Niesamowity wyczyn Lewandowskiej. Zrobiła to jako pierwsza Polka! [WYWIAD]
Pierwsza Polka zjechała na nartach ze szczytu Denali – najwyższej góry Ameryki Północnej. Za tym historycznym zjazdem stały jednak nie tylko narciarskie umiejętności, ale miesiące przygotowań, wymagająca logistyka i trudne decyzje podejmowane już w samej górze. O swojej pasji do gór, przygotowaniach do wyprawy oraz łączeniu wysokogórskich przygód z pracą na etacie w firmie technologicznej opowiada Anna Lewandowska.
Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Zdobycie Denali i zjazd na nartach ze szczytu to projekt, który wymaga nie tylko przygotowania sportowego, ale też dużego zaplecza organizacyjnego. Jak wyglądało przygotowanie całej wyprawy?
Anna Lewandowska: – Zacznę może od strony sportowej, bo ta część wydaje się prostsza. Jeśli ktoś uprawia narciarstwo wysokogórskie, ale też stokowe, doskonale wie, że nawet na tym samym stoku w ciągu kilku dni czy kilku tygodni za każdym razem można trafić na zupełnie inne warunki. W górach, szczególnie wysokich, zmienność jest jeszcze większa. Często wydaje nam się, że ktoś miał idealne warunki, bo na zdjęciu widzimy słońce i błękitne niebo. A to, co widzimy nad sobą, nie zawsze odpowiada temu, co mamy pod nartami.
Wielokrotnie mówiłam, że nie postrzegam narciarstwa wysokogórskiego wyłącznie w kategorii przyjemności, bo te zjazdy nie zawsze są przyjemne. Dla osób, które się tym zajmują, musi oczywiście istnieć jakaś wewnętrzna satysfakcja, skoro wciąż chcemy to robić, ale to nie są idealne dni i nie zawsze mamy wymarzone warunki. Zjazdy takie jak te, które realizują Jędrek Bargiel czy Bartek Ziemski, często są po prostu walką. Myślę, że trzeba o tym mówić otwarcie.
Podczas zjazdu z Denali również w pewnym momencie podjęłam decyzję, że odpuszczam, że odpinam narty. Z wierzchołka udało się zjechać, to było moje największe marzenie, ale na odcinku zwanym Autobahn zrezygnowałam z nart, bo uznałam, że warunki śnieżne tego dnia są dla mnie zbyt niebezpieczne. To jest odcinek tuż przed obozem czwartym. Widziałam co prawda prawdopodobną inną linię, niżej, ale z daleka ciężko było ocenić, jak tam tak naprawdę będzie, a teren jest mocno ryzykowny i eksponowany. Liczyłam się z tym od początku, nie rozpatruję tego w kategorii porażki czy braku przygotowania sportowego. Ani też jako brak mocnej psychiki, bo to wszystko w górach wysokich jest bardzo subiektywne i każdy oceniać powinien ryzyko pod siebie. Ja oceniłam je wtedy tak, a nie inaczej.

Natomiast sama góra jest przede wszystkim ogromnym wyzwaniem kondycyjnym. To właśnie przygotowanie kondycyjne i siłowe jest tutaj kluczowe. Na wyprawie wszystko dźwigamy sami i właściwie robimy to przez cały czas.
Nie ma jednej bazy, do której dochodzą muły czy konie, podjeżdżają samochody, a później tylko wynosimy sprzęt wyżej. Tutaj wysiadłam z samolotu na lodowcu z całym dobytkiem. Na naszą dwójkę było to około 100 kilogramów. Z tym wszystkim trzeba było dojść do obozu pierwszego, drugiego i trzeciego.
Po drodze można zostawiać depozyty, ale to już zależy od tego, jak wyprawa sobie wszystko zaplanuje i ile ma sił i czy lubi chodzić po depozyty, ja nie bardzo. Niektóre wyprawy mają jeszcze więcej kilogramów na osobę. My staraliśmy się odchudzić cały sprzęt tak bardzo, jak było to możliwe, ale i tak było tego naprawdę sporo, bo byliśmy gotowi spędzić na tej górze nawet ponad 3 tygodnie.
Jak dawałaś radę z takimi ciężarami?
– W pewnym momencie niosłam i ciągnęłam dokładnie tyle, ile sama ważę. Wystarczy wyobrazić sobie swoją własną wagę i spróbować z taką równoważnością wejść na pierwszą lepszą górkę. Tutaj trzeba to zrobić na lodowcu, często w wymagających warunkach, przy wietrze, śniegu i mrozie. Im wyżej, tym jest trudniej, choć od trzeciego obozu nie zabieramy już całego wyposażenia.
Kondycyjnie i siłowo ta góra jest więc ogromnym wyzwaniem, szczególnie dla filigranowych kobiet. Z założenia statystycznie ważymy mniej, a przy tym samym poziomie wytrenowania siła bezwzględna będzie zazwyczaj nieco niższa. Nie ma się tutaj co oszukiwać. Nie chodzi o struganie bohatera, tylko o świadomość własnych możliwości. Fizjologia kobiet w górach również nie zawsze nam pomaga. Chociaż ja jestem raczej zimnolubna i trochę się tutaj wyłamuję, ogólnie kobietom jest trudniej utrzymać ciepło, co również wynika z fizjologii.
Jeśli chodzi o przygotowanie sportowe, uważam, że zrobiliśmy je naprawdę dobrze. Robiliśmy też rzeczy nietypowe. Mieszkam w Beskidach, więc mam góry bardzo blisko. To ogromny plus. Mogę trenować od razu w terenie, zarówno podchodzenie, jak i schodzenie. To drugie jest bardzo ważne, bo w górach nie tylko się wchodzi. Trzeba jeszcze zejść i zjechać.

Pod koniec sezonu, na naszych beskidzkich stokach, wchodziliśmy na skiturach z obciążeniem. Kiedy wyciągi przestały działać, a śnieg wciąż był, wykorzystywaliśmy nie tylko obciążone plecaki, ale i opony. Ciągnęliśmy je pod górę i zjeżdżaliśmy z nimi, żeby choć trochę oswoić ruch i obciążenie związane z dankami, które potrafią się plątać i uderzać w nogi. Opona oczywiście nie była nawet w dziesięciu procentach wyobrażeniem tego, co rzeczywiście robią sanki, ale mimo wszystko było to dobre przygotowanie. Później ciągnęliśmy je już pod górę, pieszo. Nie tylko mieliśmy plecaki wypchane kilogramami, ale dokładaliśmy jeszcze dodatkowe obciążenie właśnie w postaci opon, żeby przyzwyczaić biodra i całe ciało do tego rodzaju wysiłku. Myślę, że ta część przygotowań była właściwie nawet najsympatyczniejsza. Jesteśmy sportowcami, mimo że nie zajmujemy się tym zawodowo. Zarówno ja, jak i mój mąż, ale lubimy podejmować sportowe wyzwania.
A strona logistyczna?
– To właśnie ta część wyprawy, której zazwyczaj nie widać. Nie ma jej zazwyczaj na zdjęciach ani w relacjach w mediach społecznościowych u większości osób się tym zajmujących. Nie widać jej również w tym całym, celowo ujętym w cudzysłów, „sukcesie”, a przecież logistyka wyprawy jest jednym z jej najważniejszych elementów.
Najtrudniejsze jest zaplanowanie, czego naprawdę potrzebujemy. Jeśli chodzi o Denali i specyfikę tej góry, ma to kluczowe znaczenie. Wszystko trzeba przecież nieść ze sobą, dlatego każdą rzecz trzeba kilka razy przemyśleć. Z jednej strony musimy zabrać wszystko, co niezbędne, a z drugiej cały czas zastanawiamy się, czego nie zapomnieć. Na miejscu nikt nam niczego nie dowiezie, nie zejdziemy do sklepu ani nie poprosimy w bazie o brakujący sprzęt, bo tej bazy po prostu nie ma. To jest kwestia doświadczenia i bardzo dokładnego przygotowania.
Na tej wyprawie praktycznie wszystko zagrało. Kolejnym elementem logistyki jest jedzenie – musieliśmy (czy raczej chcieliśmy) być gotowi się na trzy tygodnie akcji górskiej. Trzeba zaplanować, co zabrać, w jakiej ilości, jak ułożyć suplementację i jak później przepakowywać wszystko między poszczególnymi etapami wyprawy.
Do tego dochodzi planowanie samej wyprawy. Musimy wiedzieć, gdzie i kiedy chcemy się znaleźć, mieć plan A, B, a często również C, chociaż później góra może napisać własny scenariusz.
Bardzo ważne jest też przygotowanie wsparcia na nizinach. Są osoby, które monitorują nasze położenie, znają nasze plany i wiedzą, co robić w sytuacji alarmowej. Muszą mieć jasny komunikat dotyczący naszego planu, również na wypadek, gdyby przez jakiś czas nie było z nami kontaktu.
Pozostaje też logistyka już na miejscu, czyli decyzje o tym, kiedy iść, gdzie iść, co ze sobą zabrać, czy zostawić depozyt, czy ruszyć na ciężko. W górach, a szczególnie podczas wypraw wysokogórskich, mam wrażenie, że jedną z najważniejszych rzeczy jest właśnie podejmowanie decyzji.Jeśli jedziemy na zorganizowaną, komercyjną wyprawę i mamy ze sobą lidera czy przewodnika, część tych decyzji zostaje po jego stronie. My musimy przede wszystkim zadbać o to, żeby odpowiednio jeść i mieć siłę do działania. Nie musimy wtedy zastanawiać się, kiedy wychodzimy, jaką drogą czy co danego dnia robimy. Właśnie to jest w górach najtrudniejsze. Bo jeśli ktoś jedzie tam już przygotowany sprzętowo i kondycyjnie, największym wyzwaniem często staje się właśnie podejmowanie właściwych decyzji.

Tak wymagająca wyprawa wiąże się również z dużymi kosztami. Jak wygląda finansowanie takich górskich projektów i ile trzeba być gotowym zainwestować, żeby móc je realizować?
– Tego typu wyprawy wiążą się z bardzo dużymi kosztami. Jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś powiedział mi, że będę mogła sobie pozwolić na taką wyprawę, prawdopodobnie trudno byłoby mi w to uwierzyć.
Nie jesteśmy już dwudziestolatkami. Jesteśmy na etapie życia, w którym mamy swoje zobowiązania i pracujemy zawodowo. Ja mam swoją pracę, mój mąż prowadzi własną firmę. Na to, co dziś możemy sobie pozwolić, pracowaliśmy przez wiele lat. Oboje lubimy swoją pracę, więc nie jest tak, że pracujemy wyłącznie po to, żeby finansować wyprawy. Góry są po prostu jedną z naszych pasji, na którą świadomie przeznaczamy część swoich środków.
Koszty takich wypraw są jednak znaczące. Jednym z największych wydatków jest sprzęt, choć w naszym przypadku jest to wyposażenie, które kompletujemy przez lata. Gdyby ktoś chciał rozpocząć tego typu działalność od zera i kupić wszystko jednocześnie, byłby to bardzo duży wydatek. Przy kolejnych wyprawach zazwyczaj dokupujemy już tylko pojedyncze elementy.
Przed ostatnią wyprawą chcieliśmy na przykład uzupełnić wyposażenie o dodatkowe kuchenki, ponieważ planowaliśmy korzystać z paliwa stałego zamiast gazu. Przy bardzo niskich temperaturach gaz traci na efektywności, dlatego szukaliśmy rozwiązania lepiej dostosowanego do warunków wysokogórskich. Do tego dochodzi dodatkowa odzież, wyposażenie techniczne i oczywiście wyżywienie.
Co stanowi największy koszt?
– Przede wszystkim jedzenie. Potrzebujemy produktów o wysokiej wartości energetycznej, a jednocześnie lekkich, trwałych i łatwych do przygotowania. Przy trzech tygodniach akcji górskiej ilość potrzebnego jedzenia jest naprawdę duża, więc ten element budżetu również trzeba bardzo dokładnie zaplanować.
Ostatecznie koszt wyprawy to nie tylko sam wyjazd czy transport. To przede wszystkim przygotowanie, sprzęt, wyżywienie, logistyka i wiele drobnych wydatków, które w sumie tworzą znaczącą kwotę.
Z jednej strony rzeczywiście na to zapracowałam, ale nadal uważam, że w życiu, oprócz ciężkiej pracy, konsekwencji i determinacji, bardzo dużo zależy również od szczęścia. Od tego, na kogo trafimy, w jakim momencie i do kogo odważymy się napisać.
Sama musiałam nauczyć się prosić o wsparcie i wychodzić z inicjatywą, również w kontaktach z markami. Nadal nie jest to dla mnie łatwe. Mam czasem poczucie, że jestem naprawdę małą osobą w całym świecie Instagrama i że skoro mam swoją pracę, a do tego mam szczęście wykonywać pracę, którą bardzo lubię, to może nie powinnam dodatkowo prosić o wsparcie.
Z drugiej strony takie wyprawy wiążą się z naprawdę bardzo dużymi kosztami, dlatego każde wsparcie, szczególnie sprzętowe, ma dla nas ogromne znaczenie. Niezależnie od tego, czy są to ubrania, wyposażenie czy inne elementy potrzebne podczas wyprawy, realnie pozwala nam to ograniczyć część kosztów.
Myślę też, że dla marek współpraca z osobami, które mają konkretny cel, są zaangażowane i rzeczywiście chcą coś robić, może być wartościowa. To nie musi być wyłącznie kwestia zasięgów. Ważne jest również to, co dana osoba robi, jakie ma podejście i czy potrafi autentycznie wykorzystać otrzymane wsparcie.

Pracujesz w firmie technologicznej, a jednocześnie realizujesz coraz ambitniejsze projekty górskie. Jak udaje Ci się łączyć pracę zawodową z przygotowaniami do wypraw i treningiem na tak wysokim poziomie?
– Staram się tak organizować pracę, żeby móc łączyć ją z wyjazdami i aktywnością sportową. Mam o tyle komfortową sytuację, że moje godziny pracy nie są sztywno określone. Pracuję w branży IT, mam spotkania z osobami z różnych stref czasowych, dlatego mogę w pewnym zakresie elastycznie układać swój dzień. Czasem pracuję przed wyjazdem, czasem po nim, a czasem udaje mi się połączyć pracę ze sportem w trakcie, bo mogę pracować zdalnie z innego miejsca niż dom przez pewną część roku. To naprawdę coś, co doceniam w mojej pracy, bo sport jest dla mnie czymś naturalnym, ważnym w życiu. Moje ciało po prostu potrzebuje ruchu. Uprawiam wiele różnych dyscyplin i raczej nie jestem osobą, która chce zostać mistrzynią w jednej konkretnej. Mam trochę sportowe ADHD. Przeskakuję z jednej aktywności do drugiej, zależnie od sezonu, aktualnych możliwości i tego, na co mam ochotę. Zimą są to przede wszystkim sporty zimowe, latem inne aktywności. Na ten moment bardzo mi to odpowiada, bo traktuję tę różnorodność jako sposób na wszechstronny rozwój i zmniejszanie ryzyka przeciążeń czy kontuzji.
Często zastanawiam się też, jak właściwie udaje nam się to wszystko pogodzić. Z mężem wielokrotnie słyszymy pytanie: „Jak wy to robicie? Przecież pracujecie, a jednocześnie realizujecie tyle różnych projektów, nie tylko sportowych czy górskich”. Odpowiedź jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Oboje normalnie pracujemy. Mój mąż jest lekarzem i prowadzi własną praktykę, a ja pracuję w branży IT. Nie uważamy się jednak za wyjątkowo dobrych w zarządzaniu czasem. Po prostu nie mamy dzieci. Brutalne, ale prawdziwe.
Oczywiście pracujemy dużo, mamy wiele projektów i angażujemy się w różne inicjatywy, które również wymagają czasu. Natomiast nie mamy obowiązków związanych z wychowywaniem dzieci czy prowadzeniem tradycyjnego gospodarstwa domowego. W praktyce oznacza to, że kiedy chcemy coś zrobić razem, musimy zsynchronizować przede wszystkim tylko dwa kalendarze. I to jest ogromne ułatwienie. Chylę więc tu przy okazji czoła przed każdym, kto ogarnia do tego wszystkiego dzieci. Nie wiem, jak to robią, ale naprawdę ogromny szacunek.

Za dużymi projektami sportowymi coraz częściej stoją partnerzy i sponsorzy. Jak wygląda to w świecie wypraw wysokogórskich? Czy trudno dziś przekonać markę do zaangażowania się w projekt, którego rezultat jest nieprzewidywalny?
– Mam to szczęście, że przez lata nawiązałam współpracę z markami, które znam, których produktów używam na co dzień i które rzeczywiście mogę polecić. Zazwyczaj zaczynało się to właśnie w ten sposób: korzystałam z produktów danej marki, oznaczałam ją w swoich materiałach, a z czasem pojawiała się możliwość współpracy.
W moim przypadku są to przede wszystkim współprace barterowe. Nie prowadzę działalności gospodarczej, pracuję na etacie, dlatego bardzo doceniam możliwość otrzymania produktów, które i tak sama kupuję i wykorzystuję. Szczególnie cenię sobie współpracę z markami, z którymi jestem związana od lat. Myślę, że obserwując mój profil, trudno nie zauważyć, że jestem im naprawdę wierna i nie zmieniam ich przy każdej kolejnej współpracy.
W środowisku influencerskim temat barterów bywa jednak kontrowersyjny. Są osoby, które uważają, że takie współprace obniżają wartość rynku i że twórcy powinni pracować wyłącznie za wynagrodzenie finansowe. Ja patrzę na to inaczej. Uważam, że jest miejsce na różne modele współpracy, zależnie od twórcy, marki i konkretnego projektu.
Dla mnie takie wsparcie jest naprawdę bardzo wartościowe. Szczególnie przy wyprawach, których koszty są ogromne, możliwość otrzymania sprzętu czy produktów, z których rzeczywiście korzystam, stanowi realną pomoc. Myślę, że bez tego organizowanie kolejnych wypraw byłoby znacznie trudniejsze.
Chyba właśnie możliwość realizowania takich wypraw jest dla mnie jedną z definicji sukcesu. Kiedy byłam dwudziestoparolatką, obserwowałam ludzi, którzy robili podobne rzeczy. Nigdy im tego nie zazdrościłam, ale patrzyłam na nich i myślałam: „Kurczę, chciałabym zrobić w życiu wszystko, żeby kiedyś móc być na ich miejscu”.
Dziś mam poczucie, że właśnie to się dzieje. Mogę realizować rzeczy, o których kiedyś tylko myślałam, i to jest dla mnie ogromna wartość.

W jaki sposób opowiadać o wyprawach górskich, żeby zainteresować nimi nie tylko środowisko wspinaczkowe, ale również szerszą publiczność? Czy budowanie własnej marki i obecność w mediach społecznościowych stają się dziś częścią życia sportowca outdoorowego?
– Na moim profilu staram się pokazywać również to, co dzieje się w tle. Nie wszystkim musi się to podobać, ale właśnie te mniej oczywiste elementy wypraw są dla mnie najciekawsze: zmęczenie, logistyka, podejmowanie decyzji, momenty zwątpienia, czy po prostu zabawne sytuacje, z których później sami się śmiejemy.
Myślę, że właśnie dzięki takim historiom ktoś, kto nigdy nie był w górach wysokich ani nie uprawia podobnego sportu, może się z nami utożsamić. Nie każdy musi marzyć o wejściu na sześć czy siedem tysięcy metrów, ale każdy może znać poczucie, że coś wydaje się zbyt trudne, żeby się tego podjąć. I to można przełożyć na wiele innych obszarów życia.
Media społecznościowe są dziś częścią sportu i myślę, że trzeba to po prostu zaakceptować. Każdy ma prawo zdecydować, jak chce budować swój wizerunek, oczywiście, dopóki nie robi tym krzywdy innym. Jeśli jakiś sposób komunikacji nam się nie podoba, zawsze możemy przestać obserwować dany profil.
Sama spotykam się czasem z bardzo zaskakującymi komentarzami. Niedawno ktoś zarzucił mi, że pokazuję, jak pocę się podczas wysiłku, i że w ten sposób seksualizuję swój kontent. To było dla mnie absurdalne. Kobiety też się pocą. Są zmęczone, spocone, mają gorszy dzień i nie widzę powodu, żeby to ukrywać tylko dlatego, że są kobietami.
Jeśli chcemy realizować większe projekty i współpracować z markami, ważne jest nie tylko to, żeby robić ciekawe rzeczy, ale również umieć o nich opowiedzieć i znaleźć własną przestrzeń w mediach społecznościowych. Nie chodzi jednak o tworzenie wykreowanej postaci. Dla mnie ważne jest, żeby budować markę w sposób naturalny i spójny z tym, kim jesteśmy na co dzień. Chciałabym, żeby osoba, która zna mnie prywatnie, nie miała poczucia, że w internecie jestem kimś zupełnie innym.
Jednocześnie staram się nie robić z gór reality show. Nie wszystko musi być contentem, nawet jeśli z pozoru wydaje się, że można byłoby pokazać absolutnie wszystko. Są momenty, w których wyciągnięcie telefonu i nagrywanie byłoby po prostu niebezpieczne. A kiedy dzieje się coś naprawdę trudnego czy awaryjnego, nagrywanie jest zazwyczaj ostatnią rzeczą, o której człowiek myśli.
Dlatego media społecznościowe mogą też bardzo idealizować świat sportu i wysokich gór. Widzimy przede wszystkim piękne zdjęcia, dobre momenty i dopracowane kadry. Trudno oczekiwać, że ktoś w sytuacji kryzysowej będzie myślał o tym, żeby ją dokumentować. Nie wszystko, co dzieje się w górach, trafia więc do internetu.
Jest oczywiście wiele różnych sposobów opowiadania o sporcie. Można oglądać piękne, dopracowane i bardziej patetyczne materiały, ale można też pokazywać rzeczy, o których zwykle się nie mówi. Na przykład to, jak wygląda codzienność podczas wyprawy czy nawet bardzo prozaiczne kwestie, o których nie przeczytamy w idealnie przygotowanej relacji. I uważam, że jest miejsce na jedno i drugie.
Najważniejsze jest dla mnie to, żeby być w tym wszystkim szczerym i transparentnym. Dlatego zależało mi również na tym, żeby jasno powiedzieć, że mój zjazd rzeczywiście rozpoczął się na szczycie Denali, ale nie był zjazdem w całości na nartach. Odpięłam je przed obozem czwartym, ponieważ uznałam, że dalszy zjazd w tych warunkach nie był dla mnie odpowiednią decyzją.
Mimo to ze szczytu rzeczywiście zjechałam na nartach i właśnie to uważam za swój największy sukces. Zakładałam, że jeśli zdobędę ten szczyt, chciałabym również rozpocząć zjazd na nartach. Ten cel udało mi się zrealizować i to jest dla mnie najważniejsze.

Denali było ogromnym sportowym wyzwaniem. Co dalej? Czy są już kolejne cele, które chciałabyś zrealizować, również takie, które mogą stać się większym projektem sportowym i medialnym?
– To był mój cel i marzenie, żeby z Denali zjechać na nartach. Jeśli powiem Ci, że w pewnym sensie wydarzyło się to trochę przypadkiem, pewnie trudno będzie w to uwierzyć. Denali w ogóle nie było w moich planach na ten rok.
Miałam wrócić w Pamir. Jednak na początku roku, w związku z rozwojem mojej kariery zawodowej i zmianą roli, doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie zaplanować tak długiej wyprawy. Wiedziałam, że przez kilka miesięcy będę musiała mocno zaangażować się w nową rolę i nie czułam się komfortowo z myślą, że w tym czasie zostawię swój zespół.
Zaczęliśmy więc szukać alternatywy, czegoś krótszego, co moglibyśmy zrealizować w tym samym roku. Początkowo zupełnie przestałam o tym myśleć, aż w pewnym momencie pojawił się pomysł: a może Denali? Przecież zawsze chciałam pojechać na Alaskę. To było jedno z moich podróżniczych marzeń.
Denali wydawało się pod tym względem idealne. Całą wyprawę, nawet z dużym zapasem czasowym, powinniśmy zamknąć w około 30 dniach. To było dla nas szczególnie ważne po doświadczeniach z ubiegłorocznej wyprawy w Pamir, kiedy zaplanowaliśmy czas zbyt optymistycznie. Pogoda pokrzyżowała nam plany i ostatecznie musieliśmy wrócić, nie wykorzystując okna pogodowego. To była bardzo cenna, choć bolesna lekcja. Tym razem chcieliśmy mieć naprawdę duży margines bezpieczeństwa.
Zaczęliśmy więc od researchu i całej logistyki związanej z Denali. Początkowo zakładaliśmy, że będziemy poruszać się na nartach przynajmniej do obozu trzeciego, zamiast korzystać z rakiet śnieżnych. Na nartach radzimy sobie po prostu znacznie lepiej. W pewnym momencie pojawiło się jednak pytanie: skoro i tak będziemy na nartach, to dlaczego nie spróbować zjechać również ze szczytu?
W międzyczasie zaczęliśmy też sprawdzać, czy ktoś wcześniej tego dokonał. Okazało się, że nie znaleźliśmy udokumentowanego przypadku Polki, która zjechałaby na nartach ze szczytu Denali. To było ciekawe, ale od początku nie traktowaliśmy tego jako głównego celu wyprawy.
Priorytet był bardzo prosty: bezpiecznie wejść na Denali i bezpiecznie z niego wrócić. Jeśli warunki pozwolą na zjazd ze szczytu, świetnie. Jeśli nie, nie będziemy tego robić za wszelką cenę.
Zresztą w dniu, w którym wchodziliśmy na szczyt, próbowała tego również francuska para, która miała podobny plan. Byli nieco za nami, ale ostatecznie zrezygnowali ze zjazdu. Czy mieliśmy tego dnia wymarzone warunki? Nie. Śniegowo był dramat – dużo tak zwanego “blue ice” i “betonów”. Oczywiście była to decyzja obarczona ryzykiem, ale mieściła się w granicach, które uznaliśmy za akceptowalne. Przynajmniej do miejsca, w którym z nart zrezygnowaliśmy. Ale za to z obozu czwartego udało się zjechać upatrzonym kuluarem do obozu trzeciego – tak zwanym Rescue Gully.
Powiedziałabym, że ten zjazd był trochę przypadkiem. To nie było tak, że na początku roku postanowiłam: „Chcę zostać pierwszą Polką, która zjedzie na nartach z Denali”, a potem wokół tego celu budowaliśmy całą wyprawę. Pomysł pojawił się dopiero w trakcie przygotowań i stopniowo stał się jednym z jej elementów. I może właśnie dlatego ma dla mnie taką wartość. Nie był celem samym w sobie, ale naturalnym dopełnieniem drogi, którą przeszliśmy, przygotowując się do tej góry. Ostatecznie najważniejszy nie był sam rekord, ale wszystko, co za nim stało: miesiące przygotowań, wspólny wysiłek, doświadczenia zdobyte po drodze i chwila, w której marzenie stało się rzeczywistością. Dziś wiem, że czasem największe rzeczy nie rodzą się z wielkich planów, lecz z odwagi, by wykorzystać szansę, która pojawia się niespodziewanie gdzieś po drodze.
Magdalena Bryś
Więcej Wywiady
Dominik Tabor: wynik sportowy jest najważniejszy, ale mocna marka osobista potrafi zapewnić warunki do uprawiania sportu [WYWIAD]
Dwa medale mistrzostw świata na La Gomerze, walka o brąz do ostatnich metrów i ambicje rywalizacji ze światową czołówką. Dominik Tabor ma za sobą przełomowy start, ale w rozmowie dla SportMarketing.pl patrzy na skyrunning szerzej niż tylko przez pryzmat wyników. Opowiada o specyfice tej wymagającej dyscypliny, znaczeniu marki osobistej zawodnika,…