Marzenia o odbudowaniu dawnej potęgi. Wielki boks wróci do Niemiec?
Lata 90. i początek XXI wieku były dla niemieckiego boksu najlepszym okresem. Krajowi pięściarze odnosili sukcesy, promotorzy organizowali wielkie gale, na których swoje boje toczyły gwiazdy światowego formatu, a wydarzenia generowały ogromne zainteresowanie i zyski. Z czasem jednak rynek się zmienił i obecnie za naszą zachodnią granicą marzą o tym, by wrócić do dawnej świetności. Czy jest to możliwe?
W miniony weekend na gali w Oberhausen reprezentant gospodarzy Agit Kabayel skrzyżował rękawice z Damianem Knybą. Stawką pojedynku był tytuł tymczasowego mistrza świata WBC w wadze ciężkiej. Faworytem był broniący pasa Niemiec kurdyjskiego pochodzenia. Kabayel nie zawiódł oczekiwań swoich kibiców i pokonał Polaka przez techniczny nokaut w trzeciej rundzie. Po walce wyzwał na pojedynek Oleksandra Usyka – aktualnego czempiona IBF, WBA i WBC.
Dawny hegemon
Każdy sukces niemieckiego boksu nasuwa skojarzenia z dawną potęgą. Po upadku muru berlińskiego pięściarstwo zawodowe zdobyło ogromną popularność za naszą zachodnią granicą. Triumfy święcili m.in. Henry Maske i Sven Ottke, którzy w szczytowych momentach swoich karier dzierżyli tytuły zawodowych mistrzów świata. W parze z osiągnięciami sportowymi szły sukcesy organizacyjne.
Gale przyciągały rzesze kibiców, a promotorzy płacili stawki, które sprawiały, iż w Niemczech chciały walczyć gwiazdy światowego formatu. Na początku prym wśród promotorów wiódł Klaus-Peter Kohl. Z czasem coraz mocniej łokciami zaczął rozpychać się Wilfried Sauerland. Te dwa nazwiska na dobre zapisały się w historii boksu zawodowego jako niezwykle skuteczni promotorzy.
Na przełomie XX i XXI wieku rozkwitła era braci Kliczko. Władimir i Witalij stoczyli większość pojedynków na niemieckiej ziemi. Dwaj dominatorzy wagi ciężkiej przykuwali uwagę całego świata. Ich pojedynki były transmitowane w wielu krajach i cieszyły się gigantycznym zainteresowaniem. Z kolei kibice wypełniali zarówno największe hale, jak i największe stadiony w kraju. Przypomnijmy, że w 2011 roku przy okazji starcia Władimira Kliczka z Davidem Haye’m na trybunach Imtech Areny zasiadło 50 tysięcy kibiców.
Boks w Niemczech był potężnym sportem. Obok Stanów Zjednoczonych był to najbardziej znaczący rynek w tej dyscyplinie. Stopniowo za naszą zachodnią granicą zaczęło jednak brakować gwiazd. Bracia Kliczko skończyli kariery, a ich następcy nie byli już tak znaczącymi postaciami. Oczy pięściarskiego świata coraz częściej były zwrócone w kierunku chociażby USA czy Wielkiej Brytanii.
Co w takim razie się stało, że boks zawodowy w Niemczech tak podupadł?
– Kryzys wynika z tego, że telewizje się wycofały, nie ma sponsorów i nie ma pieniędzy, by płacić zawodnikom. Tamte czasy były całkiem inne. Telewizje płaciły grube pieniądze i tego już nie ma – powiedział na początku grudnia w magazynie „Ring” na antenie TVP Sport Lukas Wilaschek, były niemiecki pięściarz polskiego pochodzenia, a obecnie trener.
Bliski Wschód przejął interes
W ostatnich latach największy boks przeniósł się do Arabii Saudyjskiej. Kluczową rolę w tym przedsięwzięciu odgrywa Turki Alalshikh – przewodniczący Generalnej Organizacji Sportu. Działacz dysponuje ogromnymi pieniędzmi i w ramach cyklu wydarzeń kulturalnych i sportowych „Riyadh Season” regularnie organizuje wielkie walki bokserskie. To tam w ostatnich lat odbywały się pojedynki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Wystarczy wspomnieć, że obaj zarobili setki milionów euro.
Na chwilę obecną nic nie wskazuje na to, by Arabia Saudyjska zwolniła w kwestii stawiania na boks. Kolejne wielkie wydarzenia są w planach i mało prawdopodobne, aby szejkowie ustąpili miejsca komukolwiek innemu.
Tymczasowy tytuł mistrza świata Kabayela i perspektywa walki z Usykiem mogą tchnąć nową nadzieję w serca niemieckich kibiców. Trudno jednak spodziewać się, że dawny hegemon ponownie zacznie rozdawać karty. Niemniej jednak wiele wskazuje na to, że jeśli Niemcy mają wrócić do gry, to teraz albo nigdy.