04.06.2026 06:38

Biegi górskie, media i marki. O potencjale najbardziej autentycznej społeczności sportowej [WYWIAD]

Od lat obserwują rozwój biegania górskiego i ultra w Polsce z pierwszej linii, nie tylko relacjonując najważniejsze wydarzenia, ale też wspierając społeczność tego sportu. O tym, jak opowiadać trail nie tylko przez wyniki, ale przede wszystkim przez emocje i doświadczenia, rozmawiamy z Jędrkiem Maćkowskim, wydawcą i redaktorem naczelnym Magazynu ULTRA i portalu Kingrunner.

Udostępnij
Biegi górskie, media i marki. O potencjale najbardziej autentycznej społeczności sportowej [WYWIAD]

Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Skąd pomysł na stworzenie „ULTRA”? Początkowo był to magazyn, a teraz jesteście platformą medialną i społecznością wokół biegania, w szczególności biegów górskich, ultra i trailowych.

Jędrek Maćkowski: – Trzech kolegów zafascynowało się biegami górskimi, wkręciło w nie i na fali euforii stwierdziło, że będą wydawać gazetę. To nie byle jaką, od razu dwumiesięcznik, gruby wypasiony magazyn. Co ciekawe, poza Marcinem Rosłoniem, który jest komentatorem w Canal Plus, nikt z nich nie miał żadnego doświadczenia dziennikarskiego.

Brak doświadczenia objawiał się też w bardzo praktycznych sytuacjach. Kiedy przyszły pierwsze numery magazynu, okazało się na przykład, że nie są w stanie zapakować całego nakładu do samochodu osobowego i po prostu go rozwieźć, masa przekraczała możliwości auta. Od samego początku pismo było kierowane do bardzo konkretnej grupy odbiorców, tych związanych z biegami górskimi. Trzeba pamiętać, że 10 temu był to naprawdę niszowy sport.

Sam pamiętam, że kiedy jechałem na pierwsze długie zawody na dystansie około 150 kilometrów, na starcie pojawiało się 300 osób. Wtedy wydawało mi się to wręcz astronomiczną liczbą. Dzisiaj jesteśmy po mistrzostwach Polski podczas Pieniny Ultra-Trail®, obecnie prawdopodobnie największego festiwalu biegowego w Polsce, gdzie startuje blisko 6 tysięcy osób.

Trail to nie tylko sam sport. To także cała otoczka, wyjazdy w góry, czas spędzony z rodziną i znajomymi, kontakt z naturą. To bardzo społeczna, wręcz rodzinna dyscyplina. Do Szczawnicy podczas takich wydarzeń przyjeżdżają dziś dziesiątki tysięcy ludzi, których łączy jedna pasja, biegi górskie.

Przez kolejne lata wszystko rozwijało się naturalnie, trochę siłą rozpędu. Same biegi trailowe w Polsce rosły z roku na rok. Potem przyszedł moment przełomowy dla nas, pandemia. Paradoksalnie, dla nas okazała się czymś dobrym, bo ludzie zaczęli jeszcze bardziej szukać aktywności na świeżym powietrzu.

Na początku jednak byliśmy przekonani, że to będzie nasz koniec. Nie mogliśmy sprzedawać magazynu w tradycyjnych kanałach dystrybucji. Mieliśmy wtedy niewielu subskrybentów, a większość sprzedaży opierała się na sieciach sprzedażowych, które zostały zamknięte.

W tamtym czasie pojawiła się głośna akcja Burger King, w której marka zachęcała klientów, by wspierali gastronomię, nawet jeśli mieliby pójść do McDonald’s. My zrobiliśmy dokładnie to samo. Napisaliśmy do czytelników: jeśli chcecie nadal czytać dobre, papierowe treści, wykupcie prenumeratę. Nieważne, czy będzie to nasz magazyn, czy na przykład „Na Szczycie” czy „Outdoor Magazyn”. Najważniejsze było jedno, wspierać redakcje i papierowe media.

Akcja zadziałała.

– Następnego dnia obudziliśmy się z kilkuset nowymi prenumeratorami. Z poziomu około stu subskrypcji nagle urosło to do mniej więcej ośmiuset. To był dla nas bardzo ważny sygnał, że mimo iż działamy w niszy, ludzie naprawdę chcą czytać te treści, ale potrzebują też czegoś więcej, poczucia przynależności do społeczności.

Od samego początku wokół „Kingrunnera” zaczęła budować się taka społeczność. Oczywiście nie mówię już o absolutnych początkach, kiedy na zawodach startowało po kilka osób, ale w momencie, gdy środowisko zaczęło rosnąć, magazyn był „od zawsze” jego częścią. My rośliśmy razem z nim.

Z czasem zrozumieliśmy, że naszą największą siłą jest właśnie nasza społeczność. To dzięki niej możemy działać długofalowo. Często nasze wyjazdy na mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy czy zawody odbywające się na innych kontynentach, w Ameryce czy Azji są finansowane właśnie przez naszych prenumeratorów. W większości przypadków to oni to umożliwiają. Kupując prenumeraty, realnie wspierają naszą pracę. My jasno komunikujemy, że dzięki temu możemy planować działania z wyprzedzeniem, rozwijać redakcję i pokazywać partnerom biznesowym, że stoi za nami prawdziwa, zaangażowana społeczność.

Taka relacja wiąże się też z dużą odpowiedzialnością. Nie możemy przyjmować każdej reklamy tylko dlatego, że ktoś chce za nią zapłacić. Jeśli nasi eksperci jasno mówią, że dany produkt to marketingowa manipulacja, a później producent chce wykupić reklamę, to nie możemy mieć rozdwojenia jaźni. Musimy być konsekwentni i brać odpowiedzialność za to, co publikujemy.

Dokładnie tak samo wygląda to przy testach sprzętu. Jeśli coś jest przeciętne albo po prostu słabe, nie możemy mówić czytelnikom, że to świetny produkt tylko dlatego, że ktoś za to płaci. Dzięki temu nasze pismo nie wygląda też jak gazetka Lidla. Jest czymś, co chce się trzymać w ręce i spędzać z tym swój wolny czas.

Dziś branża outdoorowa i trailowa bardzo się rozwinęła. Producenci są dużo bardziej świadomi, a rynek dojrzał na tyle, że jest coraz mniej słabych produktów na nim, bo po prostu nie ma ich jak obronić. Szczególnie jeśli kierowane są do świadomej grupy konsumentów, a taką w trialu mamy.

Zaczynaliście jako marka kojarzona przede wszystkim z papierowym magazynem. Z czasem jednak wyszliście dużo szerzej, poza sam print, budując obecność online i tworząc wokół siebie nie tylko medium, ale też platformę społecznościową dla ludzi związanych z bieganiem górskim. W którym momencie poczuliście, że przestajecie być wyłącznie magazynem, a zaczynacie budować realną społeczność wokół marki?

– To był właśnie ten moment, kiedy bardzo mocno zderzyliśmy się z rzeczywistością i zobaczyliśmy, jak ryzykowne jest opieranie całego biznesu właściwie na jednym filarze,  w naszym przypadku na papierowym magazynie. Oczywiście mieliśmy też stronę internetową i byliśmy obecni w mediach społecznościowych.

Pandemia pokazała nam, że musimy dywersyfikować działania. To był naturalny moment, żeby mocniej wejść w online i zacząć naprawdę budować obecność w sieci.

Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mieliśmy trochę szczęścia, bo okazało się, że właśnie ten przesyt treściami online zaczął działać na korzyść papieru. Sami publikujemy w internecie bardzo dużo i zasięgowo wygląda to dobrze. Od wiosny do późnej jesieni, w zależności od ilości eventów, na których się pojawiamy, generujemy od 3 do 8 mln wyświetleń, ale doskonale wiemy, jak krótko żyją takie treści. Czasem to kilkanaście minut.

Papier działa zupełnie inaczej. Ludzie są coraz bardziej zmęczeni ciągłym scrollowaniem, przebodźcowaniem i konsumowaniem treści w tempie kilku sekund. Coraz częściej widzą to również reklamodawcy, bo można mieć świetne wyniki w internecie, tylko co z tego, jeśli realny kontakt z treścią trwa dwie sekundy? Zaczęliśmy dostrzegać bardzo ciekawy trend,  papier stał się pewnego rodzaju przywilejem. Czymś dla ludzi, którzy potrafią zwolnić, zatrzymać się, znaleźć czas dla siebie i naprawdę wejść w kontakt z treścią, bo dziś papier jest czymś, na co mogą sobie pozwolić ludzie posiadający czas wolny. A w branży sportowej to oni są motorem napędowym rynku. Ograniczona dostępność przestaje być postrzegana jako nisza, a zaczyna funkcjonować jako doświadczenie premium. Wiele osób ma po prostu cyfrowego kaca.

Dwa lata temu przeprowadziliśmy duże badanie środowiska biegaczy górskich. Wypełniło je blisko 3 tysiące osób, a sama ankieta zajmowała około 40 minut. W dzisiejszych realiach to ogromne poświęcenie. To też pokazuje, jak środowisko trialowe czuje i chce mieć realny wpływ na rozwój biegów górskich.

Te odpowiedzi bardzo nas utwierdziły. Pytaliśmy również o magazyn i okazało się, że nasi czytelnicy właśnie tego oczekują,  długich wywiadów, dużych zdjęć, rozbudowanych reportaży. Czyli dokładnie odwrotności tego, czego szukamy na telefonie czy w mediach społecznościowych.  Dlatego, mimo że część naszej społeczności korzysta zarówno z magazynu, jak i z naszych kanałów online, to są to dwa zupełnie różne doświadczenia.

Od lat słyszymy o końcu papieru. Być może dla dużych wydawców, którzy mają dziesiątki tytułów, to rzeczywiście jest po prostu kolejna pozycja w Excelu,  jeśli coś nie dowozi wyników, jest zamykane. Tam jednak najczęściej treści są przedrukami z innych zagranicznych tytułów. Dla takich niszowych, branżowych, hobbystycznych magazynów jak nasz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wiemy, do kogo piszemy, znamy osoby nas czytające i to, co je interesuje. Dlatego trafiamy w ich gusta, ale też kształtujemy ich w jakimś sensie.

Chyba naszym szczęściem było to, że w momencie, gdy zaczęliśmy mocno rozwijać digital i media społecznościowe, zrozumieliśmy jednocześnie, że nie możemy odpuścić papieru. Wręcz przeciwnie, musimy równolegle jeszcze mocniej inwestować w oba światy. Bo papier wcale nie znika. On po prostu zmienia swoją rolę.

Czy to właśnie wasza społeczność w pewnym sensie pokazała wam nowy kierunek rozwoju marki?

– My również musieliśmy w pewnym momencie na nowo zdefiniować, czym tak naprawdę jest nasza marka i w jakim kierunku chcemy ją rozwijać. To nie była wymuszona decyzja, raczej naturalna ewolucja, wynikająca z obserwacji naszej społeczności.

Zauważyliśmy, że część naszych odbiorców po prostu zaczęła się zmieniać. Niektórzy przestawali prenumerować magazyn, a kiedy pytaliśmy o powody, odpowiadali bardzo szczerze: „Ja już nie biegam. Po pierwsze, mam poczucie, że o bieganiu wiem już wszystko, a po drugie, czytanie o tym zaczyna wywoływać FOMO”.

To był dla nas ważny sygnał. Zrozumieliśmy, że nasi odbiorcy nie znikają, oni po prostu przechodzą na kolejny etap swojej aktywności. Dlatego zaczęliśmy rozszerzać nasze treści o outdoor: rowery, trekking, biwakowanie, camping, podróże, sprzęt i szeroko rozumiany styl życia blisko natury. Dzięki temu udało nam się odzyskać część prenumeratorów, którzy wcześniej od nas odeszli. Nie dlatego, że przestali być aktywni, ale dlatego, że przestali definiować siebie wyłącznie jako biegaczy. Stali się ludźmi outdooru.

Naprawdę wierzę, że każdy trail runner jest człowiekiem outdooru. Jeśli ktoś regularnie spędza czas w górach, w naturze, na szlaku, prędzej czy później skończy pod namiotem, w śpiworze albo rozwiesi hamak między drzewami.

Relacjonujecie też najważniejsze imprezy biegów górskich w kraju i za granicą.

– Od samego początku założeniem „Kingrunnera” było to, żeby nie być wyłącznie magazynem czy jednym kanałem komunikacji, ale platformą, która opowiada o biegach górskich, trailu i ultra na wielu różnych poziomach.

Już kilka lat temu próbowaliśmy wychodzić z naszym contentem szerzej, także za granicę. Pojawiły się nawet dwa czy trzy anglojęzyczne wydania, w których tłumaczyliśmy nasze materiały i pokazywaliśmy polski trail międzynarodowej publiczności. To było publikowane m.in. na platformach cyfrowych, ale wtedy nie wywołało jeszcze większego efektu.

Patrząc z perspektywy czasu, było to dość naturalne, wtedy po prostu brakowało nam ambasadorów. Polska nie miała jeszcze tak wielu zawodników i zawodniczek rozpoznawalnych na świecie. Środowisko międzynarodowe nie interesowało się jeszcze specjalnie tym, co dzieje się w polskich biegach górskich.

Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Mamy zawodników i zawodniczki ze ścisłej światowej elity. Mówimy o takich nazwiskach jak Bartłomiej Przedwojewski, Katarzyna Dombrowska, Martyna Młynarczyk czy Andrzej Witek. To zawodnicy, którzy regularnie rywalizują z najlepszymi na świecie i stają na podium najważniejszych imprez.

W momencie, kiedy świat zaczął interesować się polskimi biegaczami, naturalnie wzrosło też zainteresowanie naszym contentem. Polska publiczność przestała śledzić tylko wynik typu: „Bartek wygrał” albo „Stanął na podium”. Ludzie zaczęli chcieć wiedzieć więcej. Z kim on właściwie się ściga? Kim są ci zawodnicy? Jaki to jest poziom? Wtedy zaczęliśmy pokazywać ten szerszy kontekst – opowiadać o światowej elicie, przedstawiać zagraniczne twarze, budować historie wokół rywalizacji. Pokazywać, że kiedy nasi zawodnicy ścigają się z najlepszymi, to mówimy o sportowcach, którzy mają zaplecze i wyniki na poziomie olimpijskim naszej nieolimpijskiej dyscypliny.

Poznaliśmy wielu wspaniałych biegaczy i biegaczek trailowych z całego świata.

– Tutaj warto podkreślić, że trail to nie tylko rywalizacja, to również styl życia. To też zaczęliśmy pokazywać. To, że zawodnicy ze światowej czołówki nie żyją wyłącznie od treningu do treningu, a dla nich góry to nie tylko sport, ale sposób funkcjonowania — podróże, vanlife, camping, poznawanie nowych miejsc i łączenie startów ze zwiedzaniem świata.

To bardzo mocno zadziałało również na polską publiczność. Ludzie zaczęli dostrzegać, że trail może wyglądać inaczej niż klasyczne podejście do sportu, czyli mniej spiny, więcej autentyczności, więcej luzu i więcej radości z samego bycia w górach.

Jeśli chodzi o największe imprezy, to mieliśmy też trochę szczęścia, że ten rozwój zbiegł się z sukcesami polskich zawodników na arenie międzynarodowej.

Kiedy zacząłem regularnie jeździć na wydarzenia takie jak UTMB czy inne największe serie trailowe na świecie, zagraniczni dziennikarze zaczęli kojarzyć „Kingrunnera” nie tylko jako nazwę z Instagrama czy Facebooka, ale też jako realne medium obecne na miejscu.

Zdarzają się sytuacje, że podczas transmisji live dostaję wiadomości od komentatorów zagranicznych z pytaniem: „Kim jest Martyna Młynarczyk? Kim jest Marcel fabian – vo możemy o nich powiedzieć?”. To jest dla mnie ogromna satysfakcja, bo dzięki temu możemy pomagać promować polskich zawodników za granicą. Nie budować ich sukces, bo oni zbudowali go sami, ciężką pracą, ale pomagać opowiadać ich historię światu.

A popularność biegów górskich? Ona bardzo mocno wzrosła również dlatego, że technologia w końcu dogoniła ten sport.

– Dziś najważniejsze imprezy są transmitowane na żywo, w telewizji, na YouTubie, w social mediach. Możemy pokazywać nawet najbardziej wymagające górskie trasy dzięki dronom, mobilnym operatorom, rowerzystom z nadajnikami czy kamerom rozmieszczonym na trasie.

I właśnie wtedy sport, który kiedyś był niszą, nagle stał się widowiskiem, które można śledzić z każdego miejsca na świecie.

Jakie elementy trailu najbardziej przyciągają nowych kibiców, ale też samo zainteresowanie bieganiem w górach?

– Jest ogromna różnica między oglądaniem klasycznego biegu ulicznego a rywalizacji w biegach górskich. W trailu praktycznie cały czas coś się dzieje. Kilku czołowych zawodników lub zawodniczek wymienia się dosłownie cios za ciosem, na podbiegu prowadzenie obejmuje jedna osoba, na zbiegu wychodzi druga, na płaskim fragmencie pojawia się kolejna zmiana. Dynamika rywalizacji potrafi zmieniać się co minutę. Są spektakularne upadki, spadki energii, ale też wirtuozja poruszania się w trudnym terenie.

W przypadku maratonu ulicznego często przez kilkadziesiąt kilometrów obserwujemy tę samą grupę zawodników biegnących w niemal identycznym układzie. Oczywiście emocje może budować świetny komentarz i osoby, które potrafią opowiedzieć historię wyścigu, ale sam obraz, umówmy się – nie zawsze jest tak angażujący. W trailu jest zupełnie inaczej.

Tutaj mamy nie tylko sportową rywalizację, ale też spektakl wizualny. Piękne górskie krajobrazy, zmieniające się warunki, techniczny teren, zawodników walczących dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Do tego dochodzi element nieprzewidywalności. W trudnym terenie wszystko może się wydarzyć — poślizg, potknięcie, kryzys, nagła zmiana tempa. To trochę jak w Formuła 1, część kibiców śledzi rywalizację dla strategii, technologii i walki o sekundy, ale jest też ten element nieprzewidywalności, który buduje dodatkowe emocje.

W trailu działa to podobnie. Są kibice, którzy oglądają nie tylko sam wynik, ale też to, jak zawodnicy radzą sobie w ekstremalnych warunkach, jak podejmują decyzje w trudnym terenie i jak wychodzą z sytuacji, które w jednej chwili mogą odmienić cały wyścig. Właśnie ta nieprzewidywalność, połączona z pięknem natury i bezpośredniością rywalizacji, sprawia, że biegi górskie są dziś tak angażującym widowiskiem.

Czy biegi górskie mogą stać się jedną z najbardziej autentycznych platform sponsoringowych w sporcie?

– Co ciekawe, kiedy analizowaliśmy transmisje live, w których komentujemy zawody, zobaczyliśmy coś, czego sami się nie spodziewaliśmy. Przez wiele godzin relację oglądało regularnie ponad tysiąc osób — i co najważniejsze, ta liczba utrzymywała się przez długi czas. To pokazuje, jak zaangażowana jest ta społeczność i jak duży potencjał mediowy mają dziś biegi górskie. I mówimy tu tylko o Polskim rynku. Zawody z międzynarodową obsadą w pikach przyciągają 10 razy więcej osób, a końcowe wyświetlenia są dużo większe.

Myślę, że warto to podkreślić również z perspektywy biznesowej, bo trail running staje się coraz bardziej atrakcyjną przestrzenią dla marek. Mam wrażenie, że firmy, które weszły w ten świat odpowiednio wcześnie, dziś naprawdę zbierają tego efekty. Nawet jeśli nie mówi się o tym głośno, to wśród społeczności biegaczy górskich jest to bardzo dobrze widoczne.

To grupa odbiorców, która jest wyjątkowo świadoma i zaangażowana. Śmiejemy się, że my biegacze górscy głosujemy nogami. Jeśli dzięki obecności partnera możemy oglądać profesjonalną transmisję live, śledzić zawodników na trasie czy mieć dostęp do wysokiej jakości relacji z wydarzenia — społeczność to docenia. I odbiera to zdecydowanie lepiej niż klasyczne formy reklamy, jak ulotka wrzucona do pakietu startowego czy standardowy branding na wydarzeniu.

Tutaj marka nie tylko się pokazuje, ona realnie współtworzy doświadczenie kibica i zawodnika. W tak silnie związanej społeczności to ma ogromne znaczenie. Takie marki zyskują dobre skojarzenia w naszej grupie. Ale ta grupa wciąż dynamicznie rośnie, więc jeśli jakaś marka będzie miała pomysł jak wejść w grupę, jak ją sobie zjednać, nadal jest tu miejsce na wielu graczy.

Przykładem takiego wydarzenia jest Pieniny Ultra-Trail® — jeden z największych festiwali biegów górskich w Polsce. Mieliście okazję prowadzić stamtąd transmisje live, które komentowałeś wspólnie z Olą Niemasz z redakcji.

– Ola ma naturalny talent do opowiadania i dla mnie najważniejsze jest to, że naprawdę to przeżywa. Do tego umie ładnie mówić, jest szalenie inteligentna i błyskotliwa. A kiedy ktoś autentycznie przeżywa to, o czym mówi, odbiorcy od razu to czują. Właśnie taki sposób opowiadania o trailu chcieliśmy od początku budować. Do naszej redakcji nie zapraszamy dziennikarzy – zapraszamy zajawionych naturszczyków.

To zresztą był jeden z kluczowych momentów w rozwoju „Kingrunnera” i w definiowaniu naszego stylu komunikacji. Pamiętam swój pierwszy większy zagraniczny wyjazd na finał cyklu Golden Trail World Series na Maderę, jakieś cztery czy pięć lat temu. Obecnie cykl transmitowany jest w Eurosporcie. Wtedy zadałem sobie bardzo proste pytanie: po co ja właściwie tutaj jestem? Czy naprawdę mam napisać dokładnie to samo, co wszyscy? Pierwszy przybiegł ten zawodnik, drugi ten, trzeci ten, Polak zajął takie miejsce, temperatura wynosiła tyle, a jutro startują kolejni?

Pomyślałem wtedy, że przecież to jest zwykła depesza, żeby stworzyć taki materiał, wcale nie muszę jechać na drugi koniec Europy. Mogę równie dobrze usiąść kilka godzin później, sprawdzić wyniki i opisać wszystko z gotowej tabeli.

Wówczas zrozumieliśmy, że jeśli chcemy być na takich wydarzeniach, to nie po to, żeby przekazywać suche informacje. Naszą rolą jest pokazywanie emocji, atmosfery, kulis, historii zawodników i tego wszystkiego, czego nie da się zobaczyć w samych wynikach.

Wynik każdy może sprawdzić, ale samemu sprawdzić trasę, powiedzieć, co na niej czeka zawodników, co zaraz się wydarzy, przewidywać ruchy zawodników ich taktykę to właśnie jest wartość, którą chcemy dawać naszej społeczności.

To jest bardzo widoczne w waszym działaniach.

– W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że jeśli chcemy naprawdę opowiadać o trailu, to musimy pokazywać ten sport również od kulis. Pokazywać zawodników nie tylko w momencie startu czy walki na trasie, ale również takimi, jacy są poza rywalizacją. Chcieliśmy pokazać, że oni też się stresują, że mają emocje, że często są niesamowicie inteligentnymi, charyzmatycznymi i bardzo naturalnymi ludźmi. Chodziło o to, żeby opowiadać nie tylko o wyniku, ale przede wszystkim o emocjach, które towarzyszą całemu wydarzeniu. Sport to igrzyska emocji.

Dlatego od początku założyliśmy, że same czasy czy różnice na mecie nie będą dla nas najważniejsze. Jeśli dwóch zawodników dzielą dwie czy trzy sekundy, to z perspektywy emocji nie ma większego znaczenia, czy były to dokładnie dwie, trzy czy cztery sekundy. To wciąż jest różnica o włos.

Dużo ważniejsze było dla nas pokazanie, co naprawdę wydarzyło się na trasie i co stoi za tym wynikiem. Zamiast skupiać się na cyfrach, chcieliśmy opowiadać obrazami, emocjami i historiami zawodników i zawodniczek. I okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Bo jeśli ktoś naprawdę interesuje się sportem i chce znać wszystkie szczegóły, bez problemu sam sprawdzi wyniki, klasyfikację ITRA czy ranking UTMB.

Dla nas najważniejsze było coś innego. Chcieliśmy pokazać ten sport takim, jaki naprawdę jest. Jeśli ktoś atakuje pod górę na granicy możliwości, chcieliśmy, żeby widz niemal sam poczuł to pieczenie w płucach. Bo właśnie wtedy sport przestaje być tylko wynikiem. Staje się doświadczeniem.

A kto dzisiaj tworzy „Kingrunnera”?

– Gdybyś zadała mi to pytanie jeszcze rok temu, pewnie bez zastanowienia powiedziałbym dokładnie, ile osób pracuje i współpracuje z nami. Dzisiaj mam z tym dużo większy problem, bo zespół tak się rozrósł, że zawsze istnieje ryzyko, że kogoś pominę.

Jeśli mówimy o naszym podstawowym zespole odpowiedzialnym za działania digitalowe, content i bieżącą komunikację, to core tworzy pięć osób. Z kolei, jeśli dołożymy do tego część związaną z wydaniem papierowym, dochodzą jeszcze kolejne dwie osoby, więc łącznie robi się z tego siedem osób zaangażowanych w codzienne funkcjonowanie marki. Do tego dochodzi naprawdę szerokie grono współautorów, ekspertów i osób, które tworzą z nami poszczególne materiały.

W pewnym momencie uznałem, że musimy rozwijać zespół. Wtedy do mnie i Artura Kamińskiego dołączyli między innymi Maciek Skiba i Ola Niemasz. Są od nas młodsi o dobre dziesięć lat, więc wnieśli zupełnie inne spojrzenie na wiele tematów, nową energię i nową wrażliwość.

W ostatnim numerze możemy pochwalić się tekstami blisko 20 autorów. Tworzymy magazyn, który dotyka bardzo wielu obszarów życia outdoorowego i sportowego, właśnie tej różnorodności najbardziej potrzebujemy. Każdy autor to inny styl pisania, inne spojrzenie na świat. A nie oszukujmy się, bywają magazyny, tworzone przez 2-3 osoby. My też kiedyś byliśmy takim pismem. To jednak szybko potrafi się czytelnikom przejeść.

Wszyscy z waszej redakcji to na pewno pasjonaci trailu i outdooru.

– W naszym zespole właściwie wszyscy są w jakiś sposób związani z tym światem. Albo biegają, albo biegali, albo są bardzo blisko outdooru i stylu życia, o którym opowiadamy. To ma ogromne znaczenie, bo dzięki temu nie tworzymy treści z zewnątrz, tylko z perspektywy ludzi, którzy naprawdę znają to środowisko.

Możemy też z dumą powiedzieć, że korektę naszego magazynu nadal robi człowiek, a nie algorytm. Oczywiście, jak wszędzie, czasem może zdarzyć się drobne przeoczenie, jakiś przecinek czy literówka, ale to nie jest tylko zwykła korekta językowa.

Ola, która odpowiada za ten obszar, jest bardzo mocno osadzona w naszym świecie. Zna nazwiska, kojarzy historię zawodników, pamięta wydarzenia i potrafi wychwycić rzeczy, których żadne automatyczne narzędzie nie zauważy. To często nie jest już sama korekta, ale również redakcja i spojrzenie całościowe. Potrafi powiedzieć: chwila, coś tutaj się nie zgadza, ktoś pomylił fakty, przekręcił nazwisko albo zapomniał, że ktoś kiedyś tego już dokonał i wcale nie jest taki pierwszy na świecie. To są rzeczy, które budują wiarygodność medium.

Do tego dochodzi Krzysiek, który odpowiada za skład graficzny, osoby współtworzące treści, a także Ania i Kasia odpowiedzialne za marketing i współpracę z partnerami. Możliwe, że mało profesjonalnie się wypowiadam używając imion, a nie fikcji – dyrektor biura, dyrektor artystyczny, ale my mimo, że wydajemy profesjonalne pismo, nadal jesteśmy grupą kumpli, dla których trail i biegi ultra są skocznią od codzienności. Każdy z nas bowiem, działa też zawodowo na innych obszarach.

Patrząc na rozwój trail runningu, w którym miejscu jako środowisko jesteśmy dzisiaj? Jaką rolę Wy odgrywacie obecnie w budowaniu tej społeczności i jak widzicie swoją rolę w dalszym rozwoju tego sportu?

– Dziś toczą się bardzo poważne rozmowy o tym, czy trail running w przyszłości trafi do programu olimpijskiego. Jeśli ten scenariusz się zrealizuje, najbardziej realnym kierunkiem wydaje się obecnie Brisbane 2032, a nie najbliższe igrzyska. W środowisku trailowym coraz głośniej mówi się o kampanii związanej właśnie z Brisbane i o tym, że decyzje dotyczące programu sportowego mogą zapaść w najbliższych latach.

Dla ludzi związanych z trailem samo wejście na igrzyska nie jest najważniejsze. Kluczowe jest to, żeby ten sport nie stracił swojej tożsamości i nie został uproszczony czy „przerobiony” pod telewizję albo olimpijski format. W środowisku często pojawia się przykład Ski mountaineering, które weszło do programu olimpijskiego, ale w bardzo mocno skróconej i specyficznej formule, nie do końca oddającej pełny charakter tej dyscypliny.

Jeśli trail rzeczywiście trafi na igrzyska, to równie ważne jak sama obecność będzie odpowiednie pokazanie tej dyscypliny szerokiej publiczności. Bo trail to nie jest „bieganie po lesie” czy „kręcenie się po górach”. To sport, który wyrasta z dużo głębszej kultury — z kontaktu z naturą, samowystarczalności, techniki, strategii i ogromnej odporności psychicznej.

Myślę, że właśnie to dostrzegają dziś organizacje takie jak International Olympic Committee , World Athletyics czy International Trail Running Association (ITRA). Widzą nie tylko widowiskowość tej dyscypliny, ale przede wszystkim jej ogromny potencjał społeczny.

Siła trail runningu polega na tym, że to jest sport elitarny tylko na poziomie wyników. Na poziomie uczestnictwa to sport niezwykle powszechny i dostępny. Możesz zaczynać od spaceru po lesie, a skończyć na starcie w największych imprezach świata. I właśnie ta autentyczność, dostępność i społeczność mogą sprawić, że trail ma dziś realną szansę, by w przyszłości znaleźć się na olimpijskiej scenie.

A jaki kontekst polskiego trailu w tym widzisz, dalszego rozwoju?

– Oczywiście bardzo dużo mówimy o elicie, o najlepszych zawodnikach i zawodniczkach, o walce o medale czy o najważniejszych międzynarodowych startach. Ale prawda jest taka, że siła trail runningu nie leży wyłącznie w zawodowcach.

Przykładem jest festiwal biegów, Pieniny Ultra-Trail®. W rywalizacji o medale mistrzostw Polski startuje około 130 zawodników, ale na całe wydarzenie przyjeżdża ponad 5,5 tysiąca uczestników. I to właśnie oni pokazują prawdziwą skalę tego sportu. Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich, to też impreza na około 5000 osób. Imprez, które przekroczyły 1000 uczestników mamy w Polsce kilkanaście. Często te imprezy odbywają się jednego dnia w różnych miejscach w Polsce. Bywają zatem moim zdaniem weekendy, gdzie na różnych zawodach biega pod 10 tysięcy osób, a nie liczę tych, co biegają po prostu dla siebie, bez żadnej rywalizacji.

To są amatorzy, ale w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa. Ludzie, którzy chcą się ruszać, chcą być blisko natury, chcą doświadczać emocji, przekraczać własne granice i budować relacje z innymi. I właśnie dlatego trail ma tak ogromny potencjał nie tylko sportowy, ale też społeczny. To sport, który realnie wpływa na zdrowie fizyczne, psychiczne i społeczne. Daje ludziom przestrzeń do regeneracji, do budowania relacji i do znalezienia równowagi w codziennym życiu. Jeśli spojrzymy na to z perspektywy biznesowej, to nic dziwnego, że marki zaczęły dostrzegać ten świat. Bo za tym sportem stoi realna społeczność i realne potrzeby. Ludzie potrzebują butów, odzieży, plecaków, zegarków, sprzętu outdoorowego, akcesoriów do regeneracji czy podróży. Oczywiście z czasem każdy dochodzi do momentu, w którym musi znaleźć zdrowy balans i powiedzieć sobie, że nie potrzebuje kilkunastu par butów czy kolejnego gadżetu. Jednak pamiętajmy, że jest to bardzo świadoma i zaangażowana grupa konsumentów. Właśnie, dlatego trail jest dziś tak atrakcyjnym miejscem dla marek sportowych. Tutaj nie chodzi tylko o zakupy. To przede wszystkim społeczność. Ludzie bardzo mocno identyfikują się z tym środowiskiem. Mówią: jesteśmy biegaczami górskimi, to jest nasz styl życia, nasz sposób myślenia, nasza energia.

Co ciekawe, bardzo często są to osoby, które osiągnęły już dużo w życiu zawodowym. Ludzie, którzy przez lata budowali kariery, funkcjonowali w intensywnym tempie, często w korporacyjnym świecie, a dziś szukają czegoś zupełnie innego. Szukają autentyczności, natury, prostoty i przestrzeni, w której mogą naprawdę odetchnąć. To również napędza rozwój trail runningu. Jeśli chodzi o nas, to mamy ogromną nadzieję, że nigdy nie stracimy tej energii i radości z tworzenia. Bo ostatecznie bardzo zależy nam na tym, żeby nadal mieć z tego frajdę.

Wiemy też, że zawsze może pojawić się ktoś, kto zrobi coś szybciej, świeżej albo lepiej. Szczerze? To nas cieszy. Bo kiedy widzimy, że coraz więcej mediów zaczyna interesować się trailem, nawet jak piszą głupoty, mijają się z faktami, to dla nas jest to sygnał, że sami też musimy podnosić poprzeczkę, bo mamy konkurencję. A jesteśmy też sportowcami i wiemy, że bez konkurencji nie ma rozwoju!

Udostępnij
Magdalena Bryś

Magdalena Bryś