Piotr Dębowski: najmilej wspominam igrzyska w Sydney i Paryżu [WYWIAD]
Piotr Dębowski jest doświadczonym i wszechstronnym komentatorem, którego od ponad dwóch dekad możemy usłyszeć w trakcie transmisji sportowych na antenie TVP. W rozmowie ze SportMarketing.pl wspomina najważniejsze i najprzyjemniejsze momenty ze swojej kariery dziennikarskiej i podaje chociażby własną definicję prawdziwego dziennikarstwa.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Jak zaczęła się pana przygoda z łyżwiarstwem szybkim?
Piotr Dębowski, komentator TVP Sport: – Przed igrzyskami olimpijskimi w Turynie dostałem propozycję, aby wybrać dyscyplinę zimową do komentowania, a zawsze lubiłem dyscypliny, w których dużo się dzieje. Ponadto łyżwiarstwo szybkie oglądałem w telewizji z dużym zainteresowaniem. Żeby bliżej poznać tę dyscyplinę, musiałem oczywiście zdobyć wiedzę. Najlepszym sposobem jest po prostu bywanie na zawodach, poznawanie ludzi, trenerów, zawodniczki, zawodników, rozmowy z nimi.
Co panu dało najwięcej?
– Wyjeżdżałem na obozy sportowe. Byłem na przykład z panczenistami, i to nie raz nawet w Inzell, bo kiedy jeszcze w Polsce nie było krytego toru lodowego w Tomaszowie Mazowieckim, to właśnie tam kadra zawsze przygotowywała się do swoich startów w Pucharach Świata czy mistrzostwach świata i Europy. Dzięki temu mogłem poznawać tajniki tego sportu, zobaczyć jak zbudowane są panczeny, jak się na nich jeździ, czy to jest trudne dla zwykłego człowieka.
Wtedy docenił pan wysiłek zawodników?
– Na miejscu przekonałem się, jak ciężko pracują, jakie to są wyrzeczenia z ich strony, by dojść do wysokiej formy, która pozwoli walczyć o medale w najważniejszych zawodach. To wszystko można było zobaczyć z bliska, można było wszystkiego dotknąć i to na pewno w dużym stopniu pomagało w przygotowaniu się do komentowania.
Nie zabrakło też dyskusji z fachowcami?
– Przed IO w Soczi sporo czasu poświęciłem na rozmowy z Wiesławem Kmiecikiem, trenerem Zbigniewa Bródki, który mi uświadomił, jak powinna wyglądać rywalizacja na igrzyskach, na poszczególnych dystansach, jakie to powinny być międzyczasy na kolejnych okrążeniach, aby zawodniczka czy zawodnik mieli szanse medalowe. W przypadku pamiętnego sukcesu Zbigniewa Bródki Wiesław Kmiecik rozrysował mi na kartce międzyczasy i czas końcowy 1.45.00. Mam do dziś w swoim archiwum tę kartkę. Trener Kmiecik powiedział mi wtedy, że jeżeli Zbyszek osiągnie taki czas, to może zdobyć medal, natomiast oczywiście nie było mowy o tym, jakiego koloru to będzie medal… A zatem obcowanie z ludźmi ze środowiska, ze sportowcami jest bardzo pomocne.
Wydaje się, że zmiany technologiczne ułatwiają teraz pozyskiwanie informacji.
– Oczywiście, kiedyś było trudniej, bo nie mieliśmy nieograniczonego dostępu do informacji jak teraz. Trzeba było trochę inaczej zdobywać informacje. Teraz jest to łatwiejsze moim zdaniem, bo wystarczy wpisać coś w wyszukiwarce i po chwili pojawiają się dane informacje, ale wiem, że są osoby, które uprawiają właśnie tego rodzaju dziennikarstwo, które polega tylko na zdobywaniu wiedzy teoretycznej, czerpanej z Internetu. Uważam, że to jest za mało. Trzeba być w środowisku, poznać ludzi, zawodników, wiedzieć, z czym oni się zmagają.
Zawodowy sportowiec obecnie staje przed coraz większą liczbą wyzwań?
– Musimy pamiętać o tym, że sportowcy to ludzie i mają też swoje ograniczenia, problemy osobiste, zdrowotne. Muszą mierzyć się z presją, wszechobecnym hejtem. To jest oddzielna sprawa, z którą muszą się zmagać przez to, że media społecznościowe są wszechobecne i teraz każdy właściwie może napisać, co mu się żywnie podoba, nie licząc się z konsekwencjami. Choć na szczęście czasami te konsekwencje następują, jeżeli się kogoś prześladuje, hejtuje czy obraża.
Niemniej, jeśli sportowcy to czytają, na pewno nie jest im łatwo i muszą sobie z tym jakoś radzić. Sam znam sportowców, którzy sobie z takimi rzeczami nie radzili, kończyli przedwcześnie kariery sportowe, bo mieli tego wszystkiego dosyć. Chcieli spokoju, a nie wiecznego zamartwiania się i tłumaczenia, że coś nie wyszło albo było nie tak, jak kibice oczekiwali. W zasadzie każdy sportowiec może powiedzieć, że w karierze i życiu najwięcej jest porażek, a nie sukcesów i zwycięstw. Triumfy zdarzają się od czasu do czasu i są okupione ciężką pracą, wyrzeczeniami, determinacją, konsekwencją, zdrowiem. To wszystko razem składa się na to, że może uda się odnieść sukces, ale nigdy nie jest to zagwarantowane.
Trudno się z tym nie zgodzić, natomiast przechodząc do pozytywnych rzeczy, myślę, że pewnym paradoksem jest to, iż choć jest pan kojarzony głównie z siatkówką i piłką ręczną, to właśnie pana komentarz zawodów w łyżwiarstwie szybkim odbił się szerokim echem.
– Rzeczywiście, przez lata komentowałem siatkówkę i piłkę ręczną. Moje pierwsze igrzyska olimpijskie w Sydney w 2000 roku to było właśnie komentowanie siatkówki i jeszcze dodatkowo tenisa stołowego. Z tą odrodzoną siatkówką byłem od samego początku. Wtedy do Ligi Światowej, dzisiejszej Ligi Narodów, dołączyła reprezentacja Polski i ten projekt zaczął się rozwijać. Przez wiele lat latałem z reprezentacjami: żeńską i męską po całym świecie i komentowałem mecze ówczesnej Ligi Światowej czy Grand Prix, mistrzostw Europy i świata. Chcąc, nie chcąc, byłem na pewno kojarzony właśnie z tą dyscypliną.
A co ze szczypiorniakiem?
– Później pojawiła się piłka ręczna, na poziomie reprezentacyjnym trochę… przez przypadek, bo na swoich pierwszych MŚ, które odbywały się w Szwecji, miałem prowadzić studio, przeprowadzać wywiady, ale wtedy Dariusz Szpakowski miał problemy zdrowotne. Musiał poddać się operacji i nie mógł jechać na ten turniej. Kierownictwo mojej redakcji podjęło decyzję, że w takim razie mam się zająć komentowaniem piłki ręcznej. Miałem może dwa tygodnie na przygotowanie, ale tak to się zaczęło.
Jednak już wcześniej miał pan do czynienia z piłką ręczną?
– Tak, to nie było moje pierwsze komentowanie piłki ręcznej, bo zaczynałem swoją przygodę dziennikarską, studiując w Szczecinie, a później pracując. I kiedy trafiłem z radia do telewizji, bo zaczynałem od pracy w radiu, w pierwszej komercyjnej stacji Radio AS, to tam oczywiście zajmowałem się sportem. Gdy trafiłem do szczecińskiego ośrodka Telewizji Polskiej, to też byłem w redakcji sportowej. A w tych ośrodkach dziennikarze zajmują się właściwie wszystkimi dyscyplinami sportu, bo zazwyczaj są to małe, nieliczne redakcje, a trzeba zrelacjonować wszystko, co dzieje się w regionie.
To sprawiło, że miałem doświadczenia z bardzo wielu dyscyplin sportowych i też właśnie z siatkówki czy piłki ręcznej, więc to nie był początek, ale na poziomie reprezentacyjnym właśnie tak to wyglądało. Siatkówka, piłka ręczna – to była moja specjalizacja przez lata. Jednak w pewnym momencie pojawiły się propozycje, by komentować też coś w okresie zimowym. Wybrałem łyżwiarstwo szybkie i po raz pierwszy komentowałem zmagania podczas IO w Turynie. Wtedy bardzo mi pomagał Paweł Zygmunt, nasz były reprezentant, olimpijczyk, który właściwie od podstaw zaznajamiał mnie z tym sportem. No i tak po kolei był Turyn, później Vancouver, gdzie miałem szczęście skomentować pierwszy w swojej karierze komentatorskiej medal olimpijski polskich sportowców, ponieważ wtedy dziewczyny zdobyły brązowy medal w jeździe drużynowej.
Nie oczekiwał pan, że spiszą się tak dobrze?
– To była olbrzymia niespodzianka. Później były igrzyska w Soczi, gdzie na torze długim panczeniści zdobyli aż trzy medale. Wisienką na torcie był wspomniany już medal Zbigniewa Bródki.
Oczywiście z racji tego, że było to złoto, że Zbyszek zdobył ten medal w takich nieprawdopodobnych okolicznościach, mój komentarz też był pewno w jakiś sposób wyjątkowy. Kibice podkreślali emocjonalny charakter tego komentarza, czuli, jakby byli na miejscu, na arenie w Soczi i z bliska obserwowali, jak jedzie Zbyszek Bródka.
W sporcie znaczna ekspresja jest nieunikniona?
– Uważam, że sport jest nierozerwalnie połączony z emocjami. Nie ma sportu bez emocji, bez nich nie miałby sensu, a praca komentatora polega na tym, aby przekazać wszystko to, co dzieje się gdzieś daleko na jakiejś arenie sportowej ludziom, którzy zechcieli poświęcić swój czas, uwagę i posłuchać mojego komentarza. Dlatego staram się zawsze przekazać im nastrój, atmosferę, emocje, zaznajomić z tajnikami określonej dyscypliny sportu. Żeby oni także mogli wejść w te zawody, nie mając możliwości usiąść na trybunach, ale siedząc w domu. Ważne, by poczuli, z czym to się wiąże. I dlatego zawsze komentowałem w sposób emocjonalny.
Oczywiście przekazywania tych emocji uczyłem się na przestrzeni lat. A sukces Zbyszka Bródki był tak niespodziewany, bo co prawda zakładano, że Polak może walczyć o medal, ale niekoniecznie złoty… Przypomnijmy, że w sezonie poprzedzającym igrzyska w Soczi zdobył Puchar Świata na dystansie 1500 metrów, więc był w gronie faworytów. Ale ta niezwykłość rywalizacji z Holendrem spowodowała, że dałem się ponieść emocjom i właściwie już w końcówce komentowania przejazdu Bródki, a później Holendra, nie kontrolowałem wszystkiego, bo po prostu mówiłem to, co czułem. Myślę, że dzięki temu, że to było takie emocjonalne i niepowtarzalne, sukces Zbyszka Bródki został bardziej dostrzeżony w sferze publicznej, bo ludzie zauważyli osiągnięcie naszego olimpijczyka.
Łyżwiarstwo szybkie nagle znalazło się w centrum uwagi?
– Trzeba mieć na uwadze, że to jest sport mniej popularny, niektórzy mówią: niszowy, więc nie jest na co dzień obserwowany przez wielu kibiców i właściwie raz na cztery lata większa rzesza fanów sportu śledzi zmagania czy to na torze długim, czy na krótkim w short tracku. A jeżeli jest taki sukces i jeszcze skomentowany w sposób, który zapada w pamięć, to tym lepiej. Swoją drogą Zbyszek wydał książkę „Zbigniew Bródka, najszybszy strażak świata”. W niej napisano, że ten komentarz spowodował, iż sukces Zbyszka Bródki stał się nieśmiertelny. Ludzie będą go wspominać, a ja oczywiście tym bardziej dlatego, że nigdy wcześniej ani później nie miałem okazji do skomentowania złotego medalu polskiego sportowca na IO.
W Paryżu bowiem siatkarze zdobyli srebro, więc osiągnięcie Bródki jest głęboko w moim sercu, emocje były niezwykłe. Myślę, że to był stan komentatorskiego uniesienia, który już się później u mnie nie powtórzył. To było apogeum, bo nawet gdy rozmawialiśmy o tym z Włodzimierzem Szaranowiczem, moim mentorem i mistrzem, od którego naprawdę bardzo dużo się nauczyłem w tym zawodzie i którego bardzo cenię, to Włodzimierz Szaranowicz powiedział, że to był właśnie stan uniesienia bez kontroli i słowa, które w takim stanie komentator wypowiada, wyrzuca z siebie, one płyną z serca.
Pełna spontaniczność?
– Tak, to w żaden sposób nie jest przygotowane ani przemyślane, bo nie da się tego zrobić, to po prostu się mówi i czuje. A właśnie dzięki Zbyszkowi, tym okolicznościom coś takiego przeżyłem i na pewno dlatego jest to dla mnie wyjątkowe.
Wróćmy do piłki ręcznej i siatkówki, bo wydaje mi się, że specyfiką TVP Sport jest to, że głównie komentatorzy piłkarscy pracują teraz co weekend przy rozgrywkach ligowych, a pan zajmował się przede wszystkim siatkówką i piłką ręczną w wydaniu reprezentacyjnym. Przemysław Babiarz kiedyś powiedział w „Asie Wywiadu”, że zazdrości komentatorom piłkarskim, ponieważ w każdy weekend mają jakieś mecze do skomentowania, a w innych dyscyplinach bywa różnie. Komentuje pan też mecze ligowe w ramach współpracy z inną redakcją, ale jak to wygląda jeśli chodzi o TVP?
– W pracy komentatora wszystko zależy od tego, do jakich rozgrywek dana stacja telewizyjna posiada prawa. Wiadomo, że na przestrzeni lat to się zmienia. Jest konkurencja, każdy chce pozyskać jakieś prawa. Przez wiele lat w Telewizji Polskiej była prezentowana siatkówka, i to nie tylko na poziomie reprezentacyjnym, ale również komentowaliśmy mecze w rozgrywkach ligowych. Potem tej siatkówki nie było, a po latach znowu się pojawiła, więc sytuacja ulega zmianie. Oczywiście dla komentatora świetną sprawą jest, jeśli można komentować mecze regularnie. Wtedy jest się w takim komentatorskim cyklu czy transie. Człowiek jest na bieżąco, wie, co się dzieje w każdej drużynie, wie jak wygląda rywalizacja, sytuacja poszczególnych zawodników, którzy przechodzą do innych klubów, śledzi na bieżąco transfery. To jest bardzo przydatne w pracy komentatorskiej.
Trudniej jest wtedy, kiedy pojawiają się możliwości komentowania od czasu do czasu. Jeżeli na przykład w TVP nie ma rozgrywek ligowych w piłce ręcznej, a pojawiają się okazje do komentowania, kiedy rozgrywane są mistrzostwa Europy, mistrzostwa świata igrzyska olimpijskie, ta częstotliwość komentowania meczów w danej dyscyplinie jest mniejsza i to od razu stwarza jakąś trudność, bo człowiek wypada z rytmu i by do niego wrócić, zawsze potrzeba trochę czasu i kilku okazji do skomentowania czegoś. Po latach nabywa się pewne doświadczenie, ale nie można opierać się tylko na doświadczeniu, bo to jest droga donikąd. Właściwie osoby, które w ten sposób by podchodziły do swoich zadań komentatorskich, będą zjeżdżać po równi pochyłej, a nie wspinać się w górę, bo samo doświadczenie czy, jak to niektórzy mówią, rutyna, niewiele daje.
Oczywiście komentatorzy piłki nożnej, jeśli pracują w stacji, w której jest bardzo dużo rozgrywek na różnym poziomie: reprezentacyjnym, ligowym czy europejskich pucharów, komentują niemal dzień w dzień albo co kilka dni i ten rytm komentatorski cały czas utrzymują. To jest bardzo przydatne w tym zawodzie. Natomiast ci, którzy komentują inne dyscypliny sportu, muszą szukać różnych sposobów, aby być na bieżąco ze swoją ulubioną dyscypliną. Zapewne w wielu przypadkach to się sprowadza do tego, że jeździ się na mecze, obserwuje z bliska, rozmawia z ludźmi ze środowiska albo współpracuje, jeżeli oczywiście są takie możliwości, z innymi stacjami telewizyjnymi czy komentuje się coś do Internetu. Możliwości jest bardzo dużo i wszystko tylko zależy od tego, czy dany dziennikarz może sobie na to pozwolić, czy pozwoli mu na to szef, jakie ma podpisane umowy itd. Jeżeli się jest współpracownikiem, to wtedy pojawiają się opcje, by tę współpracę kontynuować na różnych polach, z różnymi stacjami i wtedy też jest to sposób, aby pozostać przy dyscyplinie, aby nic nie uciekało.
Dlaczego to jest tak ważne?
– Trzeba mieć świadomość, że później nachodzi wielka impreza, jak MŚ czy IO i nagle człowiek dostaje informację: „teraz szykuj się, będziesz komentować”. A ty nie komentowałeś na przykład meczów siatkówki, piłki ręcznej czy piłki nożnej, obojętnie czego przez kilka miesięcy, a może nawet lat. I wtedy trzeba do tego powrócić. A wiadomo, że z biegiem lat dyscypliny też się zmieniają, zawodniczki, zawodnicy, następują zmiany pokoleniowe. Jeżeli się tego nie śledzi na bieżąco, to coś umyka i wtedy trzeba poświęcić dużo więcej czasu, aby się od początku przygotować i wgryźć to wszystko, co później człowiek będzie przekazywać podczas komentowania.
Jeszcze a propos IO, jestem ciekaw, które igrzyska wspomina pan z największym sentymentem. Abstrahując od kwestii stricte sportowych, mam na myśli otoczkę imprezy, możliwość poznania nowej kultury etc.
– Na pewno bardzo dobrze wspominam swoje pierwsze igrzyska olimpijskie w Sydney w 2000 roku, czyli już bardzo dawno temu. To był mój debiut na igrzyskach i wspominam je bardzo dobrze dlatego, że Sydney zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Miałem poczucie, że to jest fajne miejsce do życia dla ludzi. Tam właśnie zetknąłem się po raz pierwszy z wielokulturowością, a społeczeństwo, które nas witało w trakcie tych igrzysk, z którym mieliśmy do czynienia, było niezwykle otwarte, pogodne, uśmiechnięte. Człowiek miał wrażenie, że to jest miejsce, w którym mógłby nawet zakotwiczyć, zamieszkać na dłużej i chyba dobrze by mu się tam żyło…
Atmosfera igrzysk, wiadomo, to jeszcze były takie czasy, kiedy nie było tak wielu obwarowań związanych z bezpieczeństwem, zakazów. Można było gdzieś podejść, wejść bez większej kontroli i coś zobaczyć z bliska. Teraz to już jest właściwie niemożliwe podczas IO. Są odgrodzone strefy, jeżeli się nie ma akredytacji czy odpowiedniego biletu, właściwie nie ma możliwości, by się dostać w określone miejsce. Co zrozumiałe, jest to podyktowane względami bezpieczeństwa, czasy się bardzo zmieniły. Podam przykład, by pokazać, jak fajnie byliśmy przyjmowani w Sydney podczas igrzysk. Komentowałem tam też siatkówkę plażową na pięknej, słynnej plaży Bondi Beach. To były finały siatkówki kobiet, które również zapadły w mojej pamięci, bo Natalie Cooki Kerri Pottharst, dwie Australijki, pokonały Brazylijki w wielkim finale, a na Bondi Beach boisko było usytuowane blisko wody i na trybunach zasiadało aż 10 tysięcy widzów.
Atmosfera była niezwykła, to wszystko skończyło się bardzo późno, już wieczorową porą. W dodatku było dość daleko od wioski olimpijskiej, w której my, dziennikarze, mieszkaliśmy, a trzeba było wrócić jakoś do domu. Poruszaliśmy się autobusami, które rozwoziły dziennikarzy po różnych arenach, ale o tej porze już nie było żadnego, który by zawiózł mnie z powrotem do wioski olimpijskiej, przeznaczonej dla dziennikarzy. Zauważyłem jednak stojący autobus z kierowcą, który miał napisane, że czeka na ludzi, którzy chcieli się znaleźć w innym miejscu, czyli miał zupełnie inny kurs.
Nie było w nim pasażerów, a ja tak się kręciłem i kierowca w końcu mnie zapytał, z czym mam problem, gdzie chcę się dostać. Powiedziałem mu gdzie i wtedy z uśmiechem na twarzy zmienił tę tabliczkę i zaprosił mnie do autokaru. Jako jedyny pasażer zostałem więc dowieziony na miejsce, a ten przejazd trwał dobre pół godziny, może nawet 40 minut. To był przykład otwartości, ludzi, którzy chcieli pomagać. Same okoliczności w Sydney (cudowna opera, słynny most do Sydney, tereny wchodzące w wodę Oceanu Spokojnego) mnie oczarowały, świetne wspomnienia.
A były też jakieś rozczarowania?
– Igrzyska w Tokio były specyficzne. To był okres pandemii, a zatem brak atmosfery sportowego święta. Ciągła kontrola i niepokój, zwątpienie, czy w ogóle uda się na te igrzyska dotrzeć, ponieważ wszystko zależało od tego, czy dany dziennikarz przejdzie test na Covid. Na szczęście wszystko się udało, natomiast będąc na miejscu, można było czuć się przygnębionym, nie było bowiem swobody poruszania się i typowo sportowych emocji.
Za to patrząc na wszystkie dotychczasowe igrzyska, spiąłem je klamrą, bo najpierw było Sydney, a ostatnio Paryż, w którym ponownie było dużo radości, mnóstwo kibiców. A organizatorzy usytuowali obiekty w pięknych miejscach, uwypuklili najważniejsze zabytki. Ot choćby stadion do siatkówki plażowej znajdujący się w pobliżu Pól Marsowych i Wieży Eiffla.
To było święto sportu. Owszem, na ulicach można było zauważyć wielu uzbrojonych żołnierzy, jednak oni dbali o bezpieczeństwo uczestników igrzysk: sportowców, dziennikarzy i kibiców. A na najbliższych igrzyskach zimowych znowu będę miał okazję skomentować łyżwiarstwo szybkie, i to w duecie ze Zbigniewem Bródką. Bardzo się cieszę, że udało mi się go przekonać.
Bartłomiej Najtkowski
Więcej Zawód: Dziennikarz Sportowy
Alberto Bertolotto: zainteresowała mnie „Solidarność” [WYWIAD]
Alberto Bertolotto jest włoskim dziennikarzem, który pokochał Polskę i od dłuższego czasu wykazuje się sporą aktywnością w naszych mediach w ramach współpracy z Przeglądem Sportowym. W rozmowie ze SportMarketing.pl mówi o początkach tej fascynacji, tajnikach calcio czy językowych różnicach między Polską a Italią.