Michał Szolc: chcemy zbudować społeczność gotową wypełnić nową halę [WYWIAD]
Dziki Warszawa przeszły drogę od świeżej sportowej marki do jednego z najciekawszych projektów w polskiej koszykówce. Prezes i założyciel klubu Michał Szolc tłumaczy w rozmowie dla SportMarketing.pl, dlaczego sukces sportowy ma dziś napędzać rozwój biznesowy klubu, jak Dziki chcą wykorzystać grę w europejskich pucharach i dlaczego największym kapitałem organizacji pozostaje społeczność.
Jakub Kłyszejko, redaktor naczelny portalu SportMarketing.pl: Michał, rozmawiamy kilka dni po historycznym sukcesie Dzików Warszawa – brązowym medalu mistrzostw Polski. Co ten wynik zmienia w postrzeganiu klubu przez kibiców, sponsorów, miasto i samą ligę?
Michał Szolc, CEO & Founder of Dziki Warszawa: – Sezon skończyliśmy w piątek, więc nie jestem jeszcze w stanie powiedzieć, co konkretnie ten sukces zmienił. Myślę jednak, że jak każdy sukces sportowy będzie miał bardzo dobry wpływ na organizację. Kibice lubią sukces, sponsorzy i partnerzy też. Zawodnicy oraz agenci również zwracają na to uwagę. Widzieliśmy to zresztą jeszcze zanim zdobyliśmy brązowy medal. W rozmowach z agentami przed nowym sezonem pierwsze pytanie nie dotyczyło budżetu, tylko tego, czy będziemy grać w pucharach. Fakt, że dzięki temu wynikowi zabezpieczyliśmy sobie miejsce przynajmniej w fazie grupowej FIBA Europe Cup, oznacza, że łatwiej będzie nam podpisywać wartościowych zawodników. Być może część z nich uda się też pozyskać za mniejsze pieniądze. To bardzo ważne, bo rynek jest w tym sezonie wyjątkowo trudny. Wielu młodych zawodników wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, do college’u, więc na rynku jest mniej graczy, a ceny i oczekiwania rosną. W Europie poszerzają się też rozgrywki pucharowe, coraz więcej klubów w nich gra, a te, które nie grają, mają trudniej. Cieszę się, że jesteśmy w tej pierwszej grupie.
Brązowy medal jest dla ciebie potwierdzeniem, że Dziki przeszły z roli ambitnego projektu do miejsca, w którym od klubu będzie się już wymagało regularnych sukcesów?
– Tak. Spodziewam się, że w kolejnym sezonie będziemy musieli udowodnić, że to nie był przypadek – zarówno od strony sportowej, jak i organizacyjnej. Pewnie taki będzie nasz cel: znowu wejść do czwórki i znowu walczyć o medale. Oczywiście to jest sport i po drodze może wydarzyć się mnóstwo rzeczy. Ale myślę, że tak trzeba na nas patrzeć: nadal jesteśmy ciekawym projektem, innym niż wszystkie, ale projektem, który ma już coś do udowodnienia. Chcemy pokazać kolejnym sezonem, że to, co robimy, jest konsekwentne, spójne i powtarzalne. W sporcie powtarzalność bardzo się liczy. Jednorazowy sukces można osiągnąć, ale powtórzyć go jest znacznie trudniej.
Który moment minionego sezonu był dla ciebie „najmocniejszy” marketingowo?
– Było kilka takich momentów. Na pewno bardzo dużo radości i uwagi przyniosło nam zwycięstwo z Iraklisem BC w Salonikach. To był świetny moment, tym bardziej że nie była to uwaga wyłącznie z Polski. ENBL nie jest może bardzo mocno reklamowanymi rozgrywkami, ale podnosi swój poziom i przyciąga coraz większą uwagę agentów, zawodników oraz kibiców koszykówki. Sam fakt, że polska drużyna wygrała w Grecji, został zauważony.
To zwycięstwo smakowało bardzo dobrze także dlatego, że w fazie grupowej z nimi przegraliśmy. W Salonikach było jeszcze trudniej i jeszcze goręcej. Było wszystko, co znamy z bałkańskiej koszykówki: ruszanie koszem, przedmioty rzucane na parkiet, inwektywy pod adresem zawodników. Atmosfera była bardzo gorąca, a zespół się temu nie poddał, wytrzymał napięcie, wygrał mecz i awansował do Final Four. To był olbrzymi sukces i ogromna satysfakcja. Później wygraliśmy w Niemczech Final Four ENBL. To też było duże wydarzenie. Po powrocie największym wyzwaniem było pobudzić zawodników na nowo, bo kiedy odnosisz sukces w trakcie sezonu, bardzo łatwo stracić energię. A my akurat wkraczaliśmy w decydującą fazę walki o play-offy. Tu wielka rola Marco, żeby zespół przewrócił kartkę i zaczął pisać kolejny rozdział. Na szczęście to się udało.
Dla mnie olbrzymią radością była też wygrana z Anwilem w Warszawie, która dała nam awans do play-offów. Wtedy wiedziałem już, że to będzie dobry sezon. Brak awansu po zwycięstwach z Iraklisem i Anwilem byłby dla mnie trudny do zaakceptowania, a awans do play-offów był celem, który stawialiśmy sobie przed sezonem. To był ważny, historyczny moment – także dlatego, że pierwszy raz pokonaliśmy Anwil w oficjalnym meczu.
Potem przyszło przejście pierwszej rundy z Treflem Sopot. Trefl był wyżej notowany i dużo bardziej doświadczony jako organizacja. Dla nas to były pierwsze play-offy, dla nich kolejne z rzędu. To dało bardzo dużo satysfakcji. Seria z Legią była oczywiście bolesna, bo trudno przegrywa się trzy mecze z rzędu z lokalnym rywalem, ale potrafię ją szybko zracjonalizować. Legia miała dużo wyższy budżet, większy potencjał i była po prostu lepsza koszykarsko. Myślę, że gdybyśmy wygrali drugi mecz, moglibyśmy bardziej powalczyć, ale w tym sezonie Legia była poza naszym zasięgiem.
No i oczywiście sam medal. To olbrzymi sukces, zwłaszcza w takich okolicznościach: po przegraniu pierwszego meczu i konieczności odrobienia straty. Zdobyliśmy go przed własną publicznością, po bardzo fajnym i emocjonującym meczu. To dało ogromną satysfakcję.

Wspomniałeś o Marco Legovichu. Rok temu poszedłeś trochę pod prąd z wyborem trenera. Czy spodziewałeś się, że to aż tak wypali?
– Wynik na pewno jest powyżej moich oczekiwań sprzed sezonu. Oczywiście miałem nadzieję, że będziemy odnosić sukcesy, ale dopuszczałem też myśl, że pierwszy sezon może być przejściowy i trzeba będzie skupić się na docieraniu. Marco poznawał ligę i jej specyfikę, a ta liga ma swoje wymagania. Zakładałem więc, że być może nie uda nam się osiągnąć fantastycznych rezultatów od razu. Już w trakcie sezonu wiedziałem jednak, że jeśli chodzi o sposób pracy, poziom zaangażowania oraz to, jakim Marco jest człowiekiem i trenerem, mogę być spokojny. To oczywiście nie gwarantuje wyników, ale wiedziałem, że chcę z nim pracować dalej. Dlatego przedłużyliśmy kontrakt na kolejny sezon i wykorzystaliśmy opcję, którą mieliśmy w umowie. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że zdobędziemy brązowy medal, pewnie uznałbym, że to jeszcze trochę za wcześnie. Marco dobrał jednak odpowiednich ludzi, a później, kiedy zobaczył wyzwania i problemy, potrafił dostosować grę oraz system do zawodników i do tego, czego wymaga liga. Mieliśmy bardzo trudny początek sezonu. Są kluby, które w podobnym momencie zaczęłyby się pewnie zastanawiać nad zwolnieniem trenera. Marco potrafił jednak dokonać korekt bez rewolucji w składzie. Zrobiliśmy właściwie tylko jedną zmianę, w dodatku trochę wymuszoną przez rynek. Od początku do końca graliśmy niemal tym samym zespołem. Zmieniło się natomiast to, jak zawodnicy byli wykorzystywani. Marco znał mocne strony każdego z nich, potrafił ukryć słabości i zmienił system gry. To doprowadziło do tego, że byliśmy w stanie rywalizować ze znacznie mocniejszymi przeciwnikami.
Nie boisz się, że po takim sezonie Marco „odfrunie” do Europy?
– Po pierwsze, ma kontrakt. Ale oczywiście sam kontrakt nie załatwia wszystkiego. Wierzę jednak w swoje wybory i w swoją ocenę ludzi. Wybrałem konkretnego człowieka także ze względu na to, jaki jest i jakie wartości reprezentuje. Gdyby dzisiaj dostał propozycję życia i miał zostać head coachem w Eurolidze, pewnie sam bym go nie zatrzymywał. Są propozycje, których się nie odrzuca i źle bym się czuł, gdybym stanął mu na drodze. Ale bez przesady – takie propozycje dziś się nie pojawiają. Marco ma inne opcje, natomiast nawet nie ma sensu o tym rozmawiać. Ma zadanie do wykonania w Warszawie.
Zna mój plan i moje ambicje. Wie, że są spójne z jego ambicjami. To człowiek, który chce się rozwijać i jest bardzo głodny sukcesów. Trafił do organizacji, która jest dokładnie taka sama. Bardzo do siebie pasujemy. Myślę więc, że za chwilę będziemy raczej rozmawiać o kolejnym przedłużeniu kontraktu niż o tym, skąd ma oferty i co zrobić, żeby tam nie poszedł.
Co jest dziś największym kapitałem Dzików?
– Mało oryginalnie odpowiem, ale myślę, że społeczność, którą zgromadziliśmy. Na każdym poziomie, również biznesowym, mamy fantastyczną grupę ludzi, którzy wspierają mnie osobiście i wspierają klub. To kilkadziesiąt osób, bez których tak naprawdę już by nas nie było. Przeszliśmy trudny moment w tym sezonie, jeśli chodzi o sponsorów i wyszliśmy z niego obronną ręką właśnie dzięki nim. Coraz większą siłą staje się też marka, którą budujemy: to, że ludzie chcą chodzić na Dziki, że Dziki stają się modne i że się o nich mówi. To efekt pracy wielu osób w organizacji, ale też efekt spójności. Wartości, które sobie spisaliśmy i które są częścią naszej kultury organizacyjnej, są obecne we wszystkim, co robimy – nie tylko na parkiecie, lecz także w komunikacji i codziennej pracy. Myślę, że Dziki są marką, z którą ludzie chcą się utożsamiać.

Kiedyś mówiłeś, że chciałbyś, aby Dziki były alternatywą dla Netflixa, schodków nad Wisłą i innych form spędzania czasu w Warszawie. Czy to już zaczyna się dziać?
– Bardzo chciałbym wierzyć, że są ludzie, którzy wybierają Dziki ponad inne formy rozrywki. Myślę, że zmierzamy w dobrą stronę. Niewątpliwie przeszkadza nam jednak infrastruktura. Do hali Koło trudno dojechać, czasami trudno kupić bilety, bo hala jest mała. Kiedy ktoś już się tam dostanie, zazwyczaj jest fajnie, ale nie da się ignorować niedogodności: liczby toalet, ograniczonej przestrzeni czy całej otoczki dnia meczowego.
Dlatego bardzo się cieszę, że w perspektywie dwóch lat w Warszawie ma się to zmienić. Wtedy będziemy mogli naprawdę mówić o alternatywie dla poważnej rozrywki. Czym innym jest oglądać mecz w fajnej, klimatycznej hali, ale jednak szkolnej i ograniczonej, a czym innym wejść do nowoczesnego obiektu, z dobrą gastronomią i wygodnym dojazdem. Wtedy my jako organizacja będziemy mogli zrobić z tego pełne show: sportowe, muzyczne i dźwiękowe.
Jak dziś definiujesz kibica Dzików? Mam wrażenie, że ta grupa się zmienia: kiedyś byli to głównie ludzie idący z klubem od pierwszych lat, a dziś Dziki przebiły się do warszawskiego mainstreamu.
– Wydaje mi się, że jesteśmy na bardzo dobrej drodze do zbudowania mody na Dziki. Bardzo cieszy mnie to, że często spotykamy na meczach osoby, które są pierwszy raz na koszykówce albo w ogóle nie chodzą regularnie na wydarzenia sportowe. To pokazuje, że moja wizja Dzików jako formy spędzania wolnego czasu i rozrywki działa. Myślę też, że jesteśmy bardzo dobrym klubem dla osób, które przyjechały do Warszawy z innych miast. Wiele z nich może mieć trudność z kibicowaniem Legii albo innemu klubowi z dużą tradycją i określoną tożsamością kibicowską. My jesteśmy świeżą marką. Nie mamy antagonizmów ani takiej kibicowskiej przeszłości, która kogoś wyklucza.
Jeśli ktoś lubi sport, koszykówkę i fajnie spędzony czas, to nawet jeżeli pochodzi z Wrocławia czy Włocławka i w dzieciństwie kibicował Śląskowi albo Anwilowi, nie ma problemu, żeby kibicował też Dzikom. Może stać się fanem obu zespołów. Myślę, że nadal jesteśmy jednym z najbardziej lubianych klubów wśród kibiców innych klubów i chciałbym, żeby to z nami zostało. Nasza grupa nie jest oparta wyłącznie na dziedzictwie, tradycji czy mieszkaniu w Warszawie z dziada pradziada. To klub dla wszystkich, także dla osób, które dopiero do Warszawy przyjechały. Można powiedzieć, że to taka mała Warszawa.
Kiedyś wspominałeś o Eurolidze. Czy przy perspektywie nowej hali w Warszawie ta Euroliga nadal pozostaje w sferze twoich marzeń?
– Na pewno będziemy chcieli grać w najlepszych możliwych rozgrywkach. Dzisiaj zmienia się cały krajobraz europejskiej koszykówki, bo pojawia się temat NBA Europe, Euroliga sama też się zmienia, a pozostałe rozgrywki europejskie idą w górę.
Kiedy hala powstanie, będzie miała dobre zastosowanie. Musimy jednak pamiętać, że z punktu widzenia NBA Europe czy Euroligi nawet hala na Skrze może być za mała. Na dziś wymogi Euroligi mówią o minimum 10 tysiącach miejsc. Oczywiście Euroliga robi wyjątki i wierzę, że kiedy dojdzie co do czego, to nawet w sześciotysięczniku w Warszawie będziemy mogli grać mecze Euroligi. Ale docelowo są to rozgrywki wymagające większych obiektów. Warszawa potrzebuje wielu obiektów różnej wielkości. Taka hala na 15-20 tysięcy miejsc też kiedyś powinna powstać, bo jest potrzebna miastu. Nie mówię nawet, że dziś jest potrzebna Dzikom, bo nam bardziej przydałaby się hala na trzy tysiące osób. Ale jeśli w Warszawie mają być organizowane duże imprezy sportowe, których nie da się zrobić na Stadionie Narodowym, to taki obiekt jest konieczny. Dzisiaj wiele wydarzeń Warszawę po prostu omija.
Bardzo szybko przeszliście drogę od niższych lig do ekstraklasy, a teraz do medalu. Czy tak szybki wzrost pomaga w budowaniu marki, czy tworzy też ryzyko?
– Na pewno pomaga w budowaniu marki, zwłaszcza gdy za wzrostem idzie sukces sportowy. Już teraz to widzimy. Oczywiście jest też tak, że to ciągła gonitwa. Musimy rosnąć jako organizacja, a ciągle mamy za mało zasobów, żeby robić wszystko na takim poziomie, na jakim chcielibyśmy to robić. Jesteśmy trochę startupem, który staje się scale-upem – ze wszystkimi bolączkami i wyzwaniami, które się z tym wiążą. Dla mnie to bardzo dużo pracy. Na pewno musimy lepiej przygotować się do kolejnego sezonu, zwłaszcza jeśli mamy grać w poważniejszych rozgrywkach międzynarodowych i znowu zaatakować czwórkę oraz walczyć o medale. Czeka nas inwestycja w ludzi i strukturę. To jest nieuniknione.
Co było trudniejsze: zbudowanie drużyny, która wygrywa, czy środowiska dla partnerów biznesowych, które jest wiarygodne i atrakcyjne?
– To dwa zupełnie różne wyzwania. Łączy je jednak kultura organizacyjna, wartości i wizerunek. Zarówno budowanie zespołu, jak i budowanie społeczności wokół klubu jest łatwiejsze, kiedy potrafisz odpowiedzieć na podstawowe pytania: po co to robisz, dla kogo to robisz i dokąd zmierzasz. Chciałbym wierzyć, że dzięki temu możemy mieć lepsze wyniki sportowe. Zbieramy tutaj grupę określonych, nieprzypadkowych osób. W trakcie sezonu możemy wracać do wartości, o których mówimy na początku. Dzięki temu ludzie są w stanie przekraczać swoje granice i grać jeszcze lepiej jako zespół.
W Warszawie dużo mówi się o potrzebie dużej hali. Jak chcielibyście korzystać z takiego obiektu, jeżeli rzeczywiście powstanie?
– Przede wszystkim chcielibyśmy rozgrywać tam mecze – zarówno w polskiej lidze, jak i w europejskich pucharach. Do tego taki obiekt powinien służyć. Użyję przykładu Madrytu. Są tam dwa kluby koszykarskie: Real Madryt i Estudiantes. Oba grają na tym samym obiekcie, ale oczywiście na nim nie trenują, bo na tak dużych halach się nie trenuje. To jest nieekonomiczne. Wiadomo, że są treningi przedmeczowe, ale codzienne zajęcia w hali na kilka tysięcy osób nie mają sensu. Nie mam aspiracji do trenowania w nowej hali. Chcę przede wszystkim organizować tam świetne eventy i dobrą koszykówkę.
Myślisz, że za dwa lata byłbyś w stanie wypełnić pięcio albo sześciotysięczny obiekt?
– To jest nasz cel. Mamy teraz dwa lata, żeby zbudować na tyle dużą i silną społeczność, aby w momencie, kiedy będziemy mogli zorganizować mecz w hali na sześć tysięcy miejsc, ta hala była pełna. I nie chodzi o jeden mecz, tylko o każdy mecz.
Macie już strategię, jak do tego dojść?
– Jesteśmy właściwie na ukończeniu tego procesu. Można powiedzieć, że wiemy już, co chcemy zrobić, jak i kiedy. Myślę, że to będą bardzo intensywne dwa lata rozwoju i budowy. Z jednej strony musimy być coraz lepsi sportowo, bo sukces sportowy jest bardzo ważnym nośnikiem emocji dla kibiców. Z drugiej strony duża część naszego wysiłku organizacyjnego pójdzie w budowanie społeczności – tak, aby była gotowa wypełnić halę, kiedy ta będzie dostępna.
Warszawa jest już gotowa na koszykarski produkt premium?
– Myślę, że tak. Warszawa jako stolica dużego kraju jest na to gotowa. Pokazuje to chociażby frekwencja na wydarzeniach, które odbywają się na Stadionie Narodowym – koncertach, eventach i imprezach sportowych. Warszawa nie ma problemu z wypełnianiem dużego stadionu. To kwestia odpowiedniej infrastruktury i odpowiedniego produktu, który mam nadzieję za dwa lata będziemy w stanie pokazać.

Czy zakończony sezon – brązowy medal w Polsce i wygranie europejskiego pucharu – przybliża was do marzenia o Eurolidze?
– Na pewno zrobiliśmy kolejny krok w stronę realizacji tej wizji. Ktoś powie: gdzie ENBL, a gdzie Euroliga i będzie miał trochę racji. Ale to nie jest coś, co zrobimy w rok jednym zgrabnym ruchem. To proces. Moim zdaniem wykonaliśmy dość duży krok w kierunku gry w najlepszych możliwych europejskich rozgrywkach. Teraz trzeba robić kolejne kroki i wiedzieć, jakie one mają być oraz kiedy powinny zostać wykonane.
W poprzednim sezonie wygraliście europejskie rozgrywki. Jak przełożyć taki sukces na realną wartość marketingową – w kraju, w lidze i w środowisku, w którym część klubów w ogóle nie chce grać w pucharach?
– To trudny temat. Na zewnątrz, w środowisku międzynarodowym, jesteśmy w stanie ten sukces kapitalizować. Agenci, z którymi rozmawiamy, wiedzą, co osiągnęliśmy, i wiedzą, że mamy ambicje grać w Europie. W Polsce, na lokalnym rynku, jest trudniej. Jesteśmy krajem, w którym europejskie puchary ekscytują kibiców mniej niż rozgrywki krajowe. Dużo trudniej ściągnąć ludzi do hali w środę wieczorem na mecz z nieznanym przeciwnikiem niż w weekend na spotkanie z rywalem, którego znają.
Przed nami duża praca, jeśli chodzi o promocję takich rozgrywek. Nie mam jeszcze gotowej odpowiedzi, jak to zrobić. Kiedy spojrzałem na porównanie frekwencji na domowych meczach ENBL i meczach PLK, różnica była ogromna. Część można wytłumaczyć porą i dniem tygodnia. W Warszawie trudno ściągnąć ludzi do hali w środku tygodnia o 18 czy 19, kiedy dopiero kończą pracę i wiedzą, że muszą dojechać na Koło albo stać w korkach. Co innego sobota o 15, kiedy można przyjść z dziećmi i potraktować to jako formę spędzania wolnego czasu.
Z drugiej strony duże kluby grające w poważnych rozgrywkach pokazują, że to da się zrobić. Żalgiris potrafi wyprzedawać halę na mecze Euroligi w tygodniu. Na Litwie koszykówka jest religią, to prawda, ale na Bałkanach też widzimy przepełnione hale. Warto inspirować się też Paris Basketball, bo to rynek w pewnym sensie podobny do naszego: stolica, mnóstwo alternatyw i bardzo duża konkurencja o czas wolny ludzi. Im idzie coraz lepiej z wypełnianiem ośmiotysięcznej hali między innymi dlatego, że jasno stawiają na rozrywkę. Tylko znów – to nowy obiekt, w którym fajnie być i w którym komfortowo ogląda się mecz.
Z perspektywy sponsora bardziej atrakcyjne jest wygranie europejskiego trofeum czy medal w Polsce? Jaki dostaliście feedback?
– Ciekawe pytanie. Myślę, że wszyscy cieszyli się z jednego i z drugiego, ale chyba mieli świadomość, że medal w Polsce więcej waży. Nawet brązowy medal mistrzostw Polski bardziej ekscytuje kibiców i jednocześnie więcej znaczy na przyszłość, bo daje miejsce w pucharach. Dla nas to nadal ważniejsze. Nie mam jeszcze odpowiedzi na pytanie, jak wyglądałoby to przy bardziej prestiżowych rozgrywkach europejskich. Gdybyśmy wygrali FIBA Europe Cup, czy ludzie nadal bardziej ekscytowaliby się brązem w PLK? Tego dowiem się dopiero wtedy, kiedy zaczniemy wygrywać takie rozgrywki.
Co robicie już teraz, żeby poprzedni sezon nie był tylko jednorazowym peakiem, ale umocnieniem pozycji Dzików w czołówce?
– Kluczowe jest to, że nie jesteśmy zaskoczeni tym sukcesem w takim sensie, że dopiero dziś zastanawiamy się, jak chcemy zbudować zespół na kolejny sezon. Marco, również ze względu na swoją przeszłość jako pierwszy asystent, jest bardzo analityczny. Już dawno zidentyfikował, czego nam brakowało, jakie słabości miał ten zespół i co trzeba zrobić, żeby je wyeliminować. Tak naprawdę od grudnia analizujemy rynek i nasze potrzeby. Wiemy, czego potrzebujemy. Sukces trochę ułatwia rozmowy i być może pozwoli sięgnąć po jeszcze lepszych zawodników, ale nie jest tak, że jesteśmy dziś zaskoczeni i dopiero szukamy pomysłu. Myślę, że dobrze wiemy, co zrobić, żeby zbudować mocniejszy zespół.
Oczywiście to niczego nie gwarantuje, bo mamy jeszcze piętnaście innych klubów, które też myślą o tym, jak grać lepiej i wygrywać. Wiele zależy od tego, co zbuduje konkurencja. Natomiast jestem spokojny. Myślę, że to będzie po raz kolejny bardzo mocny i efektownie grający zespół.
Dużo klubów zastanawia się nad pucharami albo odpuszcza je głównie ze względów ekonomicznych. Wy nie chcecie tego robić. Jak najlepiej skonsumować udział w europejskich rozgrywkach, skoro finansowo trudno na nich zarobić?
– Przede wszystkim trzeba potraktować to jako inwestycję w przyszłość organizacji. Kiedyś zadałem podobne pytanie dyrektorowi sportowemu Bourg, które wygrało EuroCup i świadomie zrezygnowało z gry w Eurolidze ze względów organizacyjnych i infrastrukturalnych. Zapytałem: po co właściwie gracie w pucharach? Trochę zdziwił się tym pytaniem. W Polsce często słyszymy, że puchary się nie opłacają. On odpowiedział, że dzięki grze w Europie w każdym sezonie są w stanie zaoszczędzić kilkaset tysięcy euro na wynagrodzeniach zawodników, bo gracze przychodzą do nich za mniejsze pieniądze właśnie dlatego, że klub gra w pucharach. To ma sens, choć z jakiegoś powodu polskie kluby często nie potrafią tego wykorzystać – nawet grając w EuroCupie. Chciałbym, żeby Dziki były klubem, który potrafi to robić. W rozmowach z agentami i zawodnikami staramy się wykorzystywać sam fakt udziału w międzynarodowych rozgrywkach. Myślę, że to zaczyna działać.
Mam jednak wrażenie, że sytuacja trochę się zmieniła. Czasami możliwość gry w pucharach jest dziś warunkiem rozpoczęcia rozmowy z określonym zawodnikiem, a nie czymś, co automatycznie sprawia, że zagra za mniejsze pieniądze. Na pewno daje nam to dostęp do innych jakościowo graczy. Dzięki temu możemy zbudować lepszy zespół, dobry wynik sportowy nakręci hype wokół Dzików, ludzie będą chcieli kupować bilety i tak dalej. Dla mnie gra w europejskich pucharach jest dziś głównie narzędziem do zbudowania jak najlepszego zespołu oraz dodatkową ekspozycją dla partnerów. Dla wielu marek fakt, że będziemy mogli pokazać je widzom z innych krajów, jest atutem.
InPost, Superbet, Empik, Hoshi, Westfield, Volkswagen Financial Services – lista partnerów Dzików robi wrażenie nie tylko w polskiej koszykówce. Jak wy to robicie?
– Tak naprawdę wracamy do tego, o czym mówiłem wcześniej: jesteśmy atrakcyjną marką. Ludzie, którzy decydują o inwestowaniu środków w marketing czy sponsoring, widzą, że mogą sporo na tym ugrać. Jednocześnie byli odważni, bo współpraca z nami wiązała się z pewnym ryzykiem. Na ile znam tych ludzi i z nimi rozmawiam, patrząc też na to, że przedłużają z nami kontrakty, myślę, że nie żałują decyzji. Przy przedłużeniu umowy to już są decyzje biznesowe. Bardzo cenię to, że naszych partnerów łączy aktywne podejście. Rzadko ograniczają się tylko do położenia pieniędzy. Przez cały czas bardzo blisko z nimi pracujemy, wymyślając nowe sposoby i nowe formy prezentowania ich marek. To, co dzieje się na naszych meczach, jest efektem współpracy naszego zespołu z zespołami marketingowymi partnerów. To kluczowe. Po pierwsze, świetnie buduje relacje. Po drugie, jesteśmy bardzo elastyczni, więc szybko reagujemy na potrzeby partnerów.
Dziki grające w nowoczesnej hali, wypełnionej kibicami, mogłyby mieć dwa albo trzy razy więcej takich partnerów?
– Aż tak bym tego nie ujął, ale są partnerzy, którzy nie decydują się na współpracę ze względu na nasze ograniczone zasięgi. Jeśli tylko 1250 osób zobaczy mecz na żywo, a ktoś porównuje to z dziesiątkami tysięcy ludzi na stadionie piłkarskim, to w takim zestawieniu zawsze przegramy. Wtedy ratujemy się jakością i profilem grupy docelowej, ale czasami zasięg – albo jego brak – jest nieubłagany. Często zdarzają się też sytuacje, w których partnerzy chcieliby realizować aktywacje, których po prostu nie jesteśmy w stanie zrobić w hali albo w jej bezpośrednim otoczeniu. Superbet na stadionach piłkarskich często stawia swoje strefy, w których jest pełno ludzi i dobra zabawa. U nas nie ma gdzie tego zrobić. Pod tym względem jesteśmy ograniczeni i czasami nawet nasza kreatywność ma swoje granice.
W tym sezonie mieliście trudny moment organizacyjny: odejście zondacrypto. Jak dziś wygląda sytuacja z tym sponsorem?
– Od momentu, kiedy wypowiedzieliśmy umowę sponsorską, nic się nie zmieniło. Zaległość, która wtedy była, pozostała niespłacona. Chodziło o dwa miesiące. Nie róbmy sobie złudzeń – żadnych pieniędzy z tego kontraktu już nie zobaczymy. Tak jak wspominałem wcześniej, lojalność i zaangażowanie naszej społeczności biznesowej oraz innych partnerów pozwoliły nam przejść ten okres bez większego szwanku. Ja już o tym zapomniałem i szczerze mówiąc, nie chcę do tego wracać. Mentalnie był to bardzo trudny moment, ale dobrze sobie z nim poradziliśmy. Na pewno mamy z tego lekcje na przyszłość.
Jak budować biznes sportowy, kiedy nie masz do tego odpowiedniej infrastruktury? Hala ma około 1200 miejsc i ogranicza was niemal pod każdym względem.
– Po pierwsze, wymaga to olbrzymiej determinacji. To jedna z naszych wartości: nieustępliwość w dążeniu do celu. Bez niej dawno by nas nie było – bez mojej osobistej determinacji, ale też bez determinacji wszystkich ludzi pracujących w klubie. Druga rzecz to kreatywność. Musimy cały czas aktywnie szukać sposobów zarabiania pieniędzy, przynoszenia ich do klubu, monetyzacji partnerów, których mamy oraz pozyskiwania nowych partnerów. Im wyżej jesteśmy i im lepiej gramy, tym łatwiejszy jest ten proces, ale nadal pozostaje trudny.
Jeśli spojrzymy na strukturę finansowania klubów na świecie czy nawet w polskiej piłce, trzy główne nogi to przychody z dnia meczowego, prawa telewizyjne i sponsoring. My ze względu na pojemność hali nie jesteśmy w stanie zarabiać dużych pieniędzy z dnia meczowego. Nie mamy też znaczących wpływów z praw telewizyjnych – tak skonstruowany jest świat koszykówki w Polsce. Zostaje nam więc głównie noga sponsoringowa. Cała nasza kreatywność jest skierowana na to, żeby znajdować nowych partnerów, pokazywać im, że warto coś z nami robić, i przekonywać, że wspólne działania przyniosą efekty dla ich marek. Determinacja i kreatywność to dwie podstawowe cechy, bo bez nich byśmy umarli.
Są jeszcze szanse, żeby z dnia meczowego wycisnąć więcej i wychodzić choćby organizacyjnie na zero w najbliższych dwóch sezonach?
– Bardzo intensywnie to liczymy, ale jest to trudne. Koszty dnia meczowego nie są niskie, a my nie jesteśmy już w stanie sprzedawać więcej biletów. Nie chcemy też podnosić cen, bo chcemy, żeby na Dziki dało się przyjść. Oczywiście za chwilę może być tak, że nie będzie się dało przyjść na Dziki, bo nie będzie biletów – w tym sezonie już tak bywało. Ale nie chcemy, żeby Dziki były produktem premium w sensie ceny i żeby stać było na nie tylko bogatych. To nie ma sensu i do tego nie dopuścimy. Szukamy różnych sposobów ekspozycji marek, które moglibyśmy jeszcze pokazać, ale sama monetyzacja dnia meczowego w tak ograniczonej infrastrukturze jest bardzo trudna.
Nie jesteście w stanie zarabiać na gastronomii, stawiać większych atrakcji dla kibiców ani budować stref dla sponsorów. Można by długo wymieniać…
– Tak. Płatne toalety i płatna szatnia – to też są opcje na zarobek. Oczywiście żartuję. Brzmi to dramatycznie, ale przez dwa lata musimy sobie bez tego poradzić.
Jak jeszcze mocniej Dziki mogą „wyjść na miasto”?
– Odpowiedzią znowu jest siła marki i społeczności. Musimy mieć na tyle dużą grupę fanów, żeby nawet w środę o 19 było ich wystarczająco dużo w hali. Po prostu musi być nas dużo, dużo więcej. Mamy zaplanowany cały szereg działań, które będą budować markę, pomagać nam docierać do kolejnych osób i sprawiać, że coraz więcej ludzi będzie chciało bywać na Dzikach.
Polskiej koszykówce brakuje pieniędzy? Patrząc na budżety klubów z Ligi Mistrzów, nie mówiąc już o Eurolidze, potrzeby wydają się dużo większe.
– Pewnie tak, choć uważam, że to nie jest jedyny problem. W polskim sporcie generalnie brakuje też profesjonalizmu po stronie kadr zarządzających. Jeśli porównamy budżety naszych klubów z budżetami klubów grających w europejskich rozgrywkach, zaczynamy wyglądać blado. Zawsze znajdą się jednak przykłady klubów, które radzą sobie dobrze bez ogromnych budżetów. Posiadanie dużego budżetu to jedno, a dobre wydawanie pieniędzy to drugie.
Wracając do strumieni przychodów: taki klub jak mój dwóch z trzech właściwie nie posiada. Nie mamy dużych wpływów z dnia meczowego i nie mamy dużych wpływów z praw telewizyjnych. Nie wszystko jesteśmy w stanie nadrobić sponsoringiem. Sytuacja zmieni się, kiedy będziemy mogli sprzedać sześć tysięcy biletów na mecz, a być może do tego czasu zmieni się też kwestia praw telewizyjnych. Kiedy pojawią się trzy stabilne nogi finansowania, nie będziemy znacząco odbiegać od Europy.
Czego nauczyłeś się o sobie po tym sezonie jako prezes i właściciel?
– Myślę, że cierpliwości, trochę pokory i lepszego zarządzania emocjami. Dzisiaj dużo spokojniej podchodzę do emocji meczowych. Zrozumiałem, że najczęściej jeden mecz niczego nie zmienia. Rzadko jedna porażka sprawia, że nie jesteś w stanie zrealizować swoich celów biznesowych. Oczywiście są mecze na ostrzu noża: albo wygrywasz medal, albo go nie wygrywasz. Wtedy moje emocje też są większe. Ale staram się bardziej skupiać na pracy, którą mam do wykonania. Później nie mam już wpływu na to, jak koszykarze grają na parkiecie. Mój wpływ jest bardzo ograniczony. Mogę i muszę skupić się na tym, żeby mieli jak najlepsze warunki do pracy, żeby dostarczyć im motywacji i żeby rozumieli, czego oczekuje trener. Moja praca wykonuje się głównie poza parkietem. Mecz jest dla mnie przede wszystkim nagrodą – momentem, w którym mogę zobaczyć zwieńczenie tej pracy. Ale nie mam już wtedy realnego wpływu na to, czy odniesiemy sukces.
Jaką jedną rzecz chciałbyś, żeby branża marketingu sportowego zrozumiała na przykładzie Dzików?
– Myślę, że wielu marketerów już to rozumie: kreatywne działanie w dobrze określonej grupie docelowej może dać bardzo dobre efekty. Nie zawsze liczą się gigantyczne zasięgi w bardzo anonimowej grupie.
Na koniec: jakie jest twoje największe marzenie związane z klubem i jego funkcjonowaniem w kolejnych latach? Można powiedzieć, że wiele celów już realizujecie: awans do ekstraklasy, play-offy, medal, wygrane europejskie rozgrywki.
– Paradoksalnie to, co powiem, nie ma aż tak wiele wspólnego ze sportem. Moim marzeniem jest osiągnięcie takiej pozycji finansowej klubu, żeby ludzie w organizacji nie byli ograniczani tym, że na coś nie mamy pieniędzy. Powiem to inaczej: chciałbym, żeby klub miał tak stabilną sytuację finansową, abyśmy mogli realizować wszystkie nasze plany, marzenia i to, na co pozwala nam kreatywność. Uważam, że to, co pokazujemy dzisiaj, jest tylko ułamkiem naszych możliwości jako zespołu.
Jakub Kłyszejko
Więcej Wywiady
„Sport kobiet to przede wszystkim zmiana społeczna” [WYWIAD]
Sport kobiet to dziś nie tylko wyniki i medale, ale też historie, doświadczenia i rosnące znaczenie w świecie sportu. O tym rozmawiamy z dr Barbarą Pędraszewską z Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie, badaczką historii sportu i inicjatorką ogólnopolskiej konferencji poświęconej sportowi kobiet.