Artykuły 20 września 2022

Wszystkie grzechy polskiej koszykówki, czyli jak nie zmarnować historycznego sukcesu

autor: Mateusz Mazur
Polska koszykówka przeżywa w 2022 roku swoje wielkie chwile. Najpierw byliśmy świadkami emocjonującej, pełnej nieoczekiwanych rozstrzygnięć, batalii o mistrzostwo Polski. Niewiele później, niespełna miesiąc po zakończeniu rozgrywek PLK, do bram NBA ponownie zapukał nasz rodak, natomiast we wrześniu, koszykarska reprezentacja Polski zameldowała się w gronie czterech najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Ponadto, zwieńczeniem tego jakże udanego okresu jest wybór naszego kraju jako współgospodarza kolejnego EuroBasketu, który odbędzie się już za trzy lata. Z pewnością jest to właściwy moment do tego, by zastanowić się jak danej nam szansy nie zmarnować i co należy zrobić, by wyrwać polską koszykówkę z marazmu. O tym, że nie jest to takie proste przekonaliśmy się już trzy lata temu, kiedy nasza kadra zajęła ósme miejsce na mistrzostwach świata, ale finalnie nie miało to żadnego wpływu na obraz basketu w Polsce. 

Sukces wbrew rozsądkowi

– Nie wiem, co się wydarzy. Nie wiem, ile jeszcze meczów zagram w reprezentacji. Muszę usiąść z prezesem i porozmawiać – powiedział po porażce z Niemcami Mateusz Ponitka, zapytany o swoją przyszłość w kadrze.

Wypowiedź kapitana reprezentacji Polski jest niepokojąca z wielu względów. Po pierwsze, oznacza, że 29-letniego lidera naszej kadry, która właśnie osiągnęła największy sukces od przeszło 50 lat, może zabraknąć na kolejnej wielkiej, współorganizowanej przez Polskę, imprezie. Po drugie, jest to sygnał, że po wyjątkowych dla polskiej koszykówki dwóch tygodniach, bardzo szybko możemy powrócić do krajobrazu sprzed EuroBasketu. Powrócić do atmosfery nieustannych sporów, niesnasek i wzajemnych oskarżeń. Powrócić do świata, w którym Marcin Gortat, potencjalnie jeden z największych ambasadorów polskiego basketu, skłócony jest z prezesem PZKosz, Radosławem Piesiewiczem, a w cały spór aktywnie zaangażowany jest lider reprezentacji – Mateusz Ponitka. Przy czym cały czas mówimy tylko o majaczącym się ponad powierzchnią wierzchołku góry lodowej.

– Demony przeszłości będą wracały. Mam oczywiście nadzieję, że konflikty nie będą już szarpały reprezentacją na taką skalę. W świecie idealnym w tej kadrze grałby Adam Waczyński, a Marcin Gortat wspierał ją na każdy możliwy sposób. Wiemy natomiast jak jest w rzeczywistości i że wina za taki stan rzeczy niekoniecznie leży po ich stronie. Kiedy emocje po EuroBaskecie już opadną, to przy budowaniu popularności koszykówki w Polsce pewnie przydałby się nam Marcin Gortat w roli ambasadora, a wszystko wskazuje na to, że tak się nie stanie – uważa Krzysztof Sendecki.

W ostatnim czasie sporo działo się jednak przede wszystkim wokół Mateusza Ponitki. Samymi aferami, które wybuchały wokół kapitana reprezentacji można byłoby z powodzeniem obdzielić całe polskie kadry w innych dyscyplinach sportu. Konflikt z bratem Marcelem i publiczne wyjaśnianie rodzinnych sporów, kontrowersje związane z powrotem Ponitki do Zenita Sankt Petersburg i lawina krytyki, która spadła na 29-latka za brak szybkiej reakcji na wybuch wojny na Ukrainie, czy wreszcie słynna konferencja prasowa, podczas której kapitan reprezentacji Polski nie szczędził ostrych słów pod adresem Marcina Gortata. Podczas feralnej konferencji do Ponitki dołączył także prezes Radosław Piesiewicz, który zapewniał o wsparciu dla polskiego koszykarza.

Wokół reprezentacji od dłuższego czasu było gorąco. Do tego wszystkiego dochodzą między innymi: rezygnacja Adama Waczyńskiego z gry w narodowych barwach, zaskakująca decyzja o zwolnieniu Mike’a Taylora, który doprowadził biało-czerwonych do ósmego miejsca na mistrzostwach świata, a którą Radosław Piesiewicz tłumaczył później faktem, iż amerykański selekcjoner zbyt rzadko bywał w Polsce.

Nie, na tym wcale nie koniec.

Zatrudnienie Igora Milicicia i dalsza krytyka decyzji prezesa Piesiewicza, próby odmłodzenia kadry przez nowego szkoleniowca, które później przypłaciliśmy odpadnięciem z gry o awans na mistrzostwa świata i koniecznością gry w prekwalifikacjach do kolejnego EuroBasketu. Rozpoczęcie prekwalifikacji od porażki z Chorwacją… Wszystko to pokazuje, że podczas zakończonych w niedzielę mistrzostw Europy nie mieliśmy prawa spodziewać się jakiegokolwiek sukcesu.

Stało się jednak inaczej. Kadra Igora Milicicia wspięła się na wyżyny swoich możliwości i pokazała charakter w starciach z najsilniejszymi. – Igor Milicić na tym EuroBaskecie bardzo dużo zyskał i myślę, że bardzo dużo się też nauczył. Już nawet niezależnie od tego ile zasług w sukcesach tej kadry ma Mike Taylor, którego zwolnienia cały czas nie rozumiem. To nie jest tak, że nagle możemy dzisiaj powiedzieć, że prezes Piesiewicz miał rację co do rozstania z amerykańskim szkoleniowcem. Żyjmy jednak tym co mamy dzisiaj, a mamy Igora Milicicia, dla którego cała ta podróż też na pewno była lekcją. Swój trenerski egzamin na tym EuroBaskecie nasz selekcjoner zdał i to na piątkę z plusem albo i szóstkę – ocenia dziennikarz.

Dzięki nadspodziewanie dobrym rezultatom koszykarskiej reprezentacji Polski udało się, po raz pierwszy od ponad pół wieku, znaleźć wśród czterech najlepszych zespołów czempionatu Starego Kontynentu. O tym jak wiele dzieli nas od europejskiej czołówki przekonaliśmy się jednak w meczu z Francją, która w półfinale pokazała pełnię swojego potencjału. Brąz tych mistrzostw nie był jednak wcale tak daleko. Ostatecznie Niemcy pokonali nas różnicą trzynastu punktów, ale było to spotkanie, w którym byliśmy w stanie nawiązać walkę z rywalem i postarać się o wykorzystanie jego słabości.

– Ogromnym błędem była próba przebudowy reprezentacji. To nie mogło zadziałać w naszych warunkach. Nie jesteśmy Francją, nie jesteśmy Hiszpanią, nie jesteśmy żadną europejską potęgą, żebyśmy mogli zrezygnować z naszych najlepszych koszykarzy i próbować odmładzać skład w trakcie eliminacji. Miejmy nadzieję, że to była nauczka. Grajmy najlepszymi zawodnikami jakimi mamy. Z kadrą żegna się Aaron Cel, myślę, że prędzej czy później nastąpi też pożegnanie z A.J. Slaughterem i oczywiście ci zawodnicy, którzy odchodzą muszą być zastępowani nowymi, ale róbmy to stopniowo i z głową – mówi Sendecki.

Uniknąć błędów z przeszłości

Pomimo tak wielkich kłopotów byliśmy w stanie odnieść historyczny sukces i z podniesionymi głowami wyjść z walki o brązowy medal. To były wielkie dwa tygodnie polskiej koszykówki, ale istnieje naprawdę niewielka szansa na to, że osiągnięcie naszej reprezentacji rzeczywiście przyczyni się do tego, że koszykówka wyjdzie w naszym kraju z cienia. Los dał nam nawet kolejną szansę, czyli kolejny EuroBasket, którego Polska będzie współgospodarzem.

– Organizacja meczów jednej grup EuroBasketu to znakomity pomysł na najbliższe lata. Trzeba takie imprezy organizować, a efekty tego dobrze widać na przykładzie siatkarzy. Patrzymy na ten świętujący kolejne sukcesy, wypełniony po brzegi Spodek i oczywiście nie miałbym nic przeciwko, żeby w ten sposób wyglądało to również w przypadku koszykówki. Jak widać nie jest to tak, że koszykówką w Polsce się w ogóle nie interesujemy. Okazuje się, że kiedy przychodzą sukcesy kadry to nie jest problem, żeby wygenerować kilka milionów widzów w otwartym kanale. Jeśli ci kibice dostaną dobry produkt i emocje na najwyższym poziomie, to oni będą przy tej reprezentacji. O ile za wiele zdarza mi się krytykować PZKosz, to uważam, że organizacja wielkiej imprezy koszykarskiej w Polsce jest świetnym pomysłem. 

Doświadczenia z ubiegłych lat pokazują nam jednak, że nawet tak duży sukces, wzbudzający tak wielkie zainteresowanie, nie jest w stanie zbyt wiele zmienić, jeśli nie zostanie odpowiednio wykorzystany. Wypowiedź Mateusza Ponitki po meczu z Niemcami należy potraktować jako niebezpieczny prognostyk świadczący o tym, że lada dzień wrócimy do szarej rzeczywistości, w której dla koszykówki zarezerwowane są ostatnie strony gazet, a trapiona wewnętrznymi konfliktami kadra aspiruje do miana europejskiego średniaka.

– Do zrobienia jest bardzo dużo rzeczy, począwszy od takich najmniejszych, jak zadbanie o media społecznościowe, o to żeby polscy koszykarze nie zniknęli z umysłów wszystkich kibiców, nie tylko kibiców koszykówki. Z umysłów tych milionów, które teraz zasiadły przed telewizorami, by oglądać walkę o medale. Aktywności w mediach społecznościowych po stronie PZKosz czy hasztagu KoszKadra brakuje mi nawet teraz. To co dzieje się teraz w social mediach to przede wszystkim zasługa dziennikarzy i osób niezwiązanych na co dzień z koszykówką, którzy pompują to zainteresowanie. Sam związek robi natomiast niewiele. Nadal nie dostrzega się potęgi świata cyfrowego i niestety jest to grzech nie tylko PZKosz, ale również większości innych związków sportowych – ocenia Krzysztof Sendecki.

– O tym niesamowitym, ogromnym sukcesie za kilka tygodni niewielu już będzie pamiętać. Będziemy mieli mistrzostwa świata w piłce nożnej, zaraz zaczną się skoki narciarskie, pojawi się mnóstwo sportowych atrakcji, które będą z koszykówką wygrywały. Kolejna wielka koszykarska impreza czeka nas dopiero w 2025 roku. Nie będzie nas na mistrzostwach świata, na 99% nie będzie nas na igrzyskach, więc to są trzy długie lata, kiedy to zainteresowanie koszykówką trzeba będzie utrzymać – dodaje dziennikarz.

Nasz rozmówca przypomina również, że już niebawem, po 3,5 roku przerwy na parkietach NBA ponownie będziemy mogli oglądać naszego rodaka: – Drugą ważną rzeczą jest wykorzystanie Jeremy’ego Sochana do aktywności medialnych związanych z kadrą, nie tylko przy okazji meczów reprezentacji. Marzy mi się też wykorzystanie dla popularyzacji basketu Marcina Gortata – wskazuje Krzysztof Sendecki. – Trzeba cały czas wzbudzać zainteresowanie tymi graczami, którzy byli bohaterami EuroBasketu: Olek Balcerowski, Mateusz Ponitka, A.J. Slaughter, tak żeby nawet kibic, który nie śledzi NBA czy najlepszych europejskich lig wiedział co się dzieje u Sochana i Ponitki. Żeby na związkowych social mediach pojawiały się posty pokazujące akcje Polaków, informujące o rezultatach i statystykach… To są niby oczywistości, ale mam wrażenie, że w PZKosz wciąż do czegoś takiego nie dorośli – dodaje.

Radosław Piesiewicz triumfuje nad krytykami

Dzięki sukcesowi naszej kardy na EuroBaskecie wielu zdążyło bardzo szybko zapomnieć o licznych problemach, z którymi reprezentacja zmagała się przed mistrzostwami. Próby przeprowadzenia rewolucji w składzie bezpośrednio przyczyniły się do eliminacyjnej klęski w walce o mistrzostwa świata i gry w prekwalifikacjach do kolejnego Eurobasketu. Nie wspominając już ponownie o mnóstwie konfliktów, które w ostatnich miesiącach targały szatnią i skutecznie popsuły atmosferę wokół reprezentacji. Niestety tego co działo się zaledwie kilkanaście tygodni temu nie przypomina sobie także prezes PZKosz, Radosław Piesiewicz, który uznał, że zwycięstwo Polski nad Słowenią jest doskonałą okazją do ostatecznego triumfu nad krytykami i hejterami. – Uwielbiam tych koszykarzy, myślę, że sprawiliśmy wielką radość naszą grą w wielu domach. Igor Milicić i krytycy? Niech sami sobie odpowiedzą czy dokonałem właściwego wyboru – stwierdził po ćwierćfinałowym starciu Piesiewicz.

– Mam nadzieję, że prezes Piesiewicz też wyciąga wnioski i nie jest tak, że nadal wierzy jedynie w to, że jest nieomylny. Wierzę, że zdaje sobie sprawę z tego, że kilka złych decyzji też podjął. Teraz natomiast sam prezes, jak i związek oraz Polska Liga Koszykówki dostają niespodziewany prezent w postaci nagłego wzrostu zainteresowania mediów i kibiców. Trzeba to wykorzystać, choć nie będzie to łatwe i obawiam się, że może się okazać, że to wszystko może PZKosz przerosnąć – ocenia Sendecki.

Przed objęciem posady prezesa związku koszykówki Radosław Piesiewicz raczej nie miał wiele wspólnego z tym sportem. Piastował co prawda funkcję prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej, jednak zdecydowanie dłuższa niż jego przygoda ze strukturami związków sportowych jest jego kariera polityczna. Newsweek pisał o nim jako o zaufanym człowieku polityka PiS, Jacka Sasina. Gdy zostawał członkiem PZPS mówiono o nim, że jest w stanie zapewnić dyscyplinie pieniądze spółek skarbu państwa. Podobnie miało być w przypadku PZKosz. Nie ma co ukrywać, że prezes Piesiewicz nie cieszy się jednak zbytnią sympatią w polskim środowisku koszykarskim i to już od dłuższego czasu. Wielu wskazuje go jako głównego winowajce konfliktów wybuchających wokół kadry, a podobnego zdania jest nasz rozmówca.

– Nie podoba mi się styl zarządzania Radosława Piesiewicza, który przypomina trochę zarządzanie małą rodzinną firmą. Mam na myśli fakt, że wszystkie decyzje podejmuje tutaj prezes Piesiewicz i nie ma z tym dyskusji. Jeśli się z nim nie zgadzasz, to jesteś przeciwko niemu, jeśli się zgadzasz, to możesz liczyć na współpracę. Wszystko to generuje konflikty i nie wiem czy prezes jest w stanie to zmienić. Dla polskiej koszykówki nie jest to dobre. W sukcesie naszej kadry na EuroBaskecie nie widzę zbyt wielkich zasług prezesa Piesiewicza, widzę natomiast trochę niewykorzystanych szans przed mistrzostwami i trochę niewykorzystanych szans na mistrzostwach, już poza parkietem, które mogą przynieść nie najlepsze skutki po turnieju – przewiduje dziennikarz.

– Obym się mylił, bo oczywiście prezes ma też swoje atuty, jak na przykład sprowadzenie spółek skarbu państwa i większych pieniędzy do polskiej koszykówki, inna sprawa jak te pieniądze są wydawane. Zarzutów do jego działalności mam więc sporo, nadziei na to, że uczy się na swoich błędach, nieco mniej. Rządów Radosława Piesiewicza nie oceniam dobrze, głównie przez tendencję do załatwiania wszystkich spraw poprzez konflikt. Wolałbym działacza, który potrafi się z każdym dogadać, a nie skonfliktować z połową środowiska. Mimo wszystko radykalnych zmian w tej kwestii bym się w najbliższym czasie nie spodziewał i pozostaje mieć nadzieję, że pomimo tego polska koszykówka będzie wyglądała lepiej niż do tej pory – dodaje.

Ożywić Polską Ligę Koszykówki

Wydaje się, że droga do popularyzacji koszykówki w naszym kraju wiedzie raczej przez polskie, a nie amerykańskie parkiety. Oczywiście ewentualne sukcesy Jeremy’ego Sochana mogą chwilowo przyciągnąć uwagę odbiorców, jednak na dłuższą metę śledzenie, rozgrywanych co 2-3 dni, w nocy czasu polskiego, spotkań, transmitowanych przez zamkniętą stację, może być zbyt dużym wyzwaniem dla okazjonalnych kibiców. O wiele bardziej przystępną formą wydają się mecze reprezentacji Polski, które jednak nie są rozgrywane regularnie lub Polskiej Ligi Koszykówki, która jednak musi w takim wypadku dostarczyć odbiorcy wyjątkowo atrakcyjny produkt. O to było jednak w ostatnich latach trudno.

Liczbę kuriozalnych sytuacji, które miały miejsce w PLK można by wyliczać na tych samych palcach, na których liczymy afery wokół reprezentacji Polski. W 2020 roku PZKosz podpisał na przykład umowę z firmą 4F, która została oficjalnym partnerem technicznym rozgrywek. Oznacza to, że polski producent został jednocześnie partnerem wszystkich klubów PLK. Z pozoru nie wygląda to może najgorzej, ale największym problemem był tutaj fakt, że klubów… nikt o takiej decyzji wcześniej nie powiadomił, a sam pomysł nie został przedyskutowany nawet na radzie nadzorczej.

– Profesjonalizacja Polskiej Ligi Koszykówki, która chełpi się tym, że jest pierwszą zawodową ligą w Polsce. Każdy z nielicznego grona kibiców PLK dobrze wie jednak jak wygląda to w rzeczywistości. Problemy finansowe, problemy z upadami klubów, dzikie karty, budowa drużyn od zera po pozbyciu się długów, niewypłacanie kontraktów zawodnikom, słaby poziom sportowy. Jest tego całe mnóstwo. Jeśli Polska Liga Koszykówki miałaby zatrzymać kibiców, którzy jeszcze niedawno oglądali mecze ze Słowenią czy Niemcami, to musi ona dać im coś od siebie. Musi pojawić się ciekawa rywalizacja interesujące nazwiska. Nie możemy mówić o tym, że związek podpisał umowę na koszulki dla wszystkich klubów i tych strojów nie można potem kupić. Nie może być ciągłych kłótni dotyczących przepisów, harmonogramu. Wokół polskiej koszykówki cały czas jest mnóstwo afer, natomiast przydałaby się nam mocna liga zawodowa, na wzór niemieckiej Bundesligi. Niemcy powinny być dla nas wzorem jak zorganizować ligę bez afer, bez problemów, z prawdziwymi licencjami – ocenia Krzysztof Sendecki.

Na fali sukcesu reprezentacji Polski pojawiły się także pomysły, by przynajmniej część spotkań Polskiej Ligi Koszykówki pokazywać w otwartym kanale. Obecnie, wyłączne prawa do tych rozgrywek posiada Polsat, który transmituje spotkania Energa Basket Ligi na antenach Polsatu Sport oraz Polsatu Sport Extra. Zdaniem Krzysztofa Sendeckiego zmiany w obszarze podawania kibicom produktu, jakim są rozgrywki PLK, powinny rozpocząć się od naprawy kondycji polskiej ligi: – Trzymam się wersji, że ten kontrakt z Polsatem nie jest zły, tylko należy dopracować niektóre rzeczy. Może nie trzeba na siłę pokazywać wszystkich meczów, ale te, które pokazujemy, pokazywać dobrze, a według mnie Polsat wywiązuje się z tego na odpowiednim poziomie. Myślę, że ta dyskusja o tym czy liga powinna być w TVP czy Polsacie jest wtórna. Jaka by to nie była stacja, niech ona ją po prostu dobrze opakowuje. Dobry produkt, dobrze opakowany będzie łatwiej sprzedać – kwituje dziennikarz.

***

Ostateczne wnioski nie są raczej zbyt optymistyczne. Póki co wygląda bowiem na to, że mamy wielki sukces, ale nie dysponujemy odpowiednim zapleczem, by ten sukces wykorzystać. Po ósmym miejscu na mistrzostwach świata 2019 roku nasza koszykówka ponownie błyskawicznie popadła w marazm. Niestety od tamtego czasu naprawdę niewiele się zmieniło i niewykluczone, że niewiele zmieni się także po tych mistrzostwach. Problemy organizacyjne PLK, brak odpowiedniego wykorzystania mediów społecznościowych do promocji basketu, gęsta atmosfera wobec kadry i skonfliktowany z połową środowiska prezes PZKosz. Czwarte miejsce na EuroBaskecie na pewno nie sprawi, że wszystkie te niedoskonałości znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sukces naszych koszykarzy i związany z nim wzrost zainteresowania może być jednak impulsem do tego, by zacząć działać i zrobić pierwszy mały krok we właściwym kierunku.