06.07.2026 05:15

Michał Zawacki: „Będąc producentem na mundialu, wykonywałem pracę dziennikarską, ale w bardzo precyzyjnie określonych ramach” [WYWIAD]

Od igrzysk olimpijskich w Pjongczangu, przez mistrzostwa świata w Rosji i Katarze, aż po pracę przy reprezentacji Uzbekistanu podczas tegorocznego mundialu w USA. Michał Zawacki w wywiadzie dla SportMarketing.pl zdradza kulisy pracy producenta ekip zdjęciowych FIFA, specyfikę produkcji telewizyjnej największych piłkarskich turniejów świata i to, dlaczego podczas mundialu liczy się każdy szczegół – nawet nazwa pliku wysyłanego do centrum nadawczego.

Michał Zawacki: „Będąc producentem na mundialu, wykonywałem pracę dziennikarską, ale w bardzo precyzyjnie określonych ramach” [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Michał Zawacki
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Jak zaczęła się pana współpraca z FIFA podczas mundiali?

Michał Zawacki, komentator TVP Sport i producent ekipy zdjęciowej FIFA:  – Wszystko zaczęło się właściwie od igrzysk olimpijskich w Pjongczangu. Pracowałem wtedy dla Eurosportu – w centrali stacji w Paryżu. Byłem wydawcą i producentem, a szefem całej ekipy był Michael Stoltz z Niemiec.

To właśnie on zarekomendował mnie do Host Broadcast Services, czyli HBS. Wcześniej zapytał oczywiście, czy jestem zainteresowany taką pracą, a później polecił mnie jako osobę, która mogłaby pracować przy reprezentacji Polski podczas mistrzostw świata w Rosji. Chodziło o połączenie dwóch kompetencji – z jednej strony dziennikarskich, z drugiej produkcyjnych. Szukano kogoś, kto potrafi przeprowadzić wywiad, ale jednocześnie doskonale rozumie kwestie techniczne: montaż, upload materiałów, zarządzanie plikami czy organizację pracy ekipy.

Dwa dni później zadzwonił do mnie przedstawiciel IMG, czyli firmy produkcyjnej współpracującej wtedy z HBS. Odbyliśmy kilkunastominutową rozmowę. Nie nazwałbym jej klasyczną rozmową kwalifikacyjną, raczej sprawdzeniem doświadczenia i kompetencji. Kilka dni później dostałem informację, że lecę do Rosji. Moim bezpośrednim przełożonym był wtedy Peter Spring z IMG. Przez cały turniej współpracowałem z operatorem kamery z Australii oraz asystentem z Gruzji, który jednocześnie pełnił funkcję kierowcy. To był bardzo intensywny miesiąc pracy. Warto pamiętać, że praca producenta przypisanego do konkretnej reprezentacji jest całkowicie uzależniona od jej wyników. Jeśli drużyna odpada po fazie grupowej, tak jak wtedy Polska, wraca się razem z nią. Natomiast przygotowania zaczynają się znacznie wcześniej – około dziesięciu dni przed rozpoczęciem turnieju.

Co dzieje się w tych dniach poprzedzających pierwszy mecz?

– Wszyscy producenci i ekipy zdjęciowe przechodzą obowiązkowe warsztaty organizowane przez FIFA i Host Broadcast Services. To bardzo ważny element całego procesu. Musimy pracować według jednego standardu. Nie ma znaczenia, czy obsługujesz reprezentację Polski, Francji, Argentyny czy Uzbekistanu. Każdy materiał ma wyglądać identycznie pod względem jakości, sposobu kadrowania, ustawienia kamery, parametrów technicznych czy sposobu przesyłania plików.

To właśnie dzięki temu później widz na całym świecie otrzymuje spójny produkt telewizyjny. Wszystko jest kompatybilne. Każdy wywiad, konferencja prasowa czy materiał z treningu musi spełniać te same wymagania. Po mundialu w Rosji moja praca została bardzo wysoko oceniona. Jeszcze przed barażem Polski ze Szwecją przed mistrzostwami świata w Katarze zadzwonił do mnie ponownie Peter Spring i zapytał, czy jeśli Polska awansuje, jestem gotowy ponownie pracować z reprezentacją. Oczywiście odpowiedziałem twierdząco i poleciałem do Kataru.

I tam historia się powtórzyła?

– Tak. Również ta praca została bardzo dobrze oceniona. Tym razem mogłem zabrać swojego operatora, bo w przeciwieństwie do Rosji nie było już narzuconego składu ekipy. Później zmieniła się jednak firma odpowiedzialna za produkcję. IMG przegrało przetarg, a obsługę przejęła firma Wing. Byłem już umówiony na pracę przy reprezentacji Polski podczas MŚ, ale kiedy Polacy odpadli z rywalizacji, zgłosiłem gotowość do pomocy przy innych reprezentacjach. Powiedziałem, że jeśli potrzebują kogoś znającego angielski i rosyjski, jestem do dyspozycji. Okazało się, że będę potrzebny jako wsparcie przy reprezentacji Uzbekistanu. Finalnie był to bardziej backup niż pełnoprawna obsługa, bo Uzbekistan zakończył udział w turnieju szybciej, niż zakładano.

W tym przypadku znajomość języka rosyjskiego okazała się bardzo przydatna?

– Kluczowa. Jestem jeszcze z pokolenia, które uczyło się rosyjskiego przez wiele lat – pięć w szkole podstawowej i cztery w liceum. To zaprocentowało. Co ciekawe, zanim poleciałem do Stanów Zjednoczonych, oglądałem materiały emitowane przez TVP, która jako oficjalny nadawca korzysta z materiałów FIFA. Chciałem zobaczyć, jak pracowała koleżanka obsługująca wcześniej reprezentację Uzbekistanu. I przeżyłem niemałe zaskoczenie. Zadawała pytania po rosyjsku, natomiast piłkarze odpowiadali po uzbecku…

Pomyślałem wtedy: „Jak ja mam prowadzić takie rozmowy?”. Na miejscu okazało się jednak, że to nie stanowi problemu. Producent nie prowadzi przecież wywiadów śledczych ani nie próbuje wydobywać sensacyjnych informacji. Naszym zadaniem jest stworzenie atrakcyjnego contentu wokół reprezentacji. Pytania są krótkie, dotyczą bieżących wydarzeń, a odpowiedź – nawet jeśli jest po uzbecku – trafia później do odbiorców tej reprezentacji. Najważniejsze jest to, aby materiał został zrealizowany zgodnie ze standardami FIFA.

Na ile taka praca daje dziennikarzowi swobodę? FIFA narzuca konkretne pytania i scenariusze?

– To nadal jest praca dziennikarska, ale w bardzo precyzyjnie określonych ramach. Z jednej strony mamy pełną dowolność prowadzenia rozmowy, z drugiej – istnieją elementy, które po prostu muszą zostać wykonane. Cały harmonogram jest z góry zaplanowany. Już pierwszego dnia po przylocie reprezentacji jedziemy na lotnisko. Tam realizujemy dwa krótkie, tak zwane flash interview – z selekcjonerem oraz jednym z zawodników. To bardzo szybkie rozmowy, zwykle dwa lub trzy pytania. Później przychodzi najtrudniejszy dzień całego turnieju.

Powiedział pan, że pierwszy pełny dzień jest najtrudniejszy. Dlaczego?

– To dzień, w którym przygotowujemy wszystkie materiały wykorzystywane później przez telewizje z całego świata. Chodzi przede wszystkim o sylwetki piłkarzy nagrywane na green screenie. Każdy zawodnik musi stanąć przed kamerą i wykonać kilka określonych póz. Jedna z rękami skrzyżowanymi na piersi, druga z rękami za plecami, trzecia z gestem wskazującym herb na koszulce. Dochodzi jeszcze cieszynka lub inna krótka sekwencja ruchu.

To właśnie te ujęcia widzimy później podczas transmisji telewizyjnych. Kiedy przed meczem prezentowane są składy i obok nazwiska zawodnika pojawia się jego sylwetka, to są materiały nagrane przez naszą ekipę. Przy 26 piłkarzach i selekcjonerze taka sesja trwa mniej więcej cztery godziny. I to nie jest łatwy dzień również dla samych zawodników. Po zakończeniu nagrań przechodzą jeszcze do fotografa, który wykonuje oficjalne zdjęcia wykorzystywane przez FIFA, federacje i media. Z tego, co słyszałem, podczas tegorocznego turnieju pojawiło się nawet dodatkowe stanowisko, więc obowiązków dla piłkarzy było jeszcze więcej.

Co dzieje się później? Jak wygląda typowy dzień pracy producenta?

– Później wszystko staje się bardziej uporządkowane. Pracujemy albo w hotelu reprezentacji, albo w jej bazie treningowej. Wiele zależy od współpracy z oficerem prasowym reprezentacji, czyli rzecznikiem. Każdego dnia realizujemy dwie rozmowy z zawodnikami lub trenerami. To spokojne, kilkunastominutowe wywiady nagrywane w komfortowych warunkach. Czasami FIFA przesyła propozycje tematów, ale bardzo często mamy pełną swobodę w prowadzeniu rozmowy.

Do tego dochodzi piętnaście minut otwartego treningu, który musi zostać zarejestrowany przez operatora. Jeśli odbywa się konferencja prasowa, również ją nagrywamy. Na tym jednak praca się nie kończy. Każdy materiał trzeba jeszcze odpowiednio opisać, nadać mu właściwą nazwę i przesłać do specjalnego systemu FIFA. To bardzo sformalizowany proces. Ludzie pracujący później w Międzynarodowym Centrum Nadawczym muszą od razu wiedzieć, co znajduje się w konkretnym pliku. Nie może być sytuacji, że ktoś traci czas na szukanie odpowiedniego materiału. To może wydawać się drobiazgiem, ale właśnie na takich detalach opiera się funkcjonowanie całej produkcji telewizyjnej podczas mundialu.

Czyli poza stroną dziennikarską producent odpowiada też za kwestie techniczne?

– W dużej mierze tak. Trzeba pilnować nie tylko rozmów czy nagrań, ale również całego procesu produkcyjnego. Materiał musi być poprawnie nagrany, odpowiednio opisany i przesłany we właściwym czasie. To wszystko odbywa się według bardzo precyzyjnych procedur.

A jak wygląda dzień meczowy?

– Paradoksalnie to jeden z łatwiejszych dni, choć wymaga świetnej organizacji. Na stadion przyjeżdżamy kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Przed meczem realizujemy wywiady na żywo z piłkarzami lub trenerami. W przerwie czasami również pojawia się możliwość krótkiej rozmowy, choć nie zawsze. Po spotkaniu nagrywamy kolejne wywiady.

Jeżeli zawodnik naszej reprezentacji zostanie wybrany piłkarzem meczu, dochodzi jeszcze obowiązkowa rozmowa sponsorska. To wszystko odbywa się na żywo, więc liczy się każda minuta. Najtrudniejsza jest logistyka. Na około dziesięć minut przed końcem pierwszej połowy musimy opuścić swoje stanowisko i zejść w okolice tunelu prowadzącego do szatni. Tam czekamy na zawodników i trenerów. Zdarza się więc, że schodząc z trybun… nie widzimy gola strzelonego w końcówce pierwszej połowy. Ale takie są procedury. Jeśli chcemy być gotowi do rozmów, musimy znaleźć się we właściwym miejscu odpowiednio wcześniej.

Pracował pan na turniejach w Rosji, Katarze i teraz w Stanach Zjednoczonych. Na ile ta praca wygląda podobnie, a na ile każdy turniej jest zupełnie innym doświadczeniem?

– Sam schemat pracy praktycznie się nie zmienia. FIFA oczekuje dokładnie tego samego produktu niezależnie od miejsca rozgrywania turnieju. Zmienia się natomiast logistyka, a to ma ogromny wpływ na komfort pracy. Najwygodniejszym turniejem był zdecydowanie Katar. Wszystko znajdowało się praktycznie w jednym miejscu. Nie było lotów, nie było ciągłego pakowania walizek i zmiany hoteli.

Po kilku dniach poruszaliśmy się po Dosze bez nawigacji. Znaliśmy na pamięć drogę z hotelu do bazy treningowej reprezentacji, do Międzynarodowego Centrum Nadawczego i na stadiony. To były właściwie jedyne miejsca, które nas interesowały. W Rosji wyglądało to zupełnie inaczej. Lataliśmy z reprezentacją Polski czarterami – z Soczi do Moskwy, później do Kazania, Wołgogradu i z powrotem. W Stanach Zjednoczonych jest podobnie. Reprezentacja Uzbekistanu stacjonowała w Atlancie, ale mecze odbywały się w różnych miastach, więc znowu pojawiły się przeloty, przejazdy i zmiany hoteli.

To oznacza znacznie większe zmęczenie. Człowiek właściwie cały czas jest w podróży. Dzień przed meczem leci z drużyną, następnego dnia odbywa się spotkanie, a zaraz po nim wraca do bazy albo przemieszcza się do kolejnej lokalizacji. Paradoks polega na tym, że tego zmęczenia właściwie nie odczuwa się podczas turnieju. Adrenalina jest tak duża, że dopiero po powrocie do domu organizm przypomina sobie, ile wysiłku kosztował cały miesiąc pracy.

Wiele osób zastanawia się, jak wygląda atmosfera piłkarska w Stanach Zjednoczonych. Czy rzeczywiście czuć tam mundial?

– To bardzo ciekawe doświadczenie. Z jednej strony miałem wrażenie, że przeciętny Amerykanin nie żyje piłką nożną tak jak Europejczyk czy mieszkaniec Ameryki Południowej. Miałem nawet zabawną sytuację. Dojechałem do hotelu reprezentacji Uzbekistanu we wtorek, a następnego dnia rano podczas śniadania kelnerka przedstawiła się i zapytała, skąd przyjechałem. Odpowiedziałem, że z Polski i będę pracował z reprezentacją Uzbekistanu.

– Baseball team?

Odparłem, że nie, dodając: „trwa przecież FIFA World Cup, football”. Musiałem doprecyzować, że chodzi o soccer. Dopiero wtedy zorientowała się, że w hotelu mieszka piłkarska reprezentacja. To pokazuje, jakie miejsce piłka nożna nadal zajmuje w świadomości przeciętnego Amerykanina. Z drugiej strony skala organizacyjna całego przedsięwzięcia jest absolutnie imponująca. Amerykanie, jeśli już w coś inwestują, robią to z ogromnym rozmachem, co widać przede wszystkim w telewizji.

FOX jako oficjalny nadawca praktycznie przez całą dobę żyje turniejem. Studia są ogromne, realizacja stoi na najwyższym poziomie, a skład ekspertów robi olbrzymie wrażenie. W studiu można zobaczyć między innymi Petera Croucha, Petera Schmeichela, Clinta Dempseya, Alexiego Lalasa czy Thierry’ego Henry’ego. Pewnie jeszcze kilka nazwisk bym znalazł, ale nie siedziałem przecież cały czas przed telewizorem. Co ciekawe, także ESPN, mimo że nie transmituje turnieju, poświęca mundialowi bardzo dużo czasu antenowego. To pokazuje skalę zainteresowania mediów.

Do tego dochodzą sponsorzy?

– Mam wrażenie, że w amerykańskim sporcie sponsorowane jest absolutnie wszystko. Studio przedmeczowe ma sponsora. Prezentacja składów ma sponsora. Statystyki i Halftime show również. Właściwie każdy element transmisji jest częścią większego projektu marketingowego. To robi naprawdę ogromne wrażenie.

A jak wygląda samo widowisko na stadionie?

– Zupełnie inaczej niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni w Europie. Tam mecz jest tylko częścią całego show. Każda przerwa jest wykorzystywana do aktywizowania kibiców. Są konkursy, animacje, prowadzący cały czas utrzymują kontakt z publicznością. To przypomina bardziej NBA albo NFL niż klasyczny mecz piłkarski. Miałem skojarzenie z tym, co przez lata w erze Adama Małysza robili w Polsce Grzegorz Kułaga i Marek Magiera. To właśnie taki rodzaj prowadzenia wydarzenia. Tyle że w USA wszystko odbywa się na jeszcze większą skalę. Byłem na meczu Uzbekistanu w Atlancie i publiczność dosłownie dała się porwać prowadzącym. To nie były pojedyncze reakcje. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi uczestniczyło w tym widowisku od pierwszej do ostatniej minuty.

Sam stadion w Atlancie również zrobił na panu ogromne wrażenie.

– To jeden z najbardziej niezwykłych obiektów, jakie widziałem. Dzień przed meczem rozmawiałem z Fabio Cannavaro. Później odbyła się konferencja prasowa. Kiedy Włoch wszedł na murawę i rozejrzał się po stadionie, przez chwilę po prostu wszystko nagrywał telefonem. Podszedłem do niego i zapytałem, jak mu się podoba. Odpowiedział tylko:

Niewiarygodne”.

Przypomniał, że trzydzieści lat wcześniej grał w Atlancie podczas igrzysk olimpijskich jako reprezentant Włoch. Powiedział, że zazdrości dzisiejszym piłkarzom możliwości występowania na takich stadionach. Później powtórzył to również podczas konferencji prasowej. I trudno się z nim nie zgodzić. To są obiekty zbudowane za niewiarygodne pieniądze i robią ogromne wrażenie nawet na ludziach, którzy przez całe życie oglądali największe stadiony świata.

Po tych doświadczeniach uważa pan, że Stany Zjednoczone mogą naprawdę zakochać się w piłce nożnej?

– Wszystko będzie zależało od wyników reprezentacji. Jeżeli drużyna Mauricio Pochettino awansuje do ćwierćfinału mistrzostw świata i zagra tam dobry futbol, zainteresowanie piłką na pewno wzrośnie. Nie byłby to zresztą pierwszy taki przypadek. Po mundialu w 1994 roku również mówiło się o piłkarskim boomie w Stanach. Jeszcze wcześniej, w latach 70., ogromne zainteresowanie wywołało przyjście Pelégo do New York Cosmos.

Historia pokazuje więc, że Amerykanie potrafią zakochać się w soccerze. Pytanie tylko, na jak długo. Bo myślę, że statystyczny Amerykanin i tak przede wszystkim będzie chodził na futbol amerykański, baseball, koszykówkę czy hokej. Piłka nożna ma jednak dzisiaj dużo mocniejszą pozycję niż jeszcze kilkanaście lat temu. I patrząc na skalę inwestycji, zaangażowanie sponsorów, mediów oraz organizatorów, jestem przekonany, że będzie się rozwijała dalej. Na szczęście producenci i ekipy HBS mają dostęp praktycznie do wszystkich stref stadionu. Możemy poruszać się znacznie sprawniej niż większość dziennikarzy akredytowanych na turniej, co bardzo ułatwia pracę.

Przez lata coś się zmieniło w oczekiwaniach FIFA wobec takich materiałów?

– Tak, choć nie są to rewolucyjne zmiany. Przede wszystkim pojawiło się więcej materiałów przygotowywanych z myślą o mediach społecznościowych. Bardzo często dostajemy mailem dwa lub trzy krótkie pytania, które mamy zadać zawodnikowi telefonem. Nagrywamy odpowiedzi, wysyłamy je do odpowiedniego systemu i po chwili mogą być publikowane na kanałach FIFA.

Jest taka tendencja, że rozmowy stają się krótsze? To chyba znak naszych czasów.

– Dzisiaj odbiorcy konsumują treści w zupełnie inny sposób niż jeszcze kilka lat temu. FIFA również dostrzega tę zmianę i stara się przygotowywać materiały atrakcyjne dla młodszych odbiorców.

Wspominał pan, że podczas turniejów spotyka wielu znajomych z poprzednich imprez.

– To jedna z przyjemniejszych stron tej pracy. W Międzynarodowym Centrum Nadawczym w Dallas spotkałem wielu producentów, z którymi współpracowałem wcześniej. Później, już w Atlancie, zobaczyłem się z producentem, który cztery lata temu odpowiadał za reprezentację Francji. Tym razem pracował przy reprezentacji Demokratycznej Republiki Konga.

Spotkaliśmy się dzień przed meczem Konga z Uzbekistanem i wspólnie oglądaliśmy to spotkanie z trybuny prasowej. Takie wydarzenia pokazują, że to środowisko jest naprawdę międzynarodowe. Na kolejnych turniejach bardzo często spotyka się tych samych ludzi, tylko przy innych reprezentacjach czy w innych rolach. To także potwierdzenie, że jeśli ktoś dobrze wykonuje swoją pracę, to wraca na kolejne wielkie imprezy.


Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski