Polka uprawia nietypową dyscyplinę. Autentyczność ponad wszystko – między sportem a współpracą z markami [WYWIAD]
Freeride to coś więcej niż sport — to sposób myślenia, podejmowania decyzji i budowania relacji z naturą. W świecie, w którym liczy się nie tylko wynik, ale też styl, odwaga i autentyczność, Gosia Śniegórska konsekwentnie wypracowuje swoją pozycję na międzynarodowej scenie. O drodze od pierwszych zjazdów w Polsce, przez Alpy, aż po starty w Freeride World Tour, a także o tym, jak budować relacje z markami.
Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Jak zaczęła się twoja przygoda z freeridem. Co tak naprawdę sprawiło, że zostałaś w nim na dłużej? Jak ta pasja wpłynęła na twoje życie? W jaki sposób ukształtowała cię nie tylko jako osobę, ale też w kontekście twojej drogi zawodowej i kariery?
Gosia Śniegórska: – Freeride był w dużej mierze następstwem decyzji, które wcale nie były wcześniej zaplanowane. Na snowboardzie jeździłam od dawna, dzięki siostrze, która zabrała mnie pierwszy raz na stok i pokazała podstawy. Pamiętam, że bardzo się w to wkręciłam, podczas ferii zimowych prosiłam tatę, żeby tylko wypożyczył mi sprzęt, żebym mogła jeździć. Nie było jednak tego snowboardu bardzo dużo w moim życiu — zimy w Polsce są krótkie, a w czasie szkolnym mamy właściwie tylko dwa tygodnie ferii. Z rodziną wyjeżdżaliśmy zwykle na tydzień, do Istebnej albo Wisłyi tak toczyło się to przez kilka lat. Przełom przyszedł dopiero, gdy miałam osiemnaście lat. Pojechałam wtedy na swój pierwszy zorganizowany wyjazd snowboardowy. Szukałam czegoś freestyle’owego, bo inspirowali mnie snowboardziści wykonujący triki i pomyślałam: „też tak chcę”. W tamtym czasie było to jednak trudne — snowboard był jeszcze stosunkowo młodą dyscypliną i ciężko było znaleźć klub, środowisko czy ludzi, którzy się tym zajmują. Trzeba było wiedzieć, gdzie szukać.
W końcu trafiłam na kolejny wyjazd i pamiętam, że to był dla mnie ważny moment. Pojechałam na swojej pierwszej desce, zupełnie nieprzystosowanej do freestyle’u, z wiązaniami ustawionymi jednokierunkowo. Tam jednak „ochrzcili mnie” porządnie i zaczęła się moja przygoda z freestyle’em. Później, już w trakcie studiów, studiowałam na AWF-ie i zrobiłam kurs instruktora snowboardu. To bardzo pomogło mi uporządkować technikę — jako samouk miałam sporo nawyków, które nie przeszkadzały w jeździe, ale utrudniały dalszy rozwój. Zaczęłam też brać udział w różnych wydarzeniach freestyle’owych — tzw. jamach, czyli jedno- lub dwudniowych eventach w snowparkach, gdzie zawodnicy wykonują triki. Kolejny ważny moment przyszedł, gdy miałam 23 lata i wyjechałam do pracy do Szwajcarii na lato. Tam pierwszy raz zobaczyłam lodowiec, na którym można było jeździć przez cały rok. Miałam okazję trenować w snowparku w świetnych warunkach i wtedy pomyślałam: „muszę tu zostać na zimę i zobaczyć, jak to wygląda naprawdę”. Tak z sezonu na sezon, zaczęła rodzić się we mnie pasja do freeride’u. Góry mnie wciągnęły — może nie są całkowicie dzikie, bo często można się do nich dostać wyciągiem czy gondolą, ale i tak dają ogromne poczucie wolności. Chciałam coraz więcej — więcej jeździć, więcej odkrywać, więcej eksplorować.
To właśnie freeride stał się Twoją główną ścieżką. Jesteś w nim do dziś i weszłaś na poziom profesjonalny i startujesz w międzynarodowych zawodach, Freeride World Tour Challenger. Jak wyglądała ta droga — moment przejścia od pasji do bardziej zawodowego podejścia? Kiedy poczułaś, że to już nie tylko hobby, ale realna ścieżka sportowa i w kontekście również współprac komercyjnych?
– To był naprawdę długi i wymagający proces i w pewnym sensie nadal się do niego przyzwyczajam. Te bardziej konkretne, profesjonalne współprace pojawiły się dopiero wraz z wynikami sportowymi. Kluczowy był moment, kiedy dostałam się do Pucharu Europy — to była dla mnie realna „podkładka”, która pokazała, że jestem na odpowiednim poziomie.
Wcześniej oczywiście też działałam i jestem za to bardzo wdzięczna — miałam różne współprace, głównie barterowe. Byłam też mocno obecna w środowisku snowboardowo-outdoorowym od strony modelingowej. Brałam udział w sesjach zdjęciowych, m.in. dla 4F czy marek zagranicznych.
Dzięki temu zbudowałam pewne portfolio i doświadczenie — mogłam pokazać markom, że potrafię nie tylko jeździć, ale też tworzyć wokół tego historię, narrację, komunikację. To okazało się bardzo pomocne przy kolejnych krokach.
Na początku jednak większość współprac opierała się właśnie na barterze. Dopiero gdy zaczęłam startować w zawodach, zmieniła się też moja pozycja — pojawiły się wyniki, a wraz z nimi większe możliwości i przestrzeń do negocjowania lepszych warunków współpracy.
Freeride wydaje się bardzo autentyczną i „czystą” formą sportu. Jak w takim środowisku buduje się współpracę z markami, nie tracąc tej autentyczności? Jak Ty do tego podchodzisz i jaka jest Twoja perspektywa — zarówno osobista, jak i z punktu widzenia całej sceny freeride’owej?
– Dla mnie autentyczność jest absolutną podstawą. Jeśli coś nie jest ze mną spójne, po prostu nie angażuję się w taką współpracę. Nawet jeśli nie jestem jeszcze w pozycji, w której mogę dowolnie wybierać spośród wielu ofert, to zawsze staram się współpracować z markami, które choć w pewnym stopniu rozumieją ideę sportu, który uprawiam.
Wydaje mi się, że kluczowe jest wzajemne porozumienie, kiedy ono istnieje, autentyczność pojawia się naturalnie i po prostu „broni się sama”.
Jeśli chodzi o to, co jest najważniejsze dla marek, to myślę, że jest to połączenie kilku elementów. Z jednej strony wyniki sportowe — one często otwierają drzwi i stanowią pewnego rodzaju potwierdzenie poziomu. Bez tego trudno czasem przekonać markę do współpracy. Z drugiej strony ogromne znaczenie ma dziś osobowość i sposób komunikacji. W świecie digitalowym wiele firm wciąż patrzy na liczby, ale coraz częściej widać zmianę — marki zaczynają zwracać uwagę na historię, autentyczność i to, jak dana osoba buduje swoją narrację wokół sportu i pasji.
Coraz ważniejszy staje się też tzw. „całokształt” — czyli to, kim jesteś jako osoba: jak żyjesz, w jakim środowisku się obracasz, jakie wartości reprezentujesz. To wszystko składa się na Twój styl życia, a dla marek jest to bardzo istotny element przy podejmowaniu decyzji o współpracy, szczególnie w dłuższej perspektywie.

A jak nawiązywałaś takie współprace? Z twojej perspektywy – przedstawicielki sportu ekstremalnego.
– Myślę, że punktem wyjścia do budowania współpracy z markami jest bardzo proste pytanie: jaki jest Twój cel? Co chcesz osiągnąć i co możesz dać od siebie?
Jeśli jakaś marka naprawdę Cię inspiruje, to rozmowa od początku jest bardziej szczera i naturalna. Łatwiej wtedy budować relację, która ma sens w dłuższej perspektywie. To nie chodzi tylko o szybkie działania w social mediach, ale o coś więcej — o wspólne projekty, wizję i kierunek, w którym chcesz rozwijać swoją karierę. Dlatego ważne jest, żeby odpowiedzieć sobie uczciwie: po co ta współpraca jest mi potrzebna? Jeśli potrafisz to jasno nazwać i konsekwentnie komunikować swoją wizję, to marki też są w stanie odpowiedzieć równie konkretnie — czy chcą w to wejść i co mogą wnieść od siebie.
W mojej opinii długofalowe współprace są najbardziej wartościowe — dla obu stron. Dla marki to budowanie wiarygodności i autentyczności, bo pokazuje, że wspiera sportowca nie tylko „na chwilę”, ale w całym procesie. A dla sportowca to poczucie stabilności i bezpieczeństwa.
Szczególnie w takim sporcie jak freeride, gdzie wszystko zależy od wielu czynników. Jeden sezon może być świetny, pełen sukcesów, a kolejny — trudniejszy, na przykład przez kontuzję czy warunki. I właśnie wtedy widać, jak wygląda prawdziwa relacja z marką.
Jeśli w takich momentach wsparcie znika, to nie jest to dobry sygnał — ani dla sportowca, ani dla wizerunku samej marki. Dlatego tak ważne jest, żeby współpracować z partnerami, którzy rozumieją specyfikę sportu i są gotowi być częścią tej drogi — niezależnie od wyników.
Bo ostatecznie chodzi nie tylko o wyniki, ale też o relację, zaufanie i komfort psychiczny, który pozwala dalej się rozwijać.
Freeride stał się ważną częścią Twojej drogi — nie tylko jako zawodniczki, ale też osoby, która współtworzy i promuje tę dyscyplinę w Polsce. Jakie to miało dla Ciebie znaczenie wtedy, a jak patrzysz na to dziś? W jaki sposób chciałabyś w przyszłości dalej rozwijać i wspierać freeride w Polsce?
– Szczerze mówiąc, trudno mi wskazać jeden konkretny moment, od którego to wszystko się zaczęło, że zostałam zauważana w polskim środowisku sportowym. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak te różne elementy zaczęły się łączyć.
Wydaje mi się, że przełomem było dostanie się do Challengera — to był moment, kiedy zaczęłam być bardziej zauważana. Dużą rolę odegrała też Zuzka Witych, która wspomniała o mnie w swoich mediach społecznościowych. Dzięki temu ludzie zaczęli dostrzegać, że w snowboardzie coś się dzieje, że ktoś z Polski startuje i próbuje swoich sił na wyższym poziomie.
Dla mnie to wszystko było bardzo naturalne. Kiedy opowiadasz swoją historię, która jest dla Ciebie codziennością, czasem trudno dostrzec w niej coś wyjątkowego. Pamiętam, że kiedy dostałam zaproszenie, żeby o tym opowiedzieć, pomyślałam: „OK, ale co ja właściwie mam powiedzieć?”. Dopiero później zobaczyłam, że dla innych to może być inspirujące.
Dużym krokiem były też targi sportowe w Katowicach, na których byłam rok wcześniej z moim sponsorem, Nideckerem. To był mój pierwszy publiczny wywiad. Dzięki temu wydarzeniu zaczęłam być bardziej widoczna — zarówno dla ludzi, jak i dla marek. Takie miejsca są świetne, bo można bezpośrednio spotkać się z dystrybutorami czy właścicielami firm, porozmawiać, nawiązać relacje. To właśnie tam pojawiły się pierwsze konkretne propozycje.
Myślę, że to bardzo ważna lekcja — żeby być obecnym, pokazywać się, mówić o sobie. Bo można robić świetne rzeczy, ale jeśli nikt o tym nie wie, to trudno iść dalej.
Takie wydarzenia, jak targi czy spotkania branżowe, bardzo w tym pomagają. Pozwalają budować relacje w naturalny sposób i pokazują, kim jesteś — nie tylko jako sportowiec, ale też jako osoba. I to właśnie ta autentyczność często robi największą różnicę.
Zdecydowanie widać dużą różnicę między kontaktem online a bezpośrednim spotkaniem. Social media są ważne, ale często pokazują tylko wycinek rzeczywistości. Kiedy ktoś ma okazję porozmawiać z Tobą na żywo, lepiej rozumie, kim jesteś jako osoba — i to buduje zupełnie inny poziom relacji.
Jeśli chodzi o freeride w Polsce, to na pewno jest to wciąż niszowa dyscyplina, zwłaszcza na poziomie zawodniczym. Nie mamy idealnych warunków do treningu, dlatego rozwój opiera się głównie na wyjazdach zagranicznych. Mimo to pierwsze ważne kroki już zostały wykonane — między innymi dzięki takim osobom jak Zuzka, a także poprzez powstawanie struktur, jak kadra freeride’owa przy Polskim Związku Narciarskim.
Z mojej perspektywy chciałabym dalej rozwijać freeride w Polsce, zarówno jako zawodniczka, jak i osoba, która może inspirować innych. Szczególnie zależy mi na tym, żeby pokazywać tę drogę dziewczynom i udowadniać, że to jest możliwe, nawet jeśli startujemy z miejsca, gdzie warunki nie są idealne. Myślę, że to dopiero początek — ale bardzo ważny.
Na ten moment jesteśmy jeszcze na bardzo wczesnym etapie rozwoju freeride’u w Polsce, ale mam nadzieję, że to będzie się dynamicznie zmieniać i że z czasem pojawi się coraz więcej zawodników.

Mam też taką nadzieję.
– Pamiętam, że na jednych z moich ostatnich zawodów, komentator zwrócił uwagę, że dziwi go, jak mało freeriderów pochodzi z krajów Europy Wschodniej — w tym z Polski. To dało mi do myślenia, bo przecież w Polsce jest duża społeczność osób, które kochają freeride.
Na poziomie, na którym obecnie startuję, jestem jedyną reprezentantką Polski. Wyżej jest jeszcze Zuzka, a na niższych szczeblach od tego sezonu zaczyna pojawiać się coraz więcej zawodników — i mam ogromną nadzieję, że ta grupa będzie dalej rosła.
Jeśli chodzi o moją rolę, to przede wszystkim chciałabym inspirować — nie tylko młodsze osoby, ale wszystkich, którzy myślą o wejściu na ścieżkę zawodniczą. Bo to naprawdę wyjątkowe doświadczenie.
Bardzo ważne jest też dzielenie się wiedzą i doświadczeniem. Organizujemy wyjazdy, podczas których możemy pokazywać, jak wygląda ta droga od środka i wspierać osoby, które chcą spróbować swoich sił w freeride’zie na poziomie sportowym.
Kiedy same zaczynałyśmy, nie miałyśmy wokół siebie takiego środowiska ani wsparcia. Dziś widzę, że to się zmienia — zawodnicy zaczynają się integrować, tworzą się małe społeczności, które wzajemnie się wspierają. To coś, co od dawna funkcjonuje np. we Francji czy w Szwajcarii, gdzie freeriderzy działają zespołowo i motywują się nawzajem.
U nas dopiero się to buduje, ale to bardzo dobry kierunek. I chciałabym być częścią tego procesu — wspierać jego rozwój i dokładać swoją cegiełkę do przyszłości freeride’u w Polsce.
Myślisz, że freeride ma szansę stać się dyscypliną olimpijską — na przykład już podczas kolejnych igrzysk w 2030 roku?
– Mam nadzieję, że tak. Gdyby pojawiła się taka szansa, możliwość wystąpienia na igrzyskach… to byłoby coś naprawdę wyjątkowego.
Magdalena Bryś
Więcej Wywiady
Kryspin Baran: tworząc klub, nie zakładaliśmy, że dotrze on do najwyższej klasy rozgrywkowej [WYWIAD]
Dlaczego Aluron postawił na siatkówkę, jak rodził się siatkarski projekt w Zawierciu i z czego wynika dynamiczny rozwój klubu? W rozmowie ze SportMarketing.pl prezes Aluronu i Warty Zawiercie, Kryspin Baran, opowiada o budowaniu sportowej marki od podstaw, pracy z młodzieżą oraz realiach finansowych siatkówki.