Donald Trump, FIFA i mundialowa geopolityka. „Sport po raz kolejny stał się platformą dyplomacji”
Mundial po raz kolejny pokazał, że piłka nożna jest czymś znacznie więcej niż sportem. Obecność Donalda Trumpa, relacje prezydenta USA z przywódcami Hiszpanii, Meksyku i Kanady, rola Gianniego Infantino czy polityczne konsekwencje organizacji turnieju udowodniły, że największe piłkarskie wydarzenie świata stało się również areną dyplomacji. O tym, gdzie kończy się sport, a zaczyna polityka, a także o przyszłości FIFA i kierunku rozwoju mistrzostw świata rozmawiamy z Michałem Banasiakiem, prezesem Polskiego Instytutu Dyplomacji Sportowej.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Finał mundialu można było przedstawiać również w kontekście politycznym. Na amerykańskiej ziemi zmierzyła się reprezentacja Hiszpanii, której premier pozostaje w bardzo napiętych relacjach z Donaldem Trumpem, z Argentyną, gdzie rządzi ulubieniec amerykańskiego prezydenta: Javier Milei. Tymczasem podczas samego finału nie było widać żadnych oznak politycznych niesnasek.
Michał Banasiak, prezes PIDS: – Rzeczywiście taki kontekst był obecny. Z jednej strony mieliśmy drużynę reprezentującą państwo, które w ostatnim czasie było przez Donalda Trumpa bardzo ostro krytykowane. Z drugiej jednak strony polityka ma to do siebie, że deklaracje i retoryka nie zawsze przekładają się na zachowanie w konkretnych sytuacjach.
Podczas finału Trump zachował się bardzo dyplomatycznie. Nie było żadnych sygnałów świadczących o napięciach ani wobec króla Hiszpanii, z którym wręczał medale, ani wobec premiera Pedra Sáncheza, który również pojawił się na stadionie. Jeden z fotografów opowiadał później, że przez dwie godziny czekał na moment wspólnego ujęcia Trumpa i Sáncheza w loży, bo doskonale wiedział, jak symboliczne będzie to zdjęcie. I w końcu zrobił takie zdjęcie.
To pokazuje, że wielkie wydarzenia sportowe tworzą przestrzeń do prowadzenia dyplomacji. Widzieliśmy to chociażby podczas mundialu w Katarze, gdzie światowi przywódcy wykorzystywali turniej do spotkań politycznych. Część przyjeżdżała przede wszystkim na mecze, inni traktowali je jako pretekst do rozmów. Także teraz piłka nożna po raz kolejny stworzyła platformę do kontaktów dyplomatycznych – najbardziej skorzystał z tego premier Kanady Mark Carney, który odbył kilka spotkań politycznych przy okazji turniejowych meczów.
Sam moment wręczenia pucharu również wydawał się znamienny. Donald Trump nie wykonywał żadnych gestów, które mogłyby sugerować awersję wobec Hiszpanów. Wręcz przeciwnie – pozował z nimi do zdjęć i mocno zaakcentował swoją obecność.
– Dokładnie tak. Nawet jeśli Donald Trump nadal będzie krytykował hiszpański rząd, to podczas finału potraktował piłkarzy po prostu jak sportowców. W swoim charakterystycznym stylu ustawił się z zawodnikami do wspólnego zdjęcia. Gianni Infantino próbował go odciągnąć, ale Trump przez pierwsze chwile był w telewizyjnym kadrze razem z piłkarzami świętującymi podniesienie Pucharu Świata.
Rok wcześniej podobnie zachował się wobec piłkarzy Chelsea po finale Klubowych Mistrzostw Świata. Wtedy został z nimi na dłużej. Tym razem może nie celebrował zwycięstwa Hiszpanów, ale z pewnością pokazał, że chce być jednym z bohaterów tego wydarzenia.
Zwróciłem też uwagę na jego fascynację samym trofeum. Było widać, że Puchar Świata zrobił na nim ogromne wrażenie. Niektórzy wiążą to z zamiłowaniem Trumpa do złota i przepychu.
– Rzeczywiście można było odnieść takie wrażenie. Donald Trump od lat buduje swój wizerunek wokół symboli prestiżu i sukcesu, a Puchar Świata jest przecież jednym z najbardziej rozpoznawalnych trofeów sportowych na świecie. To doskonale wpisywało się w jego sposób kreowania własnego wizerunku.
Skoro jesteśmy przy polityce – Gianni Infantino ponownie próbuje przedstawiać FIFA jako organizację jednoczącą świat. Podczas konferencji prasowej z Donaldem Trumpem rzucił nawet pomysł wspólnej organizacji mundialu przez Stany Zjednoczone i Chiny, mocarstw rywalizujących o prymat na świecie. Czy to kolejny dowód jego politycznych ambicji?
– Narracja o FIFA jako organizacji promującej pokój pojawia się regularnie. Gianni Infantino od lat przekonuje, że futbol może jednoczyć świat. Mogliśmy to obserwować chociażby podczas kwietniowego Kongresu FIFA, kiedy Infantino chciał doprowadzić do symbolicznego wspólnego zdjęcia przedstawicieli Izraela i Palestyny. Ten pomysł się nie ziścił, Infantino wyszedł na człowieka, dla którego liczy się tylko PR jego i jego organizacji. Ale nie zraził się tym i nadal stawia na budowę wizerunku wokół idei promocji pokoju.
Prezydent FIFA wielokrotnie odwołuje się do idei pokoju także w mediach społecznościowych czy podczas konferencji prasowych. Widzieliśmy również jego udział w inicjatywach dotyczących Strefy Gazy i deklaracje dotyczące odbudowy infrastruktury piłkarskiej w Palestynie. Natomiast sam pomysł wspólnego mundialu Stanów Zjednoczonych i Chin traktowałbym jako żart sytuacyjny niż realną propozycję. Infantino powiedział to w dość swobodnym tonie, dodając jeszcze, że piłkarze byliby zadowoleni z krótszych lotów. Trudno uznać to za poważną zapowiedź.
Oczywiście z geopolitycznego punktu widzenia taki scenariusz byłby niezwykle interesujący, ale dziś nie wydaje się realny. Tym bardziej że już organizacja mundialu w 2030 roku będzie ogromnym wyzwaniem logistycznym ze względu na rozgrywanie spotkań na trzech kontynentach (Europa, Afryka, Ameryka Południowa – Hiszpania, Portugalia, Maroko, Argentyna, Urugwaj, Paragwaj). Jeśli dodatkowo FIFA zdecydowałaby się rozszerzyć turniej do 64 drużyn, organizacyjnie mielibyśmy do czynienia z prawdziwym logistycznym potworkiem.
FIFA od lat w zasadzie całkowicie kontroluje organizację mistrzostw świata. Dzięki temu notuje rekordowe przychody (teraz 15 mld dolarów) i coraz mocniej komercjalizuje turniej. Tym razem okazało się jednak, że w kwestiach politycznych nie wszystko przebiegało zgodnie z jej planem. Mam na myśli choćby sytuację reprezentacji Iranu i restrykcyjne kontrole, którym poddawani byli niektórzy uczestnicy turnieju.
– Jeśli spojrzymy na kwestie komercyjne, FIFA rzeczywiście przeprowadziła ten mundial dokładnie według własnego scenariusza. Wprowadzono przerwy na nawodnienie, które w praktyce stały się dodatkowymi przerwami reklamowymi. Skutecznie przeprowadzono debranding stadionów, padły rekordy wpływów ze sprzedaży praw telewizyjnych i udało się pozyskać bardzo dużą liczbę partnerów komercyjnych. Pod tym względem FIFA może mówić o sukcesie.
Zupełnie inaczej wyglądała jednak sfera polityczna. Już drugi raz w krótkim czasie okazało się, że organizacja nie jest w stanie narzucić swojej woli gospodarzom turnieju. FIFA teoretycznie dysponuje oczywiście odpowiednimi narzędziami i mogłaby próbować postawić gospodarzom twarde reguły współpracy. Problem polega na tym, że kiedy w grę wchodzą kwestie bezpieczeństwa, migracji czy polityki wewnętrznej państw organizujących mundial, gospodarze mają na tyle silne karty w ręku, że FIFA może się obawiać swojego sprzeciwu, aby nie zaszkodzić organizacji turnieju.
Tak było wcześniej w Katarze, tak było również teraz w Stanach Zjednoczonych. W ostatniej chwili okazało się, że wobec części uczestników obowiązują dodatkowe procedury bezpieczeństwa. FIFA tłumaczyła, że każde państwo ma prawo prowadzić własną politykę migracyjną. Dlatego widzieliśmy sędziego z Somalii, który nie został wpuszczony do Stanów Zjednoczonych. Dlatego reprezentacja Iranu musiała przemieszczać się pomiędzy Meksykiem a USA w bardzo ograniczonych oknach czasowych. Dlatego pojawiły się niespotykane wcześniej na dużych turniejach piłkarskich kontrole na lotniskach i przejściach granicznych.
To pokazało, że partnerstwo pomiędzy FIFA a gospodarzami mundialu nie jest relacją równorzędną. W sprawach politycznych decydujące zdanie należy do państw organizujących turniej. FIFA pozostaje natomiast niezwykle skuteczna tam, gdzie chodzi o biznes i komercjalizację.
Ponieważ już wspomnieliśmy o komercji, warto zastanowić się, czy amerykanizacja mundialu, zwłaszcza pod względem marketingowym, może stać się nowym standardem. Mam na myśli przede wszystkim Halftime Show, wydłużone przerwy etc.
– Sam się nad tym zastanawiam i dziś skłaniałbym się ku temu, że był to raczej jednorazowy eksperyment. Myślę, że nawet w samej FIFA nie zapadła jeszcze decyzja, czy warto iść tą drogą. Wszystko będzie zależało od bilansu zysków i strat. Organizacja z pewnością policzy dodatkowe przychody, ale będzie musiała również ocenić skalę krytyki ze strony kibiców i mediów. Oczywiście wiemy, że opinia kibiców nie jest dla FIFA argumentem decydującym, jednak tym razem niezadowolenie było naprawdę wyraźne.
Europejscy kibice nie mogli zrozumieć, jak finał mistrzostw świata może zostać opóźniony i wydłużony przez koncert w przerwie meczu. Piętnastominutowa przerwa między połowami była dotąd czymś nienaruszalnym. Tymczasem nagle wydłużono ją niemal do pół godziny. To ma znaczenie nie tylko dla widowiska, ale również dla samych piłkarzy.
Do tego doszły jeszcze przerwy na nawodnienie.
– Pisane w cudzysłowie. Generalnie futbol zmierza w kierunku ujednolicania zasad na całym świecie. Staramy się, aby te same przepisy obowiązywały w każdej lidze, podobnie jak technologia VAR, która stopniowo trafia do coraz większej liczby rozgrywek. Tymczasem FIFA podczas swojego najważniejszego turnieju zaczęła eksperymentować z samą strukturą meczu. W praktyce pojawił się podział spotkania na coś w rodzaju kwart – właśnie poprzez dodatkowe przerwy reklamowe i Halftime Show.
Na razie widać jednak wyraźny opór wobec takich zmian. Oczywiście każda nowość budzi kontrowersje, ale UEFA już zapowiedziała, że podczas EURO 2028 takich przerw nie będzie. Nie słychać również o planach organizowania koncertów w przerwie finału mistrzostw Europy. Koncerty przed finałami Ligi Mistrzów funkcjonują od kilku lat, ale nie wpływają na przebieg samego spotkania. To zasadnicza różnica.
Czyli był to przede wszystkim ukłon w stronę amerykańskiego rynku?
– Zdecydowanie tak. Na stadionach było to bardzo dobrze widoczne. Wystarczyło spojrzeć na główną trybunę po rozpoczęciu drugiej połowy. Przez pierwsze minuty często świeciła pustkami, bo wielu kibiców spokojnie kończyło zakupy, stało w kolejkach po jedzenie czy pamiątki.
To zupełnie inny model konsumpcji sportu niż w Europie. Europejski kibic chce być na swoim miejscu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem drugiej połowy. W Stanach Zjednoczonych wygląda to inaczej. Dlatego FIFA będzie teraz bardzo dokładnie analizowała wyniki finansowe, konsultowała się z nadawcami telewizyjnymi, sponsorami i partnerami komercyjnymi. Moim zdaniem przerwy reklamowe w trakcie meczu mogą z nami zostać podczas kolejnych mundiali, bo generują konkretne przychody. Natomiast Halftime Show w obecnej formule postrzegam raczej jako rozwiązanie jednorazowe niż początek nowej tradycji.
Ciekawym wątkiem były również relacje między przywódcami trzech państw organizujących mundial. Jeszcze przed turniejem stosunki między Stanami Zjednoczonymi, Meksykiem i Kanadą były bardzo napięte. Tymczasem podczas mistrzostw nie oglądaliśmy żadnych poważniejszych politycznych spięć. To było zaskoczenie?
– Od początku było wiadomo, że jeśli trzy państwa wspólnie organizują mistrzostwa świata, to niezależnie od różnic politycznych muszą ze sobą współpracować. Oczywiście Donald Trump od wielu miesięcy prowadzi bardzo ostrą retorykę wobec swoich sąsiadów. Obserwujemy to praktycznie od początku jego drugiej kadencji. Jednak przez cały ten czas były dwie równoległe rzeczywistości.
Pierwsza to polityczne deklaracje, medialne wypowiedzi i wzajemne uszczypliwości. Druga to codzienna współpraca niezbędna do przygotowania i przeprowadzenia tak ogromnego przedsięwzięcia jak mistrzostwa świata. Już podczas losowania grup mundialu było widać, że kiedy mowa o samym turnieju, wszyscy przywódcy są w stanie odłożyć spory na bok. Widzieliśmy wtedy wspólne wystąpienia przedstawicieli państw gospodarzy, mimo że wcześniej nie brakowało wzajemnych złośliwości.
Pamiętamy przecież choćby sytuację, kiedy prezydent Meksyku publicznie tłumaczyła Donaldowi Trumpowi kwestie związane z Zatoką Meksykańską. Tych napięć nie brakowało. Natomiast podczas mundialu wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że sukces organizacyjny leży we wspólnym interesie. Kulminacją był oczywiście finał, podczas którego wszyscy najważniejsi przywódcy pojawili się razem na ceremonii zakończenia.
Na czas finału wszyscy schowali do szuflady najbardziej drażliwe kwestie i wysłali światu bardzo czytelny sygnał. Każde z trzech państw chciało pokazać, że współtworzyło ten mundial. Szczególnie ważne było to dla Meksyku i Kanady, które siłą rzeczy pozostawały nieco w cieniu Stanów Zjednoczonych. Dla nich obecność podczas ceremonii zakończenia była również elementem budowania własnego wizerunku.
Zresztą prezydent Meksyku jeszcze przed finałem opublikowała oświadczenie, w którym przyznała, że część obywateli może krytykować jej wspólną obecność z Donaldem Trumpem. Jednocześnie wyjaśniła, że jako głowa państwa musi oddzielać bieżące spory polityczne od obowiązków związanych z reprezentowaniem kraju podczas wydarzenia o globalnym znaczeniu. To pokazuje, że także po stronie polityków istniała świadomość, jak symboliczny będzie obraz wspólnego udziału w finale.
Do tej pory rozmawialiśmy o meczach rozgrywanych w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem opinia publiczna odnotowała, że bardzo spokojnie było również w Meksyku. Nie doszło do poważniejszych incydentów związanych z działalnością karteli narkotykowych. Czy to było zaskoczenie?
– Raczej nie. Wielu ekspertów zajmujących się Meksykiem już przed turniejem przewidywało, że kartele będą dążyły do ograniczenia swojej aktywności. Powód jest dość prosty. One również funkcjonują w określonym otoczeniu gospodarczym i mają swoje legalne interesy. Część z nich inwestuje w turystykę, gastronomię czy inne sektory usług.
Dla takich organizacji mundial oznaczał ogromne możliwości zarobku. W ich interesie było więc utrzymanie względnego spokoju, a nie prowokowanie konfliktów z władzami czy odstraszanie turystów. I rzeczywiście tak się stało.
To oznacza, że największym zagrożeniem nie była przestępczość zorganizowana?
– Paradoksalnie nie. Znacznie częściej mówiło się o możliwych protestach społecznych. Jeszcze przed rozpoczęciem turnieju pojawiały się obawy, że mistrzostwa mogą zostać zakłócone przez demonstracje rodzin osób zaginionych. Szacuje się, że w Meksyku zaginęło około 140 tysięcy ludzi i to właśnie ich bliscy organizowali protesty.
Pojawiały się również głosy dotyczące masowych grobów znajdujących się w pobliżu niektórych obiektów mistrzostw świata. Protestujący domagali się przeprowadzenia ekshumacji i zwracali uwagę, że świat nie powinien odwracać wzroku od tych problemów tylko dlatego, że trwa piłkarskie święto. To były bardzo ważne kwestie społeczne i rzeczywiście były relacjonowane przez dziennikarzy obecnych na miejscu.
Jednak wraz z rozwojem turnieju zeszły na dalszy plan. Mundial zdominował przekaz medialny, a zdecydowana większość Meksykanów po prostu żyła piłką nożną. Nie bez znaczenia było również to, że reprezentacja Meksyku zaprezentowała się z bardzo dobrej strony. Piłka nożna jest tam elementem narodowej tożsamości i spośród trzech współgospodarzy to właśnie Meksyk pozostaje zdecydowanie najbardziej piłkarskim krajem.
Jedną z największych kontrowersji turnieju była sytuacja związana z anulowaniem zawieszenia amerykańskiego napastnika Folarina Baloguna po czerwonej kartce. Część komentatorów uznała, że Amerykanie próbowali wpływać na decyzje FIFA, a późniejsze tłumaczenia administracji Donalda Trumpa brzmiały absurdalnie. Była w tym nie tylko arogancja, ale też ignorancja? A może przede wszystkim to brak elementarnej wiedzy…
– Jestem w stanie uwierzyć, że wielu Amerykanów – także osób z otoczenia Donalda Trumpa – rzeczywiście nie zdawało sobie sprawy z konsekwencji czerwonej kartki w piłce nożnej.
W żadnym z najpopularniejszych amerykańskich sportów nie funkcjonuje przecież identyczna zasada. W hokeju zawodnik odbywa karę czasową, w NBA po przewinieniu technicznym schodzi konkretny koszykarz, ale drużyna nadal gra w pełnym składzie. W piłce nożnej jest inaczej – po czerwonej kartce zespół do końca meczu gra w osłabieniu, a zawodnik zostaje automatycznie zawieszony przynajmniej na kolejne spotkanie. Dlatego mogę uwierzyć, że początkowo ktoś mógł po prostu nie znać tych przepisów, natomiast później, kiedy sprawa stała się przedmiotem dyskusji i rozpoczęto procedurę zmiany decyzji, wszyscy doskonale wiedzieli już, jakie są konsekwencje czerwonej kartki.
Donald Trump tłumaczył później, że nie wiedział o tych zasadach i dopiero po wyjaśnieniu całej sytuacji zrozumiał, na czym polega problem.
– Takie wyjaśnienie mogło być częściowo szczere, ale równie dobrze mogło stanowić próbę pokazania, że to europejskie przepisy są niezrozumiałe dla amerykańskiego odbiorcy. Można było odnieść wrażenie, że przekaz brzmiał mniej więcej tak: „My nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich zasad, może warto je przemyśleć”. Zapewne nigdy nie dowiemy się, jakie były rzeczywiste kulisy tej sprawy. Natomiast jedno jest pewne – konferencja prasowa Donalda Trumpa pozostanie jednym z najbardziej pamiętnych momentów tego mundialu. Szczególnie że wcześniej „The New York Times” informował, iż to właśnie Donald Trump osobiście kontaktował się z Giannim Infantino w sprawie tej decyzji. Początkowo wielu obserwatorów traktowało te doniesienia z dużą rezerwą i uznawało, że dziennikarze mogą nieco koloryzować.
Tymczasem sam Trump podczas konferencji wszystko potwierdził. Powiedział, że tak – rozmawiał z Infantino i że dzięki jego interwencji udało się doprowadzić do zmiany decyzji. Paradoks polegał na tym, że politykowi zwykle zależy na tym, aby podobne kulisy pozostawały niejawne. Donald Trump postąpił odwrotnie – uczynił z tego element własnej narracji sukcesu.
Drugim szeroko komentowanym tematem było wyznaczenie arbitra finału Slavko Vincicia. Pojawiły się opinie, że FIFA w ten sposób próbowała poprawić relacje z UEFA, zwłaszcza po wcześniejszych napięciach między obiema organizacjami. Czy taka interpretacja ma sens?
– Rzeczywiście podczas tego mundialu kilkukrotnie widzieliśmy, że UEFA bardzo wyraźnie podkreśla swoją odrębność wobec FIFA. Dotyczyło to choćby zapowiedzi rezygnacji z przerw reklamowych podczas EURO 2028. Widzieliśmy również reakcje UEFA na wcześniejsze kontrowersje sędziowskie czy sposób komunikowania własnych decyzji. Organizacja wykorzystała nastroje kibiców, pokazując, że chce pozostać wierna bardziej tradycyjnemu modelowi futbolu.
Wydaje mi się, że można było zrobić to w znacznie bardziej przekonujący sposób. Poza tym mam wrażenie, że obecne różnice między FIFA i UEFA są znacznie poważniejsze niż kwestia obsady jednego meczu, nawet jeśli jest to finał mistrzostw świata. Spory dotyczą dziś przede wszystkim wizji rozwoju futbolu, kalendarza rozgrywek, modelu biznesowego i zakresu wpływów obu organizacji. Na tym tle wybór arbitra pozostaje raczej symbolem niż realnym narzędziem budowania relacji.
Nie da się jednak pominąć faktu, że Słoweńcem jest także szefujący UEFA Aleksander Ceferin. W dodatku Slavko Vincić zapowiedział właśnie zakończenie kariery międzynarodowej, a w kuluarach mówi się, że może dołączyć do grupy ekspertów sędziowskich UEFA.

Bartłomiej Najtkowski
Więcej Wywiady
Stanisław Wrzosek o marketingu Arki Gdynia: chcemy być klubem kojarzonym z morzem i całą jego społecznością [WYWIAD]
Piłkarskie kluby szukają różnych sposobów na to, żeby mieć swoje własne ja. Często starają się wyjść do kibiców, bazując na aspekcie lokalnym. Bardzo dobrze robi to Arka, która w ostatnim czasie postawiła na budowanie marki poprzez akcje CSR-owe, społeczne, nawiązujące do tradycji morskich i kaszubskich. Miało to przełożenie nie tylko…