02.07.2026 09:02

Marcin Więckowski: Chicago to jedno z najlepszych miejsc na świecie, by połączyć sport, biznes i normalne życie [WYWIAD]

Transfer Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire może okazać się czymś znacznie większym niż tylko kolejnym etapem piłkarskiej kariery. Wietrzne Miasto od lat należy do najważniejszych ośrodków sportowych Stanów Zjednoczonych, ale jest również potężnym centrum biznesowym i miejscem, które oferuje wyjątkową jakość życia. Jak naprawdę wygląda sportowa codzienność Chicago? Czy Lewandowski ma szansę stać się jedną z największych gwiazd miasta? I dlaczego właśnie tam światowej klasy sportowcy mogą prowadzić znacznie spokojniejsze życie niż w Europie? O tym rozmawiamy z Marcinem Więckowskim – wieloletnim kibicem Chicago Bulls, organizatorem wyjazdów do Chicago i znawcą miasta.

Marcin Więckowski: Chicago to jedno z najlepszych miejsc na świecie, by połączyć sport, biznes i normalne życie [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Marcin Więckowski
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Transfer Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire wywołał ogromne zainteresowanie. Dla wielu kibiców to pierwszy kontakt z amerykańską piłką i samym Chicago. Czy mieszkańcy rzeczywiście żyją futbolem?

Marcin Więckowski, wieloletni kibic Chicago Bulls: – To zależy od tego, o jakim futbolu mówimy. Jeżeli spojrzymy na sportową mapę Chicago, to bezdyskusyjnym numerem jeden pozostaje futbol amerykański i Chicago Bears. Ten klub od pokoleń zajmuje wyjątkowe miejsce w sercach mieszkańców i trudno wyobrazić sobie, by cokolwiek mogło go zdetronizować.

Dopiero za Bears zaczyna się bardzo ciekawa rywalizacja o uwagę kibiców. Mówimy o Chicago Bulls, Chicago Blackhawks i Chicago Cubs – każdy z tych klubów ma bogatą historię, wiernych fanów i własną tożsamość. Najtrudniejszą sytuację mają obecnie baseballiści Chicago White Sox, którzy wydają się najmniej popularnym z wielkich profesjonalnych klubów miasta. To pokazuje, jak niezwykle konkurencyjnym rynkiem sportowym jest Chicago. Tutaj każda organizacja walczy o zainteresowanie mieszkańców, sponsorów i kibiców.

Sympatycy Chicago Bulls wciąż mają w pamięci wyczyny Michaela Jordana. Czy ta historia nadal działa na mieszkańców miasta?

– Jednocześnie działa i… już nie działa. Bulls mają komfort, ale też pewnego rodzaju problem. Komfort, gdyż marka zbudowana w latach 90. jest absolutnie ponadczasowa. Michael Jordan pozostaje ikoną światowego sportu i trudno znaleźć turystę odwiedzającego Chicago, który nie chciałby zobaczyć United Center czy zrobić sobie zdjęcia przy jego słynnym pomniku.

Praktycznie na każdym meczu Bulls można spotkać ludzi z całego świata. Wielu z nich przyjeżdża do Chicago tylko na kilka dni i udział w spotkaniu NBA traktuje jako obowiązkowy punkt programu. Dla nich będzie to pierwszy i prawdopodobnie jedyny mecz Bulls w życiu. To jednak nie oznacza, że podobne emocje towarzyszą mieszkańcom Chicago. Mam wrażenie, że magia czasów Jordana z roku na rok coraz bardziej wygasa. Sam pomnik Michaela nie wystarcza już, by przyciągnąć na trybuny lokalnych kibiców.

Prawdziwy powiew nadziei pojawił się po wyborze Derricka Rose’a w drafcie NBA. Kiedy został najmłodszym MVP w historii ligi, wielu uwierzyło, że Bulls wrócą do walki o mistrzostwo. Tamta euforia była naprawdę ogromna. Niestety z czasem wszystko wygasło i dziś trudno dostrzec podobny optymizm.

Czy podobnie wygląda sytuacja wśród chicagowskiej Polonii? Robert Lewandowski z pewnością będzie dla niej ogromnym magnesem.

– Polonia jest bardzo liczną społecznością, ale pod względem kibicowania nie różni się aż tak bardzo od pozostałych mieszkańców miasta. W Stanach Zjednoczonych bardzo często spotyka się zjawisko kibicowania sukcesowi. Kiedy drużyna wygrywa, zainteresowanie automatycznie rośnie. Gdy przychodzą słabsze lata, emocje wyraźnie opadają.

Nie oznacza to oczywiście, że ludzie odwracają się od swoich klubów. Po prostu sport w USA funkcjonuje trochę inaczej niż w Europie. Tutaj rzadziej spotkamy bojkoty czy bardzo agresywne protesty kibiców. Pamiętam sytuację sprzed kilku lat, kiedy pojawił się billboard nawołujący do odsunięcia od zarządzania Bulls Gara Formana i Johna Paxsona. Akcja odbiła się szerokim echem w internecie, ale bardziej jako ciekawostka i viral niż początek prawdziwej kibicowskiej rewolty.

Jednocześnie mieszkańcy Chicago są dziś niezwykle spragnieni sukcesów. To widać niezależnie od dyscypliny. Kibice Bulls czekają już blisko trzy dekady na kolejne mistrzostwo NBA, a od czasów Derricka Rose’a nie doczekali się również większych sukcesów w play-offach. Z kolei fani Blackhawks, Cubs czy nawet Bears mogli w XXI wieku przeżyć chwile wielkiej radości, choć również w ich przypadku od ostatnich największych triumfów minęło już sporo czasu.

Dlatego dziś chyba całe sportowe Chicago żyje przede wszystkim nadzieją, że któraś z miejscowych drużyn znów zacznie wygrywać na najwyższym poziomie. To pragnienie sukcesu jest bardzo wyraźnie odczuwalne. Nie nazwałbym tego frustracją, ale raczej ogromnym głodem zwycięstw, który łączy kibiców wszystkich najważniejszych klubów miasta.

Mówi się, że amerykańska kultura kibicowania bardzo różni się od europejskiej. W Chicago rzeczywiście widać tę różnicę?

– Zdecydowanie. Moim zdaniem nawet nie ma sensu próbować porównywać Stanów Zjednoczonych z Europą pod tym względem. Zwłaszcza jeśli zestawimy to z piłką nożną i tym, jak ogromne emocje potrafią towarzyszyć kibicom na naszym kontynencie. W Stanach można założyć koszulkę swojej ulubionej drużyny, pojechać do praktycznie każdego miasta i nikt nie będzie robił z tego problemu. To jest zupełnie normalne.

Pamiętam swój pierwszy mecz Chicago Blackhawks w United Center. Grali z jedną z drużyn przyjezdnych i w naszym sektorze siedział tylko jeden kibic gości. Był dosłownie otoczony setkami fanów Blackhawks. Oczywiście pojawiały się żartobliwe okrzyki czy drobne przytyki, takie jak „Pittsburgh sucks”, ale wszystko odbywało się z uśmiechem. Nie było wyzwisk, gróźb ani agresji.

Co więcej, kiedy jego drużyna zdobyła bramkę, wstał, odwrócił się do całego sektora, uniósł kufel piwa i w żartobliwy sposób świętował prowadzenie swojej drużyny. Reakcja? Wokół rozległy się śmiechy, ludzie również podnosili swoje kubki i odpowiadali: „Dobra, zobaczymy, kto będzie się śmiał po końcowej syrenie”. Trudno wyobrazić sobie podobną scenę na wielu europejskich stadionach.

Czy to oznacza, że w amerykańskim sporcie praktycznie nie ma agresji między kibicami?

– Nie powiedziałbym, że nie ma jej w ogóle, ale jej skala jest nieporównywalnie mniejsza niż w Europie. Są oczywiście rywalizacje, które mają ogromny ciężar historyczny. Najlepszym przykładem jest relacja pomiędzy Chicago Bears i Green Bay Packers. To jedna z najbardziej znanych rywalizacji w całej lidze NFL i rzeczywiście czuć tam wzajemną niechęć.

Kiedy Bears grają z Packers na Soldier Field, atmosfera jest zdecydowanie bardziej napięta niż podczas innych spotkań. To chyba jedyny mecz w roku, przy okazji którego kibice drużyny gości nie czują się aż tak swobodnie.

Niemniej, nawet wtedy mówimy bardziej o sportowej niechęci niż o przemocy. Nie mam poczucia, że ktoś miałby zostać pobity tylko dlatego, że przyszedł w koszulce rywali. W NBA wygląda to jeszcze spokojniej. Na meczach Bulls bez problemu można spotkać kibiców w koszulkach Charlotte Hornets, Minnesota Timberwolves, Los Angeles Lakers czy wielu innych drużyn. Nikogo to specjalnie nie dziwi ani nie oburza. Ludzie po prostu przyszli obejrzeć widowisko. To chyba najlepiej pokazuje filozofię amerykańskiego sportu. Rywalizacja jest bardzo ważna, ale równie ważne jest to, aby wszyscy dobrze się bawili.

Ta swoboda dotyczy również samych sportowców? Robert Lewandowski przez lata żył w Monachium i Barcelonie, gdzie praktycznie nie mógł przejść ulicą niezauważony. Chicago może okazać się pod tym względem zupełnie innym światem? Pytam o to, ponieważ w trakcie mundialu widzieliśmy, jak Lamine Yamal mógł swobodnie robić zakupy w supermarkecie, a jeszcze wcześniej to samo, bez wielkiego zamieszania, robił Leo Messi w Miami.

– Myślę, że właśnie tak będzie. Jeżeli Robert będzie spacerował po polskich dzielnicach Chicago, to praktycznie każdy rodak go rozpozna. To samo dotyczy Anny Lewandowskiej. Polonia doskonale wie, kim są i z pewnością ich obecność wywoła ogromne zainteresowanie. Natomiast trzeba pamiętać, że Chicago jest jednym z najbardziej zróżnicowanych etnicznie miast w Stanach Zjednoczonych. Mieszkają tu miliony ludzi o bardzo różnych korzeniach – Afroamerykanie, Latynosi, społeczności azjatyckie, Europejczycy z wielu krajów.

Nie wszyscy śledzą europejską piłkę nożną. To właśnie dlatego Robert Lewandowski będzie znacznie bardziej anonimowy niż w Barcelonie czy Monachium. Oczywiście pozostanie światową gwiazdą futbolu, ale nie będzie rozpoznawany dosłownie na każdym kroku. I wydaje mi się, że właśnie to może być jedna z największych zalet życia w Chicago – możliwość normalnego funkcjonowania. W Stanach wielokrotnie można zobaczyć znanych sportowców czy celebrytów robiących zakupy, jedzących kolację w restauracji albo spacerujących z rodziną. Ludzie oczywiście ich rozpoznają, czasem poproszą o zdjęcie, ale rzadko dochodzi do sytuacji, w których ktoś jest otaczany przez tłum. To zupełnie inna kultura niż w wielu europejskich miastach.

Czy ta wielokulturowość znajduje odzwierciedlenie również na trybunach?

– Bardzo wyraźnie. Każda dyscyplina ma w Chicago trochę inną publiczność. Najlepiej było to widać podczas meczu Chicago Fire z Interem Miami, na którym miałem okazję być z grupą polskich kibiców. Soldier Field był wypełniony do ostatniego miejsca, ale zdecydowaną większość kibiców stanowili Latynosi ubrani w koszulki Leo Messiego. Paradoks polegał na tym, że gospodarzem było Chicago Fire, a mimo to atmosfera bardziej przypominała święto argentyńskiej gwiazdy niż lokalnego klubu.

Koszykówka wygląda zupełnie inaczej. Na meczach Bulls bardzo liczną grupę stanowią Afroamerykanie. Ta dyscyplina od dekad jest mocno związana z kulturą hip-hopu i doskonale to widać również na trybunach United Center. Z kolei dzień później, kiedy w tej samej hali grają Chicago Blackhawks, publiczność wygląda już zupełnie inaczej. Hokej pozostaje sportem zdominowanym przez białych kibiców.

Podobne różnice można zauważyć także w baseballu. White Sox, których stadion znajduje się na południu miasta, przyciągają inną publiczność niż Cubs grający na historycznym Wrigley Field po północnej stronie Chicago. To pokazuje, że każdy klub ma swoją własną społeczność i własną kulturę kibicowania. Właśnie ta różnorodność sprawia, że sportowe Chicago jest tak fascynujące.

Ameryka kojarzy się z ogromnymi stadionami. W przypadku Chicago Fire wiele mówi się o nowym obiekcie, który ma otworzyć kolejny rozdział w historii klubu, a koszty budowy szacuje się na około 700 mln dolarów. Jak z perspektywy kibica wygląda obecnie oglądanie piłki nożnej w tym mieście?

– Soldier Field robi niesamowite wrażenie już od pierwszej chwili. Nawet kiedy człowiek stoi przed stadionem i patrzy w górę, ma świadomość, że znajduje się przed jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów sportowych w Stanach Zjednoczonych. Charakterystyczne rzymskie kolumny, ogromna bryła, historia tego miejsca – wszystko robi ogromne wrażenie. To jednak stadion projektowany przede wszystkim z myślą o futbolu amerykańskim, a nie piłce nożnej.

Jest gigantyczny, monumentalny i pod względem wizualnym naprawdę wyjątkowy, ale z punktu widzenia kibica komfort oglądania meczu nie zawsze jest taki, jakiego można by oczekiwać. Zwłaszcza jesienią i zimą. Soldier Field leży tuż nad jeziorem Michigan i każdy, kto choć raz spędził zimę w Chicago, wie, co to oznacza. Wiatr potrafi być bezlitosny.

Słyszałem nawet żart, że prawdziwym bohaterem jest ten, kto wytrzyma do końca grudniowego meczu Chicago Bears na najwyższych sektorach stadionu. Coś w tym jest. Sam przeżyłem w Chicago temperatury sięgające minus 25 stopni Celsjusza. Gdy do mrozu dochodzi jeszcze wiatr od jeziora, temperatura odczuwalna potrafi spaść znacznie poniżej minus dwudziestu stopni. Trudno wtedy mówić o komforcie, nawet jeśli ogląda się wydarzenie sportowe najwyższej klasy.

Dlatego rozumiem decyzję o budowie nowego stadionu dla Chicago Fire. Mniejszy obiekt oznacza nie tylko lepszą atmosferę, ale również większą wygodę dla kibiców. Łatwiej go zapełnić, łatwiej stworzyć odpowiedni klimat, a ludzie chętniej wracają na kolejne mecze.

W Stanach bilety na wielkie wydarzenia sportowe kosztują naprawdę dużo. Jeżeli ktoś wydaje kilkaset dolarów, chce otrzymać coś więcej niż tylko możliwość obejrzenia spotkania. Chce komfortu, dobrej infrastruktury i poczucia, że spędził wyjątkowy wieczór. Nowy stadion ma właśnie temu służyć.

Jednym z najczęściej powtarzanych wątków dotyczących Chicago jest pogoda. To rzeczywiście miasto, do którego trzeba się przyzwyczaić? Zwłaszcza jeśli ktoś przez ostatnie lata mieszkał w Barcelonie.

– Jeżeli ktoś kocha słońce przez cały rok, to oczywiście przeprowadzka z Barcelony do Chicago będzie odczuwalna. Natomiast często demonizujemy klimat Chicago. To nie jest przecież północna Kanada. Miasto leży mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co północna Polska. Latem temperatury są bardzo wysokie. Zdarza się, że w Chicago jest równie gorąco, jak u nas, a nawet cieplej. Chociażby wczoraj było 40 stopni. Za to zimą rzeczywiście daje o sobie znać wiatr. To właśnie on sprawia, że Chicago zyskało przydomek „Wietrznego Miasta”. Nawet kiedy termometr pokazuje okolice zera, odczuwalna temperatura może być o kilkanaście stopni niższa.

Niemniej, nie można patrzeć wyłącznie na zimę. Latem Chicago jest po prostu przepiękne. Jezioro Michigan wygląda momentami jak morze. Plaże są pełne ludzi, wszędzie można spacerować, jeździć rowerem, korzystać z parków. To jedno z tych miast, które naprawdę żyją na świeżym powietrzu. Jest też mnóstwo atrakcji turystycznych, restauracji i wydarzeń kulturalnych. Można odnieść wrażenie, że niemal każdego dnia dzieje się coś ciekawego. Dlatego patrzenie na Chicago wyłącznie przez pryzmat zimowej pogody byłoby dużym uproszczeniem.

To również jedno z najlepiej skomunikowanych miast w Stanach Zjednoczonych?

– Owszem. I to jest ogromna zaleta. Chicago leży praktycznie w centrum kraju. Niezależnie od tego, czy chcemy polecieć do Nowego Jorku, Miami, Las Vegas czy Los Angeles, większość podróży zajmuje trzy–cztery godziny. To świetna baza do życia i podróżowania. Nieprzypadkowo właśnie tutaj krzyżują się najważniejsze szlaki lotnicze i kolejowe w Stanach Zjednoczonych. Dla osoby takiej jak Robert Lewandowski, która będzie często podróżowała, to naprawdę istotny argument.

Skoro mówimy o codziennym życiu, nie sposób pominąć biznesu. Chicago często pozostaje w cieniu Nowego Jorku czy Los Angeles, ale osoby znające Stany Zjednoczone podkreślają, że to jeden z najpotężniejszych ośrodków gospodarczych kraju.

– I całkowicie się z tym zgadzam. Mam wrażenie, że w Europie nie zawsze zdajemy sobie sprawę z pozycji Chicago. Dla wielu osób Stany Zjednoczone kojarzą się przede wszystkim z Nowym Jorkiem, Los Angeles czy Doliną Krzemową. Tymczasem Chicago od lat pozostaje jednym z najważniejszych centrów finansowych całego kraju. To właśnie tutaj swoje siedziby mają światowe koncerny, między innymi McDonald’s czy United Airlines. Funkcjonuje jedna z najważniejszych giełd towarowych na świecie, a skala biznesu robi ogromne wrażenie.

Do tego dochodzi lotnisko O’Hare – jeden z największych portów lotniczych globu pod względem liczby operacji. Trudno znaleźć drugie miejsce, które byłoby tak doskonale skomunikowane z resztą Stanów Zjednoczonych. Chicago jest również potężnym centrum logistycznym i kolejowym.

To wszystko sprawia, że nie mówimy wyłącznie o mieście sportu. Mówimy o metropolii, która daje ogromne możliwości rozwoju również poza boiskiem. I właśnie dlatego uważam, że dla Roberta Lewandowskiego może to być niezwykle ciekawy kierunek. Nie tylko ze względu na piłkę. Chicago daje możliwość połączenia sportu, biznesu i normalnego życia. Niewiele miejsc na świecie oferuje taki zestaw możliwości.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski