Z „Big Brothera” do piłki ręcznej i golfa. Klaudiusz Sevković: jeden etap trzeba zamknąć, żeby rozpocząć drugi [WYWIAD]
Klaudiusz Sevković zyskał ogólnopolską rozpoznawalność za sprawą występu w pierwszej edycji programu "Big Brother". Po opuszczeniu Domu Wielkiego Brata jeden z najbarwniejszych uczestników show zaangażował się w sport. Przez lata działał w piłce ręcznej, a obecnie w centrum jego zainteresowań znajduje się golf i cykl turniejów Silesia Business Life&Golf Cup. W rozmowie ze SportMarketing.pl podzielił się m.in. swoimi spostrzeżeniami na temat niełatwych losów kobiecego szczypiorniaka w Chorzowie oraz opowiedział o swojej pasji do golfa.
Mateusz Tudek, SportMarketing.pl: Czy po 25 latach pytania o Big Brothera pana męczą, czy już się pan do nich przyzwyczaił?
Klaudiusz Sevković: – Musiałem się od razu do nich przyzwyczaić. Te pytania pojawiają się od 25 lat, bo tyle minęło od programu, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – cieszę się bardzo, że ludzie pamiętają i żyją tym programem, choć po tylu latach trochę mnie to dziwi. Ten program zbiegł się z rewolucją telewizji, więc ludzie zapamiętają to na zawsze. Bardziej dziwi mnie, że są osoby młode, które kojarzą ten program. Ta przygoda trwa cały czas i w ogóle mi to nie przeszkadza.
Dzisiaj jednak porozmawiamy o tym, co działo się przed i po programie. Kiedy w pana życiu pojawił się sport?
– Tak naprawdę przez całe życie uprawiałem sport i uprawiam dalej. W młodym wieku grałem w piłkę nożną. Jestem ze Śląska, więc piłka zawsze była koło mnie. Później mieszkając w Niemczech, grałem w niższych ligach. Trenowałem też sztuki walki przez wiele lat – judo i karate kyokushin. Do tego były jeszcze ekstremalne sporty. Za sobą mam kurs spadochroniarski i nurkowania Advanced Diver.
Od ostatnich 15 lat moim życiem zawładnął jednak golf. I tak już chyba zostanie do końca, bo to taki sport, który naprawdę sprawia mi dużo radości i szczęścia. Przy okazji teraz łączę i biznes, pracę i przyjemności, czyli golf.
Do golfa oczywiście jeszcze przejdziemy. Natomiast ogromną częścią pana życia była piłka ręczna. Jak to się stało, że Pan trafił do szczypiorniaka i został pan prezesem kobiecej drużyny Ruchu Chorzów?
– Choć w piłkę ręczną nie grałem, to przez całe życie koło mnie się przewijała. Chodziłem do szkoły sportowej w Chorzowie, gdzie chłopacy grali w piłkę nożną, a dziewczyny właśnie w piłkę ręczną, więc zawsze miałem do niej sentyment. 24 lata temu już po programie jeden z dziennikarzy lokalnych zainteresował mnie właśnie tą drużyną, mówiąc, że się rozpada. Drużyna była zadłużona i tak naprawdę została rozwiązana. Postanowiłem pomóc.
Zainwestowałem swoje pieniądze w ten zespół. Oddałem kawałek życia, bo przez ponad 20 lat byłem prezesem KPR Ruch Chorzów. Później jeszcze mocniej zaangażowałem się w piłkę ręczną. Byłem i menadżerem reprezentacji Polski za kadencji Zenona Łakomego, kierownikiem młodzieżówki za Adama Pecolda. Byłem też członkiem zarządu ZPRP więc wszystkie szczeble piłki ręcznej przeszedłem.
Byłem też szykowany do roli kandydata do światowej federacji, ale po nowych wyborach nie pasowałem do układanki, więc tego nie udało mi się zrobić. To było zaraz po mojej pierwszej kadencji. Wraz z Marcinem Herrą, obecnym wiceprezesem Legii, byliśmy najmłodszymi członkami zarządu ZPRP. Nie pasowaliśmy jednak do układanki. Mieliśmy inne standardy życiowe, sportowe i organizacyjne. Tam nadal królował „beton”.
Ale to była fajna przygoda. Byłem na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich. W Chorzowie tak samo – kawał życia zostawiłem i nie żałuję. Rok temu wycofałem się z piłki ręcznej, więc teraz już wszystko mogę poświęcać tylko golfowi.
Wracając jeszcze do Ruchu. Powiedział pan, że klub się rozpadał i były problemy finansowe, gdy obejmował pan w nim stery. Nie było obaw przed wejściem do takiego klubu?
– Ten klub to były zgliszcza. Zawodniczki poodchodziły, zostały długi. Po prostu było to wyzwanie dla mnie. Zrobiliśmy rok po roku awans do ekstraklasy. Tylko dwa sezony graliśmy w klasie niżej, a resztę to była najwyższa liga. Mieliśmy też dobre szkolenie młodzieży. Byliśmy jedynym klubem w Polsce, który zdobywał przez trzy lata z rzędu mistrzostwo Polski juniorów, więc to też był nie lada wyczyn.
Niestety problemem tego klubu zawsze były finanse. Nie mieliśmy dużych partnerów finansowych z regionu, ponieważ na Śląsku dużo się dzieje. Wszystkich największych ściąga piłka nożna. Mieliśmy też w Ruchu drużynę piłkarską, która jakby w głównej mierze „zabierała” fundusze z miasta. My zawsze dostawaliśmy mniej, ale udawało się wiązać koniec z końcem. Nigdy nie mieliśmy problemów z licencjami. Traktowałem to jako wyzwanie, ale to też było duże obciążenie. Firmowałem to swoim nazwiskiem i musiało to wszystko dobrze funkcjonować.
Musiało być czytelnie i jawnie. Nie mogłem sobie pozwolić na wpadkę z tym klubem. Wszystko funkcjonowało dobrze, ale w najnowszej historii też nie pasowaliśmy do politycznej układanki nowego prezydenta miasta. Klub został zlikwidowany, a na jego miejsce reaktywowano jakiś stwór, który gra w trzecim poziomie rozgrywek. Szkoda.
Ta fuzja z Kaliszem to taki dość osobliwy ruch w skali kraju.
– Patrzę już tak z dalszej perspektywy. Ja w tej fuzji już nie uczestniczyłem. Tym zajmował się już prezes Krzysztof Zioło.
Dało się tego uniknąć?
– Nie dało się, bo zostaliśmy z dnia na dzień postawieni pod ścianą. Nie dostaliśmy dotacji z miasta, najem hali został nam wypowiedziany. Było to takie trochę bandyckie zachowanie ze strony miasta w stosunku do tak zasłużonego 85-letniego klubu i jedynej drużyny grającej na najwyższym klasie rozgrywkowej. Tak jak mówię – nie pasowaliśmy do układanki politycznej. Nowe rozdanie chciało zrobić taką dziwną akcję i zrobiło. Także przeniesienie drużyny do Kalisza, to było bardziej wyjście dziewczynom na rękę, żeby z dnia na dzień nie zostały bez klubu i bez kontraktów. To była jedyna opcja ratowania klubu.
Mówimy o miejskich pieniądzach, a czy w piłce ręcznej trudniej niż w innych dyscyplinach jest zawalczyć o sponsorów prywatnych?
– Dzięki moim znajomościom udawało mi się pozyskiwać też prywatnych sponsorów i około 3/4 naszych sponsorów mieliśmy spoza Śląska. Wiadomo, że piłka ręczna, tym bardziej kobieca, to nie jest tak popularny sport jak piłka nożna czy inne dyscypliny. To był nie lada wyczyn spinać ten budżet. Na koniec dnia nawet nam nie podziękowano za to. Może historia zatoczy kiedyś koło, ktoś się zorientuje i podziękuje, że przez tyle lat utrzymywaliśmy piłkę ręczną w Chorzowie na najwyższym szczeblu.
Ja ten temat zamknąłem. Fajna przygoda, fajne wspomnienia, wychowane parę pokoleń zawodniczek, wiele reprezentantek. Jest jakaś życiowa satysfakcja. Czasami trzeba zamknąć jeden etap, żeby rozpocząć drugi.
W międzyczasie był pan również radnym Rady Miasta Chorzowa. Na przestrzeni ponad dwóch dekad ta działalność samorządowa bardziej pomagała, czy bardziej przeszkadzała w prowadzeniu klubu?
– Muszę powiedzieć, że poszedłem w politykę lokalną ze względu na to, że byłem tym prezesem klubu piłki ręcznej. Widziałem, jaki był chaos, jeżeli chodzi o dotowanie sportu. Byłem w Komisji Kultury i Sportu przez wiele lat i udawało nam się te reformy przeprowadzać.
W późniejszym czasie zaczynało mi to przeszkadzać troszeczkę, bo nie chciałem być postrzegany jako ten, który ściąga pieniądze do swojego klubu i do swojej dyscypliny. Wielokrotnie się musiałem wycofywać i bardziej to przeszkadzało niż pomagało. Podchodziłem do tego bardzo zdrowo. Do tego przez lata pracowałem tam społecznie, w co ciężko uwierzyć w dzisiejszych czasach.
Przejdźmy do tematu golfa. Silesia Business Life Golf Cup to jest teraz taki projekt, który jest pan bardzo mocno zaangażowany. Gdyby miał Pan opisać komuś, kto nie ma pojęcia, czym to właściwie jest, to jak by Pan to opisał?
– To największy turniej golfowy w Polsce, który organizuję już od 16 lat. W tym roku mamy 16. edycję. Mieliśmy kiedyś przed sobą konkurencję, którą goniliśmy, a dzisiaj, mówiąc nieskromnie, przegoniliśmy i robimy dalej swoje. Nie osiadamy na laurach, cały czas narzucamy sobie nowe cele. Sześć lat temu została wykupiona licencja na nowy turniej amatorski Golf World Cup. Co roku organizujemy turnieje i wyłaniamy reprezentację Polski amatorów, którzy jeżdżą na mistrzostwa świata i reprezentują nasz kraj.
Do kogo adresowane są te zmagania?
– Przede wszystkim są turnieje amatorskie dla golfistów-amatorów. To nie są profesjonalne zawody, choć oczywiście przez te lata przewijały się u nas znane twarze. Mogę się pochwalić, że Adrian Meronk, który jest najlepszym polskim golfistą i długo go nikt nie dogoni, mając 17 i 18 lat u nas grał w turnieju. To była druga i trzecia edycja. Już wtedy jako młody chłopiec pokonywał wszystkich i bił rekordy pola.
To duża satysfakcja, że wygrał dwie edycje Silesia, a dzisiaj gra na najlepszych turniejach świata, na najlepszych polach. Akurat miałem możliwość tydzień temu być turniej w Nowym Jorku. Poleciałem go odwiedzić, ta znajomość z Adrianem trwa już bardzo długo. Kibicujemy mu od lat, nie tylko ja, ale całe środowisko golfowe w Polsce. Fajnie, że mamy takiego człowieka na świecie, który reprezentuje i na pewno promuje polski golf.
Wiadomo, że dużym wyzwaniem jest chociażby pogoda. Zimą robi się chłodno i granie jest albo wykluczone, albo przynajmniej bardzo utrudnione. Jak sobie z tym radzicie?
– Pod kątem geograficznym jesteśmy w środku Europy, więc sezon u nas nie trwa cały rok jak w niektórych państwach. Tak naprawdę zaczyna się w kwietniu i trwa do końca października. To jest ten główny sezon w Polsce. Ale z drugiej strony nie oszukujmy się – patrząc na pogodę, którą mamy w ostatnich latach, to sezon tak naprawdę trwa tylko 4 miesiące – maj, czerwiec, lipiec i sierpień, a później już jest różnie.
W pozostałych miesiącach golfiści, którzy mają środki i budżet, latają po świecie i grają w fajnych miejscach. Ci, którzy tego nie mają, muszą się zadowolić symulatorami. Jest ich coraz więcej na szczęście.
A jak wygląda znajdowanie sponsorów takich turniejów? Jeżeli są jakieś imprezy telewizyjne, to wiadomo, że dużym argumentem „za” jest m.in. ekspozycja medialna.. Natomiast jak wygląda znajdowanie sponsorów do turniejów golfowych?
– Tak jak do każdej dyscypliny sportowej. To jest ta sama droga przez mękę, bym powiedział. Ja to potrafię robić, więc daję sobie z tym radę. Miałem dobrą szkołę przy piłce ręcznej. Jeżeli udawało mi się do piłki ręcznej znajdować co roku, to w golfie mam dużo łatwiej.

Gdzie pan chciałby, żeby ten projekt był za kilka lat?
– Rozwijamy się z roku na rok. Nie chcę powiedzieć, że doszliśmy do szczytu, bo zawsze można coś lepiej zrobić. Mojemu turniejowi życzę, żeby był na takim poziomie, jakim jest. Polskiemu golfowi życzę, żeby golfistów było więcej. Bo ten golf tak naprawdę w Polsce się jeszcze rozwija. Życzyłbym sobie więcej pól golfowych, bo to jest podstawa, żeby ta dyscyplina się rozwijała. I życzyłbym sobie, żeby było więcej golfistów na światowym poziomie, bo wtedy też ta dyscyplina dostanie „kopa”.
A jeżeli chodzi o mój turniej, to on już jest rozwinięty do maksimum. Nie spoczywamy jednak na laurach, zawsze wymyślamy jakieś nowe atrakcje, nowe formaty zabawy, bo to jest golf amatorski. Oczywiście aspekt sportowy jest bardzo ważny, bo ci najlepsi później latają na mistrzostwa świata amatorów, ale dla większości to to też jest zabawa i sposób na życie.
Golf jest jedyną taką dyscypliną, którą może uprawiać praktycznie każdy od 5 roku życia aż po ostatnie swe dni, dopóki zdrowie dopisuje. Jest to sport wielopokoleniowy. Nie ma żadnego innego sportu, gdzie dziadek mógłby grać z wnuczkiem w jedną dyscyplinę. Golf jest nie tylko dyscypliną sportu, ale też sposobem na życie. Do tego dużo zdrowia daje ten sport poprzez spacery. Wielu mam znajomych, których wciągnąłem do golfa, którzy byli starsi wiekowo i dzisiaj dziękują mi, że znaleźli sposób na życie.
Mateusz Tudek
Więcej Wywiady
Piotr Michalski: to był właściwy moment, by zakończyć karierę [WYWIAD]
Po trzech startach olimpijskich, trzech mistrzostwach Europy w sprincie drużynowym i wielu latach rywalizacji z najlepszymi sprinterami świata Piotr Michalski zakończył sportową karierę. W rozmowie dla SportMarketing.pl opowiada o kulisach tej decyzji, niedosycie po igrzyskach olimpijskich w Mediolanie oraz nowym rozdziale w życiu – pracy w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski.…