Radosław Pyffel: „Japończycy są przede wszystkim pragmatyczni” [WYWIAD]
Dlaczego TVP Sport zaprosiło do komentowania mundialu eksperta od Azji zamiast kolejnego byłego piłkarza? Jak Japończycy postrzegają czarnoskórego piłkarza, dlaczego Korea Południowa tak bardzo liczy na Heung-min Sona i czy bogactwo państw Zatoki Perskiej wystarczy do zbudowania prawdziwej piłkarskiej potęgi? W wywiadzie dla SportMarketing.pl Radosław Pyffel opowiada także o geopolitycznych problemach reprezentacji Iranu, stanie futbolu w Uzbekistanie oraz miejscu Australii w azjatyckich eliminacjach. Na końcu rozmowy wspomina również o swoim kanale na YouTubie (https://www.youtube.com/@radoslawpyffel3590), gdzie regularnie komentuje wydarzenia międzynarodowe i procesy zachodzące w Azji.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Wielu kibiców mogło być zaskoczonych, że podczas mundialu w TVP Sport pojawił się ekspert od Azji i geopolityki, a nie kolejny były piłkarz czy trener. Jak doszło do tej współpracy?
Radosław Pyffel, ekspert w tematyce azjatyckiej: – To pytanie bardziej do TVP Sport niż do mnie. Ja ze swojej strony mogę tylko podziękować, bo uważam że wykazała się sporą odwagą zapraszając mnie do współpracy. Sam długo zastanawiałem się, czy przyjąć tę propozycję, bo na co dzień zajmuję się przede wszystkim geopolityką, stosunkami międzynarodowymi i analizą procesów zachodzących w Azji. Z drugiej strony futbol interesował mnie od zawsze. Grałem w piłkę przez wiele lat i śledzę rozwój tej dyscypliny również poza Europą.
Zachęcony odwagą TVP Sport uznałem, że może to być ciekawy eksperyment i warto zaryzykować. Pomyślałem, że warto pokazać kibicom szerszy kontekst kulturowy i społeczny. Piłka nożna w Azji jest przecież odbiciem zmian zachodzących w tamtejszych społeczeństwach. Oczywiście miałem pewne obawy, bo nie jestem postacią powszechnie znaną środowisku sportowemu. Kojarzony jestem raczej z komentarzem geopolitycznym. Mimo to uznałem, że warto wyjść poza strefę komfortu, a ostateczną ocenę, jak to wypadło pozostawić redakcji TVP Sport i Widzom.
Jednym z ciekawszych tematów jest reprezentacja Japonii i jej bramkarz Zion Suzuki. W Europie często pojawiają się pytania, jak Japończycy odbierają zawodników o mieszanym pochodzeniu, ponieważ swego czasu zarzucano im nawet rasizm wobec tenisistki Naomi Osaki
– Moim zdaniem przede wszystkim bardzo pragmatycznie. Rzeczywiście Japonia dość tradycyjnie podchodzi do kwestii „japońskości”, opierając je raczej na więzach krwi i przejściu przez japoński system edukacyjno-wychowawczy, co raczej było niemożliwe w przypadku Suzukiego, urodzonego w Ameryce. Jednak z tego, co widzę, japońskie społeczeństwo wraz z napływem migrantów w ostatnich latach zaczęło się trochę zmieniać, a po drugie na pewno w sporcie i wszędzie tam, gdzie ważny jest wynik, w Japonii liczy się skuteczność i wartość, jaką piłkarz wnosi do drużyny. Jeśli ktoś prezentuje odpowiedni poziom sportowy, to jego pochodzenie schodzi na dalszy plan. Warto pamiętać, że nie jest to sytuacja zupełnie nowa. W japońskim futbolu wcześniej występowali naturalizowani zawodnicy z Brazylii czy piłkarze mający japońskie korzenie, ale wychowani w innych krajach. Dlatego przypadek Ziona Suzukiego, który przyjął nazwisko matki Japonki i gra dla Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest całkowitym precedensem.
Oczywiście zdarzają się dyskusje, jak miało to miejsce chociażby w przypadku wspomnianej tenisistki Naomi Osaki, jednak w sporcie najwyższego poziomu Japończycy patrzą przede wszystkim na wynik i to z reguły przesądza sprawę. Jeśli Suzuki dobrze broni i pomaga reprezentacji odnosić sukcesy, to właśnie to będzie miało w jego konkretnym przypadku największe znaczenie, a spory o tożsamość japońską pozostawmy socjologom i antropologom.
Odnoszę wrażenie, że Japonia i Korea Południowa, choć należą do czołówki Azji, budują swoje reprezentacje w zupełnie inny sposób.
– Zdecydowanie tak. Japonia jest przykładem zespołu funkcjonującego niczym bardzo dobrze zaprogramowany mechanizm. Tam ogromny nacisk kładzie się na technikę, organizację gry, dyscyplinę taktyczną i powtarzalność wyuczonych schematów. Indywidualności są ważne, ale podporządkowane kolektywowi.
Korea Południowa wygląda inaczej. Tam większe znaczenie mają dynamika, waleczność, szybkość oraz gracze zdolni do indywidualnych zrywów. Najlepszym przykładem pozostaje Heung-min Son, który od lat jest największą gwiazdą koreańskiego futbolu. To jednak piłkarz funkcjonujący pod ogromną presją – zarówno sportową, jak i marketingową. Oczekuje się od niego goli, rekordów i tego, że w najtrudniejszych momentach poprowadzi reprezentację do zwycięstw. Na obecnym turnieju ta presja wydaje się szczególnie widoczna. Son nie prezentował optymalnej formy, a jednocześnie znajdował się bardzo blisko historycznych osiągnięć strzeleckich dla reprezentacji Korei. Każdy kolejny mecz zwiększał oczekiwania, co mogło prowadzić do błędnego koła.
Jednocześnie nie można powiedzieć, że Korea opiera się wyłącznie na jednym zawodniku. Bardzo ważną postacią pozostaje Kim Min-jae z Bayernu Monachium – defensor światowej klasy, który potrafi całkowicie wyłączyć z gry czołowych napastników rywali, jak chociażby Patrika Schicka przeciwko Czechom. Istotnym ogniwem jest również Hwang In-beom z Feyenoordu, który w trudnych momentach bierze odpowiedzialność za kreowanie gry. Wszyscy znają też świetnego rozgrywającego PSG Lee Kangina. Problem polega raczej na tym, że w decydujących chwilach część tych liderów zmagała się z urazami lub nie była w stanie pokazać pełni swoich możliwości.
Wspomniał pan o presji ciążącej na Sonie. Mam jednak wrażenie, że wynika ona nie tylko z oczekiwań sportowych, ale także z jego pozycji ikony marketingowej.
– To bardzo trafna uwaga. Heung-min Son od dawna jest twarzą wielu kampanii reklamowych i jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w całej Azji. W pewnym sensie stał się ambasadorem koreańskiego sportu. To oczywiście buduje jego markę, ale jednocześnie nakłada dodatkową odpowiedzialność.
Kiedy Lionel Messi czy Kylian Mbappé biją kolejne rekordy, media automatycznie porównują do nich innych wielkich piłkarzy. W przypadku Sona dochodzi jeszcze oczekiwanie, że zostanie najlepszym strzelcem w historii reprezentacji Korei i zapisze się w annałach mundialu, ponieważ brakuje mu dwóch trafień. Każdy mecz bez gola wywołuje kolejne dyskusje, a presja zamiast maleć, tylko narasta. Warto jednak podkreślić, że Koreańczycy mają więcej wartościowych zawodników. Oprócz Sona są przecież wspomniani Kim Min-jae, Lee Kangin czy Hwang In-beom. Ale w futbolu często bywa tak, że cała narracja skupia się wokół jednej gwiazdy. To nie zawsze pomaga zawodnikowi i samej drużynie.
Chciałbym przejść do państw Zatoki Perskiej. Katar i Arabia Saudyjska od lat inwestują gigantyczne środki w sport. Czy widzi pan w tym autentyczną próbę rozwijania futbolu, czy raczej element poprawy wizerunku na arenie międzynarodowej?
– Myślę, że oba elementy się przenikają. Z jednej strony sport rzeczywiście służy promocji państwa i budowaniu jego miękkiej siły. Z drugiej jednak nie można powiedzieć, że w Arabii Saudyjskiej piłka jest tworem całkowicie sztucznym. To reprezentacja, która od wielu lat regularnie kwalifikuje się do finałów mistrzostw świata i ma swoje tradycje. Co ciekawe, moim zdaniem większym beneficjentem rozszerzenia mundialu jest na przykład Uzbekistan niż Arabia Saudyjska. Saudyjczycy i wcześniej potrafili wywalczyć awans, podobnie jak Japonia, Korea Południowa, Iran czy Australia.
Jeżeli chodzi o same bogate ligi, to warto pamiętać, że ich przyszłość zależy również od sytuacji geopolitycznej. Bliski Wschód znajduje się obecnie w niezwykle trudnym momencie, czego symbolem w ostatnich miesiącach była blokada cieśniny Ormuz, a napięcia w regionie mogą wpłynąć także na sport. Jeżeli pogorszy się bezpieczeństwo i stabilność gospodarcza, mogą odpłynąć inwestorzy, sponsorzy, zagraniczni piłkarze czy turyści. Wtedy model oparty na ogromnych wydatkach stanie pod znakiem zapytania.
Czy wielkie pieniądze wystarczą do stworzenia piłkarskiej potęgi?
– Niekoniecznie. Dobrym przykładem są Chiny. Tam również próbowano budować futbol poprzez kosztowne transfery i sprowadzanie zagranicznych gwiazd. Efekty okazały się jednak ograniczone, bo nie da się kupić kultury piłkarskiej. To proces, który wymaga lat pracy u podstaw, szkolenia młodzieży i zakorzenienia futbolu w społeczeństwie. W Chinach wielu rodziców woli, aby dzieci zostały naukowcami, informatykami, bankowcami czy pianistami grającymi na konkursie chopinowskim niż zawodowymi piłkarzami. Tymczasem w krajach, gdzie piłka jest częścią codziennego życia, rozwój przebiega naturalniej.
W Arabii Saudyjskiej również można zauważyć pewne paradoksy. Liga jest tak bogata, że na niektórych pozycjach – w tym nawet w bramce – występuje bardzo wielu zagranicznych zawodników. To utrudnia rozwój miejscowych piłkarzy. Dlatego z dużym uznaniem patrzę na Mohammeda Al-Owaisa, który mimo ogromnej konkurencji w Saudi Pro League potrafił utrzymać wysoki poziom i pomóc reprezentacji w ważnych spotkaniach.
To, w jaki sposób byli traktowani piłkarzy z Iranu, zbulwersowało światową opinię publiczną.
– To rzeczywiście jedna z najbardziej niezwykłych historii tego mundialu. Mamy sytuację, w której drużyna państwa pozostającego w bardzo napiętych relacjach z gospodarzem turnieju bierze udział w mistrzostwach świata, ale nie może funkcjonować na takich samych zasadach jak pozostali uczestnicy. Irańczycy nie zostali zakwaterowani w Stanach Zjednoczonych zgodnie z pierwotnymi planami, lecz w Tijuanie w Meksyku. Oznaczało to konieczność ciągłego przemieszczania się i funkcjonowania w znacznie bardziej skomplikowanych warunkach logistycznych. To nie jest komfort, jaki mają pozostałe reprezentacje.
Dodatkowo pojawiły się problemy wizowe dotyczące części działaczy i członków sztabu. Z tego, co przekazywano, część osób związanych z reprezentacją nie otrzymała zgody na wjazd do USA, co utrudnia normalne przygotowania do turnieju. Sami piłkarze i trenerzy podkreślali, że chcieliby być traktowani jak każda inna z 48 drużyn uczestniczących w mundialu, tymczasem znaleźli się w mniej sprzyjającej sytuacji.
To wszystko miało znaczenie również z czysto sportowego punktu widzenia. Zawodnicy musieli po meczach wracać do swojej bazy poza Stanami Zjednoczonymi, a każda dodatkowa podróż oznacza zmęczenie i zaburzenie rytmu przygotowań. Kiedy rozmawiamy, przed Iranem jest jeszcze wyjazd do Seattle na decydujące spotkanie grupowe z Egiptem (1:1, Iran odpadł z turnieju – przyp.red.). To już nie jest krótki lot trwający kilkadziesiąt minut, lecz podróż zajmująca około dwóch i pół godziny z Tijuany, do której dochodzą procedury organizacyjne i cała otoczka logistyczna. W turnieju tej rangi nawet takie detale mogą mieć wpływ na dyspozycję zawodników. Na szczęście Departament Bezpieczeństwa Krajowego USA przyznał Iranowi prawo do dodatkowych 24 godzin pobytu na terenie Stanów, ale to nie zmienia faktu, że sytuacja drużyny irańskiej była na tym turnieju bardzo ciężka.
Czy pana zdaniem ta sytuacja odbiła się na wynikach Iranu?
– Myślę, że mogła mieć znaczenie, choć oczywiście nie tłumaczy wszystkiego. Oglądając mecz z Nową Zelandią, spodziewałem się nawet pewnego „efektu flagi”, czyli psychologicznej mobilizacji drużyny w obliczu przeciwności. Irańczycy byli zespołem lepszym piłkarsko, ale nie widziałem tej dodatkowej energii, która mogłaby ich ponieść do zwycięstwa.
Zupełnie inaczej wyglądało natomiast spotkanie z Belgią. Tam było już widać ogromne zaangażowanie, poświęcenie i wolę walki. Szczególnie zapadła mi w pamięć kapitalna interwencja irańskiego bramkarza, który instynktownie obronił groźny strzał jednego z rywali. To był zespół walczący o każdą piłkę, choć ostatecznie nie potrafił w pełni wykorzystać swojej przewagi po czerwonej kartce dla belgijskiego gracza. Ale w tym meczu pojawiła się już ta zadziorność, której trochę moim zdaniem zabrakło w piewszym meczu z Nowozelandczykami.
Iran od lat jest w centrum uwagi z uwagi na kwestie polityczne, ponieważ cztery lata temu w Katarze wielu Persów opłakiwało 22-letnią Mahsę Amini, zabitą przez policję obyczajową, natomiast w 1998 roku, na mundialu we Francji, doszło do gorącej rywalizacji Iranu z USA, z wieloma podtekstami.
– Mam jednak wrażenie, że wokół tej reprezentacji doszło do pewnego przesytu geopolityką. Pojawiają się pytania o relacje z władzami w Teheranie, o irańską diasporę w Los Angeles, o kwestie wizowe czy polityczne symbole. Tymczasem sami piłkarze sprawiają wrażenie ludzi, którzy chcieliby po prostu grać w piłkę. Mam poczucie, że oni są już zmęczeni tym, iż niemal każda rozmowa schodzi na politykę zamiast na futbol.
Właśnie dlatego tak interesujący będzie ich ostatni mecz grupowy. O jego wyniku zdecydują nie tylko umiejętności sportowe, ale także odporność psychiczna zespołu, który przez cały turniej musi radzić sobie z wyjątkowymi okolicznościami organizacyjnymi i politycznymi.
Wiele osób zwróciło uwagę na Uzbekistan, który debiutuje na mundialu. Dla tamtejszych kibiców sam awans był historycznym wydarzeniem, ale równie wielkie emocje wywołała pierwsza zdobyta bramka.
– Miałem okazję oglądać mecze razem z uzbeckimi kibicami i muszę powiedzieć, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Jestem z tą reprezentacją w pewnym sensie zaprzyjaźniony, dlatego cieszę się, że mogłem z bliska obserwować ich reakcje i porozmawiać o tym, czym dla nich jest futbol.
Z perspektywy Europy czasami mówi się, że Uzbekistan nie ma tradycji piłkarskich, ale to nie do końca prawda. Wystarczy przypomnieć choćby Maksyma Szackicha, jednego z najbardziej znanych piłkarzy w historii tego kraju, który przez lata był gwiazdą Dynama Kijów. Dzisiaj symbolem nowego pokolenia jest z kolei Abdukodir Chusanow z Manchesteru City, pokazujący, że uzbeccy zawodnicy mogą trafiać do największych klubów świata. Trzeba też pamiętać, że Uzbekistan już wcześniej był bardzo blisko awansu na mundial. Kilkukrotnie brakowało naprawdę niewiele i tamte niepowodzenia były odbierane niemal jak narodowe tragedie. Dlatego obecny sukces ma dla kibiców wyjątkowe znaczenie.
To jednak nie tylko kwestia pojedynczych talentów. Dobrze było to widać podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu, gdzie Uzbekistan zdobył osiem złotych medali, w tym aż pięć w boksie. Takie sukcesy świadczą o konsekwentnym inwestowaniu w szkolenie i budowaniu sportowej kultury. Piłka nożna jest jednym z beneficjentów tej polityki. Co istotne, w Uzbekistanie istnieje autentyczna kultura futbolowa. Dzieci chcą grać w piłkę, kibice żyją reprezentacją, a kolejne pokolenia marzą o występach na wielkich turniejach. To odróżnia ten kraj od niektórych innych państw regionu, gdzie mimo ogromnych nakładów finansowych futbol nie zakorzenił się w społeczeństwie w podobnym stopniu.
Dlatego historyczny awans na mundial i pierwszy gol zdobyty przez Abbosbeka Fayzullayeva miały ogromne znacznie wykraczające poza sam wynik sportowy. Były potwierdzeniem, że wieloletnia praca przynosi efekty. Jestem przekonany, że w przyszłości jeszcze nieraz usłyszymy o reprezentacji Uzbekistanu, bo fundamenty pod jej rozwój zostały zbudowane naprawdę solidnie.
Z czego wynika tak dynamiczny rozwój sportu w Uzbekistanie?
– Państwo bardzo mocno inwestuje w sport. Wystarczy spojrzeć na ostatnie igrzyska olimpijskie i liczbę zdobytych medali, zwłaszcza w boksie oraz sportach walki. Piłka nożna jest jednym z elementów tej strategii. Często podaję przykład Chin. Tam olbrzymie środki finansowe nie wystarczyły, by stworzyć podobne środowisko. W wielu rodzinach znacznie bardziej cenione są kariery akademickie lub technologiczne. Rodzice wolą, aby dzieci zostały informatykami, naukowcami czy pianistami, którzy później będą zachwycać swoją wirtuozerią, niż zawodowymi piłkarzami. W Uzbekistanie futbol jest natomiast czymś naturalnym i bardziej zakorzenionym społecznie.
Na koniec chciałbym zapytać o Australię. Od lat rywalizuje w azjatyckich eliminacjach, choć geograficznie leży poza kontynentem. Czy w Azji budzi to kontrowersje?
– Szczerze mówiąc, nigdy nie spotkałem się z poważniejszymi pretensjami. Oczywiście Australia jest wymagającym przeciwnikiem, ale właśnie dlatego wiele federacji uważa jej obecność za wartość dodaną. Japończycy czy Koreańczycy od dawna wychodzą z założenia, że rozwój następuje poprzez konfrontację z odmiennymi stylami gry. Australia wnosi futbol bardziej fizyczny, oparty na sile i intensywności, różniący się od technicznego stylu dominującego w wielu krajach Azji Wschodniej.
Dobrym przykładem myślenia strategicznego jest Japonia. Tam od lat inwestuje się w zdobywanie doświadczeń w Europie. Japońskie środowisko piłkarskie zaangażowało się choćby w rozwój belgijskiego Sint-Truiden, traktując ten klub jako miejsce adaptacji zawodników do europejskich realiów. Chodziło właśnie o to, by młodzi piłkarze uczyli się innych modeli futbolu.
Dlatego Australia nie jest postrzegana jako intruz, lecz kolejny mocny rywal podnoszący poziom rywalizacji. Ciekawsze wydaje się pytanie o przyszłość Nowej Zelandii. W Oceanii dominuje ona niemal całkowicie, wygrywając eliminacje w cuglach z wynikami 8-0, czy 3-0, by później organizować tournée po Europie lub Ameryce Łacińskiej, by mierzyć się z bardziej wymagającymi rywalami. Można się zastanawiać, czy kiedyś nie będzie chciała częściej rywalizować z drużynami azjatyckimi, nawet jeśli to utrudni im awanse na mundiale. Z drugiej strony pojawia się kwestia ogromnych odległości i logistyki, która w tej części świata odgrywa bardzo istotną rolę.
Dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję serdecznie. Korzystając z okazji, zapraszam również na mój
kanał na YouTubie, gdzie regularnie komentuję wydarzenia międzynarodowe, geopolitykę
oraz procesy zachodzące w Azji. Kanał można znaleźć pod adresem: https://www.youtube.com/@radoslawpyffel3590.

Bartłomiej Najtkowski
Więcej Wywiady
Od sprzętu do relacji. Jak marki tworzą doświadczenia dla kobiet w outdoorze [WYWIAD]
Outdoor przestaje być wyłącznie kategorią produktową, a coraz częściej staje się przestrzenią spotkań, wspólnych doświadczeń i budowania zaufania do marek. O tym, co jest dziś ważne dla kobiecych społeczności outdoorowych, rozmawiamy z Joanną Długowską, założycielką Cosy Outdoor Festival.