Być szerpą dla innych. Paweł Padusiński o kolejnym etapie po Koronie Ziemi [WYWIAD]
Przez ponad dwie dekady współtworzył jedne z największych transakcji na polskim rynku private equity. Dziś między innymi jako Wiceprzewodniczący Komitetu Innovate PL FoF w PFR Ventures, wspiera rozwój innowacyjnego rynku kapitałowego w Polsce. Niedawno zrealizował jedno z największych życiowych marzeń – w niespełna trzy lata zdobył Koronę Ziemi, stając na najwyższych szczytach wszystkich kontynentów. Choć świat inwestycji i wysokich gór wydaje się odległy, w obu o sukcesie decydują te same wartości: cierpliwość, rzetelne przygotowanie, umiejętność zarządzania ryzykiem i podejmowanie właściwych decyzji. Między innymi o tym porozmawialiśmy z Pawłem Padusińskim.
Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Gratulacje realizacji Korony Ziemi, czyli zdobycia najwyższych szczytów wszystkich siedmiu kontynentów. Czy od początku traktowałeś ten cel bardziej jak sportowe marzenie, czy biznesowy projekt z harmonogramem, budżetem i analizą ryzyka?
Paweł Padusiński: – To było przede wszystkim wyzwanie sportowe. Robiłem to dla własnej satysfakcji, a nie jako projekt biznesowy. Nie oznacza to jednak, że podchodziłem do tego spontanicznie czy bez przygotowania. Wręcz przeciwnie, przy takich wyprawach planowanie jest kluczowe. Trzeba było przemyśleć, w jakiej kolejności zdobywać szczyty, z kim jechać, z jaką agencją współpracować, którego szerpę wybrać, jaki sprzęt zabrać i jakie będą koszty. Często konsultowałem się też z bardziej doświadczonymi himalaistami, pytałem o wyposażenie, odpowiednie buty, kombinezon czy odzież. Tych decyzji było naprawdę sporo. Mimo wszystko nie traktowałem tego jak przedsięwzięcia biznesowego. To była przede wszystkim pasja, przygoda i ogromna frajda.
Czyli to była spontaniczna decyzja, ale oparta na wcześniejszym doświadczeniu w górach i we wspinaczce?
– Moje doświadczenie górskie zaczęło się jeszcze na studiach, jakieś 25 lat temu. Wtedy z przyjaciółmi sporo jeździliśmy w góry, głównie w Bieszczady i Sudety, trochę rzadziej w Tatry. Później przyszło ponad 20 lat bardzo intensywnej pracy zawodowej. Pracowałem po kilkadziesiąt, a czasem nawet ponad sto godzin tygodniowo, więc na góry zwyczajnie brakowało czasu. Udawało się wyjechać głównie na tygodniowy lub dziesięciodniowy wyjazd na narty w Alpy z rodziną albo znajomymi.
Zdarzały się jednak wyjątki. W naszej branży po zamknięciu dużej transakcji organizuje się zwykle tzw. closing dinner. My raz postanowiliśmy zrobić to inaczej. Po sprzedaży spółki Alpha Medical zamiast kolacji pojechaliśmy z zarządem i zespołem inwestycyjnym na Gerlach, najwyższy szczyt słowackich Tatr. Spędziliśmy razem czas w górach i w schronisku, wspominając cały proces. To było zdecydowanie bardziej w naszym stylu. Takich wyjazdów nie było jednak wiele. Wszystko zmieniło się trzy lata temu, kiedy odszedłem z pracy na pełen etat i zyskałem więcej czasu. Zimą byłem wtedy w Tatrach. Warunki były wymagające, ale góry zrobiły na mnie ogromne wrażenie. To właśnie podczas tego wyjazdu pomyślałem, że chciałbym robić więcej takich wypraw, mierzyć się z trudniejszymi górami i stawiać sobie ambitniejsze cele.
Wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl o Koronie Ziemi. Pamiętam, że schodziliśmy z jednego z tatrzańskich szczytów i powiedziałem do kolegi: „Słuchaj, mam plan. Kiedyś zdobędę Koronę Ziemi”. W tamtym momencie brzmiało to, jak odważne marzenie, ale właśnie od tej chwili wszystko się zaczęło.
Pojawiła się ta pierwsza myśl.
– Kiedy po raz pierwszy powiedziałem o tym pomyśle, reakcja była dość przewidywalna: „Paweł, nie wygłupiaj się”. Po powrocie do Warszawy zacząłem przekuwać tę myśl w rzeczywistość.
Zaczęło się od Kilimandżaro, od którego swoją przygodę z Koroną Ziemi rozpoczyna wiele osób. Byliśmy wtedy z rodziną w Tanzanii na safari. Po jego zakończeniu rodzina wróciła do Polski, a ja zostałem jeszcze kilka dni i wszedłem na Kilimandżaro. To była bardziej górska wędrówka niż wspinaczka, ale właśnie wtedy utwierdziłem się w przekonaniu, że chcę więcej. To był moment, w którym ta pasja naprawdę się zaczęła.
Co sprawiło, że po jednej wyprawie od razu zaczynasz myśleć o kolejnej?
– Wyprawy górskie mają w sobie coś wyjątkowego. Z jednej strony spędzasz mnóstwo czasu z ludźmi, którzy często mają niezwykle ciekawe historie i podobną pasję. Z drugiej strony masz wiele godzin tylko dla siebie. To czas na przemyślenia, planowanie i uporządkowanie różnych spraw. Uwielbiam ten rytm wypraw. Wyjeżdżasz na dwa, trzy tygodnie, a czasem, jak w przypadku Everestu, nawet na sześć. Opuszczasz swoją codzienność i trafiasz w zupełnie inne warunki. Każda wyprawa przynosi niespodzianki i uczy radzenia sobie z tym, co akurat się wydarzy.
Nigdy nie przeszkadzały mi spartańskie warunki. Nocowanie w namiocie, wiatr szarpiący tropik czy kilka dni na liofilizowanych posiłkach są po prostu częścią tej przygody. Oczywiście bywają trudne momenty, ale właśnie po to jedziemy w góry. Gdybyśmy szukali wygody, zostalibyśmy w domu. Paradoksalnie to właśnie góry sprawiają, że bardziej doceniam codzienność. Po powrocie cieszę się z rzeczy, które na co dzień wydają się oczywiste: ciepłego prysznica, dobrego posiłku czy własnego łóżka. Góry uczą perspektywy i przypominają, jak wiele mamy na co dzień, nawet jeśli często tego nie zauważamy.

Co było najtrudniejsze, zdobycie konkretnych szczytów czy utrzymanie konsekwencji przez trzy lata?
– Motywacji nigdy mi nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Po zdobyciu jednego szczytu od razu myślałem o kolejnym. Oczywiście cieszyłem się z każdej wyprawy, bo każda była czymś nowym. To były nowe kontynenty, kraje, kultury, ludzie, przyroda i doświadczenia. Samo odkrywanie tych miejsc było dla mnie ogromną wartością.
Musiałem się raczej hamować niż motywować. Koronę Ziemi zdobyłem w niespełna trzy lata, ale gdybym kierował się wyłącznie emocjami, pewnie próbowałbym zrobić to jeszcze szybciej. Chciałem zobaczyć wszystko od razu, jednak świadomie mówiłem sobie, żeby zwolnić, dać sobie czas, przeżyć każdą wyprawę i odpocząć przed kolejną. Nie chciałem, żeby stało się to wyścigiem.
Po każdym wyjeździe starałem się znaleźć chwilę na oddech i refleksję. Chciałem jeszcze raz przeżyć to, czego doświadczyłem, zanim zacznę planować kolejną wyprawę. Dzięki temu cały projekt, mimo że zrealizowany stosunkowo szybko, nie był dla mnie gonitwą za kolejnymi szczytami.
Jeśli z czymś naprawdę musiałem się mierzyć, to były to wyzwania, które stawiały przede mną same góry. Pogoda, problemy zdrowotne, zatrucia żołądkowe czy długie oczekiwanie na odpowiednie warunki. Na Denali spędziliśmy na przykład tydzień w jednym obozie, bo codziennie wiał silny wiatr i nie było możliwości ruszyć wyżej.
Góry uczą cierpliwości. Wbrew temu, co wielu osobom się wydaje, samo wspinanie zajmuje tylko niewielką część całej wyprawy. Znacznie więcej czasu poświęca się na regenerację, aklimatyzację i czekanie na odpowiednie okno pogodowe. Taka jest specyfika wysokich gór. Czasem największym wyzwaniem nie jest samo wejście na szczyt, ale umiejętność cierpliwego czekania na właściwy moment.
Jak wyglądała Twoja droga przez Koronę Ziemi? Od którego szczytu zacząłeś i jakie były kolejne?
– Zaczęło się od Kilimandżaro, później był Mont Blanc, a następnie Aconcagua. Starałem się zdobywać szczyty zgodnie z rosnącym poziomem trudności, od niższych do wyższych i od łatwiejszych do bardziej wymagających. Nie zawsze da się to zrealizować idealnie, ale taki był plan. Chciałem zostawić najtrudniejsze góry na sam koniec.
Prawie się to udało. Przedostatnim szczytem był Everest i to właśnie on okazał się dla mnie najtrudniejszy. Wiele osób uważa, że większym wyzwaniem jest Denali, ale moje doświadczenia są inne. Dla mnie Everest był zdecydowanie najbardziej wymagający.
Na sam koniec został Elbrus, choć nie dlatego, że jest najłatwiejszy. Przez trzy lata odkładałem tę wyprawę ze względu na wojnę i sytuację w regionie. Ostatecznie uznałem, że konflikt szybko się nie zakończy, więc zdecydowałem się pojechać, przekroczyć granicę z Gruzji do Rosji tylko na kilka dni, wejść na Elbrus i domknąć cały projekt. Nie chciałem zostawiać go niedokończonego.
Sama kolejność zdobywania szczytów była elementem planowania i ograniczania ryzyka. Chciałem zdobywać doświadczenie stopniowo, zamiast od razu rzucać się na najtrudniejsze góry. Znam osoby, które zaczęły od Everestu, chcąc od razu sprawdzić, czy wysokie góry są dla nich. Ja wybrałem bardziej klasyczną drogę, podobną do tej, którą wybiera większość zdobywców Korony Ziemi.
Aconcagua była dla mnie wyjątkową górą. Często mówi się, że to trekkingowy siedmiotysięcznik, ale wysokość robi swoje. Widziałem osoby, które nie radziły sobie z aklimatyzacją, a sam atak szczytowy oznacza wiele godzin wysiłku na wysokości od sześciu do siedmiu tysięcy metrów.
To właśnie na Aconcagui przeżyłem jedną z najbardziej niecodziennych przygód. Około 300 metrów przed szczytem straciłem plecak. Zatrzymałem się na krótki odpoczynek, usiadłem na dużym kamieniu i odłożyłem plecak za nim, przekonany, że leży stabilnie. Po kilkunastu sekundach zobaczyłem, jak zaczyna się zsuwać, nabiera prędkości i spada w przepaść. Co ciekawe, przez chwilę nawet nie dotarło do mnie, że to mój plecak.
W środku miałem wszystko: ubrania, jedzenie, wodę, a nawet paszport. To był klasyczny błąd wynikający ze zmęczenia. Na szczęście sama wyprawa zakończyła się powodzeniem, ale ta sytuacja do dziś przypomina mi, że w górach nawet chwila nieuwagi może mieć poważne konsekwencje.
Czy był moment, kiedy pomyślałeś, że tym razem szczytu nie uda się zdobyć?
– Byłem już bardzo zmęczony. W głowie miałem właściwie tylko szczyt. Nagle zobaczyłem, jak jakiś duży niebieski plecak zaczyna zsuwać się w dół. Pomyślałem nawet z uśmiechem: „No proszę, ktoś zgubił plecak”. Dopiero po chwili usłyszałem krzyk kolegów: „Paweł, to twój plecak!”.
Na początku powiedziałem sobie, że trudno. Do szczytu zostało około 300 metrów, więc uznałem, że dam radę wejść bez plecaka. Przewodnik miał wątpliwości. Zwracał uwagę, że zostało jeszcze kilka godzin marszu, a ja nie mam ani wody, ani jedzenia, ani dodatkowych ubrań. Uparłem się jednak, że idziemy dalej.
Po kilkudziesięciu metrach uświadomiłem sobie, że w plecaku został paszport. Wtedy zapytałem przewodnika, czy jest jakakolwiek szansa, żeby go odnaleźć. Bez paszportu powrót do kraju byłby ogromnym problemem.
Ustaliliśmy, że przewodnik spróbuje zejść i poszukać plecaka, choć od razu powiedział, że szanse są minimalne. Spadł około tysiąca metrów w dół. To oznaczało jednak koniec mojego ataku szczytowego i konieczność powrotu do bazy.
Plecak odnalazł się dopiero późnym wieczorem, ponad tysiąc metrów niżej. Ku mojemu zdziwieniu był w całkiem dobrym stanie, a paszport nadal był w środku.
Większość mojej grupy zdobyła wtedy szczyt. Cieszyłem się razem z nimi, ale jednocześnie było mi bardzo przykro, że mnie się nie udało. To był naprawdę słodko-gorzki moment.
Wieczorem, już w bazie na wysokości około 4200 metrów, siedzieliśmy przy kolacji. Jeden z przewodników zapytał mnie: „Bardzo ci zależało na tym szczycie. Co teraz zrobisz?”. Odpowiedziałem bez wahania: „Przyjadę za rok i spróbuję jeszcze raz”.
Po chwili przewodnik sprawdził prognozę pogody i powiedział: „Za trzy dni zapowiada się świetne okno pogodowe. Może spróbujesz jeszcze teraz?”.
Początkowo byłem sceptyczny. Byłem wyczerpany, a wcześniej zeszliśmy już z siedmiu tysięcy metrów do bazy. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się spróbować. Trzy dni później ponownie ruszyłem na szczyt, tym razem startując z dużo niższej wysokości niż reszta grupy. Wszystko ułożyło się idealnie i zdobyłem Aconcaguę.
Ta historia bardzo dużo mnie nauczyła. Pokazała mi, że w górach nie warto poddawać się po pierwszym niepowodzeniu. Jeśli nadal masz siłę, motywację i warunki na to pozwalają, czasem warto spróbować jeszcze raz.
Oczywiście nie zawsze kończy się to sukcesem. Zdarzyło mi się wrócić na górę dopiero rok później jak w przypadku Piramidy Carstensza. Z jednej strony oznacza to powrót w miejsce, które już znasz. Z drugiej jednak każda wyprawa jest inna. Inna jest pogoda, zespół, warunki i emocje, więc każda staje się nową przygodą.
Góry uczą przede wszystkim cierpliwości i pokory. Bardzo łatwo po pierwszym niepowodzeniu powiedzieć sobie: „To nie jest mój moment”. Z drugiej strony równie łatwo za wszelką cenę dążyć do celu i przekroczyć granicę rozsądku. Najtrudniejszą umiejętnością jest znalezienie równowagi. Trzeba wiedzieć, kiedy warto jeszcze walczyć, a kiedy odpuścić. To właśnie ta umiejętność, moim zdaniem, decyduje o tym, kto potrafi bezpiecznie wracać w góry i realizować kolejne marzenia.

Takie wyśrodkowanie w podejmowaniu decyzji.
– Tak, bardzo łatwo przesadzić w jedną albo drugą stronę. Widziałem ludzi, którzy rezygnowali zbyt wcześnie. Pierwsze trudności odbierali jako sygnał, że to nie jest ich moment, że są źle przygotowani, pogoda jest zła albo góra jest zbyt wymagająca. Czasami wystarczyłoby jeszcze trochę cierpliwości.
Z drugiej strony byłem też świadkiem sytuacji, w których ktoś za wszelką cenę chciał zdobyć szczyt. Pamiętam wspinacza na Evereście, który próbował wejść bez dodatkowego tlenu, choć nie był do tego przygotowany. Był w bardzo niebezpiecznej sytuacji i przez ponad godzinę trzeba było przekonywać go na wysokości ponad ośmiu tysięcy metrów, żeby zawrócił. Gdyby uparcie szedł dalej, istniało realne ryzyko, że nie wróci już do obozu.
Dlatego w górach najtrudniejszą sztuką jest znalezienie równowagi. Trzeba wiedzieć, kiedy warto jeszcze walczyć o cel, a kiedy odpuścić. To właśnie umiejętność podejmowania takich decyzji często decyduje nie tylko o powodzeniu wyprawy, ale przede wszystkim o bezpieczeństwie.
Na takiej wysokości organizm działa zupełnie inaczej, a emocje dodatkowo wpływają na sposób myślenia.
– Na takiej wysokości człowiek przestaje myśleć w pełni racjonalnie. Sam tego doświadczyłem. Myślenie staje się wolniejsze, zawęża się i skupia na jednej rzeczy. To efekt wysokości i niedotlenienia organizmu.
Przez całe życie uważałem się za osobę, która podejmuje decyzje w sposób racjonalny, analizując wszystkie dostępne informacje. W wysokich górach to jednak przestaje działać. Pojawia się coś w rodzaju myślenia tunelowego. Koncentrujesz się wyłącznie na jednym celu lub jednym problemie.
Czasami jest nim szczyt, który chcesz zdobyć. W moim przypadku podczas wejścia na Everest było inaczej. Całą uwagę pochłaniała walka z pogodą. Wiał bardzo silny wiatr, było ekstremalnie zimno i właściwie cały czas sprawdzałem tylko, czy nie odmrażam sobie palców u rąk i nóg, czy nadal czuję stopy i dłonie oraz czy mój organizm wciąż funkcjonuje tak, jak powinien.
W takich warunkach trudno myśleć o czymkolwiek innym. Dlatego tak ważne jest doświadczenie i wcześniejsze przygotowanie, bo w decydujących momentach bardziej niż na chłodnej analizie polegasz na wypracowanych nawykach i procedurach.
Taka lista do sprawdzania.
– Na takiej wysokości w głowie działa właściwie jedna lista kontrolna. Cała uwaga skupia się na jednym temacie. Przed wejściem na Everest wyobrażałem sobie, że jeśli dopisze pogoda, będę mógł spokojnie podziwiać widoki i cieszyć się chwilą.
Rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Był piękny wschód słońca i pamiętam, że spojrzałem na niego może przez pięć, najwyżej dziesięć sekund. Pomyślałem: „Jest przepięknie”. I natychmiast wróciłem do tego, co najważniejsze. Jest bardzo zimno, wieje potężny wiatr. Czy czuję palce u rąk? Tak. Czy czuję palce u nóg? Tak.
W pewnym momencie zsunął mi się kaptur kombinezonu. Miałem czapkę i kask, ale wiatr był tak silny, że miałem wrażenie, jakby chciał urwać mi głowę. W grubych łapawicach nie mogłem od razu założyć kaptura z powrotem. Po kilkunastu sekundach pojawiła się już panika. Wiedziałem, że muszę go założyć natychmiast, bo każda kolejna sekunda może mieć poważne konsekwencje.
Cały czas myślałem tylko o warunkach i o tym, czy mój organizm nadal funkcjonuje prawidłowo. To całkowicie wypiera wszystkie inne myśli.
Nawet na szczycie rzeczywistość okazała się inna od wyobrażeń. Wydawało mi się, że spędzę tam pół godziny, zrobię mnóstwo zdjęć i nagram film. W praktyce zrobiłem kilka fotografii, nagrałem krótki, może dwudziestosekundowy film i po kilku minutach chciałem już schodzić. Nie dlatego, że brakowało mi emocji, ale dlatego, że było tak zimno i czułem się tak źle, że liczyło się już tylko jedno: bezpiecznie wrócić do obozu.
Paradoksalnie to nie wejście, ale zejście jest często najtrudniejszym etapem całej wyprawy.
– W moim przypadku zejście trwało dokładnie tyle samo co wejście. Na Everest wchodziłem siedem godzin i na zejście również potrzebowałem siedmiu godzin. Wyszliśmy z czwartego obozu tuż przed godziną 23. Ja ruszyłem jako ostatni, a mimo to na szczycie znalazłem się wśród pierwszych. Tego dnia na Everest weszły 74 osoby i po drodze wyprzedziłem większość z nich. Naprawdę szedłem bardzo szybkim tempem.
Problem pojawił się podczas zejścia. Trzeba było minąć wszystkich wspinaczy, których wcześniej wyprzedziłem. Na grani szczytowej Everestu, która jest bardzo wąska, każde takie minięcie wymaga przepinania się z liny i zachowania ogromnej ostrożności. To zajmuje mnóstwo czasu i bardzo spowalnia marsz.
Ostatecznie zejście zajęło mi tyle samo co wejście. Kiedy wróciłem do obozu, byłem kompletnie wyczerpany. Biegałem maratony i ultramaratony, zdobywałem wiele innych gór, ale nigdy wcześniej ani później nie byłem tak zmęczony, jak po zdobyciu Everestu. To był zdecydowanie najbardziej wyczerpujący dzień w moim życiu.
Brzmi to jak absolutne wyczerpanie organizmu.
– To było naprawdę skrajne zmęczenie. Każdy krok kosztował ogromny wysiłek. Ciężko było iść, ciężko myśleć, ciężko nawet oddychać. Kiedy dotarłem do namiotu w obozie czwartym na wysokości około 7900 metrów, marzyłem tylko o tym, żeby się napić, coś zjeść i położyć. Człowiek nie ma już na nic siły.
Tyle że mnie następnego dnia czekało kolejne wyzwanie. Od początku planowałem zdobyć dwa ośmiotysięczniki jeden po drugim, czyli Everest i Lhotse. Wiedziałem, że to ambitny plan, ale czułem się dobrze przygotowany i chciałem spróbować.
Kilku moich znajomych miało podobny pomysł, ale ostatecznie nikomu poza mną się to nie udało. Do dziś nie wiem, dlaczego akurat mnie się powiodło. Po zdobyciu Everestu kilka razy byłem o krok od powiedzenia szerpie, że rezygnuję z wejścia na Lhotse. Byłem przekonany, że zwyczajnie nie dam rady.
Po czternastogodzinnej akcji wróciliśmy do obozu. Warunki były bardzo trudne. W małym dwuosobowym namiocie spało pięć osób. Byliśmy stłoczeni jak sardynki. Mój szerpa cały czas powtarzał: „Odpoczywaj, za kilka godzin wychodzimy na Lhotse”, a ja w duchu myślałem: „Nie ma takiej możliwości”.
W nocy obudził nas silny wiatr. Słyszałem, jak namiot dosłownie trzęsie się na wietrze. To był kolejny moment, kiedy chciałem zrezygnować. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zobaczyłem, że szerpa już topi śnieg na herbatę i przygotowuje się do wyjścia. Pomyślałem, że skoro on jest gotowy, to spróbujmy. W najgorszym razie przejdziemy kawałek i zawrócimy.
Stało się jednak coś zupełnie niespodziewanego. Z każdym kolejnym krokiem czułem się coraz lepiej. Żartuję czasem, że dostałem zastrzyk energii z kosmosu. Organizm nagle zaczął współpracować.
Wyszliśmy jako jedni z ostatnich. Dodatkowo przez zamieszanie ze zmianą czasu przy granicy z Chinami wydawało nam się, że jesteśmy mocno spóźnieni. Kiedy dotarliśmy pod Lhotse, zobaczyłem, że kilka zespołów jest już wysoko na ścianie. Pomyślałem wtedy, że będziemy ich spokojnie doganiać.
Im wyżej szliśmy, tym lepiej się czułem. Złapałem swój rytm. W górach jest trochę jak w maratonie. Kiedy odnajdę odpowiednie tempo, mogę utrzymywać je bardzo długo. Zaczęliśmy wyprzedzać kolejne zespoły i po około półtorej godziny byliśmy już na prowadzeniu.
Od tego momentu zaczęła się prawdziwa przyjemność. Byliśmy praktycznie sami na górze. Nie było tłumów ani kolejek, które dzień wcześniej spotkaliśmy na Evereście. Śnieg był świeży, bo w nocy padało, pogoda idealna, bez wiatru, z pięknym słońcem.
Lhotse okazało się całkowitym przeciwieństwem Everestu. Everest zapamiętałem jako bardzo trudną walkę z pogodą i własnymi słabościami. Na Lhotse wszystko wyglądało dokładnie tak, jak wyobrażałem sobie wysokie góry. Cisza, przestrzeń, świetne warunki i ogromna satysfakcja z samej wspinaczki.
Po zdobyciu Everestu powiedziałem sobie, że to mój pierwszy i ostatni ośmiotysięcznik. Miałem poczucie, że spróbowałem i więcej nie chcę. Po wejściu na Lhotse zmieniłem zdanie. Pomyślałem: „To jest właśnie to. Chcę jeszcze kiedyś przeżyć coś podobnego”. Na szczyt Lhotse dotarliśmy w około pięć godzin, a ta wyprawa do dziś pozostaje jedną z tych, które wspominam z największą radością.

Prawdziwa wysokogórska przygoda.
– Takich historii jest naprawdę wiele. Nie tylko tych, które przeżyłem osobiście, ale także tych, których byłem świadkiem. Na szczęście większość kończy się dobrze i po powrocie można je wspominać z uśmiechem.
Niestety zdarzają się również sytuacje znacznie poważniejsze. Odmrożenia, utrata palców, ciężkie choroby wysokościowe, a czasem nawet śmierć. W wysokich górach takie ryzyko po prostu istnieje.
Góry uczą pokory, bo nie nad wszystkim mamy kontrolę. Można być doskonale przygotowanym pod względem kondycji, sprzętu i logistyki, podejmować właściwe decyzje, a mimo to znaleźć się w sytuacji, na którą nie ma się wpływu. Lawina, spadające kamienie, nagłe załamanie pogody czy błyskawicznie rozwijająca się choroba wysokościowa potrafią zmienić wszystko w jednej chwili.
Znajomi często przypominają mi o tych zagrożeniach, zwłaszcza kiedy planuję kolejną wyprawę. Przytaczają statystyki i pytają, czy warto podejmować takie ryzyko. Na szczęście z roku na rok bezpieczeństwo w górach się poprawia. Mamy lepszy sprzęt, lepsze prognozy pogody i większą wiedzę na temat aklimatyzacji oraz działania organizmu na dużych wysokościach.
Mimo to ryzyka nie da się wyeliminować. W tym roku na Evereście zginęło kilka osób, podobnie było na innych ośmiotysięcznikach, takich jak Makalu. To pokazuje, że góry zawsze wymagają pokory i szacunku. Ryzyko jest nieodłącznym elementem tej pasji i każdy, kto decyduje się na takie wyprawy, musi mieć tego pełną świadomość.
Jakie emocje towarzyszyły Ci, gdy zrealizowałeś marzenie o zdobyciu Korony Ziemi?
– Czułem jednocześnie dwie skrajne emocje. Z jednej strony ogromną radość i satysfakcję, bo udało mi się zrealizować marzenie, nad którym pracowałem przez kilka lat. To nie było łatwe, wymagało czasu, przygotowań i wielu wyrzeczeń, dlatego poczucie spełnienia było naprawdę ogromne.
Z drugiej strony pojawił się smutek. Zamknąłem projekt, który przez trzy lata w pewnym sensie wyznaczał rytm mojego życia. Miałem plan, wiedziałem, jakie góry chcę zdobywać i w jakiej kolejności. To dawało mi cel i kierunek działania.
Kiedy ten cel zniknął, naturalnie pojawiło się pytanie: „Co dalej?”. W środowisku himalaistów mówi się nawet o tzw. depresji poeverestowej. Mnie nie dotknęła ona po samym Evereście, ale po zakończeniu Korony Ziemi rzeczywiście poczułem pewną pustkę.
Na szczęście jestem osobą, która zawsze ma w głowie kolejne pomysły. Zamiast długo rozpamiętywać to, co już udało się osiągnąć, zaczynam planować następne wyzwania. Góry nadal są moją wielką pasją i wiem, że mam tam jeszcze wiele do zrobienia. Myślę o kolejnych ośmiotysięcznikach, ale nie tylko.
Od lat biegam maratony i ultramaratony. Coraz poważniej myślę też o triathlonie. Moim marzeniem jest wystartować kiedyś w mistrzostwach świata Ironman w kategorii 50+. Pomysłów mi nie brakuje, a największym wyzwaniem jest dziś nie znalezienie kolejnego celu, ale zdecydowanie, który z nich realizować jako pierwszy.
Wiele z tych projektów wymaga miesięcy przygotowań i wzajemnie się wyklucza. Nie da się jednocześnie trenować do wymagającej wyprawy wysokogórskiej, maratonu i triathlonu.
Tak, bo każda z tych dyscyplin wymaga zupełnie innego przygotowania treningowego.
– Każdy z tych celów wymaga zupełnie innego przygotowania, a czasu, nawet na mojej pół emeryturze, nie da się rozciągnąć. Nadal pracuję, doradzam i zajmuję się inwestycjami. Tej pracy jest mniej niż kiedyś, ale wciąż zajmuje ważne miejsce w moim życiu.
Do tego dochodzi rodzina, żona, dzieci, przyjaciele i podróże, już niekoniecznie związane z górami, ale po prostu z odkrywaniem świata. Tych wszystkich aktywności jest na tyle dużo, że trzeba świadomie wybierać, na co poświęcić czas.
Paradoksalnie właśnie dlatego nie dopadła mnie ani depresja po Evereście, ani po zakończeniu projektu Korony Ziemi. Zawsze mam w głowie kolejne pomysły i cele. Lubię planować, zastanawiać się, co zrobić dalej i jak najlepiej się do tego przygotować.
Wiem jednak z rozmów z innymi zdobywcami, że wielu z nich rzeczywiście doświadcza poczucia pustki po zrealizowaniu tak dużego marzenia. To całkowicie naturalne. Kiedy przez kilka lat żyjesz jednym celem, jego osiągnięcie zostawia pewną przestrzeń, którą trzeba na nowo wypełnić. Dla mnie najlepszym sposobem jest po prostu wyznaczenie sobie kolejnego wyzwania.
Bo chyba zaczyna im brakować tej ekscytacji i celu, który przez tyle lat ich napędzał.
– To są ogromne emocje. Ogromna adrenalina i ekscytacja. Kiedy wracasz z takiej wyprawy do codzienności, w której dni wyglądają dość podobnie, wielu osobom zaczyna brakować tych przeżyć. Wracasz do pracy, obowiązków, weekendów i zwykłego rytmu życia, a w pamięci wciąż masz coś zupełnie wyjątkowego.
Myślę, że właśnie dlatego wiele osób tęskni za kolejnymi wyprawami. To jest odskocznia od codzienności i doświadczenie, którego trudno szukać gdzie indziej. Z drugiej strony nie każdy może sobie pozwolić na kolejne ekspedycje. To kwestia czasu, finansów, ale też ryzyka. Wyprawy w Himalaje są wymagające i kosztowne, a każda kolejna oznacza ponowne podjęcie pewnego ryzyka. Pojedynczo może wydawać się ono niewielkie, ale jeśli planujesz zdobyć kilka ośmiotysięczników, to z czasem zaczyna się kumulować.
Dlatego zakończenie projektu Korony Ziemi było dla mnie doświadczeniem słodko-gorzkim. Z jednej strony ogromna satysfakcja, z drugiej świadomość, że kończy się coś, co przez kilka lat było ważną częścią mojego życia.
Co ciekawe, bardzo podobne emocje przeżywam tuż przed wejściem na każdy szczyt. Kiedy zostaje mi ostatnie pięćdziesiąt czy sto metrów i wiem, że za chwilę osiągnę cel, zaczynam płakać. To nie jest smutek. To łzy szczęścia, ogromnej ulgi i wzruszenia.
W tym momencie dociera do mnie, że mimo wszystkich trudności udało się. Że jestem prawie na szczycie, wszystko poszło dobrze i jestem bezpieczny. Pojawia się ogromna wdzięczność, ale też świadomość, że to jeszcze nie koniec.
Nawet stojąc niemal na szczycie, cały czas mam z tyłu głowy, że najważniejsze będzie bezpieczne zejście. Dlatego radość miesza się z pokorą. Cieszę się, ale jednocześnie przypominam sobie, że wyprawa skończy się dopiero wtedy, gdy wrócę do obozu.
Ten moment trwa może dwie, trzy minuty, ale za każdym razem jest dokładnie taki sam. I chyba właśnie dlatego góry wciąż wywołują we mnie tak silne emocje.
Niesamowita intensywność przeżyć.
– To jest bardzo szczególny stan. Emocje są tak intensywne, że w ciągu kilku chwil przeżywasz skrajne uczucia. Radość, ulgę, wzruszenie, ale też strach i niepewność. Wszystko dzieje się niemal jednocześnie.
Trudno znaleźć podobne doświadczenie w codziennym życiu. Dla mnie najbardziej porównywalnym momentem były narodziny moich dzieci. Mam trójkę dzieci i byłem obecny przy ich porodach. To właśnie wtedy czułem podobną mieszankę emocji. Z jednej strony ogromną radość i ulgę, kiedy dziecko przychodzi na świat i słyszysz jego pierwszy krzyk. Z drugiej strony pojawia się niepokój i tysiące pytań: czy wszystko jest w porządku, czy dziecko jest zdrowe, czy na pewno nic złego się nie wydarzyło.
W górach jest bardzo podobnie. Kiedy jesteś tuż przed szczytem, radość z osiągnięcia celu miesza się z ogromną odpowiedzialnością i świadomością, że najtrudniejsze wcale nie musi być za tobą. Wiesz, że przed tobą jeszcze bezpieczne zejście i że do samego końca trzeba zachować koncentrację.
Myślę, że właśnie dlatego ludzie tak tęsknią za górami. W codziennym życiu tak silne emocje przeżywamy naprawdę rzadko, zwykle tylko w kilku przełomowych momentach. Góry dają możliwość doświadczenia ich częściej. Oczywiście nikt nie jedzie tam wyłącznie po adrenalinę, ale ta intensywność przeżyć sprawia, że każda wyprawa zostaje w pamięci na bardzo długo.

Jakie lekcje wyniesione z gór najbardziej przydają Ci się dziś w biznesie i w roli lidera?
– To pytanie pojawia się bardzo często i szczerze mówiąc, nie jest łatwe. W góry nie jeżdżę po to, żeby uczyć się biznesu. Wręcz przeciwnie. To ma być odskocznia od pracy, stresu i odpowiedzialności. W biznesie cały czas myślisz o projektach, wynikach i kolejnych wyzwaniach, a w górach chcesz po prostu od tego odpocząć.
Dopiero później okazuje się, że pewne rzeczy zostają z Tobą i zaczynasz wykorzystywać je również w pracy, choć nigdy nie było to celem.
Dla mnie najważniejszą lekcją jest dystans. W biznesie potrafimy bardzo przeżywać problemy, bo zależy nam na powodzeniu projektów. Ale kiedy wracam myślami do sytuacji z gór, choćby z Everestu, gdzie przy minus czterdziestu stopniach i silnym wietrze naprawdę myślisz o tym, żeby bezpiecznie wrócić, wiele codziennych problemów nagle przestaje wydawać się tak wielkich.
Myślę wtedy: skoro poradziłem sobie tam, to poradzę sobie również z tym. To nie znaczy, że lekceważę wyzwania, ale patrzę na nie z większym spokojem i wiem, że każde da się rozwiązać.
Góry nauczyły mnie także cierpliwości. Nie wszystko musi udać się za pierwszym razem. Czasem trzeba poczekać na lepsze warunki, odpocząć, zregenerować się i spróbować ponownie. W górach często powtarza się, że szczyt nigdzie nie ucieknie. Jeśli nie wejdziesz dziś, możesz wrócić za kilka dni, za kilka miesięcy albo nawet za rok.
Ta zasada świetnie sprawdza się również w biznesie. Nie każde przedsięwzięcie kończy się sukcesem od razu. Ważniejsze od szybkiego efektu są cierpliwość, konsekwencja i gotowość, by próbować ponownie. To właśnie te cechy, obok dystansu do problemów, są dla mnie najcenniejszymi lekcjami, które wyniosłem z gór.
Na ile przygotowanie do wyprawy wysokogórskiej przypomina proces inwestycyjny? Gdzie dostrzegasz najwięcej analogii?
– Zawsze byłem zwolennikiem bardzo dobrego przygotowania i organizacji. To była moja mocna strona w biznesie, niezależnie od tego, w jaką firmę inwestowałem.
Każda inwestycja to długi proces. Trzeba przeprowadzić dokładne due diligence, poznać firmę i branżę, zrozumieć ryzyka, a później wynegocjować dobrą umowę. To często setki stron dokumentów finansowych i prawnych oraz wiele miesięcy pracy.
W górach wygląda to bardzo podobnie. Również tutaj kluczowe jest przygotowanie: odpowiednia forma fizyczna, doświadczenie, trening, logistyka i sprzęt. Im lepiej przygotujesz się przed wyprawą, tym większe masz szanse na powodzenie.
Widziałem osoby, które podchodziły do tego zbyt spontanicznie. Dopiero na miejscu okazywało się, że zabrakło treningu, doświadczenia z ciężkim plecakiem czy wcześniejszych wypraw wysokogórskich. Inni próbowali oszczędzać, wybierając przypadkowe agencje, a później byli rozczarowani jakością organizacji, sprzętu czy wsparcia przewodników.
Dlatego zarówno w biznesie, jak i w górach, dobre przygotowanie naprawdę procentuje. Oczywiście nie da się przenieść tych doświadczeń jeden do jednego. To nie jest tak, że ktoś, kto odnosi sukcesy w biznesie, automatycznie będzie dobrym himalaistą, ani odwrotnie.
Myślę jednak, że pewne zasady są uniwersalne. Cierpliwość, konsekwencja, planowanie, umiejętność zarządzania ryzykiem i świadomość, że na skróty najczęściej się nie da. To wartości, które sprawdzają się zarówno podczas inwestowania, jak i w górach.
Gdybyś miał wskazać cechy, które są równie ważne zarówno w górach, jak i w biznesie, co znalazłoby się na tej liście? Odwaga, cierpliwość i konsekwencja?
– Wiesz co, nawet z tych trzech cech, które wymieniłaś, trudno wybrać jedną. Nie potrafię powiedzieć, że odwaga jest ważniejsza od cierpliwości czy konsekwencji. To raczej zestaw cech, które wzajemnie się uzupełniają. Co więcej, każdą z nich można doprowadzić do skrajności. Odwaga bardzo łatwo może przerodzić się w brawurę i wtedy przestaje być zaletą.
Pytałaś też wcześniej, czy w górach i w biznesie ważniejszy jest zdobywca szczytu, czy człowiek, który potrafi dobrze zaplanować drogę i czerpać satysfakcję z kolejnych etapów. Oczywiście można powiedzieć, że w biznesie każdy ma swój Everest i warto dążyć do ambitnych celów. Na początku są to mniejsze projekty, później coraz większe. To naturalny rozwój.
Ale kiedy myślę o określeniu „zdobywca szczytu”, mam przed oczami kogoś, kto za wszelką cenę chce być pierwszy, najlepszy i najwyżej. Kogoś, kto nie liczy się z kosztami. Ani w górach, ani w biznesie nie uważam tego za dobrą postawę.
Trzeba też pamiętać, że rozmawiasz z amatorem. Jestem turystą wysokogórskim, a nie himalaistą wytyczającym nowe drogi. Prawdziwi zdobywcy to ludzie, którzy jako pierwsi wchodzili na najwyższe szczyty świata czy dokonywali pierwszych zimowych wejść. Polska ma w tej historii wspaniałe osiągnięcia.
Dziś inspirują mnie tacy sportowcy jak Andrzej Bargiel czy Bartek Ziemski. To zawodowcy najwyższej klasy. Wchodzą na ośmiotysięczniki w niezwykle wymagającym stylu, a później zjeżdżają z nich na nartach. Kiedy jednak poznasz ich bliżej, szybko zrozumiesz, że za tymi sukcesami stoją dziesiątki lat pracy. To ich zawód i całe życie. Tak jak ja przez ponad dwadzieścia lat zajmowałem się inwestycjami, oni od lat poświęcają się górom.
Dlatego coraz bardziej przekonuję się, że najważniejsza jest droga, a nie sam szczyt. Na wierzchołku spędzasz pięć czy dziesięć minut, natomiast cała wartość tkwi w miesiącach przygotowań, wysiłku, doświadczeniach i ludziach, których spotykasz po drodze. I to jest lekcja, która sprawdza się zarówno w górach, jak i w biznesie.
Tak jak wspomniałeś, realizacją tego celu na szczycie cieszysz się zaledwie przez pięć minut.
– Na szczycie spędzasz pięć czy dziesięć minut. To piękny moment, ale trwa bardzo krótko. Oczywiście cieszysz się nim, robisz zdjęcia, nagrywasz film, a później z satysfakcją wracasz do tych wspomnień i myślisz: „Udało się, byłem tam”.
Ale tak naprawdę najważniejsza jest droga. Sama wyprawa trwa kilka tygodni, przygotowania zajmują wiele miesięcy, a jeśli spojrzeć szerzej, to często całe wcześniejsze życie prowadzi Cię do tego jednego momentu. Dlatego szczyt jest tylko zwieńczeniem całego procesu.
To właśnie podczas tej drogi powstają najcenniejsze wspomnienia. Tam rodzą się przyjaźnie, tam uczysz się siebie i zdobywasz doświadczenia, które zostają z Tobą na lata. Do dziś utrzymuję kontakt z ludźmi, z którymi wspinałem się na różne góry. Spotykamy się, planujemy kolejne wyprawy i wracamy do wspólnych przeżyć.
Dlatego uważam, że droga jest znacznie ważniejsza niż sam szczyt. Zdarza się przecież, że ktoś musi zawrócić sto metrów przed wierzchołkiem z powodu pogody czy innych okoliczności. Czy to oznacza, że jego wyprawa była mniej wartościowa? Moim zdaniem nie.
Przeszedł tę samą drogę, zmierzył się z tymi samymi wyzwaniami i przeżył niemal wszystko to, co osoba, która ostatecznie stanęła na szczycie. Czasem o sukcesie decydują okoliczności, na które nie mamy wpływu. Dlatego warto doceniać cały proces, a nie tylko jego finał.
Mówisz, że jesteś trochę na „półemeryturze”, a jednocześnie wracasz do dużego biznesu, obejmując rolę Wiceprzewodniczącego Komitetu Innovate PL FoF w PFR Ventures, który wspiera rozwój innowacyjnego rynku kapitałowego w Polsce. Z jaką perspektywą wracasz dziś do takiej roli?
– Tak naprawdę nigdy nie rozstałem się z sektorem private equity, venture capital ani szerzej ze światem inwestycji. Zmieniła się jedynie moja rola. Nie jestem już partnerem w dużym funduszu i nie realizuję takich transakcji jak kiedyś, takich jak Allegro, Żabka, Diagnostyka czy Luxmed. Dziś działam bardziej jako doradca, ale z tym środowiskiem nadal jestem bardzo mocno związany i chcę w nim pozostać.
Wiele osób mówi, że wciąż jestem stosunkowo młody i rzeczywiście nie mam jeszcze pięćdziesięciu lat. Czuję, że przede mną jeszcze sporo czasu, ale przede wszystkim mam doświadczenie, którym chcę się dzielić. To zupełnie nowy etap mojej kariery. Nie chodzi już o to, żeby samemu zdobywać kolejne szczyty, podnosić sobie poprzeczkę czy szukać własnego Everestu. Mam poczucie, że przez ostatnie dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat wiele udało mi się osiągnąć.
Dziś swoją rolę postrzegam przede wszystkim jako pomaganie innym w zdobywaniu ich własnych szczytów. Chcę dzielić się doświadczeniem zawodowym, biznesowym i inwestycyjnym, ale także tym wyniesionym z gór. Jeśli miałbym określić swoją rolę jednym słowem, powiedziałbym, że chciałbym być trochę jak szerpa, czyli ktoś, kto zna drogę, potrafi wesprzeć innych i pomóc im bezpiecznie dotrzeć na szczyt. Bycie szerpą, który pomaga innym zdobywać ich własne szczyty, to chyba najlepiej oddaje to, jak dziś postrzegam swoją rolę. To oczywiście wymagająca praca, ale jednocześnie niezwykle satysfakcjonująca. Towarzyszenie innym w osiąganiu ambitnych celów i obserwowanie ich sukcesów daje ogromną satysfakcję. Właśnie tak widzę swoją rolę na tym etapie życia i kariery. Być szerpą.
Na koniec chciałabym zapytać o twoje sportowe i górskie plany. Wspomniałeś o ultramaratonach. Czy masz już wyznaczone kolejne cele albo wyprawy, które chciałbyś zrealizować?
– Na pewno chcę wrócić w Himalaje, do Nepalu. Mam jeszcze wiele górskich marzeń i planów. Jednym z nich jest próba zdobycia ośmiotysięcznika bez użycia dodatkowego tlenu. W przypadku Everestu i Lhotse nie chciałem podejmować takiego wyzwania. To jedne z najwyższych gór świata i uznałem, że było na to po prostu za wcześnie. Natomiast myślę o niższych ośmiotysięcznikach, takich jak Manaslu czy Dhaulagiri.
Drugim kierunkiem jest Pakistan. Chciałbym zobaczyć Karakorum i zmierzyć się z tamtejszymi górami. Wielu moich znajomych wróciło stamtąd zachwyconych, więc bardzo mnie to miejsce ciekawi. Mam nadzieję, że uda mi się tam spróbować swoich sił na kolejnych ośmiotysięcznikach.
Oczywiście te plany muszą pogodzić się z innymi sportowymi wyzwaniami. Nadal biegam maratony. W grudniu startuję w Walencji i chciałbym poprawić swój rekord życiowy. Uwielbiam bieganie, choć przygotowania do maratonu i wypraw wysokogórskich nie zawsze da się ze sobą połączyć. Część treningu jest podobna, ale nie da się optymalnie przygotować do maratonu, spędzając wiele tygodni na dużych wysokościach.
Mam jednak poczucie, że przede mną jeszcze sporo czasu i wiele celów do zrealizowania. Nie wszystko naraz, tylko krok po kroku. Jedno jest pewne. Po zakończeniu projektu Korony Ziemi nie zamierzam kończyć z górami. Wręcz przeciwnie. Chcę nadal się wspinać i realizować kolejne ambitne projekty.
Poza ośmiotysięcznikami fascynują mnie również inne pasma. Marzy mi się zdobycie Śnieżnej Pantery w Azji Centralnej, a także wejście na techniczne szczyty, takie jak Ama Dablam. Lista marzeń jest naprawdę długa. Oby tylko wystarczyło czasu, sił i zdrowia, bo z wiekiem wyzwania wcale nie stają się łatwiejsze. Na szczęście nie brakuje mi motywacji ani ciekawości świata i to właśnie ona wciąż pcha mnie w góry.
Trzymam kciuki! Mam też poczucie, że tę pasję do odkrywania świata przekazujesz swoim dzieciom.
– Staram się pokazywać swoim dzieciom, że świat jest piękny, pełen fascynujących miejsc i ciekawych wyzwań. Chcę, żeby wiedziały, jak ważne jest posiadanie pasji i odwaga, by je realizować.
Tak naprawdę całą Koronę Ziemi zadedykowałem jednej z moich córek, która choruje na cukrzycę typu 1. To oznacza, że każdego dnia musi mierzyć się z wieloma ograniczeniami. Korzysta z pompy insulinowej, przed każdym posiłkiem podaje sobie insulinę, stale kontroluje poziom cukru i zwraca uwagę na to, co je. Chciałem pokazać jej, że ta choroba nie musi przekreślać marzeń.
W górach wielokrotnie spotykałem ludzi, którzy mimo różnych trudności realizowali swoje cele. Pamiętam, jak podczas wejścia na Aconcaguę wspinałem się z dwudziestokilkuletnią Brytyjką chorującą na cukrzycę typu 1. W trakcie wspinaczki podawała sobie insulinę, a na dużej wysokości preparat nawet jej zamarzł. Mimo tych problemów nie zrezygnowała i zdobyła szczyt.
To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ograniczenia często są znacznie mniejsze, niż nam się wydaje. Chciałem, żeby moja córka zobaczyła, że nawet z cukrzycą można realizować ambitne marzenia i sięgać po rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się niemożliwe.
Magdalena Bryś
Więcej Wywiady
Mateusz Granoszek: logo już nie wystarcza. Prawdziwy sponsoring zaczyna się dopiero po podpisaniu umowy [WYWIAD]
Marketing sportowy nie kończy się na podpisaniu umowy i ekspozycji logo. Volkswagen Financial Services świadomie omija najbardziej oczywiste kierunki sponsoringowe, inwestując w projekty z potencjałem wzrostu, takie jak Dziki Warszawa, Ewa Pajor czy Miko Marczyk. O długofalowym budowaniu marki, aktywacjach dla kibiców i przyszłości sponsoringu sportowego opowiada Mateusz Granoszek, kierownik…