23.06.2026 07:52

4F mierzy wyżej niż Polska. Igor Klaja o Azji, motorsporcie i sportowym DNA marki [WYWIAD]

4F po okresie mocniejszego zwrotu w stronę lifestyle’u znów stawia na sport, technologię i produkt. Igor Klaja, założyciel i CEO OTCF, w rozmowie dla SportMarketing.pl opowiada o przebudowie marki, kulisach zakończenia współpracy z koszykówką i PKOl, wejściu w siatkówkę, planach w motorsporcie oraz ambicjach, by z polskiej firmy uczynić globalnego gracza. Zdradza też, jakiego europejskiego giganta mogła ubierać polska firma.

Udostępnij
4F mierzy wyżej niż Polska. Igor Klaja o Azji, motorsporcie i sportowym DNA marki [WYWIAD]

Jakub Kłyszejko, redaktor naczelny portalu SportMarketing.pl:  W jednym z ostatnich wywiadów powiedział pan, że 4F trochę zachłysnął się lifestyle’em i teraz marka wraca do korzeni, czyli sportu, technologii i designu. Kiedy dokładnie zorientował się pan, że poszliście za daleko w stronę lifestyle’u?

Igor Klaja, założyciel, główny udziałowiec i CEO OTCF S.A., właściciela marki 4F: To było proste doświadczenie: zobaczyłem, że jako marka za bardzo oddaliliśmy się od sportu.

Co było pierwszym sygnałem ostrzegawczym?

– Kolekcja mi się nie podobała. Była zbyt zachowawcza i bez naszego DNA, czyli sportu. Był okres, szczególnie po pandemii, kiedy wiele firm uznało, że sportstyle jest jedynym właściwym kierunkiem. Tak było też w przypadku 4F. Dzisiaj postawiliśmy mocny akcent na sport i idziemy w dobrym kierunku, czego dowodem są poprawiające się wyniki sprzedaży.

Powiedział pan, że kolekcja się nie podobała. Jak wszystko wygląda w 4F decyzyjnie?

Mam swoje zdanie, ale w samym biurze mamy ponad tysiąc osób. W momencie, w którym zmieniałem kierunek marki na bardziej sportowy, zaangażowałem się osobiście. Dzisiaj zdecydowanie oddaję odpowiedzialność zespołom. Jako organizacja jesteśmy przygotowani na obroty co najmniej pięciokrotnie większe: mamy około 1,5 miliarda złotych obrotu, a pewnie moglibyśmy robić 7,5 miliarda.

Gdyby 4F był klubem sportowym, to w ostatnich dwóch latach zmienił trenera, system gry i szatnię. Czy właściciel wszedł do szatni i przejął odprawy?

W pewnym momencie miałem pod sobą połowę działów. To był operacyjny management, momentami prawie micromanagement. Pracowałem bezpośrednio w Chinach, odpowiadałem za wiele obszarów, sam decydowałem o wielu produktach, które zmieniałem. To nie była rewolucja, ale bardzo szybka ewolucja, przeprowadzona w porozumieniu z zespołem. Wiele osób chciało się pod tym podpisać, część zdecydowała się odejść, a w przypadku części ja uznałem, że do nowego systemu gry ci zawodnicy nie pasują. Przebudowa była duża. Myślę, że była też bardzo fair i kulturalna. Nie kojarzę sytuacji, żebyśmy z kimś bardzo źle się rozstawali.

Gdyby miał pan dzisiaj pokazać jeden produkt, który najlepiej symbolizuje nowe 4F, co by to było?

– Nie wskażę tylko jednego – patrzę na całość. Dlatego jesteśmy marką, a nie po prostu resellerem. W kolekcji, która właśnie wchodzi do sklepów, mamy wiele ciekawych, technicznych produktów łączących różne materiały i technologie. W ofercie są dobre buty do biegania, świetne laminaty, bardzo dobra odzież górską i narciarską oraz rzeczy do aktywności typu skitouring. Kolekcja, która wejdzie do sprzedaży jesienią, sprawdzi się w różnych warunkach: nadaje się już zarówno na skitury, jak i do chodzenia po górach. Myślę, że klient, który wejdzie do sklepu, będzie miał raczej dylemat, z czego zrezygnować, bo wiele produktów jest naprawdę świetnych i bardzo przemyślanych. To też nie wzięło się z niczego. Przygotowaliśmy całą strukturę działu produktu, powstały centra decyzyjne i odpowiedzialność za konkretne linie. Mamy sześciu głównych projektantów, którzy specjalizują się w określonych kolekcjach.

Z kim tak naprawdę dzisiaj rywalizujecie na rynku? Kto jest waszym głównym konkurentem i czy trudno mówić o jednej lub dwóch firmach?

Trudno mówić o dwóch firmach, bo na świecie właściwie nie ma tak komplementarnej sportowo marki. Mamy narciarski, outdoorowy rodowód, ale bardzo mocno zaistnieliśmy też w treningu i bieganiu. Teraz aktywujemy sporty wodne. Naturalną konkurencją w narciarstwie są dla nas m.in. Peak Performance i Salomon. Latem rywalizujemy także ze sklepami sportowymi typu Decathlon oraz z globalnymi firmami jak: adidas, Puma, Reebok czy Nike. Rozwijając sporty wodne, spotykamy się z kolejnymi markami. Na koniec dnia w sportstyle’u konkurujemy właściwie z całym światem, bo sportstyle robią już wszyscy: od marek luksusowych, przez mainstreamowe typu Zara i H&M, po bardzo tanie Shein, Sinsay czy Pepco.

Chcecie być marką sportową, ale jednocześnie dostępną cenowo. Gdzie przebiega granica między dostępnością a ryzykiem, że zostaniecie odebrani jako tańsza alternatywa?

Nie boję się sformułowania tańsza alternatywa. Jeżeli będziemy jakościowo tak samo dobrzy, jak liderzy rynku, a gdy ktoś skomentuje, że 4F jest tańszy od najdroższej marki albo od lidera w danym segmencie, to jest w porządku. Powtarzamy, że chcemy w ramach danej grupie robić najlepsze dostępne rzeczy w najbardziej przystępnej cenie. Najpierw najlepszy produkt – i to powtarzam zespołom – a dopiero później cena. Każdy projekt konstruujemy w układzie good, better and best. Jeśli mówimy o kategorii good, czyli o najbardziej przystępnym cenowo, to nawet basic ma być u nas najlepszym basiciem na rynku. Klient musi mieć poczucie i gwarancję, że jeśli myśli o podstawowej kurtce narciarskiej, to w danym poziomie cenowym 4F oferuje kompletny produkt: najlepszy materiał, najlepsze zamki, najlepszą ocieplinę i najlepsze funkcje. I tak na każdym z poziomów.

Jakiś czas temu zakończyliście współpracę z Polskim Związkiem Koszykówki, a po tym sezonie kończy się wieloletnia współpraca z Orlen Basket Ligą. Skąd takie decyzje?

To trochę decyzja świadoma, a trochę wymuszona. Wiele firm przerzuca budżety po tym, jak nie są obecne w Rosji czy Ukrainie, do Polski. Nie możemy wygrywać każdego przetargu i koszykówka nie była dyscypliną, o którą w tym momencie walczyliśmy za wszelką cenę. Strategicznie postawiliśmy na siatkówkę i z punktu widzenia zainteresowania w Polsce była to dobra decyzja. Jeśli mówimy o uprawianiu sportu, to prawdopodobnie więcej osób amatorsko gra w koszykówkę niż w siatkówkę, ale pod względem widowiskowości, długości trwania sezonu reprezentacyjnego, liczby sukcesów czy wielkich turniejów w każdym roku decyzja jest logiczna. Cały czas rozwijamy nowe projekty sportowe. Ostatnio nawiązaliśmy współpracę z Austriackim Związku Narciarskim i w ramach kontraktu ubierzemy skoczków, kombinację norweską, ski cross i część dyscyplin alpejskich. Polska jest dla nas szalenie ważna, ale o rozwoju myślimy globalnie.

Oficjalnie mówiło się o naturalnym momencie zmian w koszykówce. A nieoficjalnie: czego zabrakło w tej współpracy, żebyście chcieli ją kontynuować?

– Konkurencja złożyła lepsze oferty, nie można wygrywać każdego kontraktu. Z prezesem Polskiego Związku Koszykówki Grzegorzem Bachańskim i prezesem Polskiej Ligi Koszykówki Łukaszem Koszarkiem powiedzieliśmy sobie, że może kiedyś jeszcze będziemy współpracować i utrzymujemy bardzo serdeczne kontakty. Współpracę z reprezentacją Polski nawiązaliśmy w momencie, kiedy zawodniczki i zawodnicy w ramach poprzedniej umowy zaczynali w strojach adidasa, a kończyli w marce SK Store. Otwierając współpracę z reprezentacją, zaproponowaliśmy dedykowany wzór, kolekcję meczową i treningową, która powstała wspólnie z koszykarzami i była produkowana w Polsce, a repliki stały się szeroko dostępne dla kibiców.

Kiedy zaczynaliśmy projekt PLK, na świecie ligę kontraktową, czyli ubieranie wszystkich klubów przez tego samego partnera technicznego robiło chyba tylko NBA i Chiny. Przez pięć sezonów stworzyliśmy wspólnie z najlepszymi zespołami mężczyzn i kobiet wysokie standardy, na które zasługuje polska koszykówka. Przed startem współpracy wyzwaniem było wprowadzenie branding manuala dla wszystkich zespołów, ujednolicenie wielkości oraz rozmieszczenia pól sponsorskich. Wcześniej królowała dowolność, a porządku potrzebowały telewizja oraz główni sponsorzy. Od początku szyliśmy w Polsce wszystkie stroje meczowe i treningowe, zaoferowaliśmy standard pełnej sublimacji. Spełnialiśmy wszystkie potrzeby klubów, łącznie z ubraniami casual, kurtkami zimowymi czy workami na piłki. W naszych salonach organizowaliśmy spotkania z koszykarzami czy premiery strojów na nowy sezon. Trzymam kciuki za nowego dostawcę, żeby projekt ligi kontraktowej utrzymał obecny poziom i dalej się rozwijał. Obsłużenie 28 klubów – męskich i damskich oraz przygotowanie dla każdego z nich osobnej kolekcji to duże wyzwanie. To znaczy: dostarczyć na start sezonu spersonalizowane stroje dla 28 klubów, z różnymi sponsorami, z odmienną grafiką i logotypami. To skomplikowany projekt. Nauczyliśmy się tego, ale w momencie, kiedy trzeba było wszystko przygotować na start sezonu, to było wyzwanie. Większość klubów naturalnie czeka do ostatniej chwili, negocjuje ze sponsorami, zastanawia się, czy dany logotyp będzie, czy nie będzie, czy sponsor wchodzi, czy wypada. Mamy w firmie blisko sto osób wyspecjalizowanych we współpracy ze sportowcami, ale koszykówka była jednym z najbardziej absorbujących projektów, które realizowaliśmy.

Można oszacować finansowo, ile dawaliście klubom w trakcie jednego sezonu?

To niewymierne, bo przede wszystkim dawaliśmy świetny serwis. Z tego serwisu słyniemy. To był ciekawy, rozwojowy projekt i mamy satysfakcję, że go wykonaliśmy, bo to dość unikatowe na skalę światową.

Jesteście zadowoleni z tego, co udało się wycisnąć ze sprzedaży koszykarskich koszulek? Jednym z głównych zarzutów kibiców był problem z dostępności. Kluby ich nie miały, kibicom było trudno je kupić, sezon się zaczynał, a koszulek brakowało…

Dystrybucję koszulek we własnych kanałach zaczęliśmy później, dopiero w kolejnych sezonach współpracy. Takie były ustalenia z ligą. Kibic w pierwszej kolejności zawsze wybierze sklep swojego ukochanego klubu, któremu w ten sposób czuje, że bezpośrednio pomaga. Dla klubów to była i jest ważna część dochodu – pamiętaliśmy i szanowaliśmy to. Dopiero po długim czasie uruchomiliśmy sprzedaż replik na 4f.com.pl i wybranych sklepach, ale miało to charakter wizerunkowy, a nie biznesowym i ma to odzwierciedlenie w słupkach sprzedaży. Zapotrzebowanie na liczbę koszulek wypływało więc na początku tylko, a z czasem głównie z klubów, które w większości sprzedawały na zasadach zebrania zamówień z wyprzedzeniem. Mimo zapisów w umowach wychodziliśmy naprzeciwko potrzeb i zdarzało się, że realizowaliśmy domówienia nawet od kilku sztuk. Na początku sezonów zawsze w pierwszej kolejności zabezpieczaliśmy potrzeby na start rozgrywek. Jeśli koszulki były potwierdzone w odpowiednich terminach, do sprzedaży od razu trafiały też repliki. Ale jeśli były takie głosy krytyki – przykro mi. Na pewno zawsze jest miejsce na poprawę.

Wejście do siatkówki było symboliczne, bo przejęliście jedną z najmocniejszych reprezentacji w kraju pod każdym względem. To był bardziej kontrakt biznesowy, czy trochę moment ambicjonalny, żeby pokazać, że w Polsce możecie zrobić wszystko?

– Siatkówka była w sferze moich marzeń od igrzysk w Londynie w 2012 roku. Ubraliśmy kadrę mężczyzn jako reprezentację olimpijską, ale nie w stroje meczowe. Powtarzałem, że kadra Polski w piłce siatkowej to mój cel, a przykład kontraktu z Polskim Związkiem Siatkówki to pokaz podejścia i zdeterminowania 4F. Przy poprzednim wyborze partnera technicznego, w 2020 roku, usłyszeliśmy, że spełniamy wiele z kryteriów, ale nie jesteśmy w żadnym z zespołów siatkarskich i kadra narodowa nie może być królikiem doświadczalnym. Już w sezonie 2021/22 podpisaliśmy kontrakty z czołowymi klubami – Projektem Warszawa i ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, której ówczesnym prezesem był obecny prezes PZPS Sebastian Świderski. Potem doszły kolejne kluby, a tylko w ubiegłym roku ubieraliśmy cztery kluby Plus Ligi i dwa zespoły Tauron Ligi. Na przestrzeni lat w naszych strojach w klubach występowali: Bartek Kurek, Aleksander Śliwka, Kamil Semeniuk, Andrzej Wrona, Piotr Nowakowski, wielu innych wspaniałych siatkarzy i siatkarek. Na mecze chodzili i kibicowali pracownicy 4F, widziałem, że jak wieloma innymi dyscyplinami nasza marka żyje także siatkówką. I tak samo ja żyłem siatkówką, byłem na obu wygranych przez ZAKSĘ – w strojach 4F – finałach Ligi Mistrzów. W pierwszym sezonie współpracy z ZAKSĄ stworzyliśmy pięć dedykowanych wzorów koszulek. Stale rozwijającym się produktem przekonaliśmy do siebie środowisko. I dziś najważniejsze, że siatkarki i siatkarze są zadowoleni, że mają dostęp do w pełni dedykowanych, zaprojektowanych na ich potrzeby strojów z użyciem topowych materiałów i jakości. A najlepsi na świecie kibice biało-czerwonych szeroki dostęp do replik w przystępnej cenie, które są produkowane w Polsce.

W tym momencie siatkówka ma dla 4F największy potencjał wśród gier zespołowych?

Myślę, że tak, zarówno biznesowo, jak i wizerunkowo. Pracujemy nad butami do siatkówki, m.in. z ambasadorem 4F Tomkiem Fornalem i jesteśmy na etapie testów. Mogę powiedzieć, że siatkówkę robimy ekspercko.

Co powiedziałby pan kibicowi, który zapyta, czy strój 4F dla siatkarzy jest naprawdę na poziomie adidasa?

– Powiem więcej: że nasze ubrania są znacznie lepsze. Założenie było takie, że mamy zrobić bezkompromisową koszulkę z najlepszego dostępnego materiału. I dzisiaj PZPS ma najlepszy możliwy produkt. Tak jak w przypadku Polskiego Komitetu Olimpijskiego zawsze gwarantowaliśmy jakość dedykowanej kolekcji na igrzyska olimpijskie, PZPS ma dostęp do topowych rozwiązań. Testowaliśmy kilka różnych materiałów, dawaliśmy zawodnikom cieńsze i grubsze wersje. Strój był konstruowany pod ich potrzeby. Gdyby zawodnicy chcieli rękawek do pół łokcia, to byłby do pół łokcia. Jeśli chcieliby ćwierć ramienia, też nie ma problemu. Możemy skracać albo przedłużać, bo szyjemy dla nich na miarę w Polsce. Co więcej, ponieważ kocham sport i go uprawiam, kilku moich kolegów trenerów używa tej koszulki na siłowni. Jest tak dobra, że ćwiczą w stroju siatkarskim. To też o czymś świadczy.

Szkoda panu zakończenia wieloletniej współpracy z PKOl?

– Szkoda mi przede wszystkim tego zamieszania, które dzieje się dzisiaj. To przykra sprawa, nie chodzi o moje ambicje. Reprezentacja olimpijska to dobro narodowe, a kiedy dobro narodowe cierpi, to jest smutne. W rodzinie olimpijskiej, w Polsce i za granicą, pojawiają się pytania: co się u was dzieje w komitecie olimpijskim? Dzisiaj ofiarą tej sytuacji są sportowcy, bo to oni są zestresowani i nie wiedzą, na czym stoją: czy dostają nagrody, czy ich nie dostają. Nie znam aktualnego statusu, czytałem jedynie nagłówki w mediach.

Patrząc na przeszłość i oświadczenia PKOl dotyczące m.in. braku płatności przez 4F, można było uniknąć niektórych rzeczy? Dużo wtedy zostało powiedziane.

Całkowity bilans współpracy między 4F a PKOl przez niespełna 15 lat wyniósł ok. 30 milionów złotych na korzyść komitetu. Upubliczniłem ofertę na lata 2024-28 i pokazałem, ile chcieliśmy zapłacić i udowodniłem, że była to bardzo atrakcyjna oferta sponsoringowa obejmująca także środki dla związków sportowych. Nie mamy sobie nic do zarzucenia: byliśmy partnerem na każde wezwanie. Cokolwiek było potrzebne – krócej, dłużej, więcej, mniej – reagowaliśmy. Wspieraliśmy również nie tylko duże igrzyska olimpijskie, ale też młodzieżowe festiwale olimpijskie, igrzyska europejskie i imprezy, które pokazywały młodzieży sport olimpijski. Były igrzyska europejskie w Mińsku i w 2023 roku w Krakowie. Z punktu widzenia mediów to nie zawsze były wielkie wydarzenia, ale jeśli trzeba wspierać polską reprezentację, to ją wspieraliśmy. Co więcej, jako jeden dostawca zapewniliśmy stroje defiladowe i całą resztę kolekcji olimpijskiej. To również zakładała nasza ostatnia oferta.

Przed Los Angeles możemy spodziewać się kolejnych ogłoszeń albo współprac z zagranicznymi komitetami? Zależy wam na konkretnym kraju lub rynku?

Są rynki, na których nam zależy, ale część z nich jest po prostu niemożliwa do zdobycia. Istnieje niepisana zasada, że jeśli w danym kraju jest marka rodzima, narodowa, to szanse na ubieranie komitetu są ograniczone. Czesi są ubierani przez czeską markę, Włosi przez włoskie, Niemcy przez niemiecką, Amerykanie przez amerykańskie, Hiszpanie przez hiszpańską. W dużych krajach musiałoby się wydarzyć coś bardzo złego we współpracy między marką a reprezentacją, żeby pojawiło się dla nas okienko. Nie wybierzemy się też do Chin, bo tam też są ich własne marki sportowe. Szanujemy to. Jeśli słyszymy: dopóki mamy własnego narodowego dostawcę, będziemy z nim lojalnie współpracować, nawet jeśli nie jest tak dobry jak wy – rozumiemy ten mechanizm. Myślę więc, że przestrzeń do rozwijania się przez komitety olimpijskie jest na najbliższe lata dość ograniczona.

W piłce nożnej ubieracie m.in. Koronę Kielce, Piasta Gliwice i Stal Mielec. To nie są największe kluby, ale mają bardzo lokalne i lojalne społeczności. Czy to dla 4F ciekawszy kierunek niż wejście do klubu, w którym marka techniczna mogłaby zginąć w natłoku sponsorów?

– Rozmawiamy z klubami zagranicznymi z TOP 5 europejskich lig, rozmawiamy też z czołówką polskiej ligi. Kilka lat temu byliśmy w finale rozmów ze Sportingiem CP, potem z FC Porto i od strony produktowej oraz jakościowej byliśmy w stanie spełnić wszelkie oczekiwania, a nawet zaoferować więcej. Gdyby nie wybuch wojny w Ukrainie, szczególnie w przypadku Porto, byliśmy blisko. Ale nie mamy nieograniczonych budżetów i do sponsoringów musimy podchodzić selektywnie. Rok 2027 będzie dla nas rokiem, w którym bardzo mocno skoncentrujemy się na budowaniu społeczności wokół motorsportu. Mamy Olivera Solberga, Bartosza Zmarzlika, Piotra Więcka, sponsorujemy Drift Masters, tor w Portimao, gdzie pojawi się Formuła 1 w 2027 roku i Silesia Ring , a także samochodowe mistrzostwa Polski i wielu innych zawodników czy inicjatyw. Pracujemy też misję CSR-ową: przez motorsport chcemy zachęcać Polaków do bezpiecznej i przepisowej jazdy po drogach. Chcemy promować bezpieczną jazdę po drogach publicznych i szybką wyłącznie na torze.

Niedawno pojawiły się doniesienia, że możecie zostać partnerem odzieżowym zespołu F1 – Visa Cash App Racing Bulls F1 Team od przyszłego sezonu. Czy coś jest na rzeczy?

– Jest pan kolejnym dziennikarzem, który mnie o to pyta. Muszę przeczytać, co napisał Przegląd Sportowy.

Nie bez powodu wspomniał Pan o kolekcjach motorsportowych i ich dużym potencjale. Czy Formuła 1 bez Polaka miałaby duży potencjał na polskim rynku? Czy byłoby to bardziej wyjście do klienta niemieckiego, austriackiego i budowanie marki tam?

Myślę, że po tym, co zrobił Netflix serialem „Drive to Survive”, Formuła 1 to już nie tylko wyścigi. To styl życia. Jeśli dodatkowo pojawiłby się w niej Polak, byłoby świetnie. Jest jeden chłopak, za którego bardzo trzymam kciuki – Tymek Kucharczyk. To, że poszedł do Indy NXT, jest świetnym kierunkiem, bo myślę, że zostanie zauważony. Wiem, że często mówi się, że trzeba kupić miejsce w bolidzie, ale nie do końca w to wierzę. Sponsorzy są ważni, ale jeśli ktoś jest bardzo szybki, to dostanie szansę.

Jak od kuchni wygląda współpraca z Robertem i Anną Lewandowskimi?

– I Ania, i Robert mieli wcześniej doświadczenie działań z Nike. To, co im zaoferowaliśmy, jako 4F, to współpraca w prawdziwym rozumieniu tego słowa: na każdej z kolekcji nie ma tylko logotypu 4F, ale też RL9 oraz AL. Takie podejście to wyróżnik w dzisiejszym świecie mody. Ania i Robert mają doradczy wpływ na kolekcję. Nowa linia Roberta, która właśnie weszła do sklepów, bardzo mu się podoba. Świadczy o tym choćby liczba rzeczy, o które poprosił dla swoich bliskich. Z kolei kolekcja Ani, była znakomita i wyprzedała się tak szybko, że nas samych to bardzo pozytywnie zaskoczyło.

Patrząc na same ubrania i kolekcję Roberta, widzicie, że to sprzedaje się lepiej? Ludzie kupują produkty dlatego, że są sygnowane jego nazwiskiem?

Z tego konkretnego powodu przede wszystkim na rynkach, gdzie 4F jest mniej znane – na przykład w Katarze czy Tajlandii, gdzie są sklepy 4F.

Chcecie być marką obecną za granicą, czy marką europejską, której centrum jest w Polsce?

– Mamy większe ambicje. Rynek sportowy jest w dużym kryzysie. Sprzedanie Pumy i fakt, że ponad 20 marek jest już w chińskich rękach – m.in. Peak Performance, Salomon, Atomic, Arc’teryx, Jack Wolfskin, Fila, Wilson i wiele innych – o czymś świadczy. Rynek jest bardzo trudny, ale między innymi współpraca z Austriackim Związkiem Narciarskim czy rozwój projektów motorsportowych jest środkiem, żebyśmy byli marką globalną. Najłatwiej teoretycznie rozwijać się w Europie, ale największą szansę widzę w Azji, gdzie mieszkałem i wciąż często pracuję. To jest dla nas kierunek, w którym musimy iść.

Prowadzicie sprzedaż w 52 krajach. To robi wrażenie.

Sprzedajemy w wielu krajach, ale 85 procent obrotu robimy w Polsce. Polska jest mocnym krajem i mocną gospodarką, ale chciałbym odwrócić proporcje. jest to trudne, bo rynki są dość hermetyczne.

Każdy chce przede wszystkim dbać o swojego gracza.

Bariery wejścia na kolejne rynki i przekonanie konsumenta do marki są trudne. Czy będzie trudno? Na pewno. Ostatnie dwa lata też były trudne, zarówno z punktu widzenia biznesowego, jak i operacyjnego. Bardzo mocno zmienialiśmy organizację, przebudowywaliśmy działy i dostosowywaliśmy się do aktualnej sytuacji rynkowej. Włożyliśmy mnóstwo pracy. To był solidny trening bez spektakularnego sukcesu sportowego.

Jest jeden zagraniczny rynek, który jest dziś dla 4F najważniejszy strategicznie?

W krótkim terminie Rumunia, gdzie mamy swoją bazę i sieć dwudziestu sklepów. W średnim Europa Zachodnia i Bliski Wschód. W dalszej perspektywie największym, ale wymagającym bardzo dużej inwestycji rynkiem jest Azja: Chiny, Tajlandia, Indie, a nawet Bangladesz.

Powiedział Pan o roli selekcjonera. Który kontrakt sportowy nauczył pana dotychczas najwięcej?

Pierwsza umowa z Polskim Związkiem Narciarskim. Byłem wtedy zielony jak szczypiorek. Pamiętam konferencję o rozpoczęciu współpracy, kiedy zestresowany stałem przed dziennikarzami, a Adam Małysz, wtedy zawodnik, mnie pocieszał, żebym się nie stresował. Dużo nauczył mnie później Polski Komitet Olimpijski i kolejne komitety. Zrobiliśmy kilka dużych projektów: byliśmy głównym sponsorem Turnieju Czterech Skoczni, mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim, współpracowaliśmy przy Wings for Life World Run, jest Drift Masters – bardzo ciekawa i duża impreza zbudowana właściwie z niczego. Mamy trochę takich projektów za sobą. Cieszę się, że pracuję ze znakomitymi zespołami w Polsce, a dodatkowo praca z ludźmi na poziomie globalnym daje dużą satysfakcję. Rozmawialiśmy kiedyś z amerykańskim związkiem narciarskim. Nie dogadaliśmy się, ale miałem okazję być w Park City, obejrzeć całą bazę przygotowań amerykańskiego ski teamu. To była ogromna przyjemność. Byłem też w teamie Mateusza Gamrota w Miami, gdzie przygotowuje się do walk. Widziałem od kulis najważniejsze wydarzenia sportowe na świecie.

Ambicjonalnie nie marzy pan też o ubieraniu piłkarskiej reprezentacji Polski?

– Złożyliśmy ofertę do PZPN i pozostała bez odpowiedzi. Nie wiem dlaczego.

Co w sponsoringu sportowym jest dziś najbardziej przereklamowane?

– Przekonanie, że wystarczy podpisać kontrakt, zostać sponsorem i od razu pojawi się efekt. Potrzebna jest strategia i konsekwencja w budowaniu projektu. Myślę, że nasze skojarzenie z narciarstwem wynika z tego, że z Polskim Związkiem Narciarskim jesteśmy od prawie 20 lat. Przereklamowane jest też myślenie, że wystarczy przykleić logo. Jeśli marka sportowa robi rzeczy słabe, to nie przekona zawodnika. A to właśnie zawodnik jest pierwszym i najważniejszym ambasadorem. Od lat zachęcam do sponsorowania sportu, bo im więcej pieniędzy w polskim sporcie, tym lepiej dla sportu i sportowców. Wiele związków naprawdę nie ma pieniędzy i jest im ciężko.

Udostępnij
Jakub Kłyszejko

Jakub Kłyszejko