23.04.2026 07:58

Od boiska do realnej pomocy. Anna Mioduska o misji Fundacji Legii [WYWIAD]

Jak budować wiarygodność fundacji działającej przy jednym z najbardziej emocjonalnych klubów w Polsce? Czy marka piłkarska pomaga w działaniach społecznych, czy czasem je utrudnia? O tym, jak Fundacja Legii łączy charytatywność, edukację i profilaktykę, opowiada w rozmowie dla SportMarketing.pl Anna Mioduska, prezes Fundacji Legii.

Udostępnij
Od boiska do realnej pomocy. Anna Mioduska o misji Fundacji Legii [WYWIAD]

Jakub Kłyszejko, redaktor naczelny portalu SportMarketing.pl: Piłka nożna jest dziś obecna w pani życiu właściwie codziennie?

Anna Mioduska, prezes Fundacji Legii: – Tak, siłą rzeczy jest obecna każdego dnia. Nawet gdybym chciała się przed tym bronić, to nie miałoby sensu, bo u nas w domu piłka nożna po prostu króluje. Wciągnęła już całą rodzinę, choć wcześniej, przyznaję bez bicia, nie byłam kibicką futbolu. Dziś to naturalna część naszego codziennego życia.

Czy z czasem da się patrzeć na piłkę bardziej na chłodno?

– Piłka nożna to przede wszystkim emocje i to jest w niej piękne i choć z czasem podejście może się trochę zmieniać, to w naszym przypadku nigdy nie będzie to już oglądanie meczów jak u normalnego kibica. W ten świat zainwestowaliśmy mnóstwo czasu, emocji i środków, więc jesteśmy w niego bardzo mocno zaangażowani. Każdy mecz ma znaczenie, a wyniki sportowe przekładają się na wiele innych obszarów funkcjonowania klubu i jego otoczenia.

Śledzi Pani także inne drużyny i wyniki, czy głównie skupia się pani na Legii?

– Skoro mój mąż śledzi wszystko, to siłą rzeczy ja też sporo tego chłonę. Patrzę na tabelę, interesuję się tym, jak radzą sobie inni. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę to robić w takim stopniu, ale to dzieje się już zupełnie naturalnie.

Fundacja Legii działa od ponad dekady. Co po tych jedenastu latach uważa pani za największe zwycięstwo, którego nie da się pokazać w tabeli czy raporcie?

– Rzeczywiście, w ubiegłym roku obchodziliśmy dziesięciolecie i po podsumowaniu dekady działalności Fundacji mamy poczucie, że udało nam się zrobić dużo dobrego. Patrząc tylko na liczby, udało nam się wesprzeć ponad 9 tysięcy beneficjentów i ponad 150 organizacji. Realizujemy średnio około 90 akcji rocznie, przy naprawdę niewielkim, ale bardzo sprawnym zespole.

Trudno wskazać jeden projekt jako najważniejszy, bo za wszystkimi stoją realni ludzie ze swoimi problemami. Najgłośniejsze były zapewne działania pomocowe w czasie pandemii i po wybuchu wojny w Ukrainie, a także cykliczna akcja „Wszyscy Do Wioseł”. Dla mnie jednak największym sukcesem jest każda realna zmiana w czyimś życiu: poprawa zdrowia, zmiana sposobu myślenia, uruchomienie w kimś sprawczości, dzięki której później sam potrafi sobie pomóc. To są właśnie te wielkie małe sukcesy.

Fundacja działa przy klubie, który wywołuje ogromne emocje. To pomaga w docieraniu do ludzi czy czasami utrudnia pracę?

– Na początku bywało trudniej, bo wiele osób patrzyło na nas przez pryzmat sportu i wyników. Mam jednak poczucie, że po latach systematycznej pracy pokazaliśmy, że chodzi nam o działalność stricte społeczną i charytatywną, a nie o działania wizerunkowe czy formalny dodatek do klubu. Zależy nam na popularyzowaniu edukacji i wspieraniu osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. Dzięki temu wypracowaliśmy pozycję, która jest coraz bardziej niezależna od bieżących sportowych emocji. Legia jest oczywiście filarem naszej tożsamości, ale klub to coś więcej niż tylko to, co dzieje się na boisku, to ogromna społeczność i ważna rola edukacyjna, którą staramy się wspierać w obszarze charytatywnym.   

Co było najtrudniejsze na początku: zdobycie zaufania partnerów, kibiców, a może przekonanie otoczenia, że Fundacja robi coś więcej niż akcje wizerunkowe?

– Właściwie wszystko wymagało czasu i pracy. Trzeba było przekonać partnerów, kibiców i otoczenie, że działamy bezinteresownie i robimy coś pożytecznego i że nie musi to być bezpośrednio związane ze sportem. Na początku często pojawiało się myślenie, że skoro Fundacja działa przy klubie sportowym, to pewnie zajmuje się wyszukiwaniem talentów albo zbiera pieniądze na działalność klubu. Musieliśmy przebić się przez ten stereotyp i pokazać, że nie o to chodzi.

Oczywiście wierzymy w siłę sportu i tam, gdzie to możliwe, włączamy ten element do naszych działań. Ale fundamentem jest pomoc społeczna. Na początku także część kibiców patrzyła na nasze inicjatywy z dystansem. Dziś mamy relację opartą na wzajemnym szacunku, czasem nasze działania się przecinają, czasem się wzajemnie wspieramy.

Kiedy poczuła pani, że Fundacja przestała być dodatkiem do klubu i stała się osobnym, wiarygodnym bytem?

– Jednym z ważnych momentów był „Bieg Stulecia Legii”, organizowany przez Fundację. To była chwila, w której wyszliśmy mocniej do miasta i dotarliśmy także do osób niezwiązanych bezpośrednio z Legią. Potem bardzo ważna była akcja „Gotowi do Pomocy” w czasie lockdownu. Sfinansowaliśmy wtedy i rozwieźliśmy wtedy około 55 tysięcy posiłków seniorom z Warszawy i okolic.

W tę inicjatywę zaangażowali się nie tylko sportowcy i kibice, ale różne środowiska, harcerze, osoby publiczne i zwykli ludzie, po prostu warszawiacy, którzy chcieli zrobić coś dobrego. Wtedy wiele osób po raz pierwszy zobaczyło, że Legia może być również nośnikiem dobra i realnego wsparcia w dużo szerszym wymiarze.

Właśnie w takich momentach zmienia się też sposób myślenia o klubie i jego społecznej roli?

– Mam taką nadzieję. Wciąż funkcjonują stereotypy, że stadion to miejsce niebezpieczne, a kibice kojarzą się wyłącznie negatywnie. Tymczasem to po prostu szeroki przekrój społeczny ludzi, którzy na co dzień zajmują się najróżniejszymi rzeczami. Można wśród nich spotkać także profesorów, chirurgów, artystów i osoby z bardzo różnych środowisk, których łączy wspólna pasja. Mam nadzieję, że z czasem to postrzeganie będzie się dalej zmieniało.

W działaniach Fundacji ważniejsze są duże, widoczne akcje czy codzienna, cicha praca?

– Zdecydowanie codzienna praca. To ona jest fundamentem wszystkiego. Akcje takie jak „Wszyscy Do Wioseł” są bardziej widoczne i medialne, ale na co dzień realizujemy mnóstwo mniejszych projektów: współpracujemy ze świetlicami środowiskowymi, prowadzimy działania edukacyjne, analizujemy prośby o pomoc, weryfikujemy organizacje i potrzeby. To jest praca, której często nie widać, ale bez niej nie byłoby ani dużych kampanii, ani trwałych efektów.

Co jest dziś najtrudniejsze w zarządzaniu Fundacją?

– Jak chyba w każdej organizacji społecznej, nigdy nie jesteśmy w stanie wesprzeć każdego, kto tego potrzebuje i zawsze przydałyby się większe środki. Potrzeb jest bardzo dużo, a liczba fundacji i organizacji stale rośnie. Serce chciałoby pomagać wszystkim, ale to niemożliwe. Dlatego bardzo jasno określamy obszary, w których działamy i staramy się konsekwentnie ich trzymać: edukacja, profilaktyka, przeciwdziałanie wykluczeniu.

To ważne również z perspektywy wiarygodności i skuteczności. Jedno odstępstwo może sprawić, że zaraz trzeba będzie odpowiadać na dziesiątki próśb z obszarów, które nie są naszym zakresem działania.

Jak wygląda pomoc w praktyce?

– Nie udzielamy wsparcia wyłącznie w formie prostych transferów finansowych. Sami również za każdym razem szukamy sponsorów i partnerów dla naszych działań. Jeśli wspieramy organizacje społeczne, najpierw je weryfikujemy. Od lat mamy pod opieką grupę podmiotów, które znamy, wiemy, jak działają i jakie mają efekty.

Bardzo często pomagamy logistycznie lub organizacyjnie: zbieramy środki na konkretne projekty, organizujemy loterie i akcje, wspieramy zakupy albo wyjazdy. Jeśli pojawiają się indywidualne prośby, np. na leczenie, zwykle proponujemy model pośredni — pomagamy zorganizować zbiórkę, festyn czy loterię i dokładamy fanty lub wsparcie promocyjne. Wszystko musi być jednak wcześniej zweryfikowane. Budujemy w ten sposób zaufanie naszych darczyńców, którzy mają przekonanie, że przekazana pomoc będzie skutecznie i efektywnie spożytkowana.

Czy po tylu latach nadal zdarzają się sytuacje, które Panią emocjonalnie poruszają?

– Tak, cały czas. I cieszę się, że się na to nie uodporniłam. Najbardziej poruszają mnie momenty, kiedy widać, że pomoc naprawdę zadziałała i coś zmieniła. Szczególnie bliski jest mi projekt szkoły językowej, który współorganizujemy na warszawskiej Pradze. Trafiają tam dzieci z trudniejszego środowiska, które początkowo nie widziały sensu w nauce języka, bo mówiły, że i tak nigdy nie wyjadą za granicę. Udało się je zmotywować, także poprzez organizację pierwszego dla nich wyjazdu zagraniczny. Chodziło o pokazanie im, że nauka języka przekłada się na praktykę i realne życie.

Efekty przyszły z czasem: poprawa wyników w szkole, większa motywacja, poczucie sprawczości. Dziś mamy już absolwentów studiów, w tym kierunków językowych. Niektórzy z nich wracają do tego projektu i pracują przy nim jako stażyści. To są bardzo konkretne dowody na to, że edukacja naprawdę zmienia życie.

Program „Lekcje z Legią” pokazuje, że przez piłkę można uczyć także matematyki czy logicznego myślenia. Czy sport może być dziś skutecznym językiem edukacji?

– Nie powiedziałabym, że zastępuje tradycyjną edukację, ale na pewno bardzo ją uatrakcyjnia. Kiedy widzi się dzieci wyrywające się do odpowiedzi, bo zadanie dotyczy np. odległości między ręką bramkarza a poprzeczką, łatwo zrozumieć, że sposób podania wiedzy ma ogromne znaczenie. Chodzi o różnorodność form i o to, by dzieci naprawdę chciały uczestniczyć w zajęciach.

Jeśli do tego dochodzi możliwość wejścia na stadion, zobaczenia zaplecza czy dotknięcia murawy, to edukacja staje się dla nich doświadczeniem, a nie tylko obowiązkiem.

Podobnie działał program „Celuj w zdrowie”, w którym sport był narzędziem profilaktyki. Czy dzieci łatwiej słuchają o zdrowiu, gdy mówi do nich marka klubu piłkarskiego?

– Myślę, że tak. Sport naturalnie kojarzy się ze zdrowiem, ruchem, odżywianiem i stylem życia. Nawet jeśli piłkarze nie uczestniczą bezpośrednio w każdych zajęciach, sam kontekst klubu sportowego buduje dla dzieci wiarygodność. To przekaz, który jest dla nich bardziej naturalny i atrakcyjny niż tradycyjna szkolna forma.

„Wszyscy Do Wioseł” to dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych akcji Fundacji. Jak wybieracie tematy i organizacje, którym chcecie nadać największy rozgłos?

– To jest chyba najtrudniejsza część całego projektu. Przez kilka miesięcy szukamy tematu, który jest społecznie ważny i który może uruchomić coś więcej niż tylko jednorazową zbiórkę. Zależy nam na tym, żeby obok środków finansowych pojawiała się też zmiana w świadomości.

Tak było choćby wtedy, gdy wspieraliśmy Stowarzyszenie Daj Herbatę, zajmujące się osobami w kryzysie bezdomności w Warszawie. Chodziło nie tylko o zebranie pieniędzy, ale też o zmianę języka i perspektywy, pokazanie, że to nie jest anonimowy problem, lecz historie konkretnych ludzi, którzy znaleźli się w kryzysie i potrzebują wsparcia, a nie odwracania wzroku.

A co sprawia, że ta akcja z roku na rok zyskuje coraz większy rozmach?

– Akcja Wszyscy Do Wioseł łączy rywalizację sportową z działaniem pomocowym i edukacyjnym, ale dziś zbudowaliśmy już taki poziom zaangażowania, że uczestnicy chcą przychodzić i brać w niej udział, nawet zanim poznają dokładnie temat danej edycji. To pokazuje, że zbudowaliśmy wokół niej społeczność i zaufanie.

Rywalizacja jest tu ważna, ale tak naprawdę stanowi punkt wejścia do rozmowy o czymś większym. Bardzo cenne są momenty, kiedy uczestnicy po wydarzeniu mówią, że dzięki akcji lepiej zrozumieli dany temat — na przykład kryzys psychiczny dzieci i młodzieży czy znaczenie telefonu zaufania 116 111. Wtedy wiemy, że ta akcja daje nie tylko efekt zbiórkowy, ale też edukacyjny.

Można więc powiedzieć, że Fundacja odchodzi od klasycznie rozumianej charytatywności w stronę edukacji i profilaktyki?

– My raczej łączymy jedno z drugim. W ten sposób rozumiemy dziś nowoczesną działalność społeczną. Charytatywność nie polega wyłącznie na przekazywaniu pieniędzy. Może oznaczać również dawanie ludziom wiedzy, narzędzi, impulsu do zmiany i dostępu do wartościowych treści.

Tak jest choćby z przewodnikiem, który powstał jako efekt ostatniej edycji „Wszyscy Do Wioseł”. To materiał przygotowany z myślą o dorosłych, pomagający lepiej zrozumieć świat młodzieży w Internecie, ułatwić rozmowę międzypokoleniową i budować relację. Zależy nam, by tego typu treści docierały jak najszerzej — bo to także forma realnej pomocy.

Jaką rolę w działaniach Fundacji odgrywają piłkarze?

– Bardzo chętnie się angażują, choć oczywiście staramy się z tego korzystać rozsądnie, żeby nie odciągać ich od treningów i obowiązków sportowych. Kiedy jest potrzeba, występują w naszych materiałach, odwiedzają szpitale czy świetlice. Współpraca z zawodnikami układa się bardzo dobrze.

Jak sprawić, by obecność piłkarzy nie była tylko miłym gestem, ale niosła realną wartość dla beneficjentów?

– Ja wierzę, że ona realnie pomaga. Sama widziałam to choćby w Centrum Zdrowia Dziecka. Dla dzieci, szczególnie tych ciężko chorych, spotkanie z idolem to ogromny zastrzyk energii, nadziei i motywacji. To są emocje, które mają znaczenie również w procesie leczenia i powrotu do zdrowia.

Co piłka nożna daje Fundacji, czego nie dałaby inna marka albo instytucja?

– Przede wszystkim skalę oddziaływania. Piłka nożna ma niezwykłą siłę i jest językiem, który rozumieją ludzie niezależnie od miejsca i środowiska. Daje nam też dostęp do infrastruktury, relacji i szerszej sieci współpracy.

Dla nas ważne było również to, że przez lata mogliśmy funkcjonować w międzynarodowym środowisku organizacji społecznych działających przy klubach piłkarskich. To dawało wymianę doświadczeń, inspiracje i możliwość realizowania wspólnych działań. Było to szczególnie widoczne przy pomocy dla Ukrainy, gdy razem z innymi klubami organizowaliśmy transporty z darami.

Czy polska piłka jest dziś gotowa, by szerzej mówić o zdrowiu psychicznym, samotności czy wykluczeniu?

– Myślę, że to się będzie rozwijać. My byliśmy jednymi z pierwszych, którzy zajęli się tym systemowo i na większą skalę. Dziś coraz częściej widać, że tego typu działania stają się elementem odpowiedzialnego funkcjonowania klubów. Wszystko zależy jednak od tego, czy ktoś traktuje to jako obowiązek do odhaczenia, czy jako realną część swojej misji.

U nas od początku było jasne, że przy Legii powinna działać organizacja, która naprawdę niesie pomoc i realną zmianę.

Czy miała Pani poczucie, że część osób ocenia Pani działalność bardziej przez pryzmat nazwiska niż efektów?

– Szczerze mówiąc, nie miałam takiego odczucia. Być może łatwiej mi czasem dotrzeć do sponsorów czy partnerów, ale mam poczucie, że dziś jesteśmy oceniani przede wszystkim przez pryzmat tego, co zrobiliśmy i jakie są efekty naszej pracy.

Jak reaguje Pani na głosy w stylu: „najpierw uporządkujcie klub, a dopiero potem rozmawiajcie o pomaganiu”?

– Nie reaguję. Po prostu robię swoje.

Rozumie pani kibicowską złość skierowaną w kierunku męża?

– Jest to dla mnie trudny temat. Czy rozumiem? Staram się rozumieć mechanizm myślenia, rozumiem emocje związane z bieżącą sytuacją sportową, ale jednocześnie wiem jak dużo pracy, środków i zaangażowania zostało włożonych przez ostatnie lata w ten klub i jak bardzo się zmienił na lepsze pod wieloma względami. Wiem, jakie stoją za tym realne intencje i jak trudne i wymagające jest to wzywanie. Oceniając to wszystko tylko przez pryzmat wyników w danym sezonie, łatwo zapomnieć, ile pozytywnych rzeczy zostało zrobionych. Warto wspomnieć chociażby o ośrodku treningowym, akademii czy infrastrukturze, szkółkach i wielu elementach, których kibic nie dostrzega na co dzień. Legia jest profesjonalnie zarządzaną, nowoczesną, wielowymiarową organizacją i nie stało się to przypadkiem.   Wiem, że wynik sportowy jest teraz daleki od oczekiwań, ale nie można powiedzieć, że w Legii nic nie działa. To duże i niesprawiedliwe uproszczenie.

Na ile wcześniejsze doświadczenia zawodowe pomagają pani w prowadzeniu Fundacji?

– Bardzo. To przede wszystkim kompetencje organizacyjne, umiejętność zarządzania i rozumienie mechanizmów prawnych oraz formalnych. W organizacji społecznej to ma ogromne znaczenie.

Liderka takiej organizacji powinna być bardziej empatyczna czy bardziej twarda?

– Myślę, że trzeba łączyć jedno z drugim.

Co dziś najbardziej panią napędza?

– Poczucie odpowiedzialności i wiara w to, że edukacja, profilaktyka i dobrze prowadzony dialog mogą realnie zmieniać rzeczywistość. Wierzę, że poprzez nasze działania u podstaw, nagłaśnianie ważnych tematów i dawanie ludziom dostępu do wiedzy, możemy wpływać na ich przyszłość, dawać szansę, poprawiać relacje, ułatwiać rozmowę między dorosłymi a młodzieżą i sprawiać, że świat staje się choć trochę lepszym miejscem do życia.

Gdyby miała Pani odpowiedzieć jednym zdaniem: po co Legii Fundacja?

– Po to, żeby zmieniać świat na lepszy.

A gdyby miała pani przekazać kibicom krótki komunikat, nie jako prezes Fundacji i nie jako żona właściciela, tylko po prostu jako człowiek?

– Bądźcie życzliwi. Rozejrzyjcie się wokół siebie, zobaczcie, czy obok nie ma ludzi, którzy potrzebują pomocy. Otwórzcie się na innych.

Udostępnij
Jakub Kłyszejko

Jakub Kłyszejko