żebyśmy podpisali z nimi kolejną na pięć lat. Powiedziałem: panowie, ja w 2021 roku odchodzę, nie chcę zostawić nowemu PZPN dobrej, nawet bardzo dobrej umowy z wami, bo ktoś może mieć na to inne spojrzenie. Zawsze podchodziłem do takich spraw w uczciwy sposób

Jak wyglądał Pana taki zwykły dzień w Polskim Związku Piłki Nożnej jako prezes?
– Zawsze dobrze żyłem ze wszystkimi pracownikami PZPN. Na co dzień zawsze wchodziłem głównym wejściem, tym dla wszystkich, gdzie była recepcja. Witałem się z każdym po drodze. Były tam panie z kancelarii, z którymi lubiłem się przywitać, porozmawiać. Lubiłem przejść się po wszystkich pokojach, z każdym zamienić dwa zdania, zapytać, co słychać. Zajmowało mi to zawsze z pół godziny, żeby dojść do własnego biura na czwarte piętro. Jak już dotarłem na moje piętro, to po drugiej stronie był dział finansowy. Tam też lubiłem czasem wpaść na kawę, pogadać, zobaczyć, jak wyglądają nasze konta. Zawsze lubiłem wchodzić głównymi drzwiami, żeby porozmawiać z ludźmi. Owszem, można było wjechać windą prosto z garażu na czwarte piętro, niemal do samego mojego pokoju, ale nigdy takiej potrzeby nie czułem. Miałem zasadę: u mnie w PZPN drzwi mają być otwarte. Na korytarzach zawsze było wesoło. Zawsze zależało mi na tym, żeby była dobra atmosfera w drużynie, bo to naprawdę pomaga. Prawda jest jednak taka, że kiedy przyszedłem do PZPN, trzeba było zwolnić prawie siedemdziesiąt osób.
Ale to też jest chyba trochę mit, że w PZPN rządzą tzw. „stare dziadki” i to jest środowisko głównie dla mężczyzn. Wiem, że jest tam bardzo dużo kobiet, a średnia wieku jest niższa niż w wielu innych częściach polskiego sportu.
– My żyjemy mitami. Cała administracja Polskiego Związku Piłki Nożnej, ludzie, którzy tam pracowali, to w większości byli młodzi ludzie, w dużej mierze kobiety. Trochę się to teraz zmieniło, bo wielu ludzi zrezygnowało z pracy w PZPN, kiedy odszedłem i związek stracił bardzo wielu utalentowanych, dobrych pracowników, którzy znali już rzeczywistość, znali obowiązujące zasady, wiedzieli co i jak zrobić. Przyszedł nowy prezes, który miał swoich ludzi, swoje spojrzenie, swoje pomysły. I czasami tracili czas na to, że skoro coś robiła ekipa Bońka, to trzeba to zmienić, nie zastanawiając się, czy to było dobre, czy nie, tylko z takiej odrobiny złości. Widziałem, jak robili pewne ruchy w ten sposób.
Pana dwie kadencje w Polskim Związku Piłki Nożnej są kojarzone głównie z wyborem Adama Nawałki, EURO 2016 we Francji, Pucharem Polski na Stadionie Narodowym, ale czy tak po czasie, oczywiście w dużym uproszczeniu, nie jest Pan najbardziej dumny z tego, że pracownicy przestali się wstydzić, aby założyć garnitur z logo PZPN?
– Powiem panu tak: jestem już pięć lat po zakończeniu prezesury Polskiego Związku Piłki Nożnej, a czasami wciąż dzwonią do mnie ludzie, z którymi tam pracowałem. Wiem doskonale, że zbudowałem sobie bardzo dobrą, fajną ekipę, i to jest największym skarbem. Wiadomo, że prezesa ocenia się przede wszystkim przez pryzmat pierwszej reprezentacji. Ale muszę powiedzieć, że stworzyłem w PZPN fantastyczną atmosferę, w czym pomogli mi ludzie, z którymi pracowałem, choćby sam dział komunikacji i mediów, którym kierował Janusz Basałaj. Robiliśmy ponad siedemdziesiąt bezpośrednich transmisji z meczów na naszym kanale. Kiedy przyszedłem, w ogóle nie wiedzieli, co to jest kanał PZPN na YouTube. Lubiliśmy bezpośrednie transmisje, robiliśmy mecze co tydzień, zorganizowaliśmy i przygotowaliśmy Centralną Ligę Juniorów, za którą płaciliśmy pieniądze klubom. Pamiętam te transmisje: chłopcy po 15-16 lat, po meczu zawsze był wywiad z najlepszym zawodnikiem, i oni wręcz się pchali, żeby ten wywiad zrobić. Mieliśmy taką fajną, młodą, inteligentną dziewczynę prowadzącą, a ci młodzi chłopcy od razu chcieli z nią porozmawiać po meczu. Naprawdę zrobiliśmy fantastyczny PZPN, który wyglądał dobrze. Oczywiście codziennie były jakieś problemy.
Tak, jakie?
– Pamiętam, jak po raz pierwszy szukaliśmy sponsora, zgłosiło się do nas Pomorskie Towarzystwo Leasingowe, powiedział mi o tym Jurek Engel. Poszedłem na spotkanie, rzeczywiście chcieli zostać sponsorem. Sprawdzaliśmy ich z Maćkiem Sawickim, nie do końca byłem przekonany, więc zrobiliśmy sobie odpowiednie zapisy w umowie. Po dwóch pierwszych ratach zaczęli mieć problemy finansowe, wpadli w tarapaty, więc rozwiązaliśmy z nimi kontrakt. Formalnie PZPN stracił wtedy sponsora, ale tak naprawdę nic nie straciliśmy, bo mieliśmy odpowiednie zapisy w umowie i na ich miejsce mieliśmy już przygotowanych dwóch innych sponsorów.
A jak z tymi garniturami? Zgodzi się Pan z tym?
– Powiem panu, co kiedyś powiedział mi jeden działacz. Spójrzmy na działaczy z wojewódzkich związków piłki nożnej: są członkami zarządu, przyjeżdżają raz w miesiącu do PZPN i tyle. Natomiast administracja PZPN, ci młodzi, fajni ludzie: miałem dziewięć departamentów, dziewięciu dyrektorów, co tydzień spotkanie, co tydzień jakaś praca. Maciek Sawicki zarządzał tym naprawdę bardzo dobrze. Kiedyś jeden z prezesów wojewódzkiego związku piłki nożnej powiedział mi po dwóch, trzech latach swojej kadencji: wiesz co, kiedyś człowiek wstydził się to założyć, bo jak szedłeś ulicą, mogli cię opluć albo zwyzywać. A dzisiaj to przyjemność, bo zaczynają nas szanować. Ale dziś znowu trochę wracamy w drugą stronę.
Paweł Łakomski
Więcej Wywiady
Biznes, samorządy i sport. Jarosław Czuba o tym, jak zmienia się rynek biegów trailowych w Polsce [WYWIAD]
Rynek biegów trailowych w Polsce dynamicznie się zmienia. Rosnąca liczba wydarzeń, coraz większa konkurencja, nowe oczekiwania zawodników oraz zaangażowanie samorządów i biznesu sprawiają, że organizatorzy muszą dziś patrzeć na zawody znacznie szerzej niż tylko przez pryzmat samego biegu. Jak rozwijać markę, budować społeczność i jednocześnie podnosić poziom sportowy wydarzeń? Jak…