Krzysztof Zimoch: myślę, że „Hit the Mic” wywołał poruszenie [WYWIAD]
Krzysztof Zimoch wygrał program „Hit the Mic. Zostań komentatorem”, co oznacza, że dołączył do redakcji CANAL+Sport. W rozmowie dla SportMarketing.pl opowiada o kulisach programu, niemal dobie spędzonej na planie w upalnym Krakowie, pracy pod presją czasu i komentowaniu meczu przed kilkudziesięcioma tysiącami kibiców. Mówi też o swoich radiowych doświadczeniach, relacji z Widzewem Łódź, wyzwaniach stojących przed komentatorem oraz o tym, dlaczego uważa, że fakt, iż zwycięzca talent show może być tylko jeden, jest pewnym „marnotrawstwem”. Nie zabrakło również pytania o nazwisko i Tomasza Zimocha. Krzysztof podkreśla, że nie zamierza ścigać się z niczyją historią.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Zacznijmy może niechronologicznie. W ostatnim odcinku programu powiedziałeś, że nie chcesz być oceniany przez pryzmat nazwiska i nie chcesz, by wciąż nawiązywano do twojego ojca. Dzięki temu wiele osób dowiedziało się, że zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa, a Tomasz Zimoch to twój tata?
– Przez cały okres zdjęć i nagrań do programu bardzo starałem się, by kwestia mojego ojca nie wybrzmiewała zbyt mocno. Takie miałem założenie. To jest dla mnie pewnego rodzaju zadanie: przedstawić się widzom, ale również kolegom i koleżankom z redakcji jako ktoś kojarzony z zupełnie innym hasłem niż Tomasz Zimoch. Nazwisko siłą rzeczy w jakiś sposób cię pozycjonuje, ustawia, sprawia, że jesteś porównywany. Nie zmienia to faktu, że nie zamierzam ścigać się z czyjąś historią. Najchętniej postawiłbym tutaj kropkę, ale skoro pytasz: tak, nie jest to przypadkowa zbieżność nazwisk. Mamy jednak różne drogi zawodowe.
Przez lata byłeś związany z radiem, teraz spróbujesz swoich sił w telewizji. Czy można powiedzieć, że radio było pokłosiem rodzinnych doświadczeń?
– Na pewno całe moje życie zawodowe w 99 procentach jest związane z radiem. Zaczynałem w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej. To było miejsce, w którym bardzo się rozwijałem. Oddałem mu nawet większą uwagę niż studiom, które ostatecznie skończyłem. Moja koncentracja coraz bardziej przesuwała się jednak w stronę radia.

Później były stacje komercyjne, publiczna rozgłośnia Polskiego Radia w Łodzi, a teraz jest Radio 357, z którym się nie rozstaję, choć priorytetem będzie praca w CANAL+. Oczywiście, ta naturalna miłość do radia zapewne rozwijała się również dzięki temu, że w dzieciństwie obserwowałem, jak pracuje mój ojciec, natomiast nasze drogi zawodowe dość mocno się rozeszły. On poszedł swoją drogą, ja swoją. Moja relacja z radiem rozwijała się już samoistnie, bez jego udziału.
Ciekawe jest też to, że twoja praca w radiu nie była związana wyłącznie z komentowaniem wydarzeń sportowych. Zajmowałeś się również innymi tematami, między innymi religijnymi.
– To prawda. Spotykam się z komentarzami w Internecie, że „Hit the Mic” miał być konkursem dla amatorów, a wygrał profesjonalista z radia. Tyle że sport nigdy nie był dominującym obszarem, którym zajmowałem się w radiu. Oczywiście był obecny, ale obok publicystyki, pracy przy informacji, tematów społecznych czy kryminalnych. Nigdy nie miałem takiej przestrzeni, by wejść w sport na 100 procent. To nastąpi dopiero teraz.
Oczywiście były też takie wydarzenia jak wyjazd na EURO 2024 z ekipą Radia 357, ale jednocześnie, a propos wydarzeń religijnych – konklawe w Rzymie. Zawsze bardziej myślałem o swojej pracy w ten sposób, że trzeba być tam, gdzie dzieją się rzeczy ważne. Sport rozwijał się więc obok innych tematów, którymi się zajmowałem. W newsach wygląda to przecież tak, że jeśli gdzieś wydarzy się pożar, trzeba jechać na miejsce, usiąść na krawężniku i przygotować relację, która za pół godziny pojawi się w serwisie. Jeśli jest mecz, jedzie się z mikrofonem i robi wejście antenowe. Jeśli pojawia się istotny temat społeczny, przygotowuje się wieczorną debatę. Trochę w taki sposób funkcjonowałem w radiowych realiach.
Niedawno rozmawiałem z Robertem Skrzyńskim, który od lat jest związany z Radiem Wrocław. Gdy zapytałem go między innymi o stosunek do klubów z Dolnego Śląska (Zagłębia Lubin i Śląska Wrocław), przyznał, że z czasem nie podchodzi się już do tego emocjonalnie. Zresztą, jeśli pracuje się w ogólnopolskiej telewizji, byłoby to nieakceptowalne. Ty byłeś swego czasu związany z Widzewem Łódź. Czy teraz największym wyzwaniem byłoby dla ciebie skomentowanie meczu RTS tak, by widz nie wyczuł żadnych kibicowskich sympatii? A może uważasz, że nie miałbyś już z tym problemu?
– To na pewno byłby test mojego profesjonalizmu. Rzeczywiście byłem związany zawodowo z Widzewem przez prawie półtora roku. Gdy myślałem o tym przed rozpoczęciem pracy w CANAL+, doszedłem do wniosku, że moje związki z Widzewem mogłyby sprawić, że miałbym szczególnie krytyczne podejście do tego klubu. Znam to środowisko, ludzi, którzy pracują w Widzewie. Absolutnie nie żałuję tego doświadczenia.
Uważam jednak, że komentator i dziennikarz sportowy musi kierować się określonymi zasadami i zachowywać standardy. Nie może być więc mowy o tym, żeby podczas komentarza było słychać faworyzowanie drużyny, z którą kiedyś było się związanym. Myślę, że podejście Roberta Skrzyńskiego jest właściwe. On skomentował setki, jeśli nie tysiące meczów, i jest profesjonalistą w tym, co robi. Na pewno można czerpać z jego doświadczenia. Pewnie na początku nie będę dostawał meczów Widzewa i dobrze. Muszę się oswoić. Wchodzę na grunt, na którym jeszcze mnie nie było, więc zobaczymy, jak sprawdzę się podczas pierwszych prób.
A wiadomo już, czy będą to przede wszystkim mecze Ekstraklasy, czy również ligi zagraniczne?
– To chyba pytanie do moich nowych przełożonych i tego, jak oni mnie widzą. Jestem otwarty na nowe doświadczenia. I nie chodzi tylko o komentowanie. Zależy mi na tym, by wejść całym sercem i z pełnym zaangażowaniem w pracę redakcji oraz wspierać ją również na innych obszarach, przy poszczególnych programach czy przygotowywaniu materiałów. Zgłaszam więc taką gotowość, a jak widzą mnie przełożeni, to już pytanie do nich.
W CANAL+ od kilku lat jest coraz więcej reportaży, notabene jeden z nich dotyczył Widzewa. To może być kolejne pole do popisu dla dziennikarza. Niedawno rozmawiałem z Rafałem Nahornym, który wspominał między innymi o cyklu „Byłem królem”. On jest pionierem, jeśli chodzi o tego typu materiały w CANAL+. To również może być dla ciebie wyzwanie, coś poza komentowaniem?
– Jak najbardziej. Bardzo chętnie przyjrzę się pracy nad takimi dokumentami czy serialami. Uważam, że stworzenie pogłębionego materiału jest bardzo wysokim punktem w pracy dziennikarza. Znam zresztą ludzi, którzy zajmują się pracą przy dokumentach CANAL+. Operatorów i innych członków zespołu. To świetni ludzie i profesjonaliści. Ewentualna praca z nimi byłaby dla mnie czystą przyjemnością.
Przejdźmy już do programu. Wcześniej poruszyliśmy kilka wątków niezwiązanych z nim bezpośrednio. Jeśli chodzi o „Hit the Mic”, na początku zainteresował mnie czas, jaki musieliście spędzić w Krakowie. To był pierwszy etap i rzeczywiście wyglądało to tak, że od rana do nocy trzeba było być na miejscu. Oczywiście nie przez cały czas komentowaliście, ale siłą rzeczy było też długie oczekiwanie. To musiało być stresujące, męczące fizycznie i psychicznie.
– To były ostatnie dni czerwca, czyli najgorszy możliwy moment pod względem temperatury. Było chyba około 40 stopni. Jednocześnie musieliśmy zachować wrażenie, że wszystko odbywa się w porze odpowiadającej emisji programu, czyli wczesnej jesieni. Trudność wynikała również z liczby uczestników. Czas poszczególnych nagrań się wydłużał. Pamiętam, że zaczynaliśmy około siódmej rano, a ostatecznie opuściliśmy stadion chyba przed trzecią w nocy. To była więc niemal cała doba.
Oczywiście mieliśmy świadomość, w czym bierzemy udział. Każdy chciał pokazać się z jak najlepszej strony. Ja wyszedłem z założenia, że podejdę z otwartością do wszystkich uczestników. Bardzo sobie cenię to doświadczenie, bo mogłem zobaczyć, jak różni ludzie zgłosili się do programu i jak ogromną mają pasję. Ta pasja przejawiała się zresztą w bardzo różny sposób. Każdy miał też jakieś wyobrażenie na temat pracy dziennikarza sportowego. Świetne było również to, że zgłosili się ludzie w bardzo dużym przekroju wiekowym. Najmłodszy uczestnik, Antek, 18 lat, a Wojtek 36. To niemal dwa różne pokolenia. Myślę, że to było bardzo ciekawe. Towarzyszyło nam też poczucie, że zgłoszeń było około tysiąca, a spośród nich wybrano szesnaście osób, wśród których znaleźliśmy się my.
Ciekawy był również wybór miejsc, w których realizowaliście poszczególne zadania. Na początku komentowaliście bez kibiców, ale jednak przy Reymonta, gdzie napisano sporo rozdziałów w historii polskiej piłki. Później mieliście możliwość skomentowania meczu przy pełnych trybunach na Enea Stadionie w Poznaniu, już na samym końcu rywalizacji. Stadion Wisły Kraków, a następnie obiekt Lecha Poznań to chyba bardzo dobre wybory ze strony organizatorów?
– Rzeczywiście. Myślę, że organizatorzy kierowali się potrzebą sprawdzenia, jak uczestnicy poczują się na dużym obiekcie i jak zareagują na doświadczenie stadionu Wisły, a przede wszystkim stadionu Lecha w Poznaniu. Gdy razem z Michałem Siwkiem komentowaliśmy finałowy mecz przy pełnych trybunach, pamiętam, że frekwencja wynosiła 34 tysiące widzów. Myślę więc, że lokalizacje wybrano bardzo dobrze i bardzo właściwie.
To miało swój klimat, zwłaszcza w Krakowie. Gdy nagrania się przeciągały, można było pospacerować po stadionie Wisły, poczuć bliskość murawy, ale też zastanowić się, jaka atmosfera będzie panowała na tym stadionie, gdy Wisła wróci do Ekstraklasy. Dobrze się złożyło, że Biała Gwiazda wówczas awansowała, więc można było zrobić zdjęcia na stadionie przy Reymonta.
Ciekawe było też to, że nawet osoby, które dotarły do decydującej fazy, mogły liczyć na konstruktywne uwagi jurorów. Żaden z występów nie był przecież doskonały. Była pewnie z jednej strony wyrozumiałość, ale z drugiej konkretne wskazówki, co można poprawić w najbliższym czasie, czego unikać, a co wyeliminować już na antenie.
– Bartosz Gleń powiedział podczas obrad jury po pierwszym etapie, że nie chce zarzynać marzeń żadnego z uczestników. Doceniam to, że przy werdykcie jurorzy starali się znaleźć u każdego dobre cechy, coś, co można w sobie pielęgnować i dalej rozwijać. Trochę żałuję, że nie wszyscy uczestnicy mieli szansę zaprezentować się w programie w pełnym wymiarze. Myślę, że każdy na to zasługiwał. Z drugiej strony wiadomo, że telewizja rządzi się swoimi zasadami, a czas antenowy nie jest z gumy.
Wrócę jednak do tego, co powiedziałem wcześniej. Naprawdę zgłosili się ludzie z ogromną pasją. Nawet jeśli niekoniecznie do samego komentowania piłki nożnej, to do życia nią. Była między innymi Sabina, która na swój sposób przeżywa piłkę nożną. Futbol jest obecny w jej życiu. Tak naprawdę o każdym uczestniku można by opowiedzieć osobną historię.
Ciekawa była wypowiedź Michała Kołodziejczyka dotycząca tego, czy lepiej wybrać już właściwie gotowego dziennikarza do komentowania, a zatem ciebie, czy adepta, którego trzeba będzie jeszcze oszlifować. Analizując tę kwestię, zastanawiałem się nad ostatecznym werdyktem. Mierzyłeś się z osobą młodszą, która nie ma sporego doświadczenia, ale redakcja ostatecznie doceniła was obu. To było ciekawe również dlatego, że można było wdrożyć oba rozwiązania: zatrudnić ciebie jako dziennikarza już ze znacznym stażem oraz Michała, który dostanie szansę w roli reportera, mimo że nie ma jeszcze takiego CV.
– Już po pierwszym etapie, obserwując talent wielu uczestników, pomyślałem sobie, a potwierdziło się to w ćwierćfinale, gdy została nas ósemka, że formuła programu i zasada, według której zwycięzca może być tylko jeden, jest pewnym marnotrawstwem. Początkowo byłem zdziwiony, że CANAL+, prowadząc talent show oparty na castingu i sprawdzaniu różnych osób, ostatecznie nagrodzi tylko jedną. A co z pozostałymi? Czy pozwoli im odejść do konkurencji?
Myślę, że ten program wywołał choćby niewielkie poruszenie. Nawet jeśli pojawia się wiele głosów krytycznych wobec jego formuły czy słów, które padały w trakcie programu, nie da się ukryć, że konkurencyjne stacje z pewnością obserwowały to, co mówili jurorzy i jak prezentowali się uczestnicy. Być może pojawiło się więc również pewne zamieszanie na rynku medialnym w sporcie, a pozostali uczestnicy znajdą w nim przestrzeń dla siebie. Kiedy ostatecznie szedłem do finału z Michałem, miałem przekonanie, że to świetny gość, który ma bardzo dużą wiedzę. Przyznam, że łatwiej było mi przyjąć werdykt, kiedy chwilę później dowiedziałem się, że Michał również rozpocznie pracę w CANAL+.
Przejdźmy jeszcze do kwestii związanej z reporterami, czyli do skrótów meczów. Wydaje się, trudniejszym zadaniem dla reportera jest zrobienie dobrego skrótu niż przeprowadzenie rozmowy w przerwie. One bowiem bywają schematyczne, ponieważ piłkarze chcą jak najszybciej wrócić do szatni, by dostać wskazówki na drugą połowę i często nie uruchamiają szarych komórek. Dziś skróty są przygotowywane w Warszawie. Kiedyś zajmowali się nimi reporterzy pracujący na stadionach. Chodzi mi o to, że stworzenie dobrego skrótu wydaje się naprawdę trudne. W waszym przypadku było chyba jeszcze trudniej. W skrótach zrobionych na wysokim poziomie często pojawia się wprowadzenie, ciekawostki, coś błyskotliwego, a wy mieliście ograniczony czas (5 minut). Do tego wyniki meczów, które komentowaliście, były bardzo wysokie, więc trudno było wykazać się pod tym względem szczególną kreatywnością. Musieliście skupić się głównie na akcjach bramkowych.
– To było bardzo specyficzne zadanie. Takie, z którym nikt z nas nie będzie mierzył się w codziennej pracy, bo normalnie, jak zauważyłeś, przygotowuje się to inaczej. Myślę, że chodziło przede wszystkim o sprawdzenie naszej prezencji. Tego, jak działamy pod presją czasu i pod presją publiczności, która była w studiu (Remigiusz Kula, Michał Kołodziejczyk, Daria Kabała-Malarz, Bartosz Gleń – przyp.red.). Tego również na co dzień nie ma.
Podejrzewam, że jurorzy sprawdzali w ten sposób, czy nadajemy się również do innych zadań redakcyjnych, nawet jeśli w praktyce są one przygotowywane w zupełnie inny sposób niż to, co pokazano w programie. Myślę, że ta formuła wynikała trochę z tego, jak wyglądała oryginalna, francuska wersja programu „Hit the Mic”. Nie widziałem jej co prawda, ale podejrzewam, że tam również zadania były dość sterylne i przeprowadzane w podobny sposób.
Interesuje mnie jeszcze kwestia Multiligi, bo ona również wydaje się trudnym zadaniem. Pamiętam Multiligę Ligi Mistrzów w ostatniej kolejce fazy ligowej. To było nieustanne przemieszczanie się między 18 stadionami. Totalne szaleństwo. Jako widz ma się wrażenie, że trzeba jednocześnie wszystko obserwować i rejestrować, a gdy transmisja się kończy, zostaje wręcz pustka w głowie, bo tego wszystkiego jest tak dużo. Pracowanie nawet przy Multilidze Ekstraklasy, takiej jak ta, którą mieliście w programie w formie imitacji, również musi być wyzwaniem. Trzeba mieć podzielność uwagi, gdyż w tym samym czasie pracują przecież inne osoby. Czy to było jedno z największych wyzwań?
– Gdy oglądasz Multiligę w kolejce Ligi Mistrzów, bardzo trudno zachować koncentrację przy każdym z meczów. Są tam jednak zupełnie inne emocje. Multiliga Ligi Mistrzów dotyczy fazy ligowej, natomiast w Ekstraklasie oglądasz ostatnią serię gier, w której koncentrujesz się przede wszystkim na rozstrzygnięciach.
Śledzisz na bieżąco, kto jest bliżej mistrzostwa, kto walczy o europejskie puchary, a kto próbuje uchronić się przed spadkiem. Interesują cię więc zmiany rezultatów i to, jak w ich wyniku zmienia się układ tabeli. To zupełnie inne emocje, natomiast komentatorzy pracujący przy Multilidze śledzą przede wszystkim swój konkretny mecz. W programie mieliśmy możliwość sprawdzenia się w zadaniu, które przypominało Multiligę. O tym, jak ona wygląda naprawdę, być może przekonam się w maju.
To często sprowadza się do bardzo szybkiego składania meldunku. Trzeba być przygotowanym i czasami zaledwie w kilku zdaniach opowiedzieć o tym, co wydarzyło się w danym meczu. Załóżmy, że mamy dziewięć ekstraklasowych spotkań. Nagle przenosimy się do innego komentatora, który krótko i zarazem zajmująco musi wyartykułować, co wydarzyło się na jego stadionie. To chyba wymaga nie tyle ekspresji, co umiejętności bardzo skondensowanego przedstawienia wydarzeń.
– Owszem. Jesteśmy uzależnieni od tego, jak pokieruje nami moderator, czyli Krzysiek Marciniak. Musimy dostosować się do określonego tempa i wstrzelić się w konkretną liczbę sekund, jakie mamy na meldunek z danego stadionu. Tutaj musi być dyscyplina. To również jest umiejętność, którą komentator musi posiadać, przekazać dokładnie tyle, ile trzeba. Nie mniej, ale też nie więcej. Nie można przegadać czasu, jaki ma się na określone wejście.
I myślę, że właśnie ta umiejętność przekazywania informacji w bardzo skondensowany sposób jest jedną z rzeczy, które komentator musi sobie wypracować. Przy Multilidze jest to szczególnie istotne, bo wszystko dzieje się bardzo szybko i trzeba cały czas kontrolować nie tylko to, co dzieje się na boisku, ale również czas, który został ci przydzielony.

Bartłomiej Najtkowski
Więcej Wywiady
„Moim marzeniem jest olimpijskie złoto”. Oliwia Jabłońska i jej trenerka o pracy i zaufaniu [WYWIAD]
Oliwia Jabłońska od lat należy do światowej czołówki pływania paralimpijskiego. Za jej kolejnymi sukcesami stoi nie tylko talent i ciężka praca, ale także zespół, który towarzyszy jej od dekady. W rozmowie Oliwia oraz jej trenerka Beata Pozarowszczyk-Kuczko opowiadają o drodze na najwyższy poziom, budowaniu zaufania, codziennych treningach i świadomym podejściu…