Michał Alster, właściciel kikfit: nie sprzedawałbym usługi, z której sam nie chciałbym korzystać [WYWIAD]
Jeszcze kilka lat temu rozwijał restauracje kikfit Bar, pierwotny biznes, z którego z czasem wyrosła marka cateringowa kikfit. Dziś stoi na czele jednej z najbardziej wyrazistych firm cateringu dietetycznego w Polsce. Michał Alster opowiada o filozofii kikfit, jakości bez kompromisów, współpracy ze sportowcami i rynku, który jego zdaniem, dopiero zaczyna dojrzewać.
Jakub Kłyszejko, redaktor naczelny portalu SportMarketing.pl: Jako właściciel cateringu dietetycznego rzeczywiście żywi się Pan wyłącznie własnymi posiłkami? Czy zdarza się testować konkurencję albo gotować samemu?
Michał Alster, założyciel i właściciel firmy cateringowej kikfit: – Zdecydowana większość mojej diety pochodzi z naszej kuchni. Mówiąc moim językiem, czyli przeliczając wszystko na kalorie, będzie to około 90 procent tego, co jem. Jest dosłownie jedna czy dwie restauracje, do których czasami wybieram się z rodziną lub znajomymi. To raczej wyjątkowe okazje niż codzienność.
Naturalnie obserwuję inne firmy, ale wyłącznie z perspektywy biznesowej. Jako konsument nie jestem w ogóle zainteresowany jedzeniem innych cateringów. Raz na kwartał analizujemy cały rynek – zamawiamy oferty wszystkich liczących się producentów z wyższego segmentu cenowego, sprawdzamy ofertę, ważymy posiłki, analizujemy produkt. To element kontroli rynku, a nie inspiracja do własnego sposobu odżywiania.
Na co dzień polegam wyłącznie na jedzeniu przygotowywanym przez kikfit. Tak samo odżywia się moja rodzina – rodzice, narzeczona, przyjaciele a przez wiele lat również moja świętej pamięci babcia, która była jedną z naszych najstarszych klientek. Przez ostatnie sześć–siedem lat życia codziennie jadła nasze posiłki.
To dla mnie bardzo ważne, bo od początku tworzyliśmy produkt przede wszystkim dla siebie i swoich najbliższych. Dzięki temu wokół marki powstała niezwykle lojalna społeczność klientów. Wielu z nich jest z nami od niemal dziesięciu lat. Kiedy ktoś przyzwyczai się do modelu żywienia, który wspólnie wypracujemy, bardzo trudno znaleźć mu podobną alternatywę. Dla osób, które nie mają czasu gotować, często wręcz jej nie ma.
Ta społeczność ma jeszcze jedną ogromną wartość – jest naszym najlepszym działem kontroli jakości. Jeżeli wydarzy się cokolwiek niepokojącego, dowiaduję się o tym najczęściej jeszcze w pierwszej połowie dnia.
Skąd w ogóle wziął się pomysł na kikfit? Czy od początku wiedział Pan, że będzie to catering dietetyczny?
– Nie. Catering dietetyczny wcale nie był naszym pierwszym pomysłem na biznes. Początkowo prowadziliśmy dwa lokale gastronomiczne pod marką Kik Fit Bar. Ostatecznie zamknęliśmy je tuż przed pandemią COVID-19, ponieważ model biznesowy okazał się nierentowny. Jednocześnie już wtedy widzieliśmy, że rynek cateringu dietetycznego dynamicznie rośnie, a pandemia tylko ten proces przyspieszyła.
Kluczowym momentem było partnerstwo z firmą technologiczną Flying Bisons która pomogła nam zbudować nowoczesny ekosystem sprzedaży internetowej. Przy tego typu usłudze sprawny e-commerce jest dziś absolutną podstawą. Bez niego funkcjonowanie firmy byłoby praktycznie niemożliwe.
Można więc powiedzieć, że catering okazał się nieplanowanym dzieckiem wcześniejszego biznesu. Jednocześnie zachowaliśmy wszystko to, co było dla nas najważniejsze w restauracjach. Bardzo wiele receptur, które stworzyliśmy jeszcze w czasach Kik Baru, funkcjonuje do dziś niemal bez zmian.
Od początku chcieliśmy przygotowywać jedzenie możliwie najmniej przetworzone, produkowane we własnej kuchni i tworzone z myślą o sobie. Tę filozofię zachowaliśmy do dziś.

Można powiedzieć, że przejście z restauracji do cateringu okazało się najlepszą biznesową decyzją?
– Zdecydowanie tak. Firma od początku rozwija się bardzo stabilnie i praktycznie z roku na rok rośnie. W porównaniu z pierwszym okresem działalności skala biznesu zwiększyła się wielokrotnie.
Jednocześnie to nie jest branża, w której sukces przychodzi z dnia na dzień. To wymagający biznes, pełen wyzwań operacyjnych. Nie przypomina historii o błyskawicznym zostawaniu milionerem. Tutaj wszystko buduje się konsekwentnie przez lata.
Najważniejsze jest jednak to, że ten biznes jest całkowicie zgodny z moimi zainteresowaniami. Od zawsze fascynowały mnie sport, kultura fizyczna i zdrowie. Dzięki kikfit każdego dnia współpracuję z ludźmi, którzy podobnie patrzą na życie – chcą być aktywni, dobrze się odżywiać i dbać o wysoką jakość życia.
Nie wyobrażam sobie prowadzenia działalności, z której sam nie chciałbym korzystać. Gdyby kikfit nie istniał, miałbym ogromny problem ze znalezieniem sposobu odżywiania odpowiadającego moim potrzebom.
To znaczy, że żaden inny catering nie spełnia Pana oczekiwań?
– Dokładnie tak. Nie wynika to z niechęci do konkurencji, tylko z zupełnie innego sposobu myślenia o żywieniu. Żaden catering dostępny na rynku nie odpowiada temu, czego oczekuję od codziennej diety. Znam ten rynek bardzo dobrze i wiem, jak funkcjonuje.
Nie chodzi wyłącznie o jakość produktów czy składników. Różnica zaczyna się znacznie wcześniej – już na poziomie filozofii budowania diety. Dla mnie podstawą jest precyzyjny bilans energetyczny. Energia to masa. Jeżeli producent deklaruje klientowi dietę o wartości dwóch tysięcy kalorii, to klient powinien dokładnie tyle otrzymać. Tymczasem regularnie sprawdzamy produkty konkurencji i okazuje się, że rzeczywista kaloryczność potrafi wynosić jednego dnia 1500, a kolejnego 2500 kalorii. To dla mnie absolutnie nieakceptowalne.
Jeszcze ważniejsze jest to, z jakich makroskładników te kalorie pochodzą. Odpowiednia proporcja białka, tłuszczów i węglowodanów jest fundamentem planowanego odżywiania. To właśnie tym zarządza się każdego dnia i to – w moim przekonaniu – w największym stopniu decyduje o zdrowiu człowieka.
Dlatego tak dużą wagę przykładamy do dokładnego ważenia każdego produktu i każdej porcji. To detal, którego klient często nie widzi, ale właśnie on decyduje o jakości całego procesu.

Zanim zajął się Pan biznesem, był Pan zawodowym snowboardzistą. Na ile doświadczenia ze sportu pomagają dziś w prowadzeniu firmy?
– Zawsze staram się to doprecyzować. Byłem wyczynowym snowboardzistą i otrzymywałem wsparcie sponsorskie, więc w polskich realiach można powiedzieć, że uprawiałem ten sport zawodowo. Jednocześnie mam ogromny szacunek do dzisiejszych olimpijczyków i zawodników światowej czołówki, dlatego nie chciałbym stawiać się z nimi w jednym szeregu. Snowboard był jednak bardzo ważnym etapem mojego życia. Mieszkałem w Stanach Zjednoczonych i uczestniczyłem w programie snowboardowym Uniwersytetu Sierra Nevada. Razem z drużyną zdobyłem w 2008 roku akademickie mistrzostwo USA. Sport towarzyszy mi całe życie. Zaczynałem od pływania i koszykówki, a dziś nadal regularnie gram w koszykówkę amatorsko. Nigdy też nie zrezygnuję ze snowboardu.
Od najmłodszych lat traktowałem swoje ciało jako narzędzie do realizowania pasji. To właśnie dlatego odżywianie nigdy nie było dla mnie kwestią chwilowego trendu. Było elementem dbania o siebie, by robić to, co naprawdę kocham. To podejście przeniosłem później do biznesu. kikfit nie powstał dlatego, że catering dietetyczny stał się modny. Powstał dlatego, że sam chciałem jeść dokładnie w taki sposób.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że złamany kręgosłup był jednym z najważniejszych momentów w życiu. Jak te doświadczenia zmieniły Pana podejście do zdrowia i przedsiębiorczości?
– Tak naprawdę były dwa takie momenty. Pierwszy to bardzo poważny wypadek samochodowy, po którym trafiłem na wózek inwalidzki na wiele tygodni. Dziesięć lat później doznałem kolejnego ciężkiego urazu podczas jazdy na snowboardzie – złamałem kręgosłup.
Oba doświadczenia nauczyły mnie przede wszystkim cierpliwości i zrozumienia własnego organizmu. Proces rehabilitacji sprawił, że jeszcze mocniej zacząłem interesować się fizjologią człowieka, odżywianiem i regeneracją. To był okres intensywnej nauki. Czytałem wszystko, co mogło mi pomóc, rozmawiałem ze specjalistami i szukałem ludzi, od których mogłem się czegoś nauczyć. Od zawsze wychodziłem z założenia, że nie warto próbować odkrywać wszystkiego samodzielnie. Znacznie szybciej rozwija się człowiek, który uczy się od najlepszych.
Dlatego praktycznie każdą dyscyplinę sportową trenowałem pod okiem mistrzów swojej sztuki. Technikę biegową doskonaliłem z olimpijką Anną Kiełbasińską Elementów mobilności oraz pracy z ciałem uczyłem się od wybitnej polskiej primabaleriny. CrossFit trenowałem z najlepszym w tamtym czasie polskim zawodnikiem tej dyscypliny. Dzisiaj podobnie wygląda moja przygoda z koszykówką – również pracuję z trenerami i zawodnikami, którzy osiągnęli sukcesy na najwyższym poziomie. Nigdy nie miałem problemu z tym, żeby przyznać, że ktoś wie ode mnie więcej. Wręcz przeciwnie – uważam, że mentorzy skracają drogę do celu.
Jak te doświadczenia przekładają się dziś na prowadzenie kikfit?
– Na pewno pozwalają mi myśleć o sobie — co trochę karmi moje ego — jako o człowieku o ogromnym uporze. Upór był potrzebny, żeby wracać do zdrowia, później wracać do swoich pasji, a dziś jest mi potrzebny w biznesie. W każdym z tych obszarów chodziło o konsekwentne wykonywanie pracy, nawet wtedy, gdy jej efekty nie były od razu widoczne.
Te doświadczenia nauczyły mnie również patrzeć na zdrowie znacznie szerzej. Wysoka jakość funkcjonowania zależy przecież nie tylko od wyników badań czy wyglądu sylwetki, lecz także od zdrowia psychicznego, kondycji stawów, pracy układu trawiennego oraz jakości naszych relacji. Problem, który widzimy na powierzchni, często okazuje się jedynie objawem czegoś, co ma znacznie głębsze podłoże.
Mój wypadek na snowboardzie zakończył się poważną kontuzją. Z perspektywy czasu patrzę na niego jednak nie tylko jak na pojedyncze, nieszczęśliwe zdarzenie. Być może mój sposób funkcjonowania i decyzje, które wcześniej podejmowałem, w pewnym sensie mnie do niego prowadziły. To nauczyło mnie patrzeć na człowieka głębiej i z szerszej perspektywy, zamiast koncentrować się wyłącznie na najbardziej widocznym problemie.
To doświadczenie wykorzystuję również podczas pracy z naszymi dietetykami. Staram się pokazywać im, że nie opiekują się jedynie czyimś jadłospisem. Opiekują się człowiekiem, jego historią, problemami i celami. Dietetyka nie kończy się na policzeniu kalorii.

Powrót do pełnej sprawności po tak poważnych urazach wymaga ogromnej dyscypliny. Czy właśnie ona jest dziś Pana największą przewagą w biznesie?
– Na pewno jestem bardzo zdyscyplinowany i pracuję dużo, ale nie lubię przedstawiać tego jako nadludzkiego wysiłku. Moim zdaniem dyscyplina jest najłatwiejsza wtedy, kiedy robimy coś, co naprawdę nas fascynuje.
Nie miałbym w sobie takiej samej determinacji, gdybym miał codziennie uczyć się czegoś, co mnie nie interesuje. Gdybym postanowił nauczyć się języka francuskiego, prawdopodobnie byłoby mi dużo trudniej, bo nie czuję z tym żadnej emocjonalnej więzi. Natomiast sport, zdrowie, żywienie i budowanie najlepszego możliwego produktu interesują mnie od dziecka. Dlatego praca nad kikfit nie jest dla mnie przykrym obowiązkiem. To naturalne przedłużenie moich zainteresowań.
Jakie błędy żywieniowe najczęściej popełniają osoby aktywne fizycznie i sportowcy?
– Największy problem jest zaskakująco prosty – jako społeczeństwo po prostu jemy za dużo. Żyjemy w świecie nadmiaru. Mamy nieograniczony dostęp nie tylko do jedzenia, ale także do bodźców, informacji i natychmiastowej gratyfikacji. Organizm człowieka przez tysiące lat przystosowywał się do funkcjonowania w warunkach niedoboru, a nie nieustannej dostępności jedzenia. Dziś żywność ultraprzetworzona jest dosłownie projektowana w laboratoriach tak, aby trudno było przestać ją jeść. Producenci precyzyjnie łączą tłuszcz, cukier, sól, aromat i teksturę w proporcjach, które nie występują w naturze. Celem jest stworzenie produktu ubezwłasnowolniającego, któremu, jak mówią reklamy, nie można się oprzeć. To sprzyja kompulsywnemu jedzeniu.
Drugim częstym błędem jest zbyt mała podaż białka. Szczególnie często obserwuję to u kobiet. Utrzymanie odpowiedniej ilości białka wymaga planowania i logistyki. W restauracjach jest to trudne, bo menu nie powstaje z myślą o realizowaniu konkretnych założeń dietetycznych. Najczęściej, zamawiając posiłek, muszę negocjować z kuchnią jego skład, żeby odpowiadał moim potrzebom.
Paradoksalnie kobietom jest pod tym względem trochę łatwiej, bo ich zapotrzebowanie energetyczne jest niższe. Dla dużego, aktywnego mężczyzny skomponowanie restauracyjnego posiłku z odpowiednią ilością białka jest znacznie trudniejsze.
Wracamy więc do punktu wyjścia. Kluczowe są trzy rzeczy: właściwa liczba kalorii oraz odpowiednie proporcje białka, tłuszczów i węglowodanów. To właśnie tym należy zarządzać każdego dnia. Problem polega na tym, że współczesny przemysł spożywczy bardzo skutecznie odciąga nas od takich wyborów. Dlatego zdrowe odżywianie nie wymaga dzisiaj większej wiedzy niż kiedyś. Wymaga przede wszystkim większej samodyscypliny.
Rynek cateringu dietetycznego bardzo zmienił się w ostatnich latach. Jak dziś wygląda walka o klienta premium?
– Paradoksalnie powiedziałbym, że sam segment premium zmienił się znacznie mniej, niż mogłoby się wydawać. Zmieniła się przede wszystkim dynamika całego rynku. Po pandemicznym boomie tempo wzrostu zauważalnie wyhamowało i dziś branża dojrzewa.
Jeżeli jednak mówimy o prawdziwym segmencie premium, jest jedna firma, którą bardzo szanuję — Mój Prywatny Kucharz, wywodzący się z restauracji Belvedere. To świetna marka z gastronomicznym rodowodem, przygotowująca bardzo smaczne jedzenie.
Jednocześnie kikfit odpowiada na inny rodzaj potrzeby. W kikfit jedzenie traktujemy przede wszystkim jako narzędzie, które ma wspierać konkretny cel, zapewniać właściwe parametry żywieniowe i dobrze służyć człowiekowi, który już ma trochę doświadczenia w liczeniu kalorii. Dlatego firm działających według innych założeń nie postrzegam jako naszej bezpośredniej konkurencji. Największym konkurentem kikfit nie jest inny catering dietetyczny, lecz własna kuchnia klienta albo restauracja.
Bardzo rzadko zdarza się, żeby ktoś od nas odszedł do innego cateringu. Jeżeli już kończy współpracę z nami, najczęściej wraca do samodzielnego gotowania lub przechodzi na model mieszany – część posiłków przygotowuje sam, część je w restauracjach, część u nas. Podobnie wygląda sytuacja z nowymi klientami. Osoby, które wcześniej korzystały z innych cateringów, bardzo szybko zauważają, że trafiają do zupełnie innego świata. Nie chodzi o produkty, smak czy estetykę. Chodzi o całe podejście do żywienia.

Łatwo jest dziś budować markę premium w Polsce?
– Nie wiem, czy jestem najlepszą osobą do oceniania całego rynku premium, bo moje doświadczenia dotyczą przede wszystkim naszej branży.
Jedno jest jednak pewne – Polacy są dziś gotowi płacić za jakość. Widać to praktycznie w każdej kategorii produktów. Powstaje coraz więcej marek premium i oznacza to, że konsumenci mają budżety, aby wybierać lepsze produkty. My swoją markę budujemy przede wszystkim przez konsekwencję.
Od początku bardzo precyzyjnie komunikujemy, czym jest kikfit i dla kogo tworzymy nasze produkty. Nie używamy krzykliwych sloganów ani marketingowych obietnic, które niewiele znaczą. Wolimy mówić konkretnie o tym, co robimy i dlaczego robimy to właśnie w taki sposób. Ogromną wagę przykładamy również do detali. Premium nie kończy się na jakości jedzenia. To także sposób obsługi klienta, szybkość reakcji, komunikacja i poczucie, że po drugiej stronie zawsze jest ktoś, kto naprawdę chce pomóc, a nie chatbot i BOK.c. Nie zostawiamy klientów bez odpowiedzi przez pół dnia. Jesteśmy dostępni praktycznie cały czas, bo wiemy, że dla osoby korzystającej z cateringu równie ważna, jak jedzenie jest pewność, że w razie potrzeby szybko otrzyma pomoc. To właśnie takie elementy budują zaufanie do marki.
W wielu podcastach mówił Pan o świadomej rezygnacji z rabatów. To nadal jedna z najważniejszych zasad funkcjonowania kikfit?
– Zdecydowanie tak. Powiedziałbym nawet, że jest to jedna z fundamentalnych zasad budowania marki premium. Jeżeli coś rzeczywiście jest premium, to nie powinno być nieustannie przeceniane. Dla mnie rabatowanie produktu premium jest wewnętrznie sprzeczne. Cieszę się zresztą, że podobny kierunek zaczynają dostrzegać również najwięksi gracze na rynku. Kuchnia Vikinga publicznie zapowiedziała odejście od agresywnej polityki rabatowej. Uważam, że to bardzo ważny sygnał świadczący o dojrzewaniu całej branży. Nie oznacza to oczywiście, że klient nie powinien być nagradzany za lojalność. To coś zupełnie innego. Można doceniać osoby, które są z marką od lat, ale nie można budować biznesu wyłącznie na ciągłym przekonywaniu klientów coraz niższą ceną.
Dlaczego uważa Pan, że wojna cenowa szkodzi całemu rynkowi?
– Bo tworzy całkowicie fałszywe oczekiwania. Bardzo często spotykam się z przekonaniem, że catering dietetyczny powinien kosztować mniej niż jedzenie zamawiane z restauracji przez aplikacje typu Uber Eats czy Pyszne.pl. Być może bierze się to również stąd, że wiele firm nie dostarcza dziś żadnej realnej wartości dietetycznej, mimo że sama nazwa usługi powinna ją obiecywać.
W założeniu catering dietetyczny to przecież coś więcej niż zestaw gotowych posiłków. Powinien zawierać wiedzę dietetyczną, odpowiednio zaplanowaną wartość energetyczną, właściwe proporcje makroskładników i codzienną logistykę dostawy. Klient powinien więc płacić za taką usługę więcej niż za klasyczne jedzenie restauracyjne, a nie mniej.
Zastanówmy się logicznie: jak całodzienne wyżywienie dorosłego człowieka może kosztować tyle, co pizza z colą w przeciętnej restauracji? Jeżeli od tej kwoty odejmiemy koszt dostawy, opakowań, pracy kucharzy, dietetyków i całej logistyki, ile realnie zostaje na surowce? Taki rachunek po prostu się nie spina. Kto wierzy, że za te pieniądze można przygotować dietę opartą na surowcach najwyższej jakości i rzeczywiście spełniającą swoją dietetyczną funkcję, zwyczajnie się myli.
Czy dlatego uważa Pan, że rynek zaczyna dojrzewać?
– Tak. I widać to na wielu poziomach. Na przykład, firmy coraz częściej inspirują się rozwiązaniami, które stosujemy w kikfit – zarówno w komunikacji, jak i brandingu czy podejściu do produktu. To naturalny proces. Po drugie, rośnie świadomość samych klientów. Jeszcze kilka lat temu niemal każdy produkt można było sprzedać jako „fit”. Dziś jest to znacznie trudniejsze. Ludzie wiedzą więcej, czytają, obserwują dietetyków w mediach społecznościowych i coraz lepiej rozumieją podstawy żywienia. Internet sprawił, że wiedza stała się dobrem powszechnym — dostęp do niej jest praktycznie darmowy, trzeba tylko chcieć z niego korzystać. W efekcie coraz trudniej przekonać świadomego klienta, że przypadkowy, wysoko przetworzony posiłek staje się pełnowartościową dietą tylko dlatego, że na opakowaniu pojawił się napis „high protein” Jednocześnie w sklepach spożywczych i convenience pojawia się coraz więcej gotowych posiłków komunikowanych jako zdrowszy wybór. Dla części konsumentów będą one w pełni wystarczające, ponieważ zaspokajają podstawową potrzebę głodu, a przy tym dają poczucie dokonania lepszego wyboru dla zdrowia.
Zmienił się również sam klient?
– Zdecydowanie i to na lepsze. Kilka lat temu bardzo dużo czasu poświęcaliśmy edukacji nowych klientów. Musieliśmy tłumaczyć, dlaczego nasze posiłki wyglądają właśnie w taki sposób, dlaczego jest w nich więcej mięsa, więcej białka albo inne proporcje składników niż w domowej kuchni. Często słyszeliśmy: „Dlaczego tego mięsa jest aż tyle?”. Odpowiedź była bardzo prosta. Bo chcemy zrealizować konkretne założenia dietetyczne. Jeżeli dieta ma zawierać około 30 procent energii z białka, to talerz musi wyglądać inaczej niż przeciętny obiad w restauracji czy w domu. Dzisiaj takich rozmów prowadzimy znacznie mniej.
Naszą flagową usługą pozostaje dieta projektowana od podstaw wspólnie z dietetykiem. Proces zakupowy zawsze rozpoczyna się od konsultacji, ale charakter tych spotkań bardzo się zmienił. Kiedyś klient przychodził z ogólnym przekonaniem, że chce „jeść zdrowiej”, a naszym zadaniem było przeprowadzenie go przez cały proces i zaproponowanie najlepszego rozwiązania. Dzisiaj coraz częściej trafiają do nas osoby, które doskonale wiedzą, czego potrzebują. Nasza rola polega już nie tyle na edukacji od podstaw, ile na precyzyjnym dopasowaniu produktu do ich oczekiwań i stylu życia. To najlepszy dowód na to, jak bardzo wzrosła świadomość żywieniowa Polaków.

Który element prowadzenia firmy jest dziś największym wyzwaniem – produkcja, logistyka czy ludzie?
– Bez wątpienia zbudowanie dobrego zespołu. Od czasu pandemii znalezienie doświadczonych kucharzy stało się niezwykle trudne. Wielu świetnych specjalistów odeszło z gastronomii i już do niej nie wróciło. Jednocześnie mam wrażenie, że zawód kucharza wreszcie zaczyna być odpowiednio doceniany. Wpływ na to miały również programy telewizyjne pokazujące kulisy tej pracy. Dziś coraz więcej osób rozumie, że jest to wymagający zawód, który wymaga doświadczenia, precyzji i ogromnej odpowiedzialności.
W naszej firmie żaden kucharz nie zarabia mniej niż 11–12 tysięcy złotych brutto. Uważam, że przy skali odpowiedzialności i charakterze tej pracy są to wynagrodzenia w pełni uzasadnione. Największą wartością kikfit jest jednak stabilność zespołu. Kilku naszych kucharzy pracuje ze mną jeszcze od czasów restauracji Kik Bar. Inni są z nami od początku działalności cateringu. Z wieloma osobami współpracuję już ponad dziesięć lat. W gastronomii to naprawdę rzadkość i jeden z fundamentów jakości, którą jesteśmy w stanie utrzymać.
Od początku mocno stawiacie na środowisko sportowe. Jak dziś wygląda współpraca kikfit z zawodowymi sportowcami?
– Sportowcy są bardzo wymagającymi klientami i to jest całkowicie naturalne. Oczywiście nie wszyscy przykładają jednakową wagę do odżywiania – zwłaszcza młodzi zawodnicy często opierają się przede wszystkim na swoim talencie. Z drugiej strony jest bardzo duża grupa profesjonalistów, którzy doskonale rozumieją, że odpowiednie żywienie jest jednym z najważniejszych elementów ich pracy. Od początku kikfit obsługuje zawodowych sportowców. Nie stanowią oni największej części naszych klientów, ale są wśród nich osoby doskonale znane kibicom i opinii publicznej. W kilku przypadkach obowiązują nas nawet umowy o poufności, dlatego nie mogę ujawniać najciekawszych nazwisk. Nie jesteśmy sponsorami tych zawodników, więc nie mamy prawa, by wykorzystywać ich wizerunek do promocji marki. Na sponsoring tych gwiazd nie byłoby nas nigdy stać.
Współpracujemy również bezpośrednio z klubami sportowymi, które zamawiają dla swoich zawodników indywidualnie przygotowane diety. Jesteśmy obecni w środowisku lekkiej atletyki, gdzie często zawodnicy finansują żywienie samodzielnie lub przy wsparciu rodziców. Wiadomo, że poza nielicznymi wyjątkami nie są to dyscypliny, w których funkcjonują duże budżety. Inaczej wygląda to w zawodowej siatkówce i koszykówce. Tam naszymi klientami są bezpośrednio zawodnicy, a nie kluby. Dietetycy pracujący w zespołach najczęściej znają kikfit i określają model żywienia, według którego przygotowujemy dietę dla konkretnego sportowca. Często są to zawodnicy bardziej doświadczeni, którzy doskonale rozumieją, jak duże znaczenie ma właściwe odżywianie, i z ogromną powagą traktują ostatnie lata swojej kariery. Usługę zamawiają i finansują samodzielnie, na co pozwalają im realia ekonomiczne tych dyscyplin. Mamy również klientów ze środowiska jeździeckiego. W tej dyscyplinie kontrola masy ciała ma ogromne znaczenie, dlatego odpowiednio zaplanowane żywienie jest jednym z fundamentów przygotowań. Jednocześnie spotykamy się tam z problemami związanymi z zaburzeniami odżywiania, dlatego sama dieta często jest tylko częścią znacznie szerszego procesu.
Niezależnie od dyscypliny cel jest zawsze taki sam – zdjąć z zawodnika ogromny ciężar organizacyjny. Sportowiec nie powinien codziennie zastanawiać się, co zje, ile kalorii dostarczy i czy wszystko zostało odpowiednio zbilansowane. My przejmujemy tę odpowiedzialność, żeby on mógł skoncentrować się na treningu i regeneracji.
Coraz więcej klubów sportowych zwraca uwagę na żywienie?
– Zdecydowanie tak i bardzo mnie to cieszy. Największą zmianę widzę w szkoleniu młodzieży. Trenerzy oraz osoby odpowiedzialne za rozwój młodych zawodników coraz częściej rozumieją, że odpowiednia dieta nie jest dodatkiem do treningu, ale jego integralną częścią. Wiedza na temat żywienia jest dziś znacznie bardziej dostępna niż jeszcze kilka lat temu. Trenerzy, dietetycy i fizjoterapeuci korzystają z tych samych źródeł, uczestniczą w tych samych szkoleniach i wymieniają się doświadczeniami. Bardzo trudno jest dziś funkcjonować w sporcie, ignorując znaczenie odżywiania. To proces, który będzie tylko przyspieszał.
Dlaczego w takim razie nie stawiacie mocniej na ambasadorów marki?
– Tak naprawdę współpracujemy z ambasadorami, choć nie budujemy wokół tego całej strategii komunikacyjnej. Wśród nich są między innymi Marcin Bogusz, mistrz Polski w golfie, Nicolas Pawlik – mistrz Polski w boksie, a także Maciej Węgorzewski i Paweł Leśnikowski – mistrzowie HYROX. Oczywiście ten obszar mógłby być jeszcze bardziej rozwijany i być może w przyszłości poświęcimy mu więcej uwagi. Dziś jednak jesteśmy na innym etapie rozwoju firmy. Naszym największym wyzwaniem nie jest pozyskiwanie nowych klientów. Są miesiące, przede wszystkim luty i marzec, kiedy zainteresowanie jest tak duże, że ogranicza nas po prostu skala produkcji.
Po świętach i noworocznych postanowieniach liczba zamówień bardzo mocno rośnie. Podobnie dzieje się przed sezonem letnim. W tych okresach największym wyzwaniem jest utrzymanie jakości przy rosnącej liczbie zamówień. Dlatego obecnie skupiamy się przede wszystkim na rozwijaniu technologii, procesów i zaplecza organizacyjnego. Inwestujemy w rozwiązania cyfrowe oraz przygotowujemy się do przyszłej rozbudowy produkcji. Dopiero kiedy zwiększymy nasze możliwości operacyjne, będziemy mogli myśleć o znacznie intensywniejszej ekspansji marketingowej. Na tym etapie ważniejsze od szybkiego wzrostu jest utrzymanie jakości, z której jesteśmy znani.
Jak Pana zdaniem będzie wyglądał rynek żywienia za pięć czy dziesięć lat?
– Jestem przekonany, że zdrowe odżywianie przestanie być osobną kategorią rynku. Stanie się po prostu standardem. Każde miejsce sprzedające jedzenie – restauracja, sklep czy sieć convenience – będzie musiało myśleć o kliencie, który świadomie dba o zdrowie. Już dziś widać, że produktów wysokobiałkowych, funkcjonalnych czy lepiej zbilansowanych pojawia się coraz więcej. Wiem, że będą one również coraz lepszej jakości. Dotyczy to nawet produktów wysoko przetworzonych. Batony proteinowe czy gotowe posiłki również będą miały krótsze składy i lepsze wartości odżywcze. Świat zmienia się bardzo szybko. Ogromny wpływ mają dziś chociażby leki z grupy GLP-1, które całkowicie zmieniają sposób myślenia o jedzeniu. W Stanach Zjednoczonych pojawiają się już gotowe posiłki projektowane specjalnie dla osób korzystających z tej terapii. Ich zadaniem nie jest dostarczanie przyjemności z jedzenia, ale odpowiedniej ilości energii i składników odżywczych.
Myślę, że globalnie będziemy jeść mniej kalorii, ale też znacznie bardziej świadomie. To bardzo ważna zmiana kulturowa. Jedzenie powinno być narzędziem, które pozwala żyć na wysokim poziomie, a nie przeszkodą w osiąganiu celów. Często powtarzam prosty przykład. Dla człowieka głodującego na bezludnej wyspie biały cukier będzie ratujący życie. Dla osoby cierpiącej na choroby metaboliczne ten sam cukier będzie działał jak trucizna. Dlatego nie istnieją produkty absolutnie zdrowe albo absolutnie niezdrowe. Wszystko zależy od kontekstu.
Czy Polska potrafi dziś odpowiednio żywić zawodowych sportowców? Czy nadal mamy czego uczyć się od Zachodu?
– Interesuję się tym, jak wygląda żywienie w profesjonalnym sporcie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Oczywiście tamtejsze kluby dysponują ogromnymi budżetami i znakomitym zapleczem. Jednocześnie uważam, że również w Polsce są miejsca, które wykonują świetną pracę. Mam świadomość, jak wygląda żywienie choćby w Centralnym Ośrodku Sportu w Zakopanem. Jeden z naszych ambasadorów powiedział mi ostatnio, że tamtejsze jedzenie jest tak dobre, iż po raz pierwszy koledzy z reprezentacji przestali podbierać mu nasze posiłki.
To pokazuje, że można osiągnąć bardzo wysoki poziom również w Polsce. Oczywiście wysokiej jakości żywienie kosztuje. Jeżeli klub dysponuje odpowiednim budżetem, trudno dziś wyobrazić sobie świadome rezygnowanie z inwestowania w ten obszar. Związek między odpowiednią dietą a wynikami sportowymi jest już po prostu bezdyskusyjny.
Na koniec – indywidualnie projektowane diety będą w przyszłości jeszcze większą przewagą sportowców? Coraz częściej mówi się przecież, że o sukcesie decydują właśnie detale.
– Personalizacja jest bardzo ważna, ale często źle ją rozumiemy. Nie polega ona na tym, że na podstawie jednego badania krwi stworzymy magiczną dietę, która całkowicie odmieni czyjeś życie. Zadaniem dietetyka jest przede wszystkim dopasowanie modelu żywienia do konkretnego człowieka — jego trybu życia, planu dnia, możliwości, preferencji, ale również charakteru i sposobu funkcjonowania.
Możemy mieć bardzo precyzyjnie określoną specyfikację diety: odpowiednią liczbę kalorii, proporcje białka, tłuszczów i węglowodanów oraz pozostałe parametry żywieniowe. Te same założenia można jednak zrealizować przy użyciu różnych produktów, innej liczby posiłków i zupełnie odmiennego rozkładu jedzenia w ciągu dnia. Właśnie na tym polega personalizacja — na znalezieniu takiego modelu, który realizuje założony cel, a jednocześnie pasuje do konkretnej osoby.
Możemy stworzyć idealnie policzoną dietę z perfekcyjnymi proporcjami makroskładników. Jeżeli jednak będzie oparta na produktach, których ktoś nie lubi, albo będzie wymagała pięciu posiłków dziennie od osoby, która realnie ma czas na dwa, taki plan po prostu nie przetrwa. Jeżeli ktoś lubi duże posiłki, zmuszanie go do jedzenia pięciu małych porcji nie ma sensu. Jeżeli czyjś tryb pracy pozwala na dwa posiłki dziennie, właśnie w ten sposób należy zaprojektować jego dietę. Prawdziwa personalizacja polega na stworzeniu modelu żywienia, który można utrzymać przez lata.
Oczywiście badania laboratoryjne mają znaczenie. Pozwalają wykryć niedobory, które należy odpowiednio kontrolować i uzupełniać. Trzeba jednak pamiętać, że u osoby odżywiającej się rozsądnie stwierdzony niedobór konkretnego mikroelementu w większości przypadków i tak wymaga celowanej suplementacji. Sama zmiana jadłospisu często nie wystarcza, aby skutecznie go wyrównać. Z tego powodu cała dieta nie powinna być budowana wyłącznie wokół pojedynczych wyników badań.
Najważniejsze pozostają podstawy: odpowiedni bilans energetyczny, właściwe proporcje białka, tłuszczów i węglowodanów oraz dieta bogata w wartości odżywcze. Zdrowe odżywianie nie jest sprintem. To maraton, który powinien trwać całe życie.
Jakub Kłyszejko
Więcej Wywiady
Maja Strzelczyk: oczekiwałam trochę więcej szaleństwa od Miami [WYWIAD]
Relacjonowanie mundialu w Stanach Zjednoczonych, kulisy pracy reporterki na największych stadionach Europy, fascynacja hiszpańskim futbolem czy rozwijanie własnego podcastu poza telewizją. W rozmowie dla SportMarketing.pl Maja Strzelczyk opowiada o tym, jak wygląda praca podczas największych piłkarskich wydarzeń, dlaczego w Hiszpanii piłkarze są traktowani jak celebryci, czego nauczyła ją praca w…