Piotr Michalski: to był właściwy moment, by zakończyć karierę [WYWIAD]
Po trzech startach olimpijskich, trzech mistrzostwach Europy w sprincie drużynowym i wielu latach rywalizacji z najlepszymi sprinterami świata Piotr Michalski zakończył sportową karierę. W rozmowie dla SportMarketing.pl opowiada o kulisach tej decyzji, niedosycie po igrzyskach olimpijskich w Mediolanie oraz nowym rozdziale w życiu – pracy w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski. Mówi również o tym, dlaczego uznał, że nie chce już walczyć jedynie o kwalifikację, lecz wyłącznie o medale.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Długo zastanawiał się pan nad tym, czy to jest dobry moment, by powiedzieć „pas”?
Piotr Michalski, łyżwiarz szybki, olimpijczyk 2018, 2022, 2026, mistrz Europy, rekordzista Polski, ambasador marki LOTTO: – Zdawałem sobie sprawę, że igrzyska olimpijskie zawsze są momentem, który skłania do refleksji nad tym, co dalej. Do samego końca nie byłem jednak pewien, jaką decyzję podejmę. Wszystko przyspieszyła propozycja pozostania w mojej grupie szkoleniowej jako asystent trenera. Pomyślałem wtedy, że być może to właśnie odpowiedni moment, zwłaszcza że od dawna chciałem pozostać częścią tego zespołu.
Przez lata udało nam się stworzyć świetną grupę – z bardzo dobrym trenerem i zawodnikami, którzy już dziś zdobywają medale. Oczywiście planem było dalsze ściganie się, ale z tyłu głowy miałem świadomość, że taka możliwość może się pojawić. Kiedy rzeczywiście się pojawiła, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Uznałem też, że młodszy już nie będę. Młodzi zawodnicy jeżdżą dziś niesamowicie szybko, a mnie utrzymanie najwyższego poziomu kosztowało z każdym sezonem coraz więcej – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Ostatni sezon nie zakończył się wymarzonym wynikiem, ale patrząc z perspektywy czasu, może pan być z niego zadowolony?
– Sportowo oczywiście liczyłem na więcej. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę wcześniejsze kontuzje i wszystkie znaki zapytania, sam fakt powrotu do rywalizacji na najwyższym poziomie traktuję w kategorii sukcesu. Najpierw musiałem wywalczyć miejsce w Pucharach Świata, co po problemach zdrowotnych wcale nie było oczywiste. Później udało się zdobyć kwalifikację olimpijską na dwóch dystansach. To był dla mnie sygnał, że mimo wszystko nadal potrafię rywalizować z najlepszymi.
Sam występ w Mediolanie nie spełnił moich oczekiwań, ale z wiekiem jeszcze bardziej doceniłem, jak wielkim osiągnięciem jest już sama kwalifikacja na igrzyska. Po nich były jeszcze mistrzostwa świata w Holandii, na najlepszym torze świata i przy pełnych trybunach. Pamiętam reakcję kibiców, którzy bili brawo i machali z trybun. Pomyślałem wtedy, że to naprawdę piękna klamra mojej kariery. Oczywiście sportowo chciałem więcej, ale wszystko wokół sprawiło, że poczułem, iż to właściwy moment, by zakończyć ten etap. Gdybym miał trenować dalej, musiałbym myśleć już o kolejnych czterech latach. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić.
Czy właśnie wiek i rosnący poziom światowego sprintu przesądziły o tej decyzji?
– Na świecie są zawodnicy, którzy pokazują, że można długo utrzymywać najwyższy poziom. 36-letni Kjeld Nuis nadal rywalizuje z najmłodszymi, podobnie 34-letni Laurent Dubreuil, który zdobył medal olimpijski, choć wcześniej nie miał najlepszego sezonu. Patrzyłem jednak na siebie. Widziałem, jak szybko jeżdżą dziś dwudziestokilkulatkowie. Poziom światowy bardzo się podniósł. Wyniki, które jeszcze kilka lat temu dawały rekord świata, dziś często nie wystarczą nawet do pierwszej dziesiątki. Miałem poczucie, że ten pociąg powoli odjeżdża.
Najważniejsze było jednak coś innego. Sama kwalifikacja olimpijska przestała mnie satysfakcjonować. Kiedyś była celem, dziś chciałem walczyć wyłącznie o medale. Skoro wiedziałem, że będzie o nie coraz trudniej, uznałem, że nie ma sensu przedłużać kariery na siłę. Wolałem zakończyć ją z przekonaniem, że mimo wielu przeciwności losu potrafiłem wrócić do wysokiego poziomu, niż ryzykować kolejne kontuzje i odejść z większym rozczarowaniem. To doświadczenie daje mi dziś ogromną pewność, że również poza sportem poradzę sobie z trudnymi sytuacjami.
Jako się rzekło, podejmie pan nowe wyzwanie: pracę w sztabie szkoleniowym reprezentacji. Jestem ciekaw, czy Holandia nadal pozostaje wzorem, jeśli chodzi o organizację szkolenia i rozwój łyżwiarstwa szybkiego.
– Zdecydowanie tak. Holandia od wielu lat wyznacza kierunek rozwoju naszej dyscypliny. Trzeba jednak pamiętać, że tam łyżwiarstwo szybkie jest sportem narodowym. To oznacza ogromną liczbę zawodników, bardzo dużą konkurencję i naturalną selekcję już na najwcześniejszych etapach szkolenia. To ma ogromne znaczenie. Im większa rywalizacja wewnętrzna, tym wyższy poziom sportowy. Do tego dochodzą najlepsze obiekty na świecie, profesjonalne warunki treningowe i możliwość skupienia całego życia wokół sportu.
Co najbardziej wyróżnia holenderski model?
– Przede wszystkim brak konieczności improwizowania. Zawodnik ma wszystko w jednym miejscu. Jest świetny tor, odpowiednie godziny treningów, profesjonalny sztab i warunki, które pozwalają skoncentrować się wyłącznie na rozwoju sportowym. Tam praktycznie nie ma miejsca na wymówki. Obiekt jest przygotowany perfekcyjnie i niczego nie brakuje. To pozwala wykorzystać maksimum czasu na trening i regenerację. Co istotne, funkcjonują również profesjonalne zespoły, podobne do tych znanych z kolarstwa. Potrafią nie tylko szkolić zawodników, ale także komercyjnie rozwijać całą dyscyplinę.
A jak na tym tle wygląda sytuacja w Polsce?
– Nie chciałbym, by zabrzmiało to zbyt krytycznie, ponieważ również u nas wykonuje się bardzo dobrą pracę. Funkcjonuje centralny system szkolenia i pod tym względem naprawdę nie mamy powodów do narzekania. Brakuje nam jednak jednego miejsca, które byłoby prawdziwym centrum polskiego łyżwiarstwa szybkiego. Takiego ośrodka, wokół którego zawodnicy mogliby budować swoje życie.
Dzisiaj bardzo dużo czasu spędzamy na zgrupowaniach. To oznacza ciągłe wyjazdy, rozłąkę z rodziną, znajomymi i codziennym życiem. Nawet załatwienie zwykłych spraw bywa przez to utrudnione. Dla osób z zewnątrz mogą wydawać się to drobiazgi, ale w perspektywie wielu lat naprawdę mają ogromne znaczenie.
Arena Lodowa w Tomaszowie Mazowieckim miała być właśnie takim miejscem.
– Liczyliśmy na to i trzeba podkreślić, że sama inwestycja bardzo pomogła całemu środowisku. Dzięki niej rozwój młodzieży wyraźnie przyspieszył. Najlepszym przykładem jest Damian Żurek, którego można nazwać wychowankiem Areny Lodowej. Widać, że szkolenie działa tam bardzo dobrze i można powiedzieć, że powstała taka polska namiastka Holandii. To jednak wciąż nie jest ośrodek, który pozwala zawodnikom połączyć trening z nauką, studiami i normalnym życiem. Takie rozwiązania funkcjonują chociażby w Calgary czy Salt Lake City, gdzie sportowcy przeprowadzają się na stałe, studiują, pracują i jednocześnie trenują na światowym poziomie. Właśnie czegoś takiego nadal brakuje w Polsce.
Czy bez takiej infrastruktury można na stałe rywalizować z najlepszymi?
– Można, ale jest zdecydowanie trudniej. Wszyscy mamy tyle samo dni w roku. Pytanie brzmi, jak dobrze potrafimy je wykorzystać. Holendrzy, Kanadyjczycy czy Amerykanie wyciskają z każdego dnia treningowego jeszcze więcej niż my. To nie znaczy jednak, że jesteśmy od nich mniej pracowici. Wręcz przeciwnie. Polacy potrafią bardzo ciężko pracować i myślę, że jako środowisko naprawdę wykorzystujemy nasze możliwości w stu procentach. Oczywiście zawsze chciałoby się więcej, ale rozwój wymaga czasu, cierpliwości i kolejnych inwestycji. Jeśli chcemy regularnie walczyć o medale największych imprez, nie możemy lekceważyć nawet najmniejszych elementów całego systemu szkolenia.
Rozmawialiśmy o systemie szkolenia i potrzebach polskiego łyżwiarstwa. W polskim sporcie wciąż brakuje prywatnych inwestorów, w strukturze sponsoringowej przeważa kapitał państwowy. Chciałbym więc zapytać również o rolę sponsorów. Jest pan ambasadorem marki LOTTO. Czy wsparcie Totalizatora Sportowego przekłada się także na rozwój całej dyscypliny?
– Muszę zastrzec, że Totalizator Sportowy jest moim partnerem sportowym, a nie bezpośrednio całej dyscypliny. Oczywiście, gdyby pojawiła się możliwość szerszego wsparcia łyżwiarstwa szybkiego, nikt w naszym środowisku nie powiedziałby „nie”, ale to już nie jest rola, w której mogę podejmować decyzje.
Co dla pana oznacza ta współpraca?
– To przede wszystkim ogromne wyróżnienie. Totalizator Sportowy wyciągnął do mnie pomocną dłoń po igrzyskach olimpijskich w Pekinie i przez kolejne lata było to naprawdę bardzo ważne wsparcie. W sportach takich jak łyżwiarstwo szybkie współpraca z tak silnym partnerem nie zdarza się często. Tym bardziej jestem dumny, że mogłem zostać ambasadorem marki LOTTO. Przez te kilka lat zbudowaliśmy relację opartą na zaufaniu i wzajemnym szacunku, dlatego mogę powiedzieć, że czuję się częścią tej sportowej rodziny.
Czy po zakończeniu kariery widzi pan możliwość dalszej współpracy?
– Jak najbardziej. Jeżeli ze strony Totalizatora Sportowego pojawi się wola dalszego wspierania mnie albo całego środowiska łyżwiarstwa szybkiego, z przyjemnością będę uczestniczył w takich projektach. Uważam, że polski sport potrzebuje właśnie takich partnerów – stabilnych, wiarygodnych i myślących długofalowo. To dzięki nim zawodnicy mogą spokojniej przygotowywać się do najważniejszych imprez, a dyscypliny zyskują większe możliwości rozwoju.
Wspomniał pan wcześniej o infrastrukturze. Czy właśnie tam widziałby pan największą rolę sponsorów?
– To byłoby ogromne wsparcie dla całego środowiska. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są to bardzo ambitne marzenia, ale gdyby kiedyś pojawiła się możliwość zaangażowania silnego partnera w rozwój infrastruktury, byłby to prawdziwy przełom. Od lat mówimy o potrzebie stworzenia nowoczesnego ośrodka, który stałby się centrum polskiego łyżwiarstwa szybkiego. Każda inwestycja w takie miejsce oznaczałaby korzyści nie tylko dla obecnych reprezentantów, ale przede wszystkim dla kolejnych pokoleń zawodników. Mam nadzieję, że w przyszłości uda się znaleźć rozwiązania, które pozwolą jeszcze mocniej połączyć świat sportu z odpowiedzialnym biznesem. Jestem może ostrożny w swoich marzeniach, ale bardzo chętnie dam się pozytywnie zaskoczyć.
Igrzyska olimpijskie w Pekinie to z dla pana z jednej strony niedosyt po walce o medal, ale z drugiej ogromny zaszczyt związany z pełnieniem funkcji chorążego reprezentacji Polski. Tak właśnie dziś pan na to patrzy?
– Owszem. Kiedy otrzymałem pytanie, czy podejmę się tej roli, potraktowałem je właściwie jak pytanie retoryczne. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym odmówić. Oczywiście idealnym scenariuszem byłoby nieść polską flagę jako medalista olimpijski. Tego chciałby każdy sportowiec. Taka jest jednak specyfika łyżwiarstwa szybkiego, gdyż tutaj o wszystkim decydują setne, a dziś często nawet tysięczne części sekundy. Ktoś musi zająć czwarte miejsce, ktoś piąte. Tym razem padło na mnie.
Mimo wszystko tamte wyniki nadal bolą?
– Każdy sportowiec marzy przede wszystkim o medalach i nie będę udawał, że było inaczej. Czwarte miejsce zawsze pozostawia pewną bliznę. Myślę, że ta gorycz będzie mi towarzyszyć jeszcze bardzo długo. Z drugiej strony staram się patrzeć na to szerzej. To był naprawdę bardzo dobry sezon i dobre wyniki. Środowisko sportowe doceniło mój wysiłek oraz drogę, którą przeszedłem. Mam poczucie, że funkcja chorążego była pewnym wyrazem uznania dla całej dotychczasowej pracy. Nie dlatego, że była nagrodą za brak medalu, ale dlatego, że ktoś dostrzegł moje zaangażowanie i rolę w reprezentacji Polski.
Jakie emocje zostały z panem najmocniej?
– Bez wątpienia właśnie moment niesienia biało-czerwonej flagi podczas ceremonii zamknięcia igrzysk. To jedno z tych przeżyć, których właściwie nie da się z niczym porównać. Jestem przekonany, że zostanie ze mną do końca życia. Życzę każdemu sportowcowi, by mógł kiedyś przeżyć zarówno emocje związane ze zdobyciem medalu olimpijskiego, jak i zaszczyt reprezentowania całego kraju z flagą w rękach. To są chwile absolutnie wyjątkowe.
Dziś, o czym już trochę mówiliśmy, rozpoczyna pan nowy etap. Już nie jako zawodnik, ale członek sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski. To naturalna droga dla byłych łyżwiarzy? Taka koncepcja wydaje się sensowna, pozwala bowiem zachować ciągłość, a młodzi mogą sporo czerpać z doświadczeń rutyniarzy.
– Myślę, że nasza dyscyplina bardzo potrzebuje ludzi z doświadczeniem – zarówno w sztabach szkoleniowych, jak i w strukturach organizacyjnych. Przez wiele lat zdobywaliśmy wiedzę, którą warto przekazywać dalej. Dla mnie takim wzorem był Artur Waś. Najpierw był kolegą z reprezentacji i jednym z najlepszych polskich sprinterów, później został trenerem kadry. Można powiedzieć, że dziś w pewnym stopniu podążam tą samą drogą. On zrobił ten pierwszy krok kilka lat wcześniej, a ja rozpoczynam pracę praktycznie od razu po zakończeniu kariery zawodniczej. Zostaliśmy współpracownikami.
Co będzie najważniejszym zadaniem w nowej roli?
– Przede wszystkim chcemy utorować zawodnikom drogę do sukcesów. Nie da się wyeliminować wszystkich problemów, bo pracujemy z ludźmi, a nie z maszynami, ale możemy sprawić, że młodsi zawodnicy będą popełniać mniej błędów niż my kiedyś. Polski sprint przez ostatnie lata udowodnił, że potrafi regularnie rywalizować z Holendrami, Kanadyjczykami czy Amerykanami. Nie jesteśmy już reprezentacją-ciekawostką, która od czasu do czasu sprawia niespodziankę. Regularnie walczymy o czołowe lokaty i stajemy na podium najważniejszych zawodów.
To zresztą najlepszy dowód na to, że obraliśmy właściwy kierunek. Z wewnętrznych rozmów wiem, że nawet inne reprezentacje próbowały analizować nasz system przygotowań i zastanawiały się, co robimy tak dobrze. Dotyczy to chociażby Kanadyjczyków. Trudno o większy komplement dla pracy wykonanej przez całe nasze środowisko. Teraz chciałbym wykorzystać to doświadczenie, by kolejne pokolenie polskich sprinterów mogło pójść jeszcze dalej niż moja generacja.

Bartłomiej Najtkowski
Więcej Wywiady
Z „Big Brothera” do piłki ręcznej i golfa. Klaudiusz Sevković: jeden etap trzeba zamknąć, żeby rozpocząć drugi [WYWIAD]
Klaudiusz Sevković zyskał ogólnopolską rozpoznawalność za sprawą występu w pierwszej edycji programu "Big Brother". Po opuszczeniu Domu Wielkiego Brata jeden z najbarwniejszych uczestników show zaangażował się w sport. Przez lata działał w piłce ręcznej, a obecnie w centrum jego zainteresowań znajduje się golf i cykl turniejów Silesia Business Life&Golf Cup.…