Z dyliżansu do smartfona. Jacek Laskowski o Ameryce, nostalgii i niezmiennej magii mundialu [WYWIAD]
Zbliżające się finały mistrzostw świata w piłce nożnej to dla Jacka Laskowskiego nie tylko kolejny turniej w komentatorskiej karierze, ale i sentymentalny powrót do Stanów Zjednoczonych po ponad trzech dekadach. Doświadczony komentator TVP Sport w wywiadzie dla portalu SportMarketing.pl opowiada o swojej książce „Dawno temu na Mundialu, czyli jak odkrywałem Amerykę”. Wspomina w niej swój przełomowy wyjazd na turniej w 1994 roku – czas, gdy podróżowało się z papierowym atlasem w ręku, a technologia, którą dziś mamy do dyspozycji, nikomu się jeszcze nie śniła.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: W pana książce pojawia się sporo elementów biograficznych, co trochę mnie zaskoczyło. Czy taki był plan od samego początku? Mam na myśli chociażby wątki z dzieciństwa czy okresu studiów. Wydaje mi się, że dzięki temu, że je pan uwzględnił, ta przygoda w Stanach Zjednoczonych staje się jeszcze bardziej nieprawdopodobna. Tym bardziej że nie miał pan wcześniej kontaktu z tym krajem, poza wspomnieniem o koledze ze szkoły mieszkającym wcześniej za oceanem. Czy szansa na tak wielki wyjazd już po kilku latach pracy w TVP Sport była dla pana dużym, pozytywnym zaskoczeniem?
Jacek Laskowski, komentator TVP Sport: – Te wątki były dla mnie bardzo ważne, wręcz przełomowe. Opisanie dzieciństwa, młodości oraz warunków, w jakich się wychowywałem, dojrzewałem i uczyłem, sprawia, że ta historia nabiera właściwego znaczenia. Nie pochodziłem z bogatego domu. Nie wyjeżdżałem z rodziną na wakacje na Węgry, do Rumunii czy Bułgarii, o krajach zachodnich nawet nie wspominając. Jeździło się nad polskie morze albo na polską wieś – tak jak wiele rodzin w tamtych czasach i obecnie.
Wtedy w ogóle nie brałem pod uwagę wyjazdów zagranicznych. Nie sądziłem, że kiedykolwiek opuszczę kraj albo że będę miał własny samochód. Dlatego przeskok, jaki dokonał się w ciągu zaledwie dwóch i pół roku od rozpoczęcia pracy w telewizji do momentu, w którym przemierzałem samochodem Amerykę, był czymś olbrzymim. Takiego skoku cywilizacyjnego i życiowego nie doświadczyłem już nigdy później.
Wiadomo, że Stany Zjednoczone były już wtedy uznawane za światowe mocarstwo i symbol nowoczesności, ale nie przeszły jeszcze rewolucji technologicznej. Będąc tam w 1994 roku, nie miał pan dostępu do udogodnień, które dzisiaj są standardem. To bardzo ciekawe, zresztą sam pan o tym wspomina w książce.
– Ludzie, którzy dawniej poruszali się po Dzikim Zachodzie dyliżansami, nie spodziewali się pewnie, że za kilkadziesiąt lat pojedzie tędy kolej parowa, a już zupełnie nie mieściło im się w głowach, że za sto lat będzie się latać samolotami. Dokładnie tak samo ja – ponad trzydzieści lat temu – nie przypuszczałem, że za parę lat pojawi się coś tak powszechnego, dostępnego i użytecznego jak internet, GPS, a w końcu smartfon, który mieści w kieszeni całe zaplecze logistyczne.
Ważne jest, aby podkreślać, że w 1994 roku nikt nie kalkulował: „O, za parę lat będziemy mieć takie i takie technologie”. Nikt o tym nie wiedział. Po prostu żyło się w warunkach, jakie były dostępne, i trzeba było sobie w nich radzić.
Czy to był mundial, podczas którego udało się panu zwiedzić najwięcej miejsc? W książce zostały zawarte opowieści z kilku stanów. Komentatorzy często zwracają uwagę na to, że obecnie ich czas podczas turniejów jest bardzo ograniczony. A zatem czy zobaczenie tylu miast przyniosło panu dużą satysfakcję? Wspomina pan, że teraz chce jeszcze odwiedzić Nowy Jork, ale już wtedy doświadczył pan mnóstwa atrakcji?
– Rzeczywiście. Wówczas udało się wiele doświadczyć, aczkolwiek uważam, że niezależnie od intensywności pracy, zawsze znajdzie się trochę czasu na zwiedzanie. To nie jest tak, że na innych mundialach niczego nie zobaczyłem. W samej Brazylii zwiedziłem przecież dziewięć miast, a podczas turnieju w Rosji byłem w sześciu. Praca komentatora nie polega na siedzeniu zamkniętym w hotelu i jeżdżeniu wyłącznie na mecz i z powrotem. Jeśli trafiała się wolna chwila, ruszaliśmy w miasto.
Główna różnica tkwi w technologii. Jadąc kilka lat temu do Rosji, mogłem w telefonie kupić bilet do muzeum, sprawdzić drogę do zabytku czy zweryfikować lokalną komunikację. W 1994 roku poruszaliśmy się w sposób całkowicie „oldschoolowy”. Wszystkiego doświadczało się własnymi zmysłami, do wszystkiego dochodziło się własnym wysiłkiem. Naszym jedynym punktem orientacyjnym i pomocą był zwykły, książkowy atlas Stanów Zjednoczonych kupiony jeszcze w Polsce.
Czy najbardziej stresującą sytuacją podczas wszystkich pana wyjazdów na wielkie imprezy było… zatrzymanie przez policję w Stanach Zjednoczonych?
– Na pewno było to stresujące doświadczenie. Czy najbardziej? Zdarzały się też inne, choć może nie tak dramatyczne sytuacje. Kontakt z policją w obcym kraju – w dodatku tak egzotycznym i odległym mentalnie, jak na tamte czasy – zawsze budzi emocje. W dodatku już przed tamtym mundialem obejrzałem sporo amerykańskich filmów, które często pokazywały niebezpieczne incydenty z udziałem stróżów prawa… Miałem świadomość tamtejszej przestępczości i tego, że policjanci zwracają uwagę na konkretne zachowania.
Dla młodego człowieka, bez większego doświadczenia za granicą i bez żadnego obycia ze Stanami Zjednoczonymi, było to niesamowite i stresujące przeżycie. Dziś, po latach, miło się to wspomina, ale wtedy sytuacja była wyjątkowo krępująca.
Wspomina pan, że tamten policjant w ogóle nie miał pojęcia o trwającym święcie futbolu. W lokalnej prasie, liczącej kilkaset stron, o mistrzostwach była wzmianka. Czy dało się wtedy odczuć, mówiąc wprost, ignorancję i brak kultury piłkarskiej w USA? Podobne głosy o braku tradycji futbolowych pojawiały się niedawno przy okazji Kataru – choć to oczywiście nieporównywalnie mniejszy kraj. Jak to wówczas wyglądało za oceanem? Teraz pewnie jest inaczej, głównie ze względu na liczną społeczność latynoską.
– Nie generalizowałbym, że teraz będzie inaczej, a wtedy było tak czy siak. Nie należy wrzucać wszystkiego pod jeden wspólny mianownik, twierdząc, że w Ameryce jest tak, a gdzie indziej zupełnie inaczej. Proszę mi wierzyć, że w Brazylii – kraju o wyjątkowej kulturze piłkarskiej, gdzie rzekomo każdy rodzi się z miłością do futbolu – spotkaliśmy mnóstwo osób zupełnie niezainteresowanych mistrzostwami. Rozmawialiśmy z taksówkarzami czy kelnerami, którzy wiedzieli o turnieju, ale w ogóle ich on nie obchodził.
Opisałem to zresztą w książce: po słynnym meczu, w którym Brazylia przegrała z Niemcami 1:7, wyszliśmy na ulice, spodziewając się narodowej tragedii i rozpaczy. Tymczasem w mieście tętniło życie. Restauracje i dyskoteki były pełne, ludzie się śmiali, pili alkohol i nikt się tą porażką przesadnie nie przejmował. Podobnie bywało we Francji czy w Rosji, gdzie również spotykałem ludzi szczerze zdziwionych, że ich kraj organizuje mundial.
Można więc wyciągnąć z tego wniosek: nigdy nie należy generalizować i zamykać się w stereotypach, bo to bywa niebezpieczne. Zarówno wtedy, jak i teraz, w Ameryce żyją potężne diaspory ludzi z całego świata, którzy mają różne korzenie i tłumnie przychodzą oglądać reprezentacje swoich ojczystych krajów.
W 1994 roku Ameryka była zapewne w Polsce idealizowana, jawiła się jako raj na ziemi. Dziś jej wizerunek w Europie mocno się zmienił w dużej mierze z uwagi na kwestie polityczne. Czy w związku z tym ma pan obawy dotyczące nadchodzącego turnieju? Czy pojawią się jakieś ciemne strony, podteksty, a może będzie to po prostu święto futbolu pełne entuzjazmu?
– Nie mam żadnych obaw. Historia pokazuje, że każdy turniej piłkarski broni się samym faktem, że jest mundialem. Króluje na nim sport, niezależnie od tego, kto akurat rządzi w danym państwie i jaki ma ono charakter. Piłka okazuje się najważniejsza. Ameryka wydaje nam się dziś inna przede wszystkim dlatego, że jest o wiele bardziej dostępna. W 1994 roku świat, także poza dawnym blokiem wschodnim, wcale nie znał USA na wskroś – ten kraj nie był na wyciągnięcie ręki.

Dzisiaj odległości się skróciły, możliwości podróżowania znacząco wzrosły, a migracje ludności są o wiele bardziej intensywne niż te 32 lata temu. Teraz możemy w każdej chwili włączyć kamerę streamingową, odbyć wirtualny spacer za pomocą Google Maps czy na bieżąco czytać tamtejszą prasę. To kwestia realiów epoki. Wchodzimy do innego świata niż w 1994 roku, ale turniej jako wielkie święto z pewnością się obroni. Podobne obawy towarzyszyły przecież imprezom w Rosji czy Katarze i ostatecznie nigdy się nie potwierdziły.
Tak się złożyło, że w swoim pierwszym meczu na mundialu w 1994 roku miał pan okazję skomentować spotkanie Hiszpanów. Choć doskonale pamiętam pana pracę przy meczach ligi hiszpańskiej w CANAL+ czy spotkaniach Copa del Rey w TVP Sport, okazuje się jednak, że pana miłość do hiszpańskiego futbolu narodziła się jeszcze przed czempionatem w USA.
– Tak, opisałem to ze szczegółami w książce. To była kwestia dostępu do transmisji. Dzięki antenie satelitarnej i chwilowemu brakowi restrykcyjnych ograniczeń w prawach telewizyjnych do pokazywania lig zagranicznych, początek lat 90. był dla młodego kibica prawdziwym rajem. Moje ciągoty w stronę Hiszpanii wzmacniał fakt, że od lat 70. do tamtejszych gigantów trafiały największe gwiazdy futbolu, w tym moi ukochani Holendrzy.
Wtedy dostęp do meczów miał zupełnie inny smak niż dzisiaj, gdy można obejrzeć każde, nawet najmniej istotne spotkanie ligi włoskiej, hiszpańskiej czy portugalskiej. W tamtych czasach człowiek czuł się, jakby otwierał tajemniczy skarbiec i przez dwie godziny podziwiał lśniące diamenty.
Inne były też stadiony?
– Świat był wtedy pełen obiektów odkrytych, szerokich, rozłożystych i niezadaszonych – jak Stade Vélodrome w Marsylii, Stadion Olimpijski w Amsterdamie czy w Monachium. Prawdziwa rewolucja architektoniczna w budowie stadionów rozpoczęła się dopiero po turnieju w USA, wraz z powstaniem Amsterdam Arena.
Jeśli chodzi o tamten mundial, stadion w Pasadenie zasługiwał na szczególną uwagę?
– Wizyta na takim obiekcie jak Rose Bowl robiła wtedy ogromne wrażenie, choć patrząc obiektywnie, te 90 tysięcy krzesełek było porównywalne do Stadionu Śląskiego w Chorzowie czy Stadionu Dziesięciolecia, na których bywałem za młodu i które również wypełniały się po brzegi. Okoliczności półfinału MŚ w Los Angeles budowały klimat, ale sam Rose Bowl trudno uznać za obiekt, który stał się jakoś wyjątkowo kultowy.
W książce wspomina pan, że w Pasadenie nie będzie już rozgrywany żaden mecz. Z jakich stadionów przyjdzie panu zatem komentować spotkania fazy pucharowej nadchodzącego turnieju?
– W Kalifornii (Los Angeles) będę pracował na jednym z nowych obiektów. Następnie udam się do Kansas City. Półfinał skomentuję z Dallas – i to będzie taki mój mały powrót, choć sam stadion (AT&T Stadium w Arlington) jest zupełnie inny niż ten z 1994 roku. Na sam koniec polecę do Miami.
Mecz w Miami zapowiada się szczególnie interesująco. Choć jesteśmy zgodni, że należy unikać stereotypów, patrząc na to, co dzieje się wokół Interu Miami, można odnieść wrażenie, że Floryda to obecnie stan najbardziej zakochany w piłce nożnej?
– Znowu konieczne jest pewne zastrzeżenie, ponieważ Miami to nie jest skromna mieścina, w której wszyscy żyją wyłącznie futbolem. Zwróćmy uwagę na potężną aglomerację, gdzie jedno miasto płynnie przechodzi w drugie. Floryda oferuje masę innych atrakcji, także sportowych, i każdy mieszkaniec ma tam dyscyplinę dla siebie. Oczywiście, dzięki obecności wielkich gwiazd, część ludzi mocniej zainteresowała się piłką, ale nie przeceniałbym tego faktu. Nie nastawiam się na to, że od pierwszego momentu wejdę w środowisko całkowicie zdominowane przez futbol.
Z pewnością trudno uznać, że po transferach Leo Messiego czy Luisa Suareza futbol stał się tam nagle religią.
– Zdecydowanie to nie jest tak gwałtowny trend. Tradycje sportowe rodzą się na przestrzeni ponad stu lat, a nie pięciu czy piętnastu. W zależności od regionu świata świętością bywa krykiet, wschodnie sztuki walki, baseball, futbol amerykański, koszykówka czy hokej. To się nie zmieni w kilka chwil. Gdyby Polska zorganizowała MŚ w baseballu, trybuny zapewne zapełniłyby się z czystej ciekawości. Czy to by jednak oznaczało, że po zakończeniu turnieju wszyscy nagle zrozumieją ten sport i będą się nim pasjonować? Śmiem wątpić. Mundiale to po prostu wspaniała okazja do poznawania świata i przenikania się kultur – również tych sportowych.
Bartłomiej Najtkowski
Więcej Wywiady
Maja Włoszczowska: w kontekście organizacji igrzysk olimpijskich w Polsce najważniejsze aspekty to strategia i infrastruktura [WYWIAD]
O perspektywie zorganizowania przez Polskę igrzysk olimpijskich, wnioskach płynących z zawodów w Paryżu i Mediolanie oraz o kontrowersjach związanych z dopuszczeniem białoruskich sportowców do rywalizacji rozmawiamy z Mają Włoszczowską, członkinią Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.