„Sport nauczył mnie myślenia przyczynowo-skutkowego”. Wyjątkowe połączenie biegania z biznesem [WYWIAD]
Utytułowana biegaczka górska specjalizująca się w biegach ultra, a zawodowo dyrektorka marketingu odpowiadająca za rozwój premium marek hotelarskich i restauracyjnych. O zarządzaniu energią, odpowiedzialności, doświadczeniach oraz lekcjach, które wyniosła z gór i przeniosła do świata biznesu — w rozmowie z Małgorzatą Tomik.
Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Jak w praktyce wygląda łączenie odpowiedzialnej roli w biznesie jako dyrektorki marketingu z przygotowaniami do biegów górskich?
Małgorzata Tomik, Dyrektor Marketingu Bachleda Group: – Na co dzień działam równolegle w kilku bardzo wymagających obszarach biznesowych. Zarządzam projektami związanymi z branżą hotelarską i restauracyjną, w tym obiektami cztero- i pięciogwiazdkowymi, angażuję się również w przedsięwzięcia związane z budową nowych term w Zakopanem, współpracuję przy rozwoju jednej z popularnych marek kosmetycznych (nie chcę wymieniać nazwy marki ze względów zawodowych), a także uczestniczę w projektach rozwojowych firmy. Codziennie pracuję około ośmiu godzin dziennie, choć w praktyce bywa różnie. Czasem ta intensywność kumuluje się w sześciu godzinach, czasem rozciąga się praktycznie na cały dzień. Do tego dochodzi trening, który zajmuje mi średnio około dwóch i pół godziny dziennie, jeśli uwzględnić cały proces: dojazdy, przebranie, rozgrzewkę, sam trening, a później regenerację. Jeśli mam trening na basenie, to sama logistyka potrafi zabrać naprawdę sporo czasu.
Nawet jeśli mam elastyczność w planowaniu dnia, to liczba zadań nie znika. To nie działa tak, że skoro danego dnia pracuję krócej, to automatycznie mam mniej odpowiedzialności. Zadania po prostu trzeba wykonać. Są dni, kiedy mój grafik jest rozpisany praktycznie od rana do nocy.
Z drugiej strony charakter mojej pracy daje mi pewien margines elastyczności. Natomiast mam ogromne poczucie odpowiedzialności wobec ludzi, z którymi pracuję. Jeśli ktoś poświęca mi swój czas, chcę być punktualna, przygotowana i obecna na sto procent.
Największym wyzwaniem nie jest jednak sama liczba obowiązków, ale zarządzanie energią. Bo kiedy łączysz intensywną pracę, dużą odpowiedzialność, stres i trening na wysokim poziomie, to organizm odbiera wszystko jako obciążenie. Myślę, że jedną z najważniejszych kompetencji, których cały czas się uczę, jest właśnie rozumienie własnej energii i świadome zarządzanie nią.
Mam w sobie dużo z osoby, która żyje szybko, intensywnie, ale jednocześnie w środku jestem bardzo blisko idei slow life. Chyba największą sztuką jest dla mnie odnalezienie balansu między tymi dwoma światami.
Dziś wiem już, jak różne obciążenia wpływają na moje ciało i głowę. Jeśli wiem, że przede mną ciężki tydzień albo konkretny typ treningu, na przykład mocna jednostka progowa czy beztlenowa, potrafię przewidzieć, jak będę się później czuła. Wiem, kiedy pojawi się wyrzut endorfin, a kiedy za chwilę przyjdzie spadek energii.
Właśnie ta świadomość pozwala mi planować. Czasami wolę „odhaczyć” ciężki trening rano i mieć go z głowy. Ale bywają też dni, kiedy wiem, że od ósmej rano muszę być w firmie, bo moja obecność jest kluczowa dla pracy zespołu. Nie jestem typem menedżera, który deleguje zadania i czeka na wyniki. Pracuję z ludźmi na bieżąco, jestem częścią procesu, jedną z osi, wokół których to wszystko się dzieje. Jeśli mnie nie ma, pewne rzeczy mogą po prostu zwolnić albo się rozsypać.
Dlatego czasem najbardziej wymagające treningi przenoszę na wieczór, bo bardzo intensywnym dniu pracy. Paradoksalnie wtedy największym wyzwaniem nie jest ciało, ale głowa. Największa trudność w łączeniu sportu z biznesem nie polega na tym, czy „chce ci się” trenować. Największe pytanie brzmi: czy masz do siebie na tyle duże zaufanie, żeby odróżnić moment, w którym to jest zwykłe zmęczenie i opór… od momentu, w którym naprawdę nie jesteś już w stanie przyjąć ani jednego bodźca więcej.

Jak planujesz treningi przy pracy — rutyna czy elastyczność? Jak układasz priorytety w dniu, kiedy masz i ważne spotkania, i kluczowy trening?
– Z zewnątrz może się wydawać, że łączenie sportu na wysokim poziomie z intensywną pracą to kwestia dobrej organizacji. W rzeczywistości dużo bardziej chodzi o świadomość siebie, umiejętność zarządzania energią i podejmowanie codziennych decyzji.
Plan treningowy mam sztywny, na początku każdego tygodnia wiem dokładnie, jakie jednostki mnie czekają. Praca natomiast jest bardzo dynamiczna, dlatego to właśnie trening musi zostać wpisany w rytm dnia w sposób przemyślany. Każdego dnia analizuję, czy lepiej wykonać jednostkę rano, czy wieczorem. Biorę pod uwagę nie tylko kalendarz spotkań, ale też to, czy będę miała przestrzeń na regenerację, czy zdążę się wyspać, czy po prostu organizm udźwignie kolejne obciążenia.
Jeśli mam ważne spotkania, które wymagają pełnego skupienia i obecności, wiem, że muszę być na sto procent. Nie lubię bylejakości. jeśli coś jest ważne i nieprzesuwalne, trzeba to zrobić dobrze. Dokładnie tak samo traktuję trening.
Przez lata nauczyłam się jednak czegoś dużo ważniejszego niż sama dyscyplina. Nauczyłam się ufać sobie. Umieć odróżnić moment, w którym mówi przeze mnie zwykły opór, lenistwo czy zmęczenie… od momentu, w którym organizm naprawdę mówi: „Dzisiaj już nie”.
Na co dzień niemal zawsze realizuję plan. Dla mnie rozpiska treningowa działa trochę jak dobrze ustawiony algorytm, każda jednostka ma swoje miejsce, cel i znaczenie w długim procesie. Im więcej takich elementów pomijasz, tym mniejsza szansa, że na końcu osiągniesz dokładnie to, na co pracujesz.
Dlatego bardzo rzadko odpuszczam trening. Jeśli już to robię, nie mam wyrzutów sumienia. Wiem, że to nie jest decyzja podjęta z wygody, tylko z dojrzałości.
Miałam w życiu też taki etap, kiedy próbowałam za wszelką cenę dopasować ciało do planu. Wychodziłam na trening skrajnie zmęczona, z głową, która mówiła mi, że potrzebuję odpoczynku. Bywało, że ciało… paradoksalnie odpowiadało dobrze. Parametry, tętno, tempo, regeneracja, wszystko wyglądało poprawnie.
Właśnie tutaj pojawia się bardzo cienka granica. Bo przetrenowanie nie zaczyna się zawsze od ciała. Czasem najpierw przeciążona jest głowa. Jeśli ignorujesz ten moment zbyt długo, w końcu przychodzi blokada, której nie da się już obejść.
Trochę jak z napiętą struną. Można ją napinać długo, ale jeśli nie odpuścisz w odpowiednim momencie, w końcu pęknie. I to działa dokładnie tak samo w sporcie, jak i w biznesie.
Dziś mam poczucie, że po latach nauczyłam się tym zarządzać. Nie idealnie, bo tego chyba cały czas się uczę, ale świadomie.

Właśnie, jak opowiadasz, wszystko obecnie jest takie właśnie świadome.
– Moja praca jest wyborem. Sport również jest wyborem. Nigdy nie patrzyłam na to w kategorii: „Teraz odpuszczę pracę, bo chcę robić wyniki” albo „Odstawię treningi, bo biznes jest ważniejszy”. W moim przypadku jedno nie mogłoby istnieć bez drugiego.
Sport daje mi balans, reset, poczucie sprawczości. Praca daje mi rozwój, odpowiedzialność i spełnienie. Nawet w momentach, które z zewnątrz wyglądają mało atrakcyjnie — jak logistyka treningów, kilka toreb w samochodzie, szybkie jedzenie między spotkaniami czy wejście do biura z odbitymi po pływaniu okularami. Paradoksalnie właśnie tam często pojawia się coś najcenniejszego. Na przykład trening pływacki, logistycznie jeden z najbardziej wymagających. Trzeba dojechać, przebrać się, wysuszyć, zorganizować cały dzień wokół tego. Jednak, kiedy już wejdę do wody i zacznę płynąć, nagle wszystko cichnie. Zostaję tylko ja, ruch i chwila obecna.
Podobnie jest z bieganiem. Nawet jeśli wchodzę na trening zmęczona, często po kilku kilometrach odnajduję w tym coś, co nie tylko buduje formę, ale też porządkuje głowę.
I właśnie dlatego nie potrafiłabym zrezygnować ani z jednego, ani z drugiego.
Nie zakładam, że da się mieć wszystko odpalone na sto procent przez cały czas. Jak wspomniał w swoich wypowiedziach, Paweł Szymoniak: „Nie da się mieć czterech palników na kuchence ustawionych na pełny gaz jednocześnie”. Sztuka polega na tym, żeby każdego dnia świadomie wybierać: co dziś potrzebuje więcej energii, dlaczego i w jakim celu.
Jakie elementy ze świata biegów ultra przekładają się na zarządzanie i decyzje biznesowe? Jak konkretnie?
– Widzę tych podobieństw naprawdę bardzo dużo. To jest coś, za co ogromnie szanuję sport, bo to właśnie sport dał mi sumę doświadczeń nie tylko zawodniczo, ale przede wszystkim w relacji z samą sobą.
Pierwszą rzeczą, której mnie nauczył, była pokora. Myślę, że bardzo łatwo jest ludziom przykleić się do swoich stanowisk, tytułów czy zakresu odpowiedzialności. Czasami tak mocno utożsamiamy się z rolą, którą pełnimy, że przestajemy być uważni na proces, na szczegóły i przede wszystkim na ludzi, którzy ten proces realnie tworzą. A wtedy nawet po prostu się rozsypać.
Dla mnie sport, a szczególnie ultramaratony to bardzo złożony proces. Proces, wobec którego trzeba być przede wszystkim uczciwym. W ultramaratonie zawsze przychodzi taki moment, który cię konfrontuje. Moment, w którym ciało i głowa zaczynają podpowiadać ci różne rzeczy: że jesteś za słaby, że mogłeś przygotować się lepiej, że coś zrobiłeś źle, że to nie idzie tak, jak powinno. Wtedy nie chodzi o motywacyjne hasła czy wypieranie tego, co czujesz. Chodzi o szczerą odpowiedź wobec siebie: „Jestem przygotowana najlepiej, jak mogłam. Znam ten proces. Wiem, że są momenty trudniejsze. Wiem, że nadal mogę coś z tego wyciągnąć”.
Dokładnie tak samo pracuję z ludźmi i z zespołem. Wiem, że nawet najlepiej zaplanowany projekt nie ma nic wspólnego z gwarancją sukcesu. Między planem a efektem końcowym zawsze jest rzeczywistość. A powodzenie wspólnego celu bardzo często zależy od tego, czy potrafimy uczciwie nazywać to, co dzieje się tu i teraz, zamiast opierać się na wyobrażeniach, że „powinno być dobrze”, bo wszystko zostało dobrze rozpisane.
W sporcie, szczególnie w ultra, wszystko opiera się na czytaniu realnych wskaźników. Nie tego, co podpowiada wyobraźnia. Nie tego, kim chciałbyś być. Nie tego, jak wyobrażałeś sobie siebie w kryzysie. Bardzo łatwo jest myśleć: „Na pewno sobie poradzę, cokolwiek się wydarzy”. A kiedy ta sytuacja naprawdę przychodzi, często okazuje się, że wygląda zupełnie inaczej, niż zakładaliśmy. W biznesie działa to dokładnie tak samo.
Jeśli coś zaczyna się sypać, nie załamuję się i nie myślę: „Przecież wszystko było dobrze zaplanowane”. Zamiast tego staram się nazwać problem, zlokalizować go i skupić się na rozwiązaniu tego, co dzieje się teraz. Wiem, że jeśli oczyścimy bieżące problemy i będziemy konsekwentnie prowadzić proces dalej, to zespół nadal ma siłę, żeby iść do przodu, a cel nadal pozostaje osiągalny. Sport nauczył mnie też bardzo mocno myślenia przyczynowo-skutkowego. Chyba właśnie to wykorzystuję dziś najmocniej zarówno w sporcie, jak i w pracy.
Nie chodzi nawet o przesadną analityczność czy potrzebę kontrolowania wszystkiego. Bardziej o umiejętność przewidywania: jeśli wydarzy się to, jakie mogą być konsekwencje? Co może się posypać? Na co trzeba być gotowym? Kiedy coś faktycznie się wydarza, a ty brałaś to wcześniej pod uwagę, to nie wpadasz w chaos. Jesteś już na to, przynajmniej mentalnie przygotowana.

Jakie nawyki ze sportu najbardziej pomagają Ci w pracy?
– To, czym się kieruję zarówno w biznesie, jak i w sporcie, nie jest czymś, co kiedyś usiadłam i rozpisałam sobie jako gotową filozofię działania. To raczej zbiór doświadczeń, które przez lata po prostu we mnie zostały i które wielokrotnie sprawdziłam w praktyce.
Jest jednak jedna rzecz, która zawsze pozostaje dla mnie kluczowa to elastyczność.
Bardzo często ludziom strategia, analityka czy zarządzanie projektami kojarzą się z czymś idealnie zaplanowanym, przewidywalnym, niemal zamkniętym w Excelu czy harmonogramie. Uważam, że prawdziwa skuteczność zaczyna się właśnie wtedy, kiedy potrafisz łączyć pozorne przeciwieństwa.
Musisz być analityczny. Musisz myśleć przyczynowo-skutkowo. Musisz przewidywać, planować i rozumieć konsekwencje swoich decyzji. Jednocześnie musisz zostawić przestrzeń na to, że wydarzy się coś, czego nie przewidziałeś.
Wtedy najważniejsze jest nie to, czy wszystko idzie zgodnie z planem, tylko czy potrafisz przyjąć zmianę, zareagować i poprowadzić proces inną drogą, bez gubienia celu.
Właśnie to widzę zarówno w biznesie, jak i w sporcie. Ścieżka może się zmieniać. Warunki mogą się zmieniać. Ludzie mogą się zmieniać, okoliczności podobnie. Jeśli naprawdę wiesz, dokąd zmierzasz, cel pozostaje ten sam. Mam poczucie, że to podejście mam już mocno ugruntowane w sobie, nie dlatego, że przeczytałam o tym w książkach, ale dlatego, że wielokrotnie sprawdziłam to na własnym życiu. Nie traktuję tego, jak uniwersalnej recepty czy złotej zasady. To raczej zestaw rzeczy, które warto brać pod uwagę, szczególnie wtedy, kiedy pracujesz z ludźmi, zarządzasz zespołami, działasz w dynamicznym środowisku, gdzie zmiennych jest dużo, komunikacja nie zawsze jest idealna, a procesy bywają dalekie od przewidywalnych. W takich warunkach trzeba mieć kierunek. Ale jednocześnie nie można popaść ani w nadmierną kontrolę, ani w całkowite odpuszczenie. Ogromnie ważne jest też zadawanie pytań, czasem takich, na które nie masz jeszcze odpowiedzi.
W sporcie robię to bardzo często. Przed dużym wyzwaniem zadaję sobie pytania, które nie zawsze są wygodne: „Co, jeśli wpadnę w panikę? Co, jeśli organizm nie zareaguje tak, jak zakładam? Co, jeśli będę słabsza niż myślę? Co, jeśli coś pójdzie zupełnie inaczej niż w planie?” Nie chodzi o budowanie czarnych scenariuszy. Chodzi o to, żeby mentalnie zostawić miejsce również na to, co trudne. Bo kiedy rozważysz różne warianty, nawet te najmniej komfortowe, to w momencie kryzysu nie wpadasz w chaos — tylko uruchamiasz proces szukania rozwiązania. Chyba najważniejsze pytanie, które wtedy sobie zadaję, brzmi: Czy jeśli mi się nie uda — czy naprawdę będzie to porażka? Bo bardzo często okazuje się, że nie. Czasem to po prostu kolejna informacja o sobie, kolejna lekcja i etap drogi.
Porażka zaczynałaby się wtedy, gdybym wiedziała, że mogłam zrobić więcej, ale świadomie tego nie zrobiłam. Natomiast jeśli wiem, że w danych warunkach zrobiłam wszystko, co realnie mogłam, przygotowałam się najlepiej, jak było to możliwe, podjęłam właściwe decyzje, zadbałam o rzeczy, na które miałam wpływ, wtedy nawet, jeśli efekt nie jest taki, jakiego oczekiwałam, nie traktuję tego, jak porażki.
Dokładnie tak samo patrzę na biznes i projekty. Jeżeli coś nie zostaje zrealizowane, ale wiem, że zrobiłam wszystko, żeby do tego doprowadzić, rozmawiałam, przewidywałam ryzyka, reagowałam, komunikowałam, zabiegałam o rozwiązania, to nie zabieram tego później do głowy i nie noszę tego w sobie. Bo jestem wobec siebie uczciwa. Myślę, że właśnie to wiedza o sobie i zaufanie do samej siebie jest jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie można zbudować. Bo kiedy naprawdę wiesz, że dajesz z siebie maksimum, przestajesz żyć w domysłach, wyrzutach sumienia czy wewnętrznym oszukiwaniu siebie. To daje ogromny spokój, nawet w bardzo wymagających momentach.
Jakie kolejne plany biegowe czy projekty ultra?
– W zeszłym roku odezwały się u mnie problemy zdrowotne, z którymi mierzyłam się już wcześniej. Przez praktycznie cały sezon nie mogłam biegać ultramaratonów. Udało mi się jednak stopniowo wrócić do zdrowia i ostatecznie doprowadzić organizm do naprawdę dobrego poziomu. Co więcej, osiągnęłam mój najwyższy w historii mój wynik ITRA, choć na dystansach około 20 kilometrów, w których się specjalizuję.
Wszystkie starty, które wtedy realizowałam, były raczej krótkie. Tymczasem Harda Suka (triathlon górski) od lat pozostawała moim marzeniem. Oczywiście można byłoby podejść do tego rozsądnie i powiedzieć sobie: „Dobrze, w tym roku biegam, buduję bazę, a za rok przygotowuję się już konkretnie pod ten start”. Być może wtedy byłabym jeszcze lepiej przygotowana. Ale to jest marzenie, które naprawdę chcę spełnić, a ja nie lubię odkładać marzeń na później.
Czuję, że to jest moment, w którym mogę przynajmniej spróbować. Nie wiem, co będzie za rok. Potrzebowałam też bodźca, który nie byłby związany wyłącznie z bieganiem. Chciałam, żeby to był projekt, coś, co łączy sport, planowanie i wyjście poza strefę komfortu. Coś, co wywołuje ten lekki dreszcz emocji i daje poczucie, że może to być odrobinę za dużo. Paradoksalnie właśnie to bardzo mnie motywuje.
Mam, wobec tego startu dwa podejścia. Z jednej strony chcę go po prostu ukończyć. Ze względu na moje zdrowie mam świadomość, że są różne czynniki, które mogą mnie wyeliminować, choćby zimno czy wilgoć, które mogą uruchomić pewne problemy. Dlatego samo ukończenie byłoby dla mnie ogromnym sukcesem.
Z drugiej strony mam też sportową ambicję. Jeżeli wszystko zagra, jeśli organizm pozwoli i warunki będą sprzyjające, to chciałabym dać z siebie absolutnie wszystko, nawet jeśli miałoby to oznaczać walkę o zwycięstwo. Szczerze mówiąc, jestem gotowa zaakceptować oba scenariusze.
Ten rok dał mi też sporo do myślenia. Z jednej strony zdrowotne zawirowania przypomniały mi, że nic nie jest dane na zawsze. Z drugiej zaczęłam się zastanawiać, jak długo jeszcze będę chciała biegać z myślą o ciągłym progresie, a kiedyś przyjdzie moment, w którym bieganie stanie się bardziej odpoczynkiem, przygodą, czymś dla przyjemności.
Na razie jednak nie jestem gotowa zrezygnować z walki o rozwój. Lubię ten proces, budowanie formy, przesuwanie granic, nawet jeśli bywa to wymagające przy łączeniu treningów z pracą. Dlatego podjęłam decyzję, że nadal chcę trenować mocno i walczyć o wyniki.
Harda Suka jest dla mnie właśnie takim celem, trudnym, wymagającym, trochę onieśmielającym. Trochę jak UTMB, zawsze można powiedzieć: „Jeszcze nie teraz, jeszcze będę lepsza, jeszcze bardziej gotowa”. Ale może niektórych rzeczy nie warto odkładać.
Dlatego buduję w głowie takie nastawienie: jeśli mi się nie uda, jeśli coś pójdzie nie tak, to znaczy, że po prostu jeszcze nie byłam gotowa i potrzebuję więcej czasu, pokory i przygotowań. Wtedy wrócę za rok silniejsza. Wiem też, że wiele najważniejszych rzeczy w życiu robiłam właśnie wtedy, gdy znaków zapytania było więcej niż odpowiedzi. Mimo to potrafiłam osiągać wyniki, które naprawdę dawały mi satysfakcję.
Magdalena Bryś
Więcej Marketing
Wojciech Szczęsny będzie miał własne… lody
Wojciech Szczęsny został twarzą nowej kampanii marki Koral i, jak się okazuje, doczeka się także własnych lodów. Produkt ma trafić do sklepów jako jeden z hitów lata 2026.