Potrójna Korona. Jakub Król o długodystansowych marszach w górach, które tworzą aktywną społeczność [WYWIAD]
Od niewielkiego wydarzenia do największego cyklu długodystansowych marszów górskich w Polsce dla 6000 osób. Za tym rozwojem stoi konsekwentnie budowana formuła wydarzenia, zaangażowany zespół i przede wszystkim społeczność uczestników. O tym opowiedział nam Jakub Król, prezes Fundacji Potrójna Korona.
Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Skąd w ogóle wziął się pomysł na Potrójną Koronę, czyli cykl długodystansowych marszów w górach?
Jakub Król, prezes Fundacji Potrójna Korona: – Zaczynaliśmy w 2018 roku, organizując w Stroniu Śląskim, w Sudetach, dwudniowy bieg na orientację Muflon Trail Orienteering. Charakterystyka tego typu wydarzeń, w których z mapą trzeba poruszać się po terenie, sprawia, że najpierw trzeba go dokładnie poznać, obejrzeć i przejść.
Na etapie przygotowań doszliśmy do wniosku, że jest to na tyle ciekawe i wartościowe miejsce, a przy tym wciąż mało uczęszczane, że warto pokazać je także osobom, które niekoniecznie znają się na biegach na orientację. Tak narodził się kolejny pomysł, który rok później przerodził się w konkretne wydarzenie.
W 2019 roku zorganizowaliśmy zarówno bieg na orientację Muflon Trail Orienteering, jak i po raz pierwszy Potrójną Koronę – tę samą, która w kolejnych latach stanie się Potrójną Koroną Śnieżnicką. Początkowo było to tylko wydarzenie w roku, dlatego nie potrzebowaliśmy jeszcze dodatkowej nazwy.
Od początku się udało?
– Na samym początku mieliśmy bardzo prosty plan: postawimy stronę internetową i zobaczymy, co się wydarzy. Zakładaliśmy, że jeśli zapisze się około 100 osób, zorganizujemy wydarzenie. Jeśli nie – oddamy wpisowe i odpuścimy. Szczęśliwie pierwsza edycja przyciągnęła około 300 uczestników, którzy przyjechali do Starego Gierałtowa, żeby poznać ten teren i przejść ułożoną przez nas trasę.
Był to też czas, kiedy na popularności zyskiwały różnego rodzaju marsze, rajdy czy wyrypy, z których najbardziej znanym przykładem było Przejście Kotliny Jeleniogórskiej. Zdecydowana większość takich wydarzeń miała jednak charakter wycieczek organizowanych przez PTTK.
Od początku świadomie budowaliśmy więc wydarzenie według własnego pomysłu. Postawiliśmy na ciekawą trasę, dobrą oprawę graficzną, a przede wszystkim na duże zaangażowanie naszego zespołu i wolontariuszy. Chyba właśnie to zadziałało. Od pierwszej edycji udało nam się stworzyć atmosferę, która była jednocześnie przyjazna i nowoczesna. To połączenie sprawiło, że Potrójna Korona zaczęła rozwijać się znacznie szybciej, niż początkowo zakładaliśmy.

Potrójna Korona to nie tylko wymagające marsze, ale też duże wyzwanie organizacyjne.
– Jeśli zliczyć wszystkie edycje, będzie to już 25. marsz. Rozwój wydarzenia – od około 300 uczestników na początku do blisko 6 tysięcy osób w ciągu roku obecnie, sprawił, że właściwie uczyliśmy się wszystkiego po drodze.
Z drugiej strony mój wspólnik i wiceprezes fundacji, Marek Galla, wcześniej również organizował rajdy przygodowe i biegi na orientację; zresztą tak się poznaliśmy. Mieliśmy więc już solidne know-how dotyczące organizacji tego typu wydarzeń, logistyki, bezpieczeństwa czy pracy w terenie. Pod tym względem na pewno było nam trochę łatwiej.
Do dzisiaj wspominamy jednak, jak wyglądała pierwsza edycja – byliśmy spakowani do dwóch samochodów. Dziś skala jest zupełnie inna. Mamy cały magazyn sprzętu, samochody dostawcze i zdecydowanie większe zaplecze logistyczne. To oczywiście wiąże się z całą masą dodatkowych działań i organizacyjnych wyzwań.
Jednym z naszych największych wyzwań jest dziś zresztą nie samo zwiększanie skali, ale paradoksalnie… jej odpowiednie ograniczanie. Chcemy zachować ten fajny, kameralny charakter wydarzenia. Zależy nam na tym, żeby znać naszych uczestników, szczególnie tych, którzy są z nami już od wielu lat. Mamy kilkadziesiąt osób, które ukończyły Potrójną Koronę już nawet 15 razy – nazywamy ich „Legendami Szlaku”, otrzymują specjalne limitowane bluzy. Są też całe zespoły, które regularnie do nas wracają.
Sam osobiście startuję zawodników na każdej trasie. Odpowiadamy również na wszystkie wiadomości bezpośrednio. Nie jesteśmy więc organizatorami, którzy stoją gdzieś z boku i tylko zarządzają wydarzeniem. Chcemy zachować ten bezpośredni kontakt z uczestnikami.
Tego typu działania są ważne z perspektywy uczestnika?
– Tak, to właśnie takie elementy jakościowe są dla nas bardzo ważne, bo nie chcemy ich stracić wraz z rozwojem imprezy. Z drugiej strony musimy pamiętać o proporcjach: tylko ⅓ uczestników na każdym z marszów szła trasę wcześniej – pozostałe 70% nie.
Oczywiście cały czas doskonalimy też trasy i punkty odżywcze. Na długiej, 80-kilometrowej trasie uczestnik ma po drodze nawet cztery czy pięć punktów, w których może zjeść ciepłą zupę w środku nocy, dostać burgera z grilla czy hot doga. Część takich punktów organizujemy wspólnie z lokalnymi kołami gospodyń wiejskich. Dzięki temu wydarzenie ma również bardzo mocny lokalny charakter.
Z czasem pojawili się nowi partnerzy instytucjonalni, a także sponsorzy. To oczywiście oznaczało kolejne rozmowy, procesy i obowiązki, ale pozwoliło nam również rozwijać wydarzenie.
Myślę jednak, że naszą największą siłą jest to, że po każdej edycji siadamy wspólnie z całym zespołem i analizujemy, co zrobiliśmy dobrze, co możemy celebrować, a co można było zrobić lepiej. Zastanawiamy się, co możemy poprawić i udoskonalić, żeby jeszcze większy nacisk położyć na satysfakcję, komfort i zadowolenie uczestników. Potem staramy się te wnioski wdrażać, dzięki czemu każda kolejna edycja jest jeszcze lepsza.

Przy tak dużym wydarzeniu ważna jest również współpraca z partnerami i markami. Jak wygląda budowanie takich współprac przy Potrójnej Koronie i czego oczekujesz od marek, które angażują się w projekt?
– Przede wszystkim jesteśmy bardzo dumni, że cały cykl odbywa się pod patronatem Ministerstwa Sportu i Turystyki. To jest dla nas swego rodzaju pieczęć jakości. Mamy również patronaty honorowe marszałków poszczególnych województw – dolnośląskiego i małopolskiego.
Oczywiście przy każdej edycji współpracujemy także z samorządami. Bardzo nas to cieszy, bo mamy poczucie, że przyciągając na wydarzenie od tysiąca do nawet 1500 osób z całej Polski, realnie promujemy dany region i konkretne miejsce.
Z drugiej strony widzimy, że dla osób, które mieszkają w tych miejscowościach, nasze wydarzenia mogą być pretekstem do wyjścia na szlak i poznania okolicy z innej strony. Często słyszymy, że ktoś dzięki nam trafił w miejsce, do którego wcześniej nie chodził, bo zazwyczaj wybierał zupełnie inne trasy. To dla nas bardzo ważny aspekt – nie tylko przyciągamy turystów, ale też zachęcamy lokalnych mieszkańców do odkrywania własnego regionu.
Dlatego samorządy są dla nas bardzo ważnymi partnerami. Współpracujemy m.in. z Wałbrzychem, Stroniem Śląskim, Nowym Targiem, gminą Jeleśnia, czyli Korbielowem, a także Dusznikami-Zdrojem.
Jeśli chodzi o partnerów komercyjnych, zależy nam przede wszystkim na tym, żeby były to marki, które oferują rzeczywiście jakościowe produkty i które pasują do charakteru naszego wydarzenia.
Dobrym przykładem jest nasz obecny partner odzieżowy, Alpinus. To polska marka z dużą historią, ale przede wszystkim jej produkty są przez nas realnie testowane w warunkach, w jakich odbywa się Potrójna Korona. Nasi wolontariusze mają je na sobie podczas deszczu, śniegu, niskich temperatur, a czasem również w czasie upałów. Dzięki temu możemy sprawdzić, jak dany produkt faktycznie radzi sobie w górskich warunkach.
Od pierwszej edycji naszym partnerem jest również Browar Fortuna, który dostarcza swoje piwa bezalkoholowe. Bardzo cenimy sobie takie długoterminowe współprace, w których partner jest dla nas realnym wsparciem i jednocześnie dobrze wpisuje się w charakter wydarzenia.
Mieliśmy oczywiście również partnerów, dla których współpraca początkowo była bardzo atrakcyjna, ale wraz ze wzrostem skali imprezy stawała się coraz trudniejsza do utrzymania. Dlatego dziś jeszcze większą wagę przykładamy do tego, żeby partner był nie tylko obecny przy wydarzeniu, ale rzeczywiście wnosił do niego wartość.
Tym bardziej że grupa naszych uczestników – piechurów, osób uprawiających speed hiking czy po prostu aktywnie spędzających czas w górach – bardzo dynamicznie się rozwija. Mam wrażenie, że jest to obecnie jeden z ciekawszych i mocno rosnących segmentów rynku outdoorowego.
Speed hiking jest chyba takim ciekawym połączeniem – nadal jesteśmy w górach i czerpiemy z natury, ale jednocześnie chcemy poruszać się trochę szybciej i bardziej aktywnie, i czasami na lekko w formule fast and light.
– My również to obserwujemy. Na początku mieliśmy bardzo dużo osób w takim klasycznym, turystycznym stylu – z dużymi plecakami, czasem ze stelażem, ciężkimi butami i całym tradycyjnym wyposażeniem.
Dziś powiedziałbym, że zdecydowana większość uczestników reprezentuje właśnie styl speed hikingowy – trailowe buty, lekki plecak albo kamizelka i bardziej dynamiczny sposób pokonywania trasy, ale nadal marszem, nie biegiem.
To jest też dobry pretekst, żeby w kontekście partnerów pokazywać sprzęt i docierać do nowych grup odbiorców, o których marki wcześniej niekoniecznie myślały. Rozmawialiśmy na przykład z przedstawicielem dużego, światowego producenta butów i sprzętu trailowego, który przyznał: „Nie myślałem w ogóle, że to jest taki segment rynku”.
To pokazuje, że jest tu zdecydowanie przestrzeń do docierania do nowych odbiorców. Co ważne, ich profil konsumencki i zasobność portfela prawdopodobnie nie odbiegają znacząco od osób, które już dziś są aktywne w górach czy uprawiają sporty trailowe. To więc bardzo ciekawa grupa również z perspektywy marek i rynku outdoorowego. Na przykład STRAVA w czerwcu 2026 ogłosiła, że ze względu na duży wzrost zainteresowania “hikingiem”, rozbudowuje funkcje w swojej aplikacji.

Co Twoim zdaniem jest dziś najważniejsze w budowaniu dużego projektu sportowego – dobra organizacja, społeczność, partnerzy, a może umiejętność stworzenia wokół wydarzenia określonych emocji i historii?
– Od początku postawiliśmy na to, żeby uczestnik był zadowolony i dobrze się czuł, przyjeżdżając na nasze wydarzenie. Współprace partnerskie są oczywiście bardzo cenne i pomagają nam rozbudowywać ofertę dla uczestników, ale moim zdaniem nie można opierać na nich całego projektu.
Całość musi być tak zorganizowana i zaplanowana, żeby była w stanie funkcjonować również wtedy, gdyby z jakiegoś powodu partnerów zabrakło. Sytuacja na rynku może się przecież zmienić. Najważniejsze jest więc to, żeby uczestnicy sami mieli chęć i motywację, żeby do nas przyjeżdżać i wracać.
Mocno pracujemy z jednej strony nad pozyskiwaniem nowych uczestników, a z drugiej – nad ich retencją. Zależy nam, żeby nasi piechurzy nie przyjeżdżali tylko raz, ale chcieli wracać, poznawać kolejne trasy i dystanse i odkrywać z nami nowe miejsca.
To jest jedna z rzeczy, na których szczególnie się skupiamy. Powiedziałbym więc, że przede wszystkim zadowolony uczestnik jest podstawą tego, żeby cały projekt miał szansę nie tylko przetrwać, ale przede wszystkim się rozwijać.
Każda pomoc z zewnątrz jest oczywiście bardzo wartościowa, ale nigdy nie można jej brać za pewnik. Trzeba ją traktować jako świetny booster, który pozwala projekt jeszcze bardziej rozwijać, ale nie jako fundament, na którym cały projekt się opiera.
Długodystansowe wyzwania z roku na rok zyskują na popularności. Jak myślisz, skąd bierze się potrzeba stawiania sobie takich ambitnych celów i przekraczania własnych granic?
– Zidentyfikowaliśmy trzy główne powody, dla których uczestnicy startują w naszych wydarzeniach. Jednym z nich jest na pewno chęć przekraczania własnych granic i udowodnienia sobie czegoś – oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Stawiam sobie cel, przygotowuję się do niego i próbuję go osiągnąć, pokonać kolejną barierę.
Bardzo ważny jest jednak również aspekt społeczny. Chcę być w gronie osób, które podobnie jak ja lubią góry, przyrodę i przestrzeń, i po prostu spędzić z nimi czas. Tu ważne jest rozróżnienie między biegiem a marszem. Intensywność jest zupełnie inna, dzięki czemu łatwiej z kimś porozmawiać, a tempo jest bardziej wyrównane. Podczas marszu masz czas wymienić się uwagami czy przemyśleniami z towarzyszem na szlaku. W skrajnym przypadku można iść z kimś nawet przez 24 godziny, jeśli akurat złapiecie wspólne tempo.
Bardzo ważnym elementem są też punkty odżywcze. U nas wygląda to zupełnie inaczej niż na biegach, gdzie wpadasz na punkt, bierzesz garść rodzynek i lecisz dalej. Na Potrójnej Koronie trafiasz na punkt grillowy, dostajesz pysznego burgera, siadasz na leżaku z widokiem na Tatry i po prostu kontemplujesz. To zupełnie inny charakter niż zawody biegowe i myślę, że właśnie ten element również przyciąga ludzi.

Wydaje mi się, że na zawodach biegowych większość uczestników, poza ścisłą czołówką, też ma dużo luzu…
– Tutaj się po prostu nie ścigamy. I to rzeczywiście od samego początku było nasze założenie. W pewnym sensie stajemy w kontrze do klasycznego modelu zawodów. Od pierwszej edycji konsekwentnie nie publikujemy czasów ani miejsc. Pomiar czasu służy nam przede wszystkim do określenia, czy uczestnik zmieścił się w limicie.
Sam limit jest zresztą ustalony tak, żeby spokojny piechur, poruszający się w górach z prędkością około 3–3,5 km/h, mógł bez problemu się w nim zmieścić. Jest więc naprawdę bardzo liberalny. Od początku chodziło nam o to, żeby nie tworzyć kolejnego wyścigu.
Nie ścigamy się i nie rywalizujemy ze sobą. Nie ma znaczenia, kto pierwszy pojawi się na mecie. Nie publikujemy takich informacji, bo nie o to w tym wydarzeniu chodzi.
Stąd też nasze świadome rozróżnienie i komunikacja, że to nie jest bieg i nie są to wyścigi. Już w 2019 roku, kiedy organizowaliśmy pierwszą edycję Potrójnej Korony, biegów było bardzo dużo i uczestnicy mieli ogromny wybór. Początkowo rzeczywiście trafiało do nas więcej biegaczy (pozdrawiam z tego miejsca Bartosza Misiaka, ITRA 822, który kiedyś akurat odwiedzał rodzinę w okolicy i na lekko postanowił pobiec w Potrójnej Koronie – nie załapał się na żaden punkt odżywczy, bo był za wcześnie) i do dziś czasami ktoś pisze, że zapisał się „na ten bieg”. My jednak konsekwentnie powtarzamy: to nie jest bieg.
Nie rywalizujemy ze sobą, nie ścigamy się. Jesteśmy tam po to, żeby cieszyć się górami, naturą i wspólnie spędzonym czasem. Chodzi o doświadczenie, a nie wynik.
Mam wrażenie, że jest to również trend, który coraz mocniej pojawia się w świecie outdooru i ultra. Widać go choćby w rosnącej popularności wydarzeń gravelowych, gdzie również nie zawsze chodzi o rywalizację i „napieranie”. Chodzi raczej o stworzenie ciekawego pretekstu, konkretnej, dobrze przygotowanej propozycji i okazji do spędzenia czasu w naturze. I właśnie taki charakter od początku chcieliśmy nadać Potrójnej Koronie.
Sport jest dużą częścią Twojego życia. Twoja osobista pasja do sportu i outdooru wpłynęła na wybór drogi zawodowej i rozwój projektów takich jak Potrójna Korona?
– Zdecydowanie tak. Gdyby nie sport i gdyby nie połączyła nas z Markiem wspólna pasja, prawdopodobnie nie byłoby całego tego przedsięwzięcia. Podobnie z naszym zespołem wolontariuszy Fundacji Potrójna Korona – to osoby aktywne, biegacze, piechurzy, a każdy z nich ma swoją własną sportową zajawkę.
Zresztą, jeśli dołączasz do naszego zespołu i jesteś jego częścią, staramy się również wspierać wolontariuszy w ich aktywności. Finansujemy im starty w różnych imprezach – biegach, rajdach przygodowych czy wyścigach gravelowych. Mamy więc naprawdę szerokie spektrum sportowych zainteresowań.
Myślę, że aktywność jest dla mnie po prostu bardzo ważna. Osobiście nie wyobrażam sobie pracy w statycznej formule. Moja praca zawodowa również wiąże się z byciem w ruchu, działaniem w terenie i zarządzaniem różnymi zadaniami dla luksusowej marki terenowej Defender. Moja małżonka jest lekarzem kadry narodowej wioślarzy. To wszystko dobrze się ze sobą łączy.
Nie chciałbym jednak uciekać w typowe frazesy o tym, że wytrwałość w sporcie automatycznie przekłada się na wytrwałość w biznesie. Wierzę natomiast, że dobry menedżer powinien być sprawny nie tylko intelektualnie, ale również fizycznie. Jedno z drugim bardzo dobrze się uzupełnia.
Sport daje mi też możliwość poznawania ludzi, którzy podobnie patrzą na świat. To z kolei bardzo ułatwia budowanie relacji, również biznesowych, i wspólne realizowanie ciekawych projektów. Jeśli spotykasz kogoś, kto ma swoją pasję, jest aktywny, ma energię do działania i pewną dynamikę, często łatwiej znaleźć wspólny język i zbudować relację, która później może przerodzić się w coś więcej. Może kolejną edycję Potrójnej Korony?
Magdalena Bryś
Więcej Wywiady
Sport, który łączy armie. Major Anna Dańkowska-Mika o tym, jak w CISM buduje się relacje poprzez sport [WYWIAD]
Polska od lat aktywnie uczestniczy w strukturach Międzynarodowej Rady Sportu Wojskowego (CISM). Dla Wojska Polskiego zaangażowanie w działalność organizacji oznacza nie tylko możliwość rywalizacji z najlepszymi sportowcami na świecie, ale również wymianę doświadczeń z przedstawicielami innych armii i udział w kształtowaniu przyszłości międzynarodowego sportu wojskowego. O tym, jak sport pomaga…