Marek Rudziński ostro o obecnych skokach narciarskich [WYWIAD]
Marek Rudziński w rozmowie ze SportMarketing.pl wyjaśnia, dlaczego chciał zrezygnować z komentowania skoków narciarskich i co sprawia, że relacjonowanie lekkoatletyki sprawia mu największą przyjemność. Doświadczony komentator tłumaczy także, na czym polegał fenomen NBA sprzed lat i jak ewoluowało dziennikarstwo.
Bartłomiej Najtkowski: SportMarketing.pl: Gdy zaczynał pan karierę dziennikarską, naturalnym etapem rozwoju była praca w radiu, która de facto stanowiła przygotowanie do komentowania w telewizji?
Marek Rudziński, komentator TVP Sport: – Trudno powiedzieć jednoznacznie, czy to była tak częsta ścieżka. Owszem, tak się zdarzało, bo kilku moich kolegów przeszło z radia do telewizji, a potem ja także. Ale zaczynałem od prasy. Gdy wybuchł stan wojenny, gazeta została zamknięta, mój szef znalazł mi inną redakcję: „Sztandar Młodych”, ale redaktor naczelny tej gazety za chwilę przechodził do radia i zabrał mnie ze sobą. dlatego znalazłem się w radiu.
Potem okazało się, że tam był radiokomitet. Kierownictwo chciało, by ludzie z radia współpracowali z telewizją. Dzięki temu, podobnie jak kilku innych kolegów z radiowym doświadczeniem, trafiłem do telewizji. Niemniej nie było to regułą, bo wielu ludzi zaczynało od telewizji i pracowało tylko tam. Niektórzy przychodzili z prasy do telewizji, pomijając radio, więc różne były te drogi zawodowe.
Tak czy inaczej z dzisiejszej perspektywy jest pan zadowolony z tego obrotu spraw?
– Wydaje mi się, że jeżeli już tak wyszło, to była to dobra droga, bo radio było znakomitą szkołą dziennikarstwa i pracy przy mikrofonie. W telewizji także pracuje się z mikrofonem. Czasami dochodzi kamera, w zależności od tego, co kto robi, ale na pewno było to świetne miejsce do rozwoju.
Różnica polegała na tym, że w radiu sprawozdawcy siłą rzeczy muszą mówić więcej, natomiast w telewizji komentator, zdaniem większości widzów, komentator powinien unikać nadmiaru słów i czasami milczeć, by pozwolić widzowi np. poczuć atmosferę widowiska?
– Radio rzeczywiście jest teatrem wyobraźni, więc trzeba opowiadać ludziom to, czego oni nie widzą. A dzięki komentatorowi, sprawozdawcy, który to potrafi barwnie opowiedzieć, słuchacze mogą sobie wiele wyobrazić i mniej więcej zorientować się, jak to wygląda. W telewizji nie trzeba opowiadać o kolorach, szczególnie w dobie telewizji kolorowej. Nie jest też konieczne mówienie o lewej i prawej stronie, bo to wszystko widać. Bez wątpienia obraz jest ważniejszy niż komentarz, więc naturalną koleją rzeczy trzeba trochę mniej mówić niż w radiu, to nie ulega wątpliwości.
Z drugiej strony ludzie dzisiaj mają tak ogromną wiedzę na temat tego, co się dzieje w sporcie, że chcą przekazywać te informacje odbiorcom. Czasami jest może tego za dużo. Stąd wrażenie, że być może niektóre transmisje są przegadane, ale to jest też kwestia indywidualnego odbioru, w zależności, co kto lubi. Niektórzy preferują taki komentarz, innym się on nie podoba. Trudno to jednoznacznie ocenić.
Będąc adeptem dziennikarstwa, musiał pan mieć rozeznanie w wielu dyscyplinach, natomiast obecnie w mediach dominuje wąska specjalizacja?
– Gdy pracowałem w radiu, w redakcji było 10 osób, a trzeba było zajmować się kilkudziesięcioma dyscyplinami sportu. W związku z tym, choć byliśmy przypisani do podstawowych dyscyplin, ktoś relacjonował przede wszystkim piłkę nożną lub koszykówkę, to należało być na bieżąco z wieloma innymi sportami. Na tym też polegała nauka tego zawodu w moim przypadku i kilku moich kolegów w czasach przedinternetowych.
Żeby robić materiały dźwiękowe do „Kroniki Sportowej”, „Przy muzyce o sporcie”, trzeba było pojechać gdzieś z magnetofonem, porozmawiać z ludźmi. Bardzo często jeździliśmy do ośrodków przygotowań olimpijskich w Spale, Cetniewie, Wałczu czy Zakopanem i tam na ogół byli przedstawiciele różnych dyscyplin sportowych. W związku z tym jeżeli jechałem na zgrupowanie koszykarzy, a koszykówka była mi przypisana, ale na tym zgrupowaniu pojawili się też zapaśnicy czy szermierze, to nagrywałem rozmowy także z nimi, by mieć materiały do „Kroniki Sportowej”.
Gdy rozmawiałem z tymi ludźmi, to ich poznawałem, a poznając ich, zagłębiałem się równocześnie w sport. Poza tym każdy z nas generalnie interesował się sportem, miał wiedzę na temat różnych dyscyplin sportowych. Dlatego też ta wiedza pozwalała potem komentować także więcej dyscyplin. Teraz jest może węższa specjalizacja, ale rzeczywiście ja komentowałem wiele sportów, wielu moich kolegów również. Dlatego że mieliśmy wiedzę na ten temat, wyniesioną właśnie ze specyfiki pracy w radiu.
Może to paradoks, bo mimo że przed laty grał pan w koszykówkę, wielu widzów prawdopodobnie kojarzy pana przede wszystkim z lekkoatletykę i skokami narciarskimi. A czy jeśli chodzi o czytanie gry, najlepiej czuje się pan przy koszykówce?
– Na pewno z racji tego, że grałem w koszykówkę, to ona jest mi najbliższa, chociaż koszykówka zmieniła się bardzo w porównaniu do tego sportu, jaki uprawiałem 50 lat temu. Doszło do znacznej zmiany przepisów, fizyczność zawodników, siła, szybkość, wiele aspektów jest zupełnie innych. Niemniej generalnie sport pozostał ten sam, więc oczywiście w miarę dobrze się czuję w koszykówce, choć chyba bardziej lubię komentować lekkoatletykę. To wspaniały sport i wydaje mi się, że mam dużą wiedzę na jego temat, a ponieważ podczas zawodów dzieje się dużo, uważam, że lekkoatletyka jest najtrudniejsza do komentowania. Tak czy inaczej królowa sportu jest dla mnie atrakcyjna. Szczególnie gdy komentuję imprezy mistrzowskie.
Chciałbym nawiązać jeszcze do NBA, do komentowania tej ligi przez pana wiele lat temu. To był fenomen, możliwość zetknięcia się z wówczas trudno dostępnym zagranicznym sportem z najwyższej półki?
– Gdy komentowaliśmy NBA: ja, Włodzimierz Szaranowicz, Ryszard Łabędź i czasami Andrzej Skwirowski (dziennikarz piszący o koszykówce), w telewizji nie było wiele światowego sportu, bo nie było Internetu, a telewizja była jedna. W związku z tym, gdy pojawiła się NBA, to było coś niesamowitego. Tak jak Coca-Cola w Polsce, to było duże wydarzenie. Fenomen, którego doświadczyliśmy przed czasami Małysza, słynną Małyszomanią. To więc NBA-mania i ludzie się tym bardzo interesowali. Z racji tego, że nie było tego wielkiego, światowego sportu zbyt dużo do oglądania, NBA robiła ogromne wrażenie.
Często mówi się, że Edward Durda komentuje niszowe dyscypliny, ale pomyślałem o panu, bo swego czasu zajmował się pan np. curlingiem. To pewnie był sport, który poznawał pan już na takim etapie kariery, gdy miał pan za sobą wieloletnie doświadczenie.
– Rzeczywiście. Curling komentowałem trochę później niż wiele sportów, ale właściwie byłem drugim człowiekiem, który relacjonował te zawody w Eurosporcie. Pierwszym był Andrzej Persson, a potem ja i w zasadzie na naszym komentarzu wychowało się kolejne pokolenie, między innymi Paweł Burlewicz, który teraz jest chyba najwybitniejszym znawcą curlingu w Polsce.
Komentowałem też kilka innych mniej popularnych sportów, jak chociażby piłkę wodną. Pomagałem fachowcowi od piłki wodnej w tym, żeby on poczuł się trochę pewniej. W skokach do wody tworzyłem duet z Jakubem Puchowem, kiedyś wybitnym polskim zawodnikiem, potem komentatorem tych zmagań w telewizji. Nie ukrywam, że nie byłem ekspertem, moją rolą było pomaganie współkomentatorowi, by mógł poczuć swobodę na antenie. Tak bywa, że czasami się robi sporty, które są rzeczywiście niszowe lub mniej oglądane, ale curling uważam za sport bardzo ciekawy i wdzięczny do komentowania, bo mimo że wydaje się, iż tam się niewiele dzieje, to w gruncie rzeczy jest zupełnie inaczej. Jeśli człowiek trochę się orientuje, to może to fajnie przeżywać.
Przy okazji zbliżających się zimowych igrzysk olimpijskich jestem ciekaw, jak z perspektywy komentatora porównuje je pan do letnich, które oczywiście mają większy rozmach, jak to wygląda pod względem intensywności pracy?
– Więcej razy pracowałem na letnich igrzyskach, bo zajmując się lekkoatletyką, przez 9 dni spędzałem wiele godzin na stadionie. Wiadomo, że są dwie sesje: poranna i wieczorna, co sprawia, że komentator musi przepracować codziennie 6-8 godzin. W okresie pracy w radiu miałem codziennie bardzo dużo zajęć, bo jeździłem na różne obiekty, by komentować, nagrywać materiały, prowadzić studio, robić serwisy informacyjne. Właściwie każdy dzień był pracą od rana do wieczora czy do nocy.
Teraz, gdy pracuję w telewizji, chociażby w Paryżu miałem dziewięć dni pracy przy igrzyskach od rana do wieczora. Oczywiście igrzyska letnie są większe, bo jest więcej sportów i siłą rzeczy więcej się dzieje, ale na zimowych też nie brakuje emocji. Teraz pojadę do Cortiny i Mediolanu na kolejne igrzyska i będę komentował skoki narciarskie kobiet, mężczyzn plus skoki do kombinacji. Będę miał przez ten czas dużo zajęć, w tym ceremonię otwarcia i zamknięcia. Trochę tego się uzbiera. A zatem choć nie są to tak długotrwałe zawody, bo konkurs trwa 2-2,5 godziny, a w lekkoatletyce jest cały dzień, to tutaj również jest dużo pracy. Na pewno pracując w radiu, miałem znacznie bardziej intensywny czas spędzany na igrzyskach, natomiast w telewizji jest trochę luźniej.
Na koniec przejdźmy do skoków, bo wydaje mi się, że z pana wypowiedzi można wywnioskować, iż dosyć sceptycznie ocenia pan ewolucję tej dyscypliny na przestrzeni lat. Czy uważa pan, że to, co miało doprowadzić do większej sprawiedliwości, np. kwestia przeliczników, okazało się nie do końca dobrą zmianą i teraz jest większy chaos?
– Oczywiście. Chociażby to, że niemal po każdych zawodach w tej chwili zastanawiamy się, kto oszukiwał na sprzęcie, kombinezonach, wiązaniach, nartach. To jest absurd. Władze Światowej Federacji Narciarskiej i skoków narciarskich doprowadzają ten sport do ruiny, do katastrofy. Poza Polską, Austrią, Niemcami nikt już właściwie się tym nie interesuje. Oglądalności telewizyjne spadają na łeb na szyję, bo to jest trudne do oglądania. A przecież sport powinien być zrozumiały, czytelny. Jeżeli w dodatku dochodzą problemy z uczciwością, bo dyskwalifikuje się skoczków za oszukiwanie ze sprzętem, to jest po prostu coś obłędnego. Nie wiem, dokąd te skoki zostaną zaprowadzone, ale jeżeli to nadal będzie tak wyglądało, ta dyscyplina całkowicie się rozpadnie. Nie będzie skoków narciarskich na poziomie olimpijskim chociażby, bo to wygląda bardzo źle.
Nie podobają mi się przeliczniki, bo uważam, że nie ma takiej możliwości, by w sporcie rozgrywanym na świeżym powietrzu była sprawiedliwość. Poza tym te przeliczniki wcale nie są sprawiedliwe. Może to, że dzięki zmianie belki można doprowadzić konkursy do końca, manewrując tymi belkami, nie jest złe. Chociaż z drugiej strony wymyślona liczba punktów przyznawana za obniżenie, podwyższenie rozbiegu też nie do końca do mnie przemawia. Oceny sędziowskie uważam za absurd, bo to też w ogóle nie przystaje do XXI wieku, więc jest bardzo dużo do poprawienia w skokach. Ci, którzy mówią, że wszystkie działania związane z kombinezonami, z przelicznikami, dają lepsze perspektywy temu sportowi, moim zdaniem się mylą i wręcz zabijają skoki narciarskie.
Ludzie coraz mniej z tego rozumieją. Komentatorzy także, dlatego chciałem wycofać się ze skoków narciarskich, bo mówienie o 12 kolumnach liczb, jakie człowiek ma w komputerze, wyjaśnianie widzom, dlaczego zawodnik, który skoczył 10 metrów dalej, przegrywa z tym, który skoczył 10 metrów bliżej, jest dosyć kłopotliwe. Nie wydaje mi się, żeby to wszystko szło w dobrą stronę, a afery ze sprzętem czy kombinezonami tylko to potęgują.
Bartłomiej Najtkowski
Więcej Zawód: Dziennikarz Sportowy
Piotr Dębowski: najmilej wspominam igrzyska w Sydney i Paryżu [WYWIAD]
Piotr Dębowski jest doświadczonym i wszechstronnym komentatorem, którego od ponad dwóch dekad możemy usłyszeć w trakcie transmisji sportowych na antenie TVP. W rozmowie ze SportMarketing.pl wspomina najważniejsze i najprzyjemniejsze momenty ze swojej kariery dziennikarskiej i podaje chociażby własną definicję prawdziwego dziennikarstwa.