23.09.2026 08:10

Daria Kabała-Malarz: w tej branży żyjemy z sezonu na sezon [WYWIAD]

Od żużlowej fascynacji Tomaszem Gollobem i pierwszych wizyt na stadionie Polonii Bydgoszcz po pracę przy największych piłkarskich wydarzeniach – Daria Kabała-Malarz od lat jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarek sportowych w Polsce. W wywiadzie dla SportMarketing.pl opowiada o miłości do żużla, trudnych momentach związanych z wypadkami zawodników czy relacji mistrz–uczeń, która miała ogromny wpływ na jej zawodową drogę. Nie zabrakło także kulis pracy przy meczach Ligi Mistrzów, kobiecej perspektywy w mediach sportowych i „morderczych niedziel”. Wieloletnia dziennikarka CANAL+Sport mówi również o przyszłości i o tym, jak dziś patrzy na upływający czas oraz kolejne sezony swojej kariery.

Daria Kabała-Malarz: w tej branży żyjemy z sezonu na sezon [WYWIAD]
Autor zdjęcia: PressFocus
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Pewnie ma pani sentyment do relacjonowania Grand Prix na żużlu? Gdy CANAL+ miał prawa do tych zawodów, była to przecież era Tomasza Golloba, który pochodzi z Bydgoszczy, zaczynał karierę w miejscowej Polonii, a pani od dziecka kibicowała tej drużynie.

Daria Kabała-Malarz, dziennikarka CANAL+Sport: – Rzeczywiście mam sentyment i myślę, że będę miała już zawsze. Także dlatego, że to był czas, kiedy Tomasz Gollob święcił triumfy. Po wielu latach walki złoty medal w końcu zawisł na jego szyi. Mogłam to oglądać na żywo i gościć Tomka w studiu na stadionie tuż po zdobyciu przez niego tytułu mistrza świata. Mogliśmy tą radością się dzielić, więc to było wyjątkowe.

Ponadto Tomasz Gollob poniekąd sprawił, że jestem teraz dziennikarką sportową. Będąc młodą dziewczyną, wielokrotnie zaglądałam na stadion Polonii Bydgoszcz. Nie tylko na mecze, ale też na treningi. Chętnie podpatrywałam, jak Tomasz prezentuje się na torze, krząta się w swoim boksie, pracuje w garażu i parku maszyn. To są te lata, kiedy miałam swoich idoli głównie właśnie w Polonii Bydgoszcz. A później moja kibicowska miłość rozrastała się na cały żużlowy i nie tylko żużlowy świat.

Zatem żużel był tą pierwszą sportową fascynacją. Jednak gdy pracowała pani w telewizji, dochodziło również do przejmujących, traumatycznych sytuacji? Motosport generalnie jest niebezpieczny. Tomasz Gollob swego czasu miał poważny wypadek na torze w Chełmnie, natomiast inny, wieloletni ekspert CANAL+ Krzysztof Cegielski złamał kręgosłup w meczu ligi szwedzkiej i musiał przedwcześnie zakończyć karierę

– To był dla pierwszy trudny moment, kiedy już pracowałam przy żużlu w CANAL+. Po wypadku Krzyśka docierały do mnie wstrząsające informacje. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Wchodząc do redakcji, w drzwiach zatrzymał mnie Robert Rymarowicz i powiedział o tym, co stało się w Szwecji. Wówczas uświadomiłam sobie, że żużel jest dyscypliną sportu, którą jednocześnie kocham, ale regularnie też nienawidzę. I takich momentów później miałam więcej.

Cieszę się, że teraz mogę pracować z Krzyśkiem, a jesteśmy przecież kolegami z redakcji od lat. On poradził sobie z całą tą sytuacją fantastycznie. Po prostu stworzył siebie na nowo i ma wspaniałe życie. Ale takich historii, bardzo trudnych albo tragicznych, na tej swojej telewizyjnej drodze przeżyłam kilka. I za każdym razem wstrząsały one mną równie mocno. To są najtrudniejsze momenty, których doświadczamy, obserwując tę cudowną dyscyplinę.

Skoro nawiązała pani do Roberta Rymarowicza – to był dziennikarz, który zmarł, mając zaledwie 44 lata, jednak pozostawił piękne dziedzictwo w mediach. Czy można powiedzieć, że był osobą, która wprowadzała panią do redakcji? Dzisiaj często mówi się o tym, że zanika relacja mistrz–uczeń, że młodzi dziennikarze są od razu wrzucani na głęboką wodę.

– Moja relacja z Robertem Rymarowiczem była właśnie taką relacją mistrza z uczennicą. I to tak naprawdę on pierwszy tchnął we mnie wiarę, że mogę to robić. Dołączając do redakcji sportowej CANAL+, wcale nie planowałam, że wkrótce stanę przed kamerą. Wydawało mi się, że jeśli popracuję w telewizji od kuchni, wystarczająco zaspokoję mój głód kibicowski. Będę bliżej sportu, będę miała z nim styczność z takiej perspektywy, z jakiej można ją mieć, mieszkając i studiując w Warszawie. Kamera wcale nie była dla mnie celem, natomiast Robert od razu widział, że mogę to robić i powinnam zacząć natychmiast.

Ponadto miał niezwykły, niepowtarzalny sposób pracy i zarządzania tą pracą oraz ludźmi. On po prostu emanował spokojem. Dla człowieka, który ma postawić pierwszy krok, spokój przekazywany przez najbliższego współpracownika czy partnera w pracy to jest coś bezcennego. I to właśnie dawał Robert: wiarę, naukę, a jeszcze przy tym wszystkim całe mnóstwo spokoju w tej pracy. Nie podenerwowania, napięcia, presji, tylko opanowania, które umożliwiało wykonywanie planu. Zawsze czułam, że Robert zajmował się żużlem, bo była to jego pasja.

Nie od dziś wiemy, że jeśli pracuje się z ludźmi, którzy mają pasję, to ona może przechodzić na innych?

– Zdecydowanie. Wydaje mi się, że pasją można się zarażać i ona w nas wzrasta dalej. Robert miał w sobie coś niesamowitego.

Bardzo docenia pani tę relację z Robertem Rymarowiczem, czy dlatego właśnie pani jest obecnie osobą, która wprowadza młodych dziennikarzy do redakcji CANAL+? Kiedy ktoś ma przed sobą pierwszy występ na antenie, jeszcze terminuje, może zwrócić się do pani o radę, skonsultować różne kwestie?

– Tak, robię to regularnie. W naszej redakcji, dzisiaj już zdecydowanie bardziej licznej niż wtedy, kiedy ja startowałam, utarło się, że jeśli ktoś ma postawić swój pierwszy krok albo wejść pięterko wyżej w naszej dziennikarskiej pracy, to bardzo często zgłasza się do mnie. Możemy sobie wtedy wspólnie wszystko przegadać. Jego wizja czy jej wizja spotyka się z moją i można utwierdzić się w przekonaniu, że ma się dobry plan na tę pracę. Robię to absolutnie bez żadnego wysiłku. Często słyszę od młodszych kolegów i koleżanek: „przepraszam, że zajmuje ci czas”.

Ja nie mam poczucia, że to jest strata mojego czasu. Przeciwnie, to cząstka czasu, którą ktoś mi wypełni. Zawsze uważam, że jest to czas poświęcony czy wypełniony bardzo dobrze. Żyjemy w takim tempie, że ludzie doświadczeni czy starsi stażem mają bardzo mało tego czasu. A ja zawsze staram się go znaleźć, choćby go nie było w ogóle, by powiedzieć mniej doświadczonym osobom coś, co ułatwi im zrealizowanie nowych zadań dziennikarskich. W gruncie rzeczy to nic nie kosztuje. Wydaje mi się, że dobre słowo albo dobra rada to jest coś, co zawsze doda pewności siebie młodemu człowiekowi przed kamerą. I wierzę, że ułatwi robotę, ale też po prostu życie, bo to napięcie będzie mniejsze. Dlatego zawsze robię to bardzo, bardzo chętnie.

Jeszcze a propos pani początków w redakcji CANAL+, ciekawe jest to, że rozważała pani studiowanie dziennikarstwa. Czy jednak paradoksalnie lingwistyka stosowana nie przydała się pani później w pracy? W jednym z wywiadów dość sceptycznie oceniała pani te studia, ale jednocześnie dały one chyba konkretne podstawy, jeśli chodzi o naukę języków obcych i późniejszą swobodę przy tłumaczeniu magazynów.

– Tak, z pewnością tak było. Wybór padł na lingwistykę właśnie dlatego, że przekonywałam siebie, że jeśli będę chciała uprawiać zawód dziennikarza, to nauczę się tej profesji w praktyce, natomiast do tej praktyki bardzo przydadzą mi się języki obce, więc może lepiej właśnie pójść w kierunku lingwistyki. Ten wybór był logiczny. Wydawał mi się zdroworozsądkowy i na pewno pomocny w dalszej drodze. A tak naprawdę był jeszcze podwójnie rozwijający, bo w sumie okazało się, że można robić jedno i drugie jednocześnie.

Znalazłem informację w artykule sprzed kilkunastu lat, że swego czasu uczyła się pani języka szwedzkiego i duńskiego. Miało to związek z fascynacją Skandynawią? A może również z tym, że wielu żużlowców pochodzi właśnie z tych krajów?

– Rzeczywiście, w pewnym momencie bardzo często słyszałam skandynawskie języki w związku z żużlem. Wyjazdów na Grand Prix, żużlowe turnieje do Szwecji czy Danii było w moim kalendarzu więcej niż jakichkolwiek innych delegacji, więc ta część Europy językowo zaczęła być dla mnie interesująca. Bardziej skłaniałam się ku duńskiemu, a uczyłam się tego języka tylko z ciekawości.

Chciałam móc zrozumieć trochę więcej, na przykład gdy słyszałam, jak jakiś duński zawodnik rozmawia ze swoim teamem. Wychodziłam z założenia, że to pozwoliłoby mi choćby hasłowo wyłapać, czego ta rozmowa dotyczy. Włączał mi się samouczek i ciekawość kazała mi to zgłębić do pewnego stopnia. Absolutnie jednak nie poszłam z tym dalej.

A jak to się zaczęło, jeśli chodzi o Ekstraklasę? Wtedy chyba jeszcze była pierwsza liga.

– Już Ekstraklasa.

W każdym razie mówiła pani, że pierwszą pani sportową pasją był żużel i właściwie głównie z myślą o speedwayu dołączyła pani do redakcji CANAL+.

– Tak właśnie było, aczkolwiek oczywiście oglądałam także piłkę. Niemniej, nie byłam w tym oglądaniu tak zaciekła, jak to było w przypadku żużla. A jak do tego doszło, że zaczęłam pracować przy futbolu? Można powiedzieć, uogólniając dość mocno, ale mówiąc prawdę: z kim przestajesz, takim się stajesz. Oczywiście nasza redakcja wtedy też była jednak głównie redakcją piłkarską. Dział żużlowy to był mini departament speedwaya, a największe grono moich kolegów komentowało piłkę albo prowadziło piłkarskie programy.

Moi redakcyjni koledzy uznali, że skoro już przez kilka miesięcy robiłam wywiady i pracowałam jako reporterka żużlowa, a przecież całkiem nieźle rozumiem także futbol, to dlaczego nie postawić mnie przed kamerą przy meczach piłkarskich, a nie tylko żużlowych. Wtedy spędzaliśmy w redakcji bardzo dużo czasu i szybciej się poznawaliśmy.  A ja, lubiąc wyzwania, nie negocjowałam, tylko podjęłam się zadania. Uznałam to za kolejną fajną sprawę. I tak się stało już w pierwszym roku pracy przed kamerą.

Rozmawiałem jakiś czas temu z Justyną Kostyrą. Kilka lat temu komentowała w Viaplay mecz Bundesligi, a później mówiła, że nie chce tego kontynuować, bo jej się to nie podobało. Była to jednak nietypowa idea,  ponieważ kobieta w polskich realiach skomentowała mecz. Pani mówiła, że wyklucza taką opcję, ale zastanawiałem się, czy kiedykolwiek robiła pani skróty jako reporterka.

– Skróty mi się zdarzały, aczkolwiek czasami, gdy rozmawiam o tym z kolegami z redakcji, to w szerszym gronie chłopaki przypominają mi, że robiłam ich kilka, a ja w pamięci mam tylko jeden mecz, który zrobiłam właśnie w ramach skrótu. Być może było ich więcej. Jeśli tak, nie wiem, dlaczego moja głowa wybiórczo to zapamiętała. W każdym razie zdarzały się takie historie, że jeśli graliśmy kolejkę na przykład w Dzień Kobiet, to właśnie robiłyśmy to my.

To, co sobie przypominam, to był weekend, kiedy ja robiłam taki skrót, a Paulina Czarnota-Bojarska relacjonowała inny mecz. I to było bardzo fajne. Świetnie się bawiłam. Nie tyle przy montażu tego skrótu, bo montowanie nie było mi już wtedy w ogóle obce, co przy tym, żeby go skomentować i żeby trafił na antenę.

A mimo tych doświadczeń nigdy nie miała pani potrzeby, by skomentować cały mecz?

– Absolutnie nie. Czasami kumple z pracy zadają mi to pytanie, czy nie chciałabym tego zrobić. Nie uważam, że to jest konieczność, by kobieta komentowała mecze. Oczywiście, jeśli tak się zdarzy, też absolutnie nie mam z tym problemu, natomiast bardzo lubię komentatorów, których słucham na co dzień, i mówię zawsze: „po co poprawiać coś, co jest dobre? Nie mam ani wewnętrznej potrzeby, by spróbować swoich sił na tym polu, ani przekonania, że widz miałby wielką potrzebę słuchać mnie w roli komentatora, więc nigdy nie poszłam tą ścieżką.

Czyli nic na siłę?

– Dokładnie.

Jeszcze a propos Ekstraklasy, teraz znowu pojawi się pewnie wątek sentymentalny. W tym sezonie kilka razy pracowała pani na stadionie Wisły Kraków. Zresztą program „Hit the Mic”, który ma wyłonić komentatora CANAL+, również był tam realizowany. Czy to jest stadion, który wiąże się dla pani z nostalgią, jeden z takich obiektów piłkarskich, na których dobrze się pracuje właśnie ze względu na żywiołową atmosferę?

– Oj tak, bez dwóch zdań. Dla mnie powrót na stadion Wisły, bo nie byłam w Krakowie przez cały ten okres, gdy Wisła grała na niższym poziomie rozgrywkowym, czyli przez cztery lata, był trochę jak wypad wakacyjny. Śmiałam się w rozmowach z kolegami, że nie mam w ogóle poczucia, że jestem w pracy. Odnoszę wrażenie, że ktoś dał mi prezent, niespodziankę i czuję się świetnie na tym stadionie.

Na Reymonta pracuje mi się doskonale. W tym sezonie udało mi się na razie zrobić tam dwa mecze. I chociaż one miały inną temperaturę, to temperatura na trybunach Wisły jest zawsze taka sama, czyli najwyższa. Te ponad 30 tysięcy kibiców i to zacięcie kibica Białej Gwiazdy jest czymś niepowtarzalnym. To jest jeden z tych stadionów, gdzie uwielbiam pracować. Zawsze mówię, że są miejsca, które do tego entuzjazmu, który my mamy przed wejściem na antenę, dodają jakiś punkcik. To jest jedno z tych miejsc.

Jeśli chodzi o programy publicystyczne, „Wysoki Pressing”, wcześniej „Piłkę z Góry”, to była pani inicjatywa, by taki format prowadzić? Czy jest to większe wyzwanie niż na przykład praca w roli reporterki, ponieważ z Ekstraklasą czy z Ekstraligą jest pani na bieżąco, a w tym przypadku trzeba się przygotować również pod kątem wiedzy z kilku lig? Siłą rzeczy wszystkiego nie da się śledzić tak wnikliwie.

– To jest rzeczywiście wymagający format, aczkolwiek te wymagania są bardziej na poziomie fizycznym aniżeli psychicznym czy umysłowym. Mnie interesują wszystkie te treści, które zawieramy w „Wysokim Pressingu” czy kiedyś w „Piłce z Góry”, więc nie robię tego z przymusu. Rzecz w tym, że gdybym chciała obejrzeć wszystkie mecze z pięciu topowych lig w Europie plus oczywiście pracować przy Ekstraklasie i Ekstralidze, „Wysoki Pressing” musiałby być emitowany w środku tygodnia. Dlatego trzeba uciekać się do trochę innych sposobów. Oglądać od początku do końca mecze, które są sednem programu, natomiast całą resztę przyjąć w formie skrótowej.

Niemniej, nigdy nie powiem, że to jest męczące i trudne, bo zawsze walczyłam o takie formaty. Formatów publicystycznych jest obecnie bardzo mało w mediach. Mam na myśli telewizję, wszak w Internecie oczywiście jest ich coraz więcej. Internet może sobie pozwolić na trochę inne ramy czasowe, więc telewizja nigdy w tym aspekcie nie wygra. Dla mnie ważne było, żebyśmy mieli chociaż jeden taki program w ramówce, gdzie gospodarz, ale przede wszystkim goście, eksperci usiądą i będą mogli naprawdę spokojnie, merytorycznie porozmawiać o najważniejszych wydarzeniach tygodnia, a nie tylko flashowo omówić kilka tematów. Niestety z reguły tak teraz wyglądają rozmowy reporterskie. Czas jest bardzo okrojony, dotyczy to też rozmów  na stadionach czy w programach studyjnych. Tego czasu na wszystko jest mało, ponieważ w ramówce jest mnóstwo wydarzeń. Dlatego taki format jak „Wysoki Pressing” jest dla mnie bardzo wartościowy. Chociaż kiedy czasami rozmawiam i z szefostwem, i z kolegami po fachu, przyznaję: nie znoszę pory tego programu. Bardziej jeszcze pory, o której muszę wstać, by pojawić się w pracy o siódmej w niedzielę. Niemniej, uwielbiam program sam w sobie.

Można chyba powiedzieć, że często ma pani wręcz mordercze niedziele. Jest „Wysoki Pressing”, a później albo mecz Ekstraklasy o 17:30, albo żużel, więc pewnie cała niedziela jest zajęta.

– Tutaj zdiagnozował mnie pan doskonale, to są moje najtrudniejsze niedziele. Kiedy tak się złoży, że akurat prowadzę „Wysoki Pressing”, a po nim mam jeszcze wpisany w grafiku jakiś mecz, to jest to zawsze długi dzień. Jeśli to jest mecz piłkarski, to jeszcze jest to dzień po prostu długi, natomiast transmisja żużla zajmuje więcej czasu, ponieważ w przypadku naszej ramówki to jest mecz plus program żużlowy, czyli wiele godzin na antenie, i w miejscach raczej odległych od Warszawy. Wtedy to jest wręcz niekończący się dzień…

Jeśli pracuję w Lublinie, wracam do domu o trzeciej nad ranem. A jeśli w Toruniu czy w Grudziądzu, jestem o czwartej w domu. Jednak są jeszcze odleglejsze lokacje dla żużlowych wydarzeń, więc jest naprawdę ciężko przy takich niedzielach, kiedy mam i „Wysoki Pressing”, i mecz, plus magazyn PGE Ekstraligi. Wtedy w poniedziałek działam normalnie, ale na autopilocie. Trzeba rano wstać, ogarnąć dzieci, zacząć normalny dzień pracujący, ale głowa jest wtedy mocno zmęczona.

Jeśli chodzi o rolę reporterki, jak duża jest różnica między pracą przy Ekstraklasie a Ligą Mistrzów? Zazwyczaj prowadzi pani studio, ale miała pani też okazję bywać na meczach Champions League. Czy tam są duże ograniczenia dla dziennikarzy?

– Tak, tak. Ograniczenia, ustalenia, reguły, jakich trzeba przestrzegać przy meczach rozgrywanych pod egidą UEFA, są bardzo surowe. Reporter może sobie pozwolić na bardzo niewiele, ale chyba najtrudniejsze w pracy reporterskiej przy Lidze Mistrzów jest to, że tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kto będzie rozmówcą. To jest sytuacja mało komfortowa. Oczywiście nie da się ukryć, że z jednej strony mecze Champions League to starcia topowych drużyn. Zatem w zasadzie nie ma nudnego rozmówcy, piłkarza, do którego nie będziesz miał tematu, jeśli takiego człowieka postawią ci na ściance, natomiast każdy lubi przygotować sobie wcześniej narrację do rozmów.

Reporter wybiera kandydata do rozmowy i zgłasza go oficerowi UEFA, ale naprawdę nigdy nie ma gwarancji, że to właśnie ten piłkarz czy ci piłkarze przyjdą, by ze mną porozmawiać. Gdy są to zupełnie inni zawodnicy, to jest działanie na żywym organizmie. Często operacje są trudne… Na pewno wymagają odporności od reportera, bo to jest jedna z tych sytuacji, które generalnie telewizja lubi, czyli coś, czego nie da się przewidzieć. No i trzeba przedstawić to tak, że wszystko idzie zgodnie z planem. „Jest świetnie, jestem przygotowana, właśnie z tym człowiekiem chciałam rozmawiać. Zrobię więc tę rozmowę tak, by miała jak najwięcej wartości”. Jednocześnie często to jest kwestia sekund, w których trzeba wpaść na coś i zrobić tę rozmowę tak po prostu „spod palca”, jak to czasami mówimy, bo wcale nie z rozmówcą, którego chcieliśmy dostać.

A zatem przygotowanie jest bardzo ważne, ale równie istotna jest umiejętność błyskawicznego reagowania?

– Tak. I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najtrudniejsze, bo można się przygotować bardzo dobrze, mieć w głowie konkretną narrację, konkretne pytania, wiedzieć, dlaczego akurat z tym człowiekiem chce się porozmawiać. A potem rzeczywistość mówi: nie. I wtedy trzeba w ciągu kilku sekund przestawić się na zupełnie innego rozmówcę oraz sprawić, by z tej rozmowy również wyniknęło coś wartościowego. To jest właśnie ta reporterska praca „na żywym organizmie”.

Przejdźmy teraz do ogólnego pytania. Jak pani myśli, czy kiedyś kobiecie wchodzącej do dziennikarstwa sportowego było łatwiej? Na początku XXI wieku była pewnie inna mentalność, społeczeństwo bardziej konserwatywne. Dzisiaj mentalność się zmieniła, ale z kolei media społecznościowe generują dużo hejtu. Jak pani myśli, komu było łatwiej: pani czy pani redakcyjnym koleżankom?

– Myślę, że tym kobietom, które wchodziły do świata mediów sportowych na początku lat dwutysięcznych, jak ja, było trudniej z wielu względów. Głównie dlatego, że to było jeszcze bardziej męskie towarzystwo i nas kobiet było wtedy dosłownie kilka, biorąc pod uwagę oczywiście wszystkie sportowe media, wtedy głównie telewizyjne i radiowe. To sprawiało, że nieufność wobec nas była większa. Kibic potrzebował więcej czasu, by się do nas przekonać. Wydaje mi się, że często też koledzy po fachu potrzebowali więcej tego czasu. Trenerzy i piłkarze zadawali nam także więcej zadań, takich mini-egzaminów, by sprawdzić, czy pasujemy do tego środowiska i czy sobie poradzimy.

Pamięta pani jakieś konkretne sytuacje?

– Trener Orest Lenczyk był specjalistą w takim sprawdzaniu wiedzy i ja też często byłam poddawana tym jego testom. Ale właśnie tak jak pan powiedział, dzisiaj z kolei media społecznościowe, które atakują ludzi, również kobiety, bywają straszne. Nie krytyczne, ale często nienawidzące. I myślę, że to w ogóle nie powinno się dziać. To też nie jest coś, z czym ktokolwiek w jakiejkolwiek pracy powinien się zmagać, a tutaj się to dzieje, więc jeśli porównamy te różne okresy także pod tym kątem, pewnie nie znajdziemy miary, która nam odpowie jednoznacznie na pytanie, komu jest trudniej.

Zarazem myślę, że dzisiaj powszechność mediów telewizyjno-radiowo-internetowych jest większa, więc i to nasze grono jest szersze. Nasze grono damskie też jest zdecydowanie większe, aniżeli było. Myślę, że to jest dzisiaj bardziej naturalne, iż kobiety też relacjonują sport, także sport często wyłącznie męski. I to jest na pewno pozytywna zmiana. Dzisiaj jest mniej stereotypów, ale za to pojawiły się inne problemy.

Swego czasu powiedziała pani, że chyba nie zamierza realizować się właśnie w roli reporterki do emerytury. To zresztą ciekawe, bo o ile można wymienić na przykład 70-letnich komentatorów, to reporterów po pięćdziesiątce nie ma wielu. W CANAL+ wciąż  regularnie udziela się Cezary Olbrycht, za weterana wśród reporterów można uznać Mariusza Wróblewskiego, ale takie osoby można pewnie policzyć na palcach jednej ręki. Czy dlatego widzi pani siebie za jakiś czas w innej roli?

– Sama się nad tym zastanawiam. Wiele razy miałam z moimi kumplami takie rozmowy. Mówię o takich kolegach, którzy są mniej więcej z mojego rocznika czy odrobinę starsi. Często właśnie od nich wychodziła taka rozmowa: „No ale jak to? Będziemy to tak robić do pięćdziesiątki czy po pięćdziesiątce? No przecież ja po pięćdziesiątce, mówił nieraz jeden z kolegów, nie będę biegał za piłkarzami po murawie”.

No i wydawało nam się, że tak właśnie będzie. Tylko że ten kolega, o którym teraz myślę, ma aktualnie 54 lata i pracujemy nadal razem, więc to gdzieś się też przesuwa. Pewnie ta granica, która była w naszych głowach jakiś czas temu, okazuje się jednak nieważna. Wciąż można biegać po murawach za piłkarzami i robić to cały czas z pasją i z entuzjazmem, więc mam zagwozdkę. Choć 15. września skończyłam 45 lat i myślę, że to już całkiem sporo, bo za chwilę będę miała 25 lat przepracowanych w tej firmie, więc wyobrażam sobie siebie po tej drugiej stronie (już nie z mikrofonem, nie przed kamerą, a bardziej po drugiej stronie kamery czy w reżyserce), to mam jeszcze troszkę siły, a werwy całe mnóstwo. Wciąż mnie to interesuje.

Trochę może być tak jak w przypadku Mateusza Borka, że ta pasja zwycięży. On też przecież mówił kiedyś, że chyba po pięćdziesiątce już nie będzie komentował meczów, ale jednak wciąż to robi.

– Zwróćmy uwagę na prozaiczną rzecz, jak ten czas pędzi. Każdy jeden sezon mija po prostu jak pstryknięcie palcami. Człowiek nie zdąży się głębiej zastanowić i okaże się, że naprawdę ta pięćdziesiątka przyszła. Wciąż to robimy, więc nie wykluczam, że i u mnie tak to będzie pędzić, bo pracujemy z miesiąca na miesiąc, z sezonu na sezon, cały czas wciągnięci w tę grę, w której trzymają nas wszystkie ligi, którymi się zajmujemy. Trochę nie liczymy tego czasu, który nam mija.

Gdybym nie miała dzieci, które mi wyliczają, ile mam lat, to naprawdę, myśląc o swoich urodzinach, nie zwracałabym na to uwagi. Muszę zawsze sobie pomyśleć: „Posłuchaj, poczekaj, który jest dzisiaj rok i w którym się urodziłam?”. Szybko sobie odjąć, dodać i wychodzi mi wynik, bo się nad tym po prostu nie zastanawiam. Żyjemy, wszystko jest dobrze, jesteśmy zdrowi, a do tego dochodzi jeszcze ta pasja.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski

Dziennikarz specjalizujący się w sporcie oraz jego związkach z polityką, historią, kulturą, biznesem i mediami. Przygotowuje obszerne analizy, reportaże i wywiady z czołowymi postaciami świata sportu oraz ekspertami z Polski i zagranicy. W Sportmarketing.pl jest autorem cykli „Zawód: Dziennikarz sportowy” oraz „Kobieta/Sport/Biznes”, poświęconych mediom, marketingowi i roli kobiet w branży sportowej".