18.02.2026 08:55

„Każda góra jest marzeniem” Z marketingu na najwyższe szczyty świata

Agnieszka Maszewska, dyrektorka marketingu w firmie Jet Line, opowiada o drodze na najwyższe szczyty świata jako o doświadczeniu, które uczy cierpliwości, zarządzania ryzykiem i podejmowania decyzji tu i teraz. W rozmowie pokazuje, jak górskie lekcje, od przygotowań po regenerację,  przekładają się na codzienną pracę i dlaczego każda góra jest dla niej marzeniem, a nie kolejnym projektem.

Udostępnij
Agnieszka Maszewska, dyrektorka marketingu w firmie Jet Line

Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Na początku stycznia stanęłaś na szczycie Mount Vinson (4892 m n.p.m.) – najwyższej góry Antarktydy. Tym samym skompletowałaś Koronę Ziemi, obejmującą najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Ogromne gratulacje! Od kiedy sport i outdoor jest obecny u Ciebie i jak ewoluował, zanim przerodził się w cel jak Korona Ziemi? Bo mam wrażenie, jeśli się mylę, nie nazwałabyś tego po prostu projektem czy celem do odhaczenia.

Agnieszka Maszewska, dyrektorka marketingu w firmie Jet Line: – Myślę, że to, co powiedziałaś o „projekcie”, jest bardzo trafne. Kiedy człowiek postrzega siebie jako sportowca i porusza się w sportowej narracji, w sportowych ramach, wtedy rzeczywiście myślenie o czymś jako o projekcie przychodzi naturalnie. Jest sezon, jest plan, jest jakaś zamknięta całość. Nie jestem sportowczynią. Nie należę do tego świata sportu sensu stricto.

Natomiast aktywność zawsze była w moim życiu obecna. Jestem z pokolenia, w którym chodziło się na WF, nikt się z niego nie zwalniał. Z pokolenia, które wychowywało się na podwórku. Myślę, że to gdzieś potem przekłada się na takie intuicyjne, naturalne poszukiwanie kontaktu z naturą, z przyrodą, z ruchem. A skąd wzięły się góry? Tego do końca nie wiem. Nie pochodzę z gór, jestem z pogranicza Mazowsza i Podlasia. W mojej rodzinie nie było tradycji chodzenia po górach, takich rodzinnych zwyczajów. Jednak od zawsze, od dziecka, czułam, że mnie tam ciągnie. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać, babcia mnie nauczyła  i intuicyjnie sięgałam po książki, które były „górskie” w klimacie, jak „Rogaś z Doliny Roztoki”. Pierwszy raz pojechałam w góry na początku szkoły średniej. To były Karkonosze, zaraz potem Tatry. To był mój pierwszy kontakt z wysokimi górami i wtedy absolutnie przepadłam. Do dziś uważam Tatry za najpiękniejsze góry na świecie. Mimo że widziałam bardzo wiele różnych miejsc, bardzo wiele pasm, wszystkie są zachwycające i w każdych czuję się dobrze, to Tatry pozostaną już na zawsze moją miłością.

Natomiast Korona Ziemi nigdy nie była projektem. Nigdy też nie była celem. Po raz pierwszy pojechałam w naprawdę wysokie góry dopiero jako dorosła osoba,  właściwie bardzo dorosła, bo miałam wtedy 40 lat. To był moment, w którym pojawił się pomysł wyjazdu na Kilimandżaro. To bardzo często jest pierwsza góra z tych „najwyższych”,  głównie dlatego, że jest stosunkowo dostępna i nietrudna technicznie. Nie mówię tego w znaczeniu, że jest prosta czy łatwa, bo nie ma łatwych gór. Rzeczywiście często bywa tak, że właśnie od Kilimandżaro ludzie zaczynają swoją przygodę z najwyższymi górami świata.

Pierwszy test z aklimatyzacją.

– Kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać – jak się przygotować, jak się ubrać, co tak naprawdę będzie mi potrzebne. Oczywiście próbowałam się dowiedzieć, pytałam, szukałam informacji. Bardzo wiele rzeczy okazało się możliwych do zrozumienia dopiero na miejscu. To był chyba pierwszy ważny wniosek z tego kontaktu z czymś bardziej wymagającym: że trzeba mieć przestrzeń, w której można przetestować własne możliwości  i własne preferencje.

Ludzie często pytają: „czy w tym będzie mi ciepło?”, „czy takie buty wystarczą?”. Prawda jest taka, że tego po prostu nie da się wiedzieć z góry. Każdy z nas inaczej reaguje na zimno, ma inne granice, inne potrzeby, inne „ustawienia” termiczne.

Dlatego najlepiej jest po prostu pojechać  z pełną świadomością, że na tej pierwszej wyprawie popełni się mnóstwo błędów. Mieć wobec siebie wyrozumiałość i ciekawość.  

To doświadczenie jest niezwykle cenne. Bo jeśli nie przetestujemy pewnych rzeczy na sobie, to skąd właściwie mamy się o nich dowiedzieć?

Mimo że wiele osób zdobywało już te góry, i to tak najważniejsze pozostaje swoje własne, doświadczenie.

– Najważniejsze jest samo doświadczenie, ale też świadomość i otwartość na to, że i tak może być bardzo różnie. Wszystko bardzo zależy od okoliczności. Dlatego tak ważne jest przygotowanie na różne scenariusze, tak jak w przestrzeni biznesu, ale też wewnętrzna zgoda na to, że tak właśnie może być oraz świadomość, że w górach nie wszystko zależy od nas.

Do przygotowań jeszcze wrócimy, także w kontekście pracy i biznesu. Na razie chciałabym zapytać o sam moment decyzji. Czy pamiętasz chwilę, w której pomyślałaś: chcę pojechać w najwyższe góry świata? Skąd to się wzięło,  był to jeden impuls czy raczej proces, który dojrzewał w Tobie dłużej?

– Wiesz co, bardzo dobrze pamiętam moment, w którym poczułam się gotowa, żeby w ogóle pomyśleć o Mount Everest, najwyższej górze na świecie.  Wtedy zupełnie nie było jeszcze myślenia o Koronie Ziemi ani o tym, żeby wchodzić na najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. To w ogóle nie była ta perspektywa.

Pamiętam natomiast bardzo wyraźnie chwilę, w której uczciwie przed sobą mogłam powiedzieć: „jestem gotowa”. Bez oszukiwania się, bez umniejszania, bez tego wewnętrznego głosu: „nie, gdzie tam”, „to nie dla mnie”, „tam wchodzą tylko wybitni himalaiści”.

To był moment, który najpierw musiał dojrzeć we mnie samej. Dopiero później powiedziałam o tym mężowi. A jeszcze później  bardzo nielicznym osobom. Nie dlatego, że robiłam z tego jakąś tajemnicę. Raczej dlatego, że potrzebowałam skupić się na przygotowaniach i nie musieć się tłumaczyć. Potrzebowałam wtedy ciszy i  zaufania do własnej decyzji. Oczywiście miałam wątpliwości,  one są naturalne. Natomiast powtarzanie w kółko tych samych argumentów wszystkim dookoła byłoby dla mnie po prostu bardzo trudne. Dlatego postanowiłam, że powiem o wyjeździe w ostatniej chwili, wtedy, kiedy już nie będzie odwrotu. Sam ten moment pamiętam bardzo dobrze. Było lato, byłam u siebie na działce, na wsi na Podlasiu. Dookoła było zielono, spokojnie i wtedy przyszła do mnie ta myśl. Taka bardzo jasna: „tak, jestem gotowa”. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim wewnętrznie,  dopuściłam do siebie myśl, że mogę wyjechać na 2 miesiące. Ta decyzja niesie za sobą konsekwencje, z którymi trzeba się uczciwie zmierzyć, w pracy, w domu, w życiu. Warto też zadać sobie pytanie: „a co, jeśli nie wrócę?”. To są tematy, które trzeba w sobie i ze sobą poukładać. .

Czy pojawiały się u Ciebie myśli o ryzyku, te naturalne, ale wymagające świadomego zarządzania?

– Oczywiście, absolutnie nie wolno tego bagatelizować. Uważam, że im więcej takich myśli się oswoi i przepracuje wcześniej, tym lepiej. To jest jedna z najważniejszych rzeczy, jeśli chce się pojechać w góry z wolną głową. Jeżeli takie pytania pojawiają się dopiero na wyprawie, jest już za późno. Bardzo dużo myślałam o wyjeździe przed wyjazdem.  Przegadywałam różne scenariusze. Zadawałam sobie na przykład pytanie: co będzie, jeśli w pewnym momencie będę musiała zrezygnować i zawrócić? Po tylu przygotowaniach, po takim wysiłku, czasie i kosztach. Co to będzie dla mnie oznaczało, czy jest to porażka  a może świadoma decyzja? Jak zareaguję? Bo jeśli chociaż częściowo przygotujemy się na różne scenariusze, nawet tylko teoretycznie, później one nie blokują. Nie siedzą w głowie. Nie powodują napięcia. Uważam, że psychika jest kluczowa. To mentalne przygotowanie jest ogromnie ważne, czasem mam wrażenie, że nawet ważniejsze niż to fizyczne.

Chciałabym jeszcze na moment zostać przy wątku ryzyka i przenieść go na grunt biznesowy. Czy to, jak podchodziłaś do tych pytań, wynikało bardziej z intuicji i samoświadomości, czy z „wyuczonego” w biznesie podejścia do zarządzania ryzykiem?

– Wiesz, dla mnie te kompetencje się nie rozdzielają. Przyzwyczajenia, sposób myślenia, nawyki, one po prostu są częścią nas. Chyba dobrze, jeśli zachowujemy pewną integralność: podobnie funkcjonujemy w górach, w pracy i w życiu. Umiejętność przewidywania, rozważania różnych scenariuszy, brania ich pod uwagę, to dokładnie to samo robimy w biznesie na przykład przy projektowaniu rozwiązań, podejmowaniu decyzji krótko- i długofalowych, budowaniu planów czy strategii. Pandemia była dla wielu z nas lekcją tego, że planowanie na wiele lat do przodu bywa złudne, ale jednocześnie nie wszystko da się robić z dnia na dzień. Czasem trzeba mieć przemyślaną strategię, nawet jeśli wiemy, że będzie ona ewoluować. Bardzo ważne jest tylko jedno: żeby nie utknąć na etapie planów. Można stworzyć ich pięćdziesiąt i nie wdrożyć żadnego. A w pewnym momencie po prostu trzeba podjąć decyzję i zacząć działać.

W górach działa to dokładnie tak samo. Jeśli nie powiesz sobie: „wstaję i idę”, zawsze będzie „jutro”. Czasem masz jedno okno pogodowe w całym sezonie, jeden dzień, w którym możesz wyjść – albo jesteś gotowa, albo nie. Dlatego powiedziałabym, że nie chodzi tylko o zarządzanie ryzykiem, ale o ocenę możliwości. Bierzesz pod uwagę pogodę, stan zdrowia, formę swoją i zespołu, wyposażenie, zapasy. Sprawdzasz, czy jesteś przygotowana. Nie da się przewidzieć wszystkich scenariuszy, ale im więcej z nich weźmiesz pod uwagę, tym większą masz elastyczność. Na przykład podczas wspinaczki na Mount Everest miałam w plecaku rzeczy, których na szczęście  nie musiałam użyć. Dodatkowe leki nie tylko dla siebie, zapasową małą kuchenkę, awaryjny dwuosobowy shelter, czyli kompaktowe schronienie awaryjne. Każdy gram ma tam znaczenie, ale są sytuacje, w których ten dodatkowy ciężar może komuś uratować życie. To jest kwestia wyboru. Nie wezmę książki na wyjście szczytowe, choć książki zabieram wszędzie, bo w tym momencie ważniejsze są inne rzeczy. To może brzmi banalnie, ale w gruncie rzeczy chodzi o jedno: o umiejętność podejmowania decyzji. 

Takie przygotowanie, także w postaci zabrania odpowiednich rzeczy przynosi po prostu spokój w głowie. Masz plan B, a dzięki temu możesz skupić się na tym, co dzieje się tu i teraz.

– Dla mojej głowy to jest bardzo ważne, że wiem: jeśli coś się wydarzy, poradzę sobie. Daje mi to też bardzo mocne poczucie samodzielności. Takie wewnętrzne wzmocnienie: „poradzę sobie.”

Jak doświadczenia z wypraw przekładają się na Twoją codzienną pracę, zwłaszcza w roli dyrektorki marketingu? I odwrotnie: w jaki sposób praca w biznesie pomagała Ci w kontekście wypraw? Bo te obszary wyraźnie działają na siebie w obie strony.

– Jedną z najważniejszych rzeczy, które wzięłam z gór do pracy, jest coś bardzo prostego, a jednocześnie niezwykle namacalnego: samo się nie zrobi. W górach mówimy: samo się nie wejdzie  i samo się nie zejdzie. Nikt nie zrobi tego za Ciebie. To mit, że ktoś kogoś „wnosi” na szczyt. Oczywiście są przewodnicy, są szerpowie, ale jeśli nie masz siły zrobić kolejnego kroku, to nikt Cię tam nie zaniesie. Każdy krok ma znaczenie i każdy kosztuje wysiłek. Nie ma tam nieważnych sekund ani metrów. Dokładnie tak samo jest w pracy. Nawet najmniejszy krok, który dziś wykonasz, jak uporządkowanie biurka, napisanie jednego akapitu, zamknięcie jednej sprawy przybliża Cię do celu. To nie jest odkrycie Ameryki, ale to jest bardzo uwalniająca prawda: pewnych rzeczy nikt za nas nie zrobi. Żeby coś zmienić, trzeba coś zrobić.

Druga rzecz, którą wzięłam z gór, i która była dla mnie dużym odkryciem,  to podejście do odpoczynku. W sporcie mówi się, że odpoczynek jest jednostką treningową. W pracy bardzo często o tym zapominamy. Chcemy być kreatywni, wydajni i skoncentrowani przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a to po prostu nie działa. Przetrenowanie jest groźne.

W górach brak snu, brak regeneracji, niedostateczne nawodnienie natychmiast odbijają się na ocenie sytuacji, wydolności i bezpieczeństwie. Na wysokości każda drobna infekcja, najmniejsza rana czy katar mogą zatrzymać Cię na dobre. To bardzo uczy dbania o podstawy: sen, regenerację, jedzenie, balans, regulację stresu. Pamiętam, że po powrocie z Nepalu, po niemal dwóch miesiącach bycia w górach, zrobiłam z ciekawości badania tarczycy – i wyniki były najlepsze, jakie miałam kiedykolwiek. Lekarka powiedziała mi wprost: ogromny wysiłek, ale jednocześnie pełna regeneracja, brak ciągłego stresu, brak bodźców, jedno zadanie do wykonania, czyli wejść i zejść.  To było dla mnie bardzo mocne potwierdzenie, że nawet duży wysiłek fizyczny nie musi być niezdrowy, jeśli towarzyszy mu mądra regeneracja i uproszczenie życia.

W górach nie masz pięćdziesięciu wątków naraz. Masz jedno zadanie, a to bardzo porządkuje głowę.

To brzmi jak połączenie dyscypliny z dużą uważnością na siebie.

– Często słyszę, że taki bardziej ekstremalny wysiłek jest niezdrowy, ja zupełnie się z tym nie zgadzam. Oczywiście mówię o sobie i o ludziach, z którymi chodzę w góry,  ale prawda jest taka, że od lat jestem jedną z najlepiej przebadanych osób! Właśnie dlatego, że jeżdżę w miejsca, gdzie muszę być zdrowa. Nie mogę pozwolić sobie na lekkomyślność  ani wobec siebie, ani wobec zespołu. Badania są zresztą często wymogiem: do ubezpieczeń, do spełnienia warunków organizatorów wypraw. To nie jest kwestia „na słowo” czy zaufania, to są konkretne wyniki. Podobnie jest z moimi przyjaciółmi górskimi. Dzięki temu często wcześniej dowiadujemy się o różnych problemach zdrowotnych i możemy na nie zareagować, a ponieważ prowadzimy dość zdrowy tryb życia, wiele rzeczy udaje się po prostu wyłapać i wyeliminować zawczasu. Dlatego mam poczucie, że jest dokładnie odwrotnie, niż się czasem mówi, o tym, że jest to niebezpieczne czy niezdrowe. W moim doświadczeniu to jest bardzo świadome, odpowiedzialne podejście do własnego zdrowia.

Strategia wejścia na górę opiera się na konsekwentnym dochodzeniu do celu i aklimatyzacji. Czy konieczność zwolnienia oraz dostosowania się do warunków i własnego ciała była dla Ciebie zaskoczeniem? I czy widzisz w tym podobieństwo do pracy zawodowej lub biznesu, gdzie „wolniej” czasami znaczy „lepiej”?

– Masz rację, że w górach chodzi się wolno, ale pamiętajmy, że wejście na szczyt to dopiero połowa drogi, jeszcze trzeba zejść.  Bardzo często to właśnie zejście bywa trudniejsze niż wejście. Schodzisz często na dużym zmęczeniu, z lekkim luzem psychicznym, który z jednej strony jest przyjemny,  jest radość, satysfakcja po sukcesie, ale z drugiej strony bywa niebezpieczny. Jeśli za bardzo się rozluźnisz i stracisz koncentrację, właśnie wtedy najłatwiej o błąd. Do tego dochodzi zwykłe wyczerpanie organizmu. Jest też kwestia pogody – w górach bardzo często w drugiej części dnia warunki się pogarszają, dlatego zazwyczaj wychodzi się na szczyt w nocy albo bardzo wcześnie rano. Bardzo ważna jest adekwatność, czyli ocenianie sytuacji na bieżąco, ale też działanie w oparciu o doświadczenie innych. To jest ogromna lekcja: umiejętność oparcia się na wiedzy i doświadczeniu ludzi, którzy byli tam wcześniej. Czasem naprawdę nie ma sensu z tym dyskutować, co bywa, że zwłaszcza osoby mniej doświadczone trudniej akceptują.

A jak bardzo pomaga Ci planowanie i porządkowanie przed wyjazdami w góry wysokie, a na ile zostawiasz miejsce na przykład na spontaniczność?

– Spontaniczność, a właściwie bardziej elastyczność,  to ważna cecha, która pozwala dostosować się do realiów. Nawet jeśli coś zaplanujemy w najdrobniejszych szczegółach, to kiedy lecimy na drugi koniec świata, wszystko może się wydarzyć. Samoloty się spóźniają, bagaże giną, zdarzają się różne nieprzewidziane sytuacje, a wtedy po prostu trzeba sobie poradzić — zareagować, podjąć decyzję, iść dalej. Ta umiejętność bardzo pomaga także w codziennej pracy, gdzie czynników losowych i nieprzewidzianych jest mnóstwo.

Ogromnie ważna jest też umiejętność rozmowy z ludźmi. I w pracy, i w górach spotykamy bardzo różne osoby, ludzi, z którymi trzeba się porozumieć, znaleźć wspólny język. Tak, żeby wszystkim było bezpiecznie i w miarę komfortowo. Te relacje i obyczaje bardzo się w górach zmieniają.  Myślę, że szczególnie z kobiecej perspektywy to jest szczególnie ważne. Żebyśmy mogły działać w górach po prostu,  bez oceniania, bez zdziwienia, bez poczucia, że musimy coś udowadniać. Mam poczucie, że przez ostatnie lata bardzo dużo się w tym obszarze zmienia  na lepsze.

Jakie nawyki z treningów i planowania najbardziej Ci pomagają  i jak wykorzystujesz je dziś na co dzień?

– W samym procesie przygotowań rzeczywiście potrzebna jest pewna dyscyplina, a może nawet bardziej konsekwencja. Motywacja jest bardzo modnym pojęciem, także w biznesie. Dużo się o niej mówi: jak się zmotywować, skąd ją brać. Myślę, że dużo ważniejsza jest ta nudna, mało efektowna konsekwencja.Kiedy masz wstać przed 6 rano, żeby być o 7 rano na treningu, w styczniu albo lutym, w zimnie i ciemności, to motywacja naprawdę niewiele ma tu do powiedzenia. To słowo w takich momentach raczej irytuje, niż pomaga.

Ważna jest odpowiedzialność za podjętą decyzję. Powiedziałaś „tak”, więc robisz swoje. To jest nawyk, który bardzo procentuje. Bardzo przydaje się też cierpliwość i  świadomość, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Czasem coś się wydarzy, mimo najlepszych przygotowań.

Pamiętam, że w trakcie przygotowań do Everestu miałam zaplanowany górski półmaraton, który miał być po prostu jednym z treningów. Tydzień przed startem zachorowałam na anginę.

Byłam załamana, bo przez chwilę wydawało mi się, że to przekreśla cały proces, chociaż przecież ten bieg wcale nie był kluczowy. Miałam poczucie, że wszystko się rozsypało.

Najbardziej pomogła mi wtedy wiadomość głosowa od mojej trenerki. Powiedziała bardzo prosto: „Aga, teraz najważniejsze jest, żebyś wyzdrowiała. Jesteś w świetnej formie. Choroba się wydarzyła — dobrze, że teraz, a nie w Nepalu. Zadbaj o siebie, nie dokładaj stresu, wrócimy spokojnie do treningów. Na nic nie jest za późno”. Kiedy słyszysz takie słowa od kogoś z zewnątrz,  od eksperta, który Cię zna, widzi cały proces i jest przy Tobie,  to ma ogromne znaczenie. I to  jest dla mnie kolejna ważna lekcja: mieć świadomość własnych zasobów. Tego, do kogo możesz się zwrócić, gdzie szukać wsparcia Przyjaciele, fachowcy, trenerzy, specjaliści to jest ogromna pomoc. Znają Cię, Twoją historię, wiedzą, jak trenujesz, jak reagujesz, jak funkcjonujesz. Trening musi być prowadzony z głową: zgodnie z planem, z regeneracją, z odpowiednim snem, jedzeniem, nawodnieniem, czasem suplementacją, jeśli jest potrzebna. To jest system naczyń połączonych, wtedy nawet taka nieplanowana sytuacja, jak choroba, nie musi niczego przekreślać. Nie wywraca wszystkiego do góry nogami. Trzeba tylko umieć zaufać. Czasami to jest bardzo trudne, ale czasami to jest jedyna i najlepsza rzecz, jaką możesz sobie podarować, po prostu zaufać komuś. Umieć oprzeć się na czyimś zdaniu i przestać się tym zadręczać, nie martwić się już dalej.

Te umiejętności, oprócz konsekwencji, cierpliwości i regularności w treningu są dla mnie bardzo ważne. Tak samo, jak umiejętność sformułowania celu i akceptacja tego, że po drodze coś będzie się działo, że nie wszystko pójdzie idealnie. Bardzo ważna jest też umiejętność rezygnowania z pewnych rzeczy. I to jest trudne, szczególnie w pracy, pogodzenie się z tym, że nie zrobisz wszystkiego. Jeżeli chcesz być o siódmej rano na treningu, to wieczorem musisz wcześniej położyć się spać. To oznacza, że nie pójdziesz do kina, do teatru albo na imprezę.

Umiejętność poukładania sobie takich spraw jest niezwykle cenna i wiąże się z umiejętnością odpuszczania. Niektóre rzeczy nie będą mogły być poprawiane pięćdziesiąt razy w nieskończoność, muszą być zrobione raz i koniec. Nie wracamy do nich, bo już nie mamy na to czasu. To nie znaczy, że są robione po łebkach. Chodzi raczej o to, że to uczy kończenia rzeczy, robienia ich od razu dobrze i zamykania tematów. W pracy to też jest bardzo ważne. Przyznaję, że kiedyś miewałam taką myśl, a może czasem jeszcze się pojawia, że nikt nie zrobi czegoś lepiej niż ja. Dopuszczenie do siebie myśli, że inni mogą zrobić coś równie dobrze albo nawet lepiej, jest bardzo uwalniające. Trzeba im na to pozwolić. Jasne, ego może trochę ucierpieć,  bo nie będziesz już tą najlepszą na świecie w danym obszarze, bo ktoś z zespołu może zrobić to równie bardzo dobrze albo nawet lepiej. To jest bardzo cenna obserwacja, którą warto włączyć do życia zawodowego: że nie jesteś mistrzynią świata i nie musisz robić wszystkiego sama.

Masz zespół. Masz ludzi, którzy mogą pomóc, przejąć obowiązki, zastąpić Cię oraz masz poczucie, że można ich o to poprosić.

Czy było jedno konkretne doświadczenie z wypraw, jedno zdarzenie, które okazało się dla Ciebie kluczowe zarówno w górach, jak i w biznesie?

– Nie weszłam za pierwszym razem na Kazbek, górę w Gruzji. Byłam tam w sierpniu, spadło dużo śniegu, rozpętała się wichura i wszystkie zespoły musiały schodzić, nie było szansy, żeby przeczekać w namiocie.  

Ta próba wejścia na Kazbek była zaplanowana już po kilku wcześniejszych „sukcesach” górskich. Do tej pory  wchodziłam, schodziłam, czułam się dobrze, dawałam sobie radę. Tutaj nagle… nie, musiałam zawrócić. Bardzo dobrze pamiętam tę lekcję. Pamiętam emocje, które mi wtedy towarzyszyły i chcę powiedzieć, że dziś jestem za nią ogromnie wdzięczna. To była lekcja pokory – byłam przygotowana fizycznie, kondycyjnie, sprzętowo, technicznie. Miałam wszystko, co trzeba, a pogoda rozdała karty tak, że ja miałam nic do powiedzenia. To był mój pierwszy kontakt z doświadczeniem, w którym jedyne co robisz, to przyjmujesz do wiadomości: a teraz jest tak. Ludzie różnie reagują w takich sytuacjach. Jedni obrażają się na góry, inni są źli, frustrują się. Pamiętam, że było mi oczywiście przykro, ale  nigdy nie traktowałam gór w kategoriach obsesji. Każda góra jest marzeniem, żadna nie jest przymusem. Zawsze mówię to moim partnerom wspinaczkowym, przewodnikom, Szerpom, ludziom z zespołu linowego, że to jest moje marzenie, ale nie moja obsesja.

Czy coś Cię szczególnie zaskoczyło w trakcie tych wypraw w góry?

– Pamiętam kilka takich momentów. Miałam je zarówno na Antarktydzie, jak i wcześniej na Mount Everest,  uczucie ogromnej radości i wdzięczności. Trudno mi to nawet dobrze nazwać, może właśnie tak: radość i wdzięczność. Bo kiedy jesteś w miejscu, o którym wiesz, że widzi je w danej chwili absolutny promil ludzi na świecie… to nagle wszystko się inaczej ustawia w głowie. W tym roku spędzałam Sylwestra na Antarktydzie. Piliśmy szampana witając Nowy Rok w bazie Union Glacier Camp.  Pamiętam, że wtedy pomyślałam sobie:  Ile osób w ogóle jest na Antarktydzie? A ile osób wita tam Nowy Rok?

Bardzo podobny moment miałam wcześniej na Evereście. Doszliśmy do trzeciego obozu. Siedzieliśmy przed namiotem i piliśmy gorącą kawę.  Kawa rozpuszczalna, trzy w jednym, zazwyczaj nie jest moim pierwszym wyborem – wtedy była najlepszą kawą na świecie. Przed nami był widok na Pumori, siedmiotysięcznik stojący niedaleko Everestu.  Siedzieliśmy powyżej chmur, więc pod nami była ich miękka warstwa, dookoła góry, a nad nami ściany lodowe. Wszyscy byli w dobrej formie, w dobrych humorach. Nikt nie chorował. Wszystko było dokładnie tam, gdzie trzeba. Wtedy powiedziałam do kolegów siedzących obok:
słuchajcie, czy w ogóle zdajecie sobie sprawę, jakimi jesteśmy szczęściarzami?

A jak wygląda u Ciebie ostatni etap, zamykający wyprawę, czyli powrót do domu i do codziennej rzeczywistości?

– Bardzo dobrze rozumiem to, o czym mówiła Aleksandra Mirosław (mistrzyni olimpijska we wspinaczce sportowej, dop. red.), kiedy opowiadała o zakończeniu kariery. O tym, że po sukcesie olimpijskim,  ale tak naprawdę po każdych zawodach, przychodzi moment dużego zjazdu. To jest bardzo trudny czas, warto wiedzieć, że on po prostu nadejdzie. Powrót z Everestu to był pierwszy raz, kiedy doświadczyłam takiego smutku po spełnieniu marzenia. Długo nie rozumiałam, co się właściwie dzieje. Poczucie pustki po czymś bardzo intensywnym, po czymś, na co się długo czekało jest czymś naturalnym.

Oczywiście jestem bardzo ciekawa, jakie teraz masz plany na przyszłość w kontekście górskich marzeń?

– Bardzo mi się marzy taki szlak długodystansowy, który nazywa się GR20 i prowadzi przez całą Korsykę. Poza tym bardzo chciałabym podszlifować swoje umiejętności wspinaczkowe w skałach. Wspinaczka idzie mi przyzwoicie, ale to jest ten obszar, w którym zawsze można się rozwijać i uczyć czegoś nowego. Na razie trenuję głównie na ścianie, a w tym roku bardzo chciałabym spędzić więcej czasu w Tatrach i Alpach. To są moje cele i marzenia na ten rok.

Udostępnij
Magdalena Bryś

Magdalena Bryś