14.03.2026 07:11

Sebastian Szczęsny: Włodzimierz Szaranowicz jest moim medialnym ojcem [WYWIAD]

W wywiadzie dla SportMarketing.pl Sebastian Szczęsny, komentator sportu, opowiada m.in. o wyjątkowych wyzwaniach związanych z komentowaniem ceremonii otwarcia i zamknięcia igrzysk olimpijskich, roli emocji w relacjonowaniu sportu, a także o tym, jak technologia i rosnące oczekiwania widzów wpływają na pracę komentatora. Dzięki tej rozmowie lepiej poznajemy dziennikarza, który ceni autentyczność komentatorskiego głosu, z pasją podchodzi do każdego sportu, a relacja z Włodzimierzem Szaranowiczem ukształtowała jego warsztat i dziennikarską wrażliwość.

Sebastian Szczęsny: Włodzimierz Szaranowicz jest moim medialnym ojcem [WYWIAD]
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Zacznijmy od zimowych igrzysk olimpijskich. Jestem ciekaw, czy komentowanie ceremonii otwarcia i zamknięcia igrzysk olimpijskich jest dla komentatora szczególnym doświadczeniem. Mam wrażenie, że wiąże się to ze zgłębianiem wiedzy z innych dziedzin – kultury, historii czy tradycji kraju-gospodarza. Trzeba to wszystko poznać, by w pogłębiony sposób opowiedzieć widzom, kto gości tym razem najwybitniejszych sportowców globu. Wydaje mi się też, że kiedyś Włodzimierz Szaranowicz był ogromną inspiracją dla komentatorów w relacjonowaniu takich ceremonii. Czy to rzeczywiście jedno z największych wyzwań w tym zawodzie?

Sebastian Szczęsny, dziennikarz Eurosportu: – Bez wątpienia. Komentowanie ceremonii otwarcia i zamknięcia igrzysk olimpijskich to ogromne wyzwanie, ponieważ jest to zupełnie inny rodzaj komentarza niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni przy relacjonowaniu zawodów sportowych.

Muszę przyznać, że miałem wielkie szczęście, ponieważ przed laty Włodek Szaranowicz wziął mnie pod swoje skrzydła. Uczył mnie komentatorstwa, kiedy trafiłem do Telewizji Publicznej. Przez wiele lat spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, a po transmisjach często do mnie dzwonił. Analizowaliśmy wszystko krok po kroku – tłumaczył, wyjaśniał, pokazywał. On mnie wychował komentatorsko i za to będę mu wdzięczny do końca życia.

A na czym polega fenomen tych ceremonii?

– Jeśli chodzi o ceremonie, to jest to zupełnie inny ciężar gatunkowy komentarza. Rolą komentatora jest tutaj wyjaśnianie i dopowiadanie, ale w taki sposób, by absolutnie nie zaburzyć nastroju wydarzenia. Nie w każdym momencie wolno mówić. Trzeba wyczuć, kiedy można dodać informację, a kiedy należy zamilknąć i pozwolić widzowi w pełni przeżywać uroczystość. Największą trudnością jest właśnie to wyważenie – by, broń Boże, nie przeszkadzać. Ceremonia otwarcia czy zamknięcia igrzysk to piękna opowieść o kraju, regionie, ludziach i ich historii. I w tym tkwi całe wyzwanie.

Uważam, że to jedno z największych, jeśli nie największe wyzwanie stojące przed komentatorem sportowym. Dla mnie możliwość komentowania ceremonii otwarcia i zamknięcia igrzysk była ogromnym wyróżnieniem, ale też gigantyczną odpowiedzialnością. Oglądalność jest inna, odbiór jest inny, każde słowo waży znacznie więcej. To było bardzo stresujące, ale jednocześnie niezwykle ważne doświadczenie.

Czy te igrzyska były pozytywnym zaskoczeniem dla całej ekipy komentatorów Eurosportu, zwłaszcza ze względu na wyniki w skokach narciarskich? Mam na myśli przede wszystkim Kacpra Tomasiaka, bo chyba nikt nie spodziewał się aż takiego rezultatu, biorąc pod uwagę dość ponury nastrój wokół tej dyscypliny przed rozpoczęciem zmagań we Włoszech.

– Oczywiście, że tak. To było gigantyczne zaskoczenie i bardzo pozytywne. Lubimy być zaskakiwani – nie tylko my, komentatorzy, ale przede wszystkim widzowie. Zdecydowanie lepiej być mile zaskoczonym niż rozczarowanym. Wiedzieliśmy, że Kacper jedzie na igrzyska, by walczyć. Patrząc na jego dyspozycję, miejsce w czołowej dziesiątce byłoby świetnym wynikiem. Niemniej to, że przywiezie z igrzysk trzy medale, było czymś absolutnie nie do przewidzenia.

Jeśli chodzi o medalowe szanse, to raczej spoglądaliśmy w stronę konkursów duetów. Indywidualnie nie mieliśmy zawodnika, który wcześniej regularnie walczyłby o miejsca na podium. Natomiast w duetach, patrząc na to, co działo się na skoczni normalnej i na stabilną formę Pawła Wąska, pewne nadzieje się tliły. Indywidualne sukcesy były jednak przecudownym zaskoczeniem i oby takich momentów było jak najwięcej. Dla takich chwil komentuje się sport – dla emocji, dla nieprzewidywalności. To jest w sporcie najpiękniejsze.

Rozmawiałem niedawno z Markiem Rudzińskim, który zwracał uwagę na to, że skoki narciarskie bardzo się zmieniły – pojawiło się mnóstwo przeliczników, wskaźników i szeroko pojętej matematyki. Jak z perspektywy komentatora wyglądają te zmiany technologiczne? To bardziej udogodnienie czy utrudnienie?

– Bez dwóch zdań przeliczniki za wiatr, belkę czy inne elementy wprowadziły pewien chaos i często brak zrozumienia rywalizacji. Tak czy inaczej bardzo dużo zależy od tego, jak komentator do tego podejdzie. Ja wychodzę z założenia, że sport to przede wszystkim emocje. Matematyka matematyką – komputer wszystko policzy i pokaże wynik. My mamy za zadanie zbudować narrację, podkreślić napięcie i niepewność.

Z drugiej strony trzeba uczciwie powiedzieć, że gdyby nie te przeliczniki, wiele konkursów w ogóle nie doszłoby do skutku. Dawniej zawody były przerywane, restartowane, ciągnęły się godzinami. W realiach współczesnej telewizji byłoby to nie do zaakceptowania. Sam początkowo byłem zaskoczony stopniem skomplikowania skoków, ale doszedłem do wniosku, że mimo wszystko emocje pozostały. I na nich trzeba się koncentrować, bo jeśli skupimy się wyłącznie na liczbach, konkursy staną się po prostu niestrawne.

Podczas igrzysk pojawiło się też wiele dyskusji na temat niedoinwestowania niektórych dyscyplin sportu. Zazwyczaj takie tematy wybrzmiewają przez kilkanaście dni, a później wszystko wraca do normy. Czy tym razem jest szansa na realne zmiany.

– Te dyskusje wybuchają jak gejzery właśnie przy okazji imprez rangi mistrzowskiej, takich jak igrzyska olimpijskie. Nagle okazuje się, że brakuje pieniędzy, infrastruktury, sprzętu, a słabe wyniki są tego konsekwencją. Z jednej strony to jedyna szansa, by niszowe sporty w ogóle zaistniały w przestrzeni publicznej. Umówmy się – sanki, bobsleje czy skeleton to świetne, pasjonujące dyscypliny, ale nie mają siły przebicia i nie są obecne w mediach na co dzień.

Pojawia się więc pytanie: czy inwestować w sporty, w których raczej nie będziemy potęgą, czy skupić się na tych bardziej „medalodajnych”? Przykładem jest zapowiedź ministra sportu Jakuba Rutnickiego dotycząca budowy toru saneczkowego w Polsce. Jedni mówią: wreszcie nasi zawodnicy będą mieli gdzie trenować. Inni pytają: po co wydawać ogromne pieniądze na dyscyplinę uprawianą przez garstkę osób?

Ja stoję raczej po stronie sportowców. Doskonale rozumiem ich frustrację, która szczególnie podczas igrzysk wylewa się na zewnątrz. Kiedy wiesz, że masz potencjał, ale natrafiasz na bariery, których nie jesteś w stanie przeskoczyć, ten głos musi wybrzmieć. Dlatego uważam, że takie inwestycje – jak budowa toru – mają sens.

Proponuję, żebyśmy odeszli od tematu igrzysk i przeszli do branży medialnej sensu stricto. Czy dziś mamy do czynienia z większą specjalizacją dziennikarzy sportowych niż kiedyś? Na Pana przykładzie widać, że na przestrzeni lat zajmował się Pan wieloma dyscyplinami.

Rzeczywiście uważam, że zajmowanie się zbyt dużą liczbą dyscyplin może powodować, iż pewne detale umykają. Wszystko zależy też od tego, jak dana osoba jest prowadzona w redakcji. Jeżeli ktoś na stałe komentuje dwie czy trzy dyscypliny, jest w stanie bardzo dobrze się do nich przygotować. Dla mnie optymalna liczba to właśnie trzy. W tej chwili są to kolarstwo i narciarstwo alpejskie, a w przypadku żużla – prowadzenie studia.

Jeżeli jakaś dyscyplina pojawia się raz na cztery lata, jak podnoszenie ciężarów na igrzyskach, wtedy można się solidnie przygotować: pojechać na zgrupowanie, porozmawiać z trenerami i zawodnikami. Ale na co dzień lepiej się skoncentrować na mniejszej liczbie sportów.

Skoro już mówimy o żużlu – czy to jedna z najbardziej wymagających dyscyplin do śledzenia na co dzień?

– Speedway jest wyjątkowy. To środowisko kibiców o ogromnej wiedzy – dotyczącej zawodników, sprzętu, detali technicznych. Trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym, by nie zadawać banalnych pytań. Przygotowanie do studia to codzienne śledzenie lig, wywiadów, analiz, także zagranicznych. Kibice wiedzą bardzo dużo i trzeba stanąć na wysokości zadania. Dlatego czapki z głów przed polskimi kibicami żużla – są fantastyczni.

Na koniec chciałbym zapytać o doświadczenie sportowe. Czy praktyka (instruktor narciarstwa alpejskiego czy treningi taekwondo) realnie pomaga w komentowaniu?

– Bez dwóch zdań. To, że mam doświadczenie jako instruktor narciarski, bardzo pomaga, bo dzięki temu można dokładnie wytłumaczyć widzom , dlaczego zawodnik popełnił błąd i co z tego wynika. Taekwondo z kolei przydało mi się przy komentowaniu sportów walki, a nawet podczas igrzysk, kiedy nagle trzeba było skomentować tę dyscyplinę.

Taka praktyka daje ogromną przewagę w budowaniu narracji. Po rozmowach z Andrzejem Wasilewskim, promotorem boksu zawodowego, poszedłem na treningi i spróbowałem swoich sił w ringu. To sprawiło, że zrozumiałem istotę tego sportu. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś komentuje sport, dobrze byłoby go spróbować. Wtedy naprawdę rozumie się, z czym mierzy się zawodnik. Dlatego tak wielką wartością są duety komentator–ekspert, zwłaszcza gdy ekspertem jest były zawodnik. Eurosport zadbał o to, by w czasie ostatnich igrzysk były właśnie takie duety.

Jest pan dziennikarzem z wieloletnim stażem. Nie sposób nie wspomnieć o współpracy z nestorami tej profesji – Włodzimierzem Szaranowiczem czy Witoldem Domańskim.

– Włodzimierz Szaranowicz to mój medialny ojciec. Potrafił skarcić tak, że człowiek przez dwa tygodnie nie wiedział, jak się nazywa, ale jeśli chwalił, to znaczyło, że robota była wykonana naprawdę dobrze.

Miałem też ogromną przyjemność współpracy z Markiem Rudzińskim, który jest fantastycznym komentatorem. Przemysław Babiarz od lat imponuje mi erudycją, oczytaniem, sięganiem do nieoczywistych cytatów czy zabawą słowem. Witold Domański, bazując na swoich przeżyciach i wieloletnim doświadczeniu w mediach, także inspiruje mnie swoim komentarzem. Stanisław Snopek przez wiele lat komentował skoki i również miło wspominam współpracę właśnie z nim.

Od każdego można było się czegoś nauczyć. To był przywilej móc komentować zawody z takimi postaciami.

– W gruncie rzeczy komentarz sportowy jest jak odcisk palca – absolutnie indywidualny. Najgorsze, co można zrobić, to kogoś naśladować. Komentator musi być sobą, przeżywać sport na swój sposób. I to właśnie w tym tkwi jego siła.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski