18.06.2026 06:21

„Pozyskanie sponsorów bywało trudniejsze niż zdobywanie szczytów Korony Ziemi” [WYWIAD]

Przez blisko 10 lat konsekwentnie realizował marzenie o zdobyciu Korony Ziemi. Niedawno zakończył projekt zdobyciem najwyższych szczytów kontynentów wszystkich kontynentów nazywany. Na co dzień Michał Leksiński pełni funkcję Chief Operating Officer w CEC Group, firmie doradczej specjalizującej się w public affairs. W rozmowie opowiada między innymi o determinacji, znaczeniu komunikacji oraz lekcjach liderskich, które wyniósł z gór i przenosi dziś do świata biznesu.

Udostępnij
"Pozyskanie sponsorów bywało trudniejsze niż zdobywanie szczytów Korony Ziemi" [WYWIAD]

Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Gratulacje ukończenia Korony Ziemi. Który ze szczytów okazał się największym wyzwaniem, nie tylko fizycznym, ale przede wszystkim mentalnym  i dlaczego?

Michał Leksiński, Chief Operating Officer w CEC Group, zdobywca Korony Ziemi: – Myślę, że bez wahania mogę wskazać Denali. Oczywiście każda góra i każda wyprawa miały swoje trudności, ale właśnie ten szczyt okazał się największym wyzwaniem. Zdobywanie Korony Ziemi to nie tylko kwestia finansowania kolejnych ekspedycji. To również miesiące przygotowań fizycznych, organizacyjnych i mentalnych, a także długie rozłąki z rodziną i codziennym życiem.

Historia Denali jest dla mnie szczególna także z innego powodu. Moja przygoda z Koroną Ziemi zaczęła się od szczytu Mont Blanc, który zdobyłem dopiero za trzecim podejściem. To ciekawa klamra całego projektu, bo również ostatni szczyt Korony Ziemi udało mi się zdobyć dopiero za trzecim razem.

O ile Mont Blanc nie stanowiło dużego wyzwania logistycznego, o tyle Denali to zupełnie inna historia. Uważane jest za jeden z najtrudniejszych szczytów Korony Ziemi, zaraz obok Mount Everestu. Sama organizacja wyprawy na Alaskę jest skomplikowana, czasochłonna i kosztowna. Dla wielu osób już jedna próba wejścia na ten szczyt jest ogromnym przedsięwzięciem.

Po dwóch nieudanych wyprawach wielu ludzi pytało mnie, czy warto próbować po raz trzeci. Niektórzy uważali to wręcz za przejaw szaleństwa. Jednak wiedziałem, że to właśnie Denali jest moim ostatnim celem w Koronie Ziemi i nie chciałem rezygnować.

Na szczęście tym razem wszystko zagrało. W górach zawsze potrzebne jest również odrobina szczęścia, przede wszystkim do pogody. Tym razem warunki pozwoliły nam bezpiecznie osiągnąć cel. Denali było dla mnie najtrudniejsze również dlatego, że wiąże się z wieloma emocjami i wspomnieniami. Poprzednie wyprawy nie obyły się bez dramatycznych wydarzeń. Były sytuacje związane z zagrożeniem życia. Dlatego, jeśli miałbym wskazać jeden szczyt, który najbardziej mnie sprawdził i najdłużej stawiał opór, bez wątpienia byłoby to Denali.

Zdobycie Korony Ziemi to projekt realizowany przez wiele lat. Co było trudniejsze: wejście na poszczególne szczyty czy utrzymanie motywacji i konsekwencji przez cały okres realizacji tego celu?

– Wydaje mi się, że Korona Ziemi jest przede wszystkim wyzwaniem podróżniczo-sportowym. Niektórzy twierdzą nawet, że ma w sobie więcej z podróży niż ze sportu, ponieważ prowadzi utartymi szlakami i sprawdzonymi drogami. Nie ma tu elementu eksploracji czy odkrywania czegoś, czego wcześniej nikt nie zrobił. Mimo to do każdej z tych gór trzeba się odpowiednio przygotować. Trzeba być w dobrej formie, regularnie trenować i poświęcić czas na przygotowania. To nie są małe ani łatwe góry. Dlatego ostatecznie jest to projekt, który łączy w sobie zarówno aspekt podróżniczy, jak i górski.

Doskonale rozumiem też głosy mówiące, że Korona Ziemi nie jest w środowisku wspinaczkowym traktowana jako wybitne osiągnięcie sportowe. Rzeczywiście, nie ma tu przełamywania granic alpinizmu czy wytyczania nowych dróg. Dla mnie jednak znaczenie tego projektu leży gdzie indziej. Postrzegam go przede wszystkim jako swoisty pomnik ludzkiej determinacji.

Niezależnie od tego, czy mówimy o siedmiu, czy dziewięciu szczytach, bo sam realizowałem rozszerzoną wersję Korony Ziemi (uwzględnia wejście na szczyty Mt Blanc i Elbrus w Euopie oraz Piramidę Carstensza i Górę Kościuszki w Australii i Oceanii), jest to przedsięwzięcie rozpisane na wiele lat. W tym czasie może wydarzyć się bardzo dużo rzeczy, które sprawią, że celu nie uda się zrealizować.

Na przykład jakich?

– Po pierwsze, nie każdą górę zdobywa się za pierwszym razem. W moim przypadku kilka szczytów wymagało kolejnych prób. Po drugie, ludzie realizują ten projekt w różnym tempie. Jedni kończą go stosunkowo szybko, inni potrzebują dziesięciu, piętnastu lat albo jeszcze więcej. To ogromny fragment życia, podczas którego wszystko może się zmienić.

Sam zaczynałem ten projekt jako singiel, a kończyłem go jako ojciec dwójki dzieci. W międzyczasie zmieniają się priorytety, sytuacja rodzinna, zawodowa czy finansowa. Wiele rzeczy może sprawić, że zabraknie motywacji albo że będziemy musieli skierować energię na zupełnie inne cele.

Znam osoby, które po kilku wyprawach stwierdziły, że nie chcą kontynuować tego projektu. Często okazuje się, że wejścia na takie góry jak Mont Blanc czy Elbrus bardzo różnią się od ekspedycyjnego charakteru wypraw na Denali czy Mount Everest. Nie każdemu odpowiada wielotygodniowe funkcjonowanie w trudnych warunkach, noszenie ciężkich ładunków czy życie przez długi czas poza cywilizacją. Dla części osób właśnie ten ekspedycyjny aspekt staje się granicą, której nie chcą przekraczać.

Dlatego uważam, że największym wyzwaniem nie są poszczególne szczyty, ale utrzymanie przez lata konsekwencji w działaniu. To zdolność do nieustannego wracania do celu mimo przeciwności. Oprócz samej motywacji trzeba jeszcze pogodzić wiele innych elementów: treningi, pracę zawodową, życie rodzinne, logistykę, finansowanie i współpracę ze sponsorami. Wszystkie te światy muszą ze sobą współgrać.

Kiedy dziś o tym myślę, największym sukcesem nie jest dla mnie wejście na konkretną górę. Największym sukcesem jest to, że przez ponad dekadę nie porzuciłem tego marzenia i konsekwentnie realizowałem kolejne etapy projektu.

Oczywiście poszczególne szczyty mają różny poziom trudności. Niektóre charakteryzują się bardzo wysokim odsetkiem wejść zakończonych sukcesem. Są jednak i takie, jak Denali, gdzie skuteczność wypraw wynosi około 50–60 procent. To pokazuje, jak wiele zależy od warunków, przygotowania i odrobiny szczęścia.

Mimo wszystko jestem przekonany, że o powodzeniu całego projektu w największym stopniu decyduje właśnie determinacja. Nie pojedyncza wyprawa, nie jeden szczyt, ale zdolność do konsekwentnego działania przez wiele lat.

Chciałbym dopytać o kwestię sponsorów. Wspominałeś wcześniej, że pozyskanie finansowania i budowanie partnerstw bywało momentami większym wyzwaniem niż same wyprawy. Jak z perspektywy całego projektu oceniasz współpracę ze sponsorami? Czego nauczyło Cię budowanie takich relacji i jaką rolę odegrali partnerzy w realizacji Korony Ziemi?

– Z pewnością Korona Ziemi jest fantastycznym projektem. Zupełnie inaczej wygląda jednak jego realizacja, gdy ktoś może finansować go samodzielnie. Jeśli ma taką możliwość, świetnie, bo wiele rzeczy staje się po prostu łatwiejszych. Pamiętam sytuacje, kiedy siedziałem z kolejnymi umowami czy budżetami i myślałem sobie, że gdyby środki były dostępne od razu, cała droga byłaby znacznie prostsza.

W momencie, gdy do projektu dochodzi jednak kwestia pozyskiwania finansowania i współpracy ze sponsorami, otwiera się zupełnie nowy rozdział. To już nie jest tylko projekt górski, ale również projekt biznesowy i fundrisingowy.

Dla mnie była to zupełnie nowa rzeczywistość. Nie miałem wcześniej wiedzy ani doświadczenia w pozyskiwaniu sponsorów. Nie znałem mechanizmów współpracy z partnerami, nie miałem wypracowanych umiejętności ani intuicji, jak takie relacje budować. Tego wszystkiego musiałem nauczyć się po drodze.

Pierwsze wyprawy, takie jak Mont Blanc czy Elbrus, finansowałem samodzielnie. Jednak wraz z rozwojem projektu wiedziałem, że w pewnym momencie dotrę do granicy, której nie będę w stanie przekroczyć własnymi środkami. Są bowiem szczyty i wyprawy, które wymagają znacznie większych nakładów finansowych.

Mam tu na myśli przede wszystkim takie ekspedycje jak Piramida Carstensza, Denali czy Masyw Vinsona na Antarktydzie. To przedsięwzięcia kosztujące dziesiątki, a czasem nawet setki tysięcy złotych. W pewnym momencie stało się więc jasne, że bez wsparcia zewnętrznego realizacja całego projektu będzie bardzo trudna albo wręcz niemożliwa.

Właśnie wtedy rozpoczęła się dla mnie druga, równoległa wyprawa – nie w góry, ale do świata sponsorów, partnerów i budowania długoterminowych relacji. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że była to nauka niemal tak samo wymagająca, jak przygotowanie do najtrudniejszych szczytów.

Co było przełomem?

– Wyprawa na Antarktydę. To był moment, w którym poświęciłem ponad rok intensywnej pracy wyłącznie na pozyskiwanie sponsorów i budowanie partnerstw. W praktyce moje życie sprowadzało się wtedy do pracy zawodowej i działań związanych ze sponsoringiem. Nie było w tym czasie ani gór, ani wspinania, była konsekwentna praca nad tym, aby doprowadzić projekt do skutku.

Ostatecznie udało się zgromadzić potrzebne środki, a sama wyprawa na Antarktydę okazała się niezwykle atrakcyjna z perspektywy mediów i opinii publicznej. To miejsce egzotyczne, odległe i dla większości ludzi niedostępne, dlatego naturalnie budzi zainteresowanie.

W efekcie pojawiło się sporo publikacji medialnych. Wspólnie z Instytutem Monitoringu Mediów przeanalizowaliśmy ich zasięg i wartość. Według wyliczeń ekwiwalent reklamowy osiągnął poziom bliski miliona złotych. Oczywiście mam świadomość, że nie jest to wskaźnik idealny, ale daje pewne wyobrażenie o skali zainteresowania i wartości, jaką można dostarczyć partnerom. Mając takie dane, znacznie łatwiej było prowadzić kolejne rozmowy sponsorskie i pokazywać potencjalnym partnerom konkretne korzyści ze współpracy.

Z czasem udało mi się nawiązać długofalowe relacje z partnerami. Te współprace przestały dotyczyć pojedynczych wypraw, a zaczęły obejmować szerszą historię budowaną przez kolejne lata realizacji projektu.

To zresztą bardzo ważny element sponsoringu. Marki nie szukają wyłącznie ekspozycji logo, ale również autentycznych historii. Dobrym przykładem jest współpraca z ADATA, producentem powerbanków. Wspólnie stworzyliśmy coś, co można nazwać swoistym „testem ekstremalnym” w trzech odsłonach. Ich produkty były wykorzystywane na Antarktydzie -jednym z najbardziej odległych miejsc na świecie, na Mount Evereście – najwyższej górze Ziemi oraz na Denali – uznawanym za jeden z najtrudniejszych szczytów Korony Ziemi i najzimniejszej górze świata. To są właśnie historie, które mają wartość dla marek, bo pokazują produkt w autentycznych, ekstremalnych warunkach i budują wiarygodny przekaz.

Obok współpracy ze sponsorami realizowałeś także projekt o wymiarze społecznym i charytatywnym. W trakcie wypraw prowadziłeś zbiórki oraz angażowałeś się we współpracę z jedną z fundacji.

– Tak, od samego początku zależało mi na tym, żeby ten projekt nie był realizowany wyłącznie dla mnie. Miałem poczucie, że gdybym traktował Koronę Ziemi wyłącznie jako osobiste wyzwanie i realizację własnych ambicji, byłoby w tym sporo egoizmu. Dlatego szukałem sposobu, aby nadać temu przedsięwzięciu również wymiar społeczny.

Naturalnym partnerem stała się dla mnie fundacja Happy Kids, którą miałem okazję poznać wcześniej. Fundacja prowadzi rodzinne domy dziecka i wspiera dzieci oraz młodzież znajdujące się w trudniejszej sytuacji życiowej. Wspólnie uznaliśmy, że warto połączyć projekt górski z działaniami na rzecz jej podopiecznych.

Nasza współpraca nie ograniczała się wyłącznie do zbiórek. Oczywiście takie inicjatywy również się pojawiały, ale równie ważne było wykorzystywanie kontaktów i relacji budowanych przy okazji rozmów sponsorskich. Bardzo często zdarzało się, że firmy z różnych powodów nie były zainteresowane wsparciem mojego projektu. Jednocześnie podobała im się działalność fundacji i chciały zaangażować się właśnie w ten obszar.

Dzięki temu kilkukrotnie udało się doprowadzić do wartościowych partnerstw pomiędzy fundacją a biznesem. Niektóre firmy przekazywały sprzęt sportowy dla dzieci i młodzieży, inne wspierały konkretne inicjatywy edukacyjne czy rozwojowe. Były też projekty, z których jestem szczególnie dumny.

Dwukrotnie udało nam się pozyskać sponsorów na obozy wspinaczkowe dla podopiecznych fundacji. Zabraliśmy dzieci na Jurę Krakowsko-Częstochowską, gdzie przez kilka dni mogły poznawać podstawy wspinaczki, aktywnie spędzać czas i budować pewność siebie. To były niezwykle wartościowe doświadczenia, bo wspinanie stawało się nie tylko sportem, ale również narzędziem rozwoju i dobrej zabawy.

Patrząc z perspektywy czasu, cieszę się, że wokół projektu Korony Ziemi udało się stworzyć coś więcej niż tylko historię o zdobywaniu gór. Dzięki niemu powstało wiele inicjatyw, które realnie pomogły innym ludziom. Dla mnie to jeden z najcenniejszych efektów całego przedsięwzięcia.

Niezależnie od zakończenia projektu Korony Ziemi nadal jestem związany z fundacją i jestem jej ambasadorem. To relacja, która przetrwała znacznie dłużej niż sama górska wyprawa i z której jestem szczególnie dumny.

Po zdobyciu ostatniego szczytu Korony Ziemi wiele osób pyta: co dalej? Jak zmienia się perspektywa na cele, sukces i dalszy rozwój, kiedy zamyka się projekt?  

– To bardzo szczególne uczucie. Z jednej strony daje ogromną satysfakcję, a z drugiej bywa wręcz przytłaczające. W końcu mówimy o projekcie, który nie został mi przez nikogo narzucony. To był mój własny pomysł, moje marzenie i moje zobowiązanie wobec samego siebie. Sam zdecydowałem, że chcę zdobyć Koronę Ziemi, i przez ponad dziesięć lat konsekwentnie dążyłem do tego celu.

Po zakończeniu takiego projektu pojawia się bardzo silne przekonanie, że naprawdę można zrealizować nawet najbardziej ambitne, szalone czy pozornie nierealne marzenia. Nie jest to już motywacyjne hasło, ale doświadczenie wyniesione z własnego życia. Jednocześnie człowiek ma pełną świadomość ceny, jaką trzeba za to zapłacić. To tysiące godzin pracy, wyrzeczeń, trudnych decyzji i konsekwentnego działania przez wiele lat. Sukces nie przychodzi za darmo, ale świadomość, że można dojść do celu, daje ogromne poczucie sprawczości.

Jednocześnie mam poczucie, że na głębsze podsumowania jest jeszcze za wcześnie. Rozmawiamy zaledwie kilka dni po moim powrocie. Wciąż walczę z jet lagiem i fizycznymi skutkami ostatniej wyprawy. Ten etap psychologicznego podsumowania całej drogi jest jeszcze przede mną.

Wiele mądrych osób, z moją żoną na czele, radzi mi teraz jedno – dać sobie czas. Nie rzucać się od razu w kolejne projekty, tylko pozwolić sobie pobyć przez chwilę w tej nowej rzeczywistości. Wakacje są ku temu idealnym momentem. Mój syn ma właśnie swoje pierwsze prawdziwe wakacje, więc chcę przede wszystkim spędzić czas z rodziną, odetchnąć i nie planować od razu kolejnego wielkiego celu.

Teraz życie mocno się zmieniło?

– Oczywiście są takie momenty, kiedy budzę się rano i dociera do mnie, że pewnych rzeczy już nie muszę robić. Przez lata w mojej głowie stale obecna była lista kolejnych wyzwań: najpierw Mount Vinson, potem Everest, później Denali. Zawsze było jeszcze coś do zrobienia, jakiś kolejny etap projektu. Towarzyszyły temu również pytania i obawy: „A co, jeśli się nie uda?”, „Co, jeśli pogoda pokrzyżuje plany?”, „Czy będę miał szansę wrócić za rok lub dwa?”.

Dziś tych myśli już nie ma. Zastąpiła je pewnego rodzaju pustka. Ale jest to raczej zdrowa pustka niż brak celu. Po prostu po raz pierwszy od bardzo dawna nie mam nad sobą ciężaru projektu, który trwał ponad dekadę.

Po wejściu na Everest doświadczyłem czegoś, co wielu himalaistów nazywa „post-Everest depression” – stanu, w którym człowiek zdobywa najwyższą górę świata i nagle zadaje sobie pytanie: „Co dalej?”. W pewnym sensie kończy się marzenie, które przez lata organizowało codzienność. Teraz zastanawiam się, czy podobny proces nie czeka mnie po zakończeniu Korony Ziemi. Być może już się zaczyna.

Bo dziesięć lat to nie tylko projekt. To również dziesięć lat nawyków, planowania, przygotowań i bardzo jasno określonego kierunku. Kiedy ten kierunek nagle znika, trzeba na nowo odnaleźć przestrzeń dla siebie.

Jednego jestem jednak pewien – góry pozostaną częścią mojego życia. Mam jeszcze wiele górskich marzeń, które przez lata odkładałem właśnie dlatego, że cała moja energia była skierowana na Koronę Ziemi. Dziś te pomysły wracają, pojawiają się też inne sportowe i życiowe wyzwania. Na razie jednak świadomie odkładam je na bok. Chcę dać sobie czas, żeby nacieszyć się tym, co już udało się osiągnąć.

Zamierzasz zebrać wszystkie wspomnienia, może w formie jakiejś publikacji?

– Od początku zależało mi również na tym, żeby po projekcie zostało coś więcej niż tylko wspomnienia. Naturalnym pomysłem wydawała się książka. Bardzo cenię publikacje dotyczące poszczególnych wypraw czy zdobywania Korony Ziemi, bo sam wielokrotnie z nich korzystałem. To wartościowe źródła wiedzy dla kolejnych osób, które marzą o podobnej drodze.

Jednocześnie miałem poczucie, że nie chciałbym pisać kolejnej klasycznej relacji z wypraw czy reportażu o zdobywaniu Korony Ziemi. Takich książek powstało już wiele i wiele z nich jest naprawdę świetnych. Jeśli miałbym kiedyś opowiedzieć tę historię, chciałbym znaleźć dla niej własną perspektywę i własny język – taki, który będzie mówił nie tylko o górach, ale również o determinacji, długoterminowym realizowaniu celów i zmianach, jakie zachodzą w człowieku przez dziesięć lat drogi do marzenia. Z czasem jednak coraz mocniej dojrzewało we mnie przekonanie, że najważniejsza w tej historii nie jest sama góra, ale to, co dzieje się wokół niej. Bardzo często spotykam się z dziećmi i młodzieżą w szkołach. Rozmawiam też ze swoimi dziećmi. Staram się opowiadać nie tylko o sukcesach, ale przede wszystkim o porażkach, wytrwałości i determinacji. O tym, że warto próbować, nawet jeśli inni nie wierzą w nasze marzenia albo się z nich śmieją.

Chciałem pokazać, że realizacja marzeń rzadko jest prostą drogą. Zwykle wiąże się z wieloma niepowodzeniami, zwątpieniem i koniecznością wielokrotnego podnoszenia się po porażkach. Sam wielokrotnie tego doświadczałem i właśnie o tym najbardziej chciałem opowiedzieć.

Dlatego ostatecznie postanowiłem spróbować stworzyć coś innego niż klasyczną książkę górską. Historię, która będzie mówiła nie tylko o zdobywaniu szczytów, ale przede wszystkim o odwadze, konsekwencji i wierze we własne możliwości.

Efektem tej pracy jest małe dzieło, z którego jestem bardzo dumny. Tym bardziej że spotkało się ono z pozytywnym przyjęciem i uzyskało aprobatę wydawnictwa Wydawnictwo Dwie Siostry. To był dla mnie sygnał, że ta historia może mieć wartość nie tylko dla osób interesujących się górami, ale także dla młodych ludzi, którzy dopiero uczą się realizować własne marzenia. Książka pojawi się w przyszłym roku.

Patrząc z perspektywy całej drogi do Korony Ziemi, jaka lekcja o przywództwie i budowaniu zespołów najbardziej zaskoczyła Cię podczas wypraw na różne kontynenty?   

– Myślę, że góry są niezwykle wdzięcznym poligonem metafor. Można w nich odnaleźć niemal wszystko – drogę do celu, znaczenie małych kroków, konieczność pokonywania przeszkód czy choćby słynną prawdę, że zdobycie szczytu to dopiero połowa drogi. Tych lekcji jest naprawdę wiele i większość z nich dotyczy determinacji, konsekwencji oraz umiejętności dzielenia wielkich celów na mniejsze, możliwe do zrealizowania etapy.

Gdybym jednak miał wskazać jedną najważniejszą rzecz, którą wynoszę z gór i wszystkich wypraw, byłaby to komunikacja. Może nie brzmi to tak spektakularnie, jak opowieści o ekstremalnych warunkach czy przekraczaniu własnych granic, ale właśnie komunikacja wielokrotnie okazywała się kluczowa.

W górach od sposobu, w jaki rozmawiamy ze sobą, często zależy bezpieczeństwo, a czasem nawet życie. Bardzo często spotykałem na wyprawach ludzi niezwykle silnych fizycznie, którzy po kilku dniach byli załamani psychicznie. Powody bywały różne – zmęczenie, trudne warunki, tęsknota za rodziną, stres czy zwykłe zwątpienie. W takich momentach ogromne znaczenie ma rozmowa. Czasem wystarczy wsparcie drugiej osoby, szczera wymiana myśli, czy zwykłe wysłuchanie, żeby ktoś odzyskał siłę do dalszego działania.

Co ważne, nie zawsze byłem po tej samej stronie. Bywały sytuacje, gdy to ja potrzebowałem wsparcia i to inni pomagali mi przetrwać trudniejsze chwile. Dzięki temu jeszcze mocniej zrozumiałem, jak wielką wartość ma otwarta i szczera komunikacja.

Mam poczucie, że dokładnie tak samo działa to w codziennym życiu. W relacjach, w rodzinie czy w biznesie bardzo wiele zależy od tego, jak się komunikujemy. Czy potrafimy mówić o problemach, oczekiwaniach i emocjach. Czy umiemy słuchać. Czy nie boimy się zadawać pytań i mówić wprost o tym, co jest dla nas ważne. To właśnie tę lekcję uważam za najcenniejszą.

Druga rzecz, której nauczyła mnie Korona Ziemi, to cierpliwość i systematyczność. Takie projekty pokazują, że wielkich celów nie osiąga się jednorazowym wysiłkiem. Realizuje się je krok po kroku, szczyt po szczycie, etap po etapie.

Przez ponad dziesięć lat nauczyłem się myśleć w krótszych perspektywach. Oczywiście warto mieć ambitny cel, ale nie da się zaplanować szczegółowo piętnastu lat życia. Zbyt wiele rzeczy może się zmienić. Dlatego zamiast skupiać się na odległym finale, lepiej koncentrować się na najbliższym kroku i konsekwentnie go realizować.

To podejście sprawdza się nie tylko w górach. Działa również w biznesie, w życiu zawodowym i w realizacji osobistych marzeń. Wielkie cele są ważne, ale osiąga się je poprzez codzienną, systematyczną pracę wykonywaną przez bardzo długi czas.

W świecie biznesu często mówi się o ambitnych celach i długoterminowych strategiach. Jakie trzy zasady z realizacji projektu Korony Ziemi poleciłbyś liderom i przedsiębiorcom realizującym wieloletnie projekty transformacyjne?

– Jest takie powiedzenie, które bardzo lubię i do którego często wracam – „kultura zjada strategię na śniadanie”. Myślę, że każdy, kto zajmuje się zarządzaniem organizacją, dobrze rozumie, co ono oznacza. Możemy tworzyć najlepsze strategie, opierać je na analizach, audytach i danych, ale jeśli nie są one spójne z kulturą organizacyjną, to prędzej czy później napotkają opór i po prostu się nie przyjmą.

Bardzo często obserwuję sytuacje, w których niewielka grupa ludzi przez wiele miesięcy pracuje nad strategią, a następnie prezentuje ją całej organizacji, oczekując natychmiastowej implementacji. Tymczasem pracownicy mają już swoje przyzwyczajenia, sposoby działania i przekonania. Jeśli nie zostaną włączeni w ten proces odpowiednio wcześniej, sama strategia może okazać się niewystarczająca.

Doskonałym przykładem jest dziś sztuczna inteligencja. W wielu firmach pracownicy już na własną rękę eksperymentują z różnymi narzędziami, wypracowują własne sposoby pracy, a dopiero później pojawia się formalna strategia wdrożenia AI. Jeżeli nie uwzględnia ona rzeczywistych zachowań i kultury organizacyjnej, jej wdrożenie staje się znacznie trudniejsze.

Jak wygląda to w górach?

– Bardzo podobnie, choć oczywiście istnieje strategia zdobywania szczytu, plan działania, podział ról i procedury bezpieczeństwa. Ostatecznie jednak na wyprawę wyrusza grupa ludzi – osób o różnych charakterach, temperamentach, doświadczeniach, poziomie przygotowania i odporności psychicznej. Taki zespół bardzo szybko tworzy własną kulturę działania.

Czasami okazuje się, że to właśnie ta kultura ma większy wpływ na powodzenie wyprawy niż sama strategia. Jeśli w zespole brakuje zaufania, otwartej komunikacji czy gotowości do współpracy, nawet najlepiej przygotowany plan może zacząć się rozsypywać. Nie dlatego, że był zły, ale dlatego, że nie uwzględniał ludzkiego aspektu przedsięwzięcia.

Druga lekcja, którą wyniosłem z gór i którą często przenoszę do świata biznesu, dotyczy przygotowania. Zawsze wychodziłem z założenia, że jadąc na wyprawę, muszę być przygotowany najlepiej, jak tylko potrafię. Każdy element wyposażenia powinien mieć swoje uzasadnienie, każdy fragment planu powinien być przemyślany, a każdy scenariusz – przeanalizowany.

Przed wyprawami uczyłem się tras niemal na pamięć. Wiedziałem, ile czasu zajmują poszczególne odcinki, jakie temperatury mogą panować na danej wysokości, gdzie znajdują się trudniejsze technicznie fragmenty i jakie zagrożenia mogą się pojawić. Musiałem znać swój sprzęt, system ubierania się i sposoby zarządzania temperaturą organizmu w różnych warunkach.

Oczywiście nawet najlepsze przygotowanie nie pozwala przewidzieć wszystkiego. Góry zawsze pozostaną środowiskiem nieprzewidywalnym. Paradoksalnie jednak właśnie dlatego warto przygotować się jak najlepiej. Im lepiej jesteśmy przygotowani, tym szybciej i sprawniej reagujemy na sytuacje, których nie dało się przewidzieć.

To działa dokładnie tak samo w biznesie. Nie przygotowujemy się po to, żeby wyeliminować niepewność, bo to niemożliwe. Przygotowujemy się po to, żeby móc działać skutecznie wtedy, gdy pojawia się nieprzewidziana zmiana.

W górach taka sprawność oznacza większe bezpieczeństwo i więcej czasu na regenerację. W organizacjach oznacza większą elastyczność, szybsze podejmowanie decyzji i lepsze radzenie sobie z wyzwaniami. Dlatego właśnie uważam, że dwie najważniejsze lekcje, jakie wyniosłem z Korony Ziemi, to znaczenie kultury i komunikacji oraz przekonanie, że solidne przygotowanie pozwala działać znacznie zwinniej w świecie pełnym niepewności.

Udostępnij
Magdalena Bryś

Magdalena Bryś