Kacper Merk: nawet nie marzyłem, że Martin Schmitt albo Devon Kershaw będą moimi kolegami z pracy [WYWIAD]
Po 13 latach pracy w Eurosporcie z redakcją pożegnał się Kacper Merk. Reporter znany przede wszystkim z relacji z Pucharu Świata w skokach narciarskich potwierdził swoje odejście w mediach społecznościowych, kończąc ważny etap kariery, podczas którego relacjonował także igrzyska olimpijskie, lekkoatletykę, piłkę nożną i piłkę ręczną. W wywiadzie dla SportMarketing.pl podsumowuje te kilkanaście lat spędzonych w Eurosporcie.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Zacznijmy od serialu o Kamilu Stochu. W ostatnich latach pojawia się coraz więcej produkcji pokazujących sportowców w szerszym kontekście. Czy realizacja tego projektu była jednym z największych wyzwań w trakcie twojej pracy w Eurosporcie?
Kacper Merk: – Na pewno było to coś nowego. Tak dużego i złożonego projektu wcześniej w Eurosporcie nie robiłem. Oczywiście igrzyska olimpijskie są ogromnym przedsięwzięciem produkcyjnym, ale tutaj wyzwanie polegało na czymś innym. Ten serial zaczęliśmy pokazywać w trakcie sezonu, więc wszystkie odcinki były montowane na bieżąco. Właściwie z tygodnia na tydzień.
To zupełnie inna sytuacja niż przy klasycznych produkcjach dokumentalnych, gdzie najpierw masz zdjęcia, a potem czas na montaż. U nas wszystko działo się niemal „na żywo”. To, co trafiało do odcinków, zależało od bieżących wydarzeń sportowych. Pierwszy odcinek pokazaliśmy tydzień po igrzyskach olimpijskich i dotyczył właśnie igrzysk, co pokazuje, jak mało było czasu. Ogromne uznanie należy się Jeanowi Prisetowi, który odpowiadał za montaż, ponieważ wykonał niesamowitą pracę.
Pomysł narodził się rok wcześniej. Uznałem, że skoro tak wielki sportowiec kończy karierę, warto pokazać go od bardziej ludzkiej strony – z jego emocjami, wyzwaniami ostatniego sezonu. Czy się udało? To już ocenią widzowie, ale dla mnie to było jedno z największych zawodowych wyzwań.

Mam wrażenie, że byłeś kojarzony głównie z rolą reportera, ale pracowałeś też jako komentator. Czy któraś z tych ról jest trudniejsza?
– Nie uważam, że jedna jest trudniejsza od drugiej, są po prostu inne. Przez pięć lat komentowałem biegi narciarskie, więc mam porównanie. Praca reportera polega na byciu blisko ludzi. Trzeba gdzieś pojechać, poczekać, trafić na odpowiedni moment. Często rozmawiasz ze sportowcami tuż po zawodach, kiedy emocje są bardzo silne, czasami po porażce. To wymaga wyczucia i umiejętności pracy z emocjami.
Z kolei komentator musi utrzymać narrację przez długi czas, nawet kilka godzin. Na przykład podczas igrzysk olimpijskich w Mediolanie komentowałem bieg na 50 km kobiet razem z Justyną Kowalczyk-Tekieli. To były trzy godziny ciągłej narracji. To też jest wymagające. Każda z tych ról ma swoje plusy i minusy.
Wspomniałeś o pracy reportera – wiąże się ona też z dużymi wyrzeczeniami?
– Zdecydowanie tak. To piękna praca, bo podróżujesz, poznajesz ludzi, jesteś w centrum wydarzeń. Ale są też minusy, ponieważ przez ostatnie osiem lat ani razu nie spędziłem Sylwestra z żoną. Wiele ważnych momentów w życiu mnie ominęło, bo byłem w pracy. To zawsze jest pewien kompromis między życiem zawodowym a prywatnym.
Czy jest miejsce, które szczególnie dobrze wspominasz pod kątem pracy dziennikarskiej?
– Zawsze najlepiej pracuje mi się na igrzyskach olimpijskich, co wynika też z tego, że jestem po prostu fanem olimpizmu. Mimo że organizacyjnie bywa tam trudniej – więcej ludzi, problemy logistyczne – to poczucie rangi wydarzenia wszystko rekompensuje.
Jeśli chodzi o skoki narciarskie, to szczególne miejsce w moim sercu zajmuje Oberstdorf. Inauguracja Turnieju Czterech Skoczni ma niesamowitą atmosferę. To stadion pełen ludzi, ogromne emocje, wszyscy zawodnicy są w najwyższej formie. To jeden z kluczowych momentów sezonu. Zawsze też żartowałem, że najlepiej pracowało się w pandemii, bo było cicho, spokojnie, nie musiałem przekrzykiwać kilkudziesięciu tysięcy ludzi czy stać w korkach, by dojechać albo wyjechać ze skoczni narciarskiej. Niemniej, oczywiście to jest takie podejście pół żartem, pół serio, bo wiadomo, że wtedy atmosfera była dużo gorsza.
A jak porównasz igrzyska letnie i zimowe z perspektywy dziennikarza pracującego na miejscu?
– To zupełnie inne imprezy. Letnie igrzyska są większe: więcej sportów, więcej zawodników, większe miasta, jak Paryż, Tokio czy Londyn. Zimowe igrzyska odbywają się często w mniejszych ośrodkach, jak koreańska wioska Pjongczang czy górskie regiony we Włoszech. Letnie są bardziej intensywne. Codziennie jest kilka wydarzeń do obsłużenia. Na zimowych zdarzają się dni spokojniejsze. Ale jedne i drugie mają swój urok.
Chociaż często było tak, że ludzie, którzy odpowiadali za moją pracę na IO od strony organizacji, nie zajmowali się tymi dyscyplinami na co dzień, więc nie znali zawodników i ich specyfiki. Wynika to z tego, że choć są superproducentami sygnału telewizyjnego i wiedzą, jak się ogarnia media, to nie mają pojęcia np. o skokach narciarskich. I chociażby w Mediolanie to było zabawne, że otworzono taką bramkę na stadionie w skokach narciarskich, przez którą zawodnicy uciekali w trakcie pierwszego konkursu. Dzięki temu nie musieli przejść przez mixed zone, bo organizatorzy się nie popisali. Nie wiedzieli, nie mieli know-how, trudno powiedzieć. W każdym razie dopiero po interwencji ta bramka została zamknięta i zawodnicy przechodzili przez ten punkt, w którym można z nimi porozmawiać.
Czy na przestrzeni lat spotkałeś sportowców, którzy szczególnie wyróżniali się pod względem podejścia do mediów? Jedni może zaskoczyli pozytywnie, bo skracali dystans, byli otwarci, a inni okazali się niezbyt przystępni?
– Szczerze mówiąc, nie spotkałem nikogo, kto traktowałby mnie z wyższością. Na najwyższym poziomie sportowcy rozumieją, że media są częścią całego systemu. Oczywiście jedni są bardziej otwarci, inni bardziej introwertyczni, ale to kwestia charakteru. Na poziomie zawodowym współpraca układa się dobrze praktycznie ze wszystkimi.
Na koniec – jak wyglądała specyfika pracy w Eurosporcie?
– To było wyjątkowe miejsce pracy. Często nie pracowałem bowiem tylko dla polskiego rynku, ale de facto dla całej Europy. Przy skokach narciarskich robiłem materiały dla ponad 40 rynków. Zdarzało się, że przygotowywałem wywiady w różnych językach – po angielsku, niemiecku czy włosku. Podczas igrzysk w Pekinie robiłem wejścia dla brytyjskiego Eurosportu.
Pracowałem też przy różnych dyscyplinach, nie tylko zimowych, ale też przy lekkoatletyce czy piłce nożnej, w tym przy Ekstraklasie. Kierownictwo stacji chciało, bym wspomógł redakcję na polskich boiskach. Nie miałem z tym żadnego problemu, co wynikało z mojego wcześniejszego doświadczenia. Jako dziennikarz radiowy pracowałem bowiem przy reprezentacji Polski jeszcze za czasów Leo Beenhakkera, Franciszka Smudy, Waldemara Fornalika i Adama Nawałki.
Na igrzyskach w Pekinie zdarzyło mi się robić wejście z łyżwiarstwa figurowego dla brytyjskiego Eurosportu. Na zawodach lekkoatletycznych również zdarzało mi się pracować dla wielu różnych rynków. Kiedy byłem na mistrzostwach Europy w Berlinie w 2018 czy MŚ w Budapeszcie w 2023 roku, więc ta specyfika pracy była najfajniejsza. Możliwość pracy z międzynarodowymi ekspertami, zagranicznymi sportowcami i dla widzów z całej Europy była czymś naprawdę wyjątkowym.
Nawet nie marzyłem o tym, że Martin Schmitt albo Devon Kershaw będą moimi kolegami z pracy i tak mogę wskazywać wielu różnych ciekawych sportowców, których oglądałem za dzieciaka na przykład, jak byłem trochę młodszy. Z sir Bradleyem Wigginsem komentowałem kolarstwo na IO w Tokio w 2021 roku, więc ta specyfika była najfajniejsza, jeżeli chodzi o pracę w Eurosporcie.
Bartłomiej Najtkowski
Więcej Wywiady
Sportowa aplikacja ma pomóc w budowaniu codziennych relacji. „Dużo łatwiej jest się ruszyć z domu”
Dziś, mimo rosnącej popularności aktywności fizycznej, często brakuje poczucia wspólnoty — społeczności, z którą można nie tylko poćwiczyć czy pobiegać, ale też nawiązać relacje i poczuć się częścią grupy. Na tę potrzebę odpowiada aplikacja Sport Scout, platforma łącząca ludzi wokół aktywności i wspierająca budowanie relacji w realnym świecie. Rozmowa z…