Kariera po sporcie. Agnieszka Kobus-Zawojska. „W życiu wygrywamy znacznie więcej niż tylko medale”
Kariera po sporcie to cykl rozmów z byłymi zawodniczkami, które po zakończeniu profesjonalnej kariery odnalazły się w nowych rolach i wyzwaniach. W formule pięciu pytań rozmawiamy o momentach przełomowych, zmianach i o tym, jak wygląda życie „po sporcie”. Tym razem rozmawiamy z Agnieszką Kobus-Zawojską, wioślarką, medalistką olimpijską i wielokrotną medalistką mistrzostw świata oraz Europy. Dziś realizuje się w nowych rolach: współtworzy inicjatywy sportowe, działa społecznie, komentuje wydarzenia sportowe i angażuje się w projekty popularyzujące wioślarstwo.
Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Pamiętasz ten moment, w którym zakończyłaś swoją profesjonalną karierę sportową?
Agnieszka Kobus-Zawojska, srebrna i brązowa medalistka igrzysk olimpijskich: – Jadąc na Igrzyska Olimpijskie w Tokio (2021), tak naprawdę już wiedziałam, że to będzie prawdopodobnie mój ostatni wyścig. Gdzieś w głębi serca zostawiałam sobie jeszcze przestrzeń na myśl, że może wydarzy się coś niespodziewanego. Czułam, że ten etap mojego życia się kończy. Mam wrażenie, że wielu zawodników zmaga się z postawieniem tej ostatecznej kropki nad „i”. Kończą karierę, wracają, znów kończą – i tak w kółko. Myślę, że to coś, na co powinniśmy być przygotowywani dużo wcześniej, przede wszystkim mentalnie. To nie jest nawet wina samych sportowców, ale w pewnym sensie kwestia systemowa.
Rzadko mówi się młodym zawodnikom, że sportowa kariera nie trwa wiecznie. Kiedy ma się dwadzieścia kilka lat, nikt nie przypomina, że nie będzie się wiosłować do osiemdziesiątki. Dlatego tak ważne jest, żeby wcześniej poukładać to sobie w głowie.
Miałam też specyficzną sytuację – w ostatnim roku olimpijskim zmagałam się z depresją. W pewnym sensie nie mogłam się doczekać momentu, kiedy zamknę ten rozdział. Chciałam po prostu usiąść na swojej kanapie w domu, robić inne rzeczy i sprawdzić, co jest po tej drugiej stronie sportowej kariery.
W pewnym momencie byłam już tym wszystkim po prostu bardzo zmęczona. Potrzebowałam odpocząć od sportu zawodowego. Można nawet powiedzieć, że trochę się na wioślarstwo obraziłam, bo zaczęło mnie zwyczajnie męczyć.
Przestało dawać mi radość. Więcej satysfakcji przynosiło mi poczucie ulgi, że zamknęłam pewien etap – czy może raczej projekt, bo tak zaczęłam to postrzegać. Czułam, że mogę w końcu odetchnąć, że mogę się rozejść i zacząć robić coś innego. Że mogę spędzać czas z ludźmi, z którymi naprawdę chcę być, a nie z którymi akurat muszę.
Nie chodzi o to, że miałam złe relacje w drużynie – wręcz przeciwnie. Ta rzeczywistość sportowa trochę przypomina pracę w korporacji: wszystko jest podporządkowane celowi. Kiedy ten cel zostaje osiągnięty, każdy idzie w swoją stronę.
Poza tym na zgrupowaniach nie było tylko nas, zawodniczek. Wokół było mnóstwo innych osób, jak trenerzy, sztab, obsługa. I to zupełnie naturalne, że nie da się wszystkich lubić, tak jak i nie wszyscy będą lubić mnie. Dlatego nie będę udawać, w pewnym momencie naprawdę chciałam odpocząć od tych samych twarzy i spróbować po prostu innego życia.
W głowie miałam jeszcze taką myśl, że niby kończę karierę, ale zostawiam sobie małą furtkę. Myślałam: a może jeszcze kiedyś wrócę? A jeśli nie wydarzy się coś innego w życiu, może urodzę dziecko i jeszcze spróbuję wrócić do sportu. Z jednej strony więc czułam, że to koniec, a z drugiej dawałam sobie przestrzeń na różne scenariusze.
Ten definitywny moment przyszedł trochę symbolicznie. Podczas premiery mojej książki padło zdanie, że zakończyłam karierę. To zdanie zostało też w książce. Myślę, że to była dla mnie taka klamra – moment zamknięcia jednego etapu i otwarcia kolejnego.
Ta decyzja dojrzewała we mnie już wcześniej, ale wtedy jakby się „zapieczętowała”. Co ciekawe, w ogóle nie miałam poczucia żalu. Mam wrażenie, że zrobiłam w sporcie tak dużo, że kiedy zaczynałam, nawet nie przyszłoby mi do głowy, że coś takiego może się wydarzyć. Dlatego nie mam w sobie potrzeby, żeby jeszcze coś udowadniać albo na siłę do tego wracać.

Była to naprawdę świadoma decyzja. Czy tęskniłaś za tym życiem sportowym?
– Sport oczywiście jest trudny, bo codziennie przekraczasz własne granice i dajesz z siebie sto procent. Ale pod względem organizacyjnym życie sportowca bywa zaskakująco proste. Masz zaplanowany każdy dzień – ktoś zapewnia śniadanie, obiad, kolację, wiadomo, o której jest trening i kiedy trzeba odpoczywać. Twoim zadaniem jest przede wszystkim trenować i wrócić po treningu. Najtrudniejsze jest właśnie to fizyczne i mentalne przekraczanie granic, ale cała logistyka jest w dużej mierze poza tobą. Nie zastanawiasz się, kto zarezerwuje hotel, czy trzeba go opłacić, czy zapłacony jest czynsz. Wiele takich spraw jest załatwianych gdzieś obok – często przez bliskich albo przez system, w którym funkcjonujesz jako zawodnik. Przez większość czasu jesteś przecież na zgrupowaniach. Kiedy kończysz karierę, nagle okazuje się, że musisz pamiętać o wszystkim sam. To nie są wielkie problemy, raczej codzienna odpowiedzialność za rzeczy, którymi wcześniej zajmowali się inni. Dlatego myślę, że bycie zawodnikiem, przynajmniej pod względem logistycznym, jest w pewnym sensie łatwiejsze, bo wiele spraw ktoś za ciebie organizuje. Uważam też, że zawodników powinno się przygotowywać na moment zakończenia kariery. Nie jest dobre przeciąganie tego w nieskończoność. kiedy zdobywasz medal olimpijski, a potem próbujesz jeszcze raz i jeszcze raz, aż w końcu kończysz startami na końcu stawki. Ja nie chciałam takiej historii dla siebie. Czułam, że osiągnęłam w sporcie pewien poziom i chciałam go utrzymać do samego końca.
Z jakimi wyzwaniami mierzyłaś się w tym okresie i jakie z nich uważasz dziś za największe dla osób kończących karierę sportową?
– Takie sytuacje, kiedy trzeba coś załatwić: zadzwonić do kogoś, przekonać do pomysłu, pojawić się na wydarzeniu, gdzie ważny jest networking. Czasem naprawdę trudno było mi podejść do kogoś i powiedzieć: „Cześć, jestem Agnieszka, mam świetny pomysł i byłoby super, gdybyś do niego dołączył”. Do dziś zdarza mi się, że ciężko jest mi po prostu podnieść telefon i powiedzieć: „Słuchajcie, mam pomysł, wejdźcie w to z nami”. Pracuję nad tym, bo wiem, że trzeba rozmawiać i przekonywać ludzi do swoich projektów. Jeśli nikt się o nich nie dowie, to po prostu się nie wydarzą. Mam też koleżankę, Karolinę Cwalinę, która zawsze powtarza: jeśli nie będziesz mówić o swoich pomysłach, to skąd ludzie mają się o nich dowiedzieć?
Dlatego musiałam się nauczyć, że trzeba wychodzić do ludzi, rozmawiać i nie przejmować się tym aż tak bardzo. Gdy pracujesz nad własnymi projektami i chcesz zrobić coś większego, nie da się być „szarą myszką”. Myślę, że w ostatnich latach zrobiliśmy naprawdę duże projekty, a w tym roku szykujemy kolejny. Trudne było też nauczenie się, jak wyceniać własną pracę. Często ktoś mówi: „Wpadnij na chwilę”, „Przyjdź na wydarzenie”. Tylko że ta „chwila” bardzo często oznacza dużo więcej – przygotowanie, czas, doświadczenie, wiedzę, a także mój wizerunek i obecność.
Długo trudno było mi zapytać wprost: jaki jest budżet na to wydarzenie? Albo powiedzieć, jaka jest moja stawka. Musiałam się tego nauczyć, rozmawiać z ludźmi, dowiadywać się, jak to wygląda w praktyce. Podobnie było z odmawianiem. Kiedy ktoś mnie o coś prosił, ciężko było powiedzieć „nie”. Z czasem jednak zrozumiałam, że mój czas też ma wartość.
Ustaliłam więc sama ze sobą pewną zasadę. Bardzo cenię akcje charytatywne i chętnie w nich uczestniczę, ale nie mogę robić wszystkiego za darmo. Dlatego przyjęłam, że maksymalnie dwa razy w miesiącu angażuję się w takie inicjatywy bez wynagrodzenia.
Myślę, że to było dla mnie jedno z ważniejszych wyzwań – nauczyć się mówić „nie”. Naturalnie mam tak, że najchętniej zgodziłabym się na wszystko: przyjść, pomóc, opowiedzieć, spotkać się z ludźmi. Tylko później wracałam do domu kompletnie bez energii i nie miałam już siły na nic innego. Przecież chciałabym mieć też życie poza tymi wszystkimi aktywnościami, zarówno zawodowymi, jak i społecznymi. Bo wiele z nich ma charakter charytatywny, jak choćby spotkania z dziećmi w szkołach, które są naprawdę piękne i wartościowe.
Trzeba znaleźć w tym wszystkim równowagę.
– Pamiętam też jedną sytuację, która była dla mnie przełomowa. Podczas jednego z wydarzeń podeszłam do prezesa dużej firmy. Przedstawiłam się, powiedziałam, czym się zajmuję i kim jestem. Wyglądało na to, że jest zainteresowany – wymieniliśmy się wizytówkami.
Ostatecznie nic z tej rozmowy nie wynikło, ale dla mnie najważniejsze było coś innego. Byłam z siebie niesamowicie dumna, że w ogóle to zrobiłam. Po prostu podeszłam, wyprostowałam się, nabrałam odwagi i powiedziałam wprost o swoim pomyśle. Ta sytuacja bardzo dużo we mnie zmieniła. Nawet jeśli nie zakończyła się współpracą, zrozumiałam, że w takich sprawach trzeba być gotowym na to, że na jedno „tak” przypada wiele „nie”. To jest zupełnie normalne.
Pamiętam, że wtedy pomyślałam: dobra, idę. Nie mogę się wycofać. I właśnie ten moment był dla mnie przełomowy. Dziś nadal nie zawsze jest to łatwe. Działamy głównie we dwójkę z mężem, czasem ktoś nam pomaga. Zresztą czasami łatwiej jest, kiedy ktoś inny opowie o twoim projekcie niż ty sam. Ale tamta sytuacja dodała mi odwagi.
Podobnie było z nauczeniem się odmawiania. Kiedyś powiedziałam o tym swojej psycholog – że jestem zmęczona tym, że ciągle ktoś czegoś ode mnie chce, a ja nie potrafię powiedzieć „nie”. To właśnie ona zaproponowała mi proste rozwiązanie: żebym ustaliła sobie konkretny limit takich działań. Dzięki temu mogłam mieć jasną zasadę, której się trzymam. I do dziś bardzo mi to pomaga.

Jak całe twoje doświadczenie sportowe ukształtowało cię jako osobę?
– Tak naprawdę zaczęłam wiosłować, kiedy miałam 14 lat. Na początku było to bardziej zabawą niż poważnym sportem. Nie było jeszcze takiej specjalizacji, wszystko działo się spokojniej i z większym luzem. Dziś jestem za to bardzo wdzięczna trenerom, że nie wrzucili mnie od razu na głęboką wodę. Dzięki temu wiele rzeczy mogło dojrzewać naturalnie, a cierpliwość była czymś, czego stopniowo się uczyłam. Sport zdecydowanie nauczył mnie właśnie cierpliwości, choć przyznam, że to dla mnie wciąż bardzo trudne. Mam w sobie dużo energii i często chciałabym, żeby wszystko działo się od razu. A sport pokazuje, że na efekty trzeba pracować długo i systematycznie.
Nauczył mnie też myślenia o celu. Kiedy pojawia się wyzwanie, ono zaczyna być fascynujące. W pewnym sensie szukam więc tej adrenaliny także w innych aktywnościach, nie tylko w sporcie.
Sport nauczył mnie również rywalizacji. Dziś, kiedy realizujemy różne projekty czy wydarzenia, też chcę, żeby były jak najlepsze. Chcę, żeby ludzie wychodzili z nich z uśmiechem i żeby je zapamiętali. W pewnym sensie to wciąż ta sama sportowa ambicja – tylko przeniesiona w inne obszary życia. Mnie bardzo motywuje i inspiruje to, kiedy widzę, jak inni robią coś dobrze. Uważam, że to jest bardzo rozwijające.
W sporcie było dokładnie tak samo. Jeśli widziałam, że ktoś jest lepszy, na przykład zawodniczki z Wielkiej Brytanii czy Niemiec, to obserwowałam je i starałam się wyciągać wnioski. Dzisiaj działa to podobnie. Jeśli widzę, że ktoś robi coś dobrze, pytam, jak to robi. Myślę, że sport nauczył mnie właśnie takiej otwartości – a ona jest niezwykle potrzebna, żeby się rozwijać.
Jeszcze jedna rzecz, którą wyciągnęłam ze sportu – działanie pod presją. Kiedy coś się sypie, trzeba po prostu znaleźć rozwiązanie.
Pamiętam sytuację, kiedy organizowaliśmy wydarzenie w jednej z mniejszych miejscowości i nagle zorientowaliśmy się, że nie mamy zapewnionej obsługi medycznej, która jest przecież obowiązkowa. Pomyślałam wtedy: „Boże, jak my to teraz ogarniemy?”. Zamiast się załamywać, zaczęliśmy po prostu dzwonić, szukać rozwiązań, kombinować. Nie zastanawialiśmy się, czy się uda. Po prostu wiedzieliśmy, że musi się udać.

A jak ty patrzysz na ten moment „po sporcie”? Czy to jest bardziej koniec pewnego rozdziału, czy raczej początek czegoś nowego – czasem nawet dalej związanego z tą samą pasją, tylko już w innej formie?
– Tak, myślę, że w takich sytuacjach ważne jest też zachowanie spokoju – a przynajmniej zatrzymanie się na chwilę i przemyślenie wszystkiego. Dla mnie przejście ze sportu do tego, czym zajmuję się teraz, było trochę tak, jakby nagle znaleźć się w zupełnie innym świecie. Trzeba zacząć funkcjonować w zupełnie inny sposób i nauczyć się wielu nowych rzeczy.
Mam o tyle specyficzną sytuację, że wszystko robię razem z mężem. Dla jednych to może być idealne rozwiązanie, dla innych trudniejsze, ale dla nas działa dobrze, bo bardzo się wzajemnie wspieramy. Myślę też, że mamy po prostu różne osobowości, które dobrze się uzupełniają. Dzięki temu możemy się wzajemnie wspierać w tym, co robimy.
A samo życie po zakończeniu kariery sportowej? Czasami mam wrażenie, jakby to było takie drugie życie. Jakby człowiek trochę narodził się na nowo i musiał nauczyć się funkcjonować w zupełnie nowej rzeczywistości.
Wcześniej było to wioślarstwo. Co jest dziś Twoją największą pasją i kierunkiem działania?
– W sumie teraz też jest tylko w innym wydaniu. Od trzech lat rozwijamy stowarzyszenie, którego jestem – choć trochę niezręcznie mi to mówić – prezeską. Stowarzyszenie ma swój klub wioślarski. Pokazuję ludziom ruch wioślarski i namawiam do tego sportu. Zbudowaliśmy fajną społeczność ludzi w różnym wieku, co mnie bardzo wzrusza. Długo nie mogliśmy znaleźć nazwy dla naszych działań, aż w końcu pojawił się pomysł nazwy „WygrywaMy”. Pamiętam, że miałam z tyłu głowy myśl, że ludzie ze środowiska będą się z tego śmiać – bo przecież jeśli pojedziemy na zawody i nie wygramy, a nazywamy się „WygrywaMy”, to łatwo będzie z tego żartować.
Dla mnie ta nazwa ma zupełnie inne znaczenie. Chciałam pokazać, że w życiu wygrywamy znacznie więcej niż tylko medale. Przez wiele lat to właśnie one były dla mnie najważniejsze, ale z czasem zrozumiałam, że zwycięstwo może mieć dużo szerszy wymiar.
Dlatego mamy hasło: „Każdy z nas ma swoje olimpiadę”. Później dodałam do tego jeszcze jedną myśl, która przyszła mi z doświadczenia sportowego: „Jesteś tak szybki, jak twoja osada”. Wtedy zrozumiałam, że nawet w samej nazwie „Wygrywamy” jest słowo „my”. To zawsze jest działanie zespołowe.
Przez ostatnie trzy lata naszym największym projektem była Wioślarska Liga Mistrzów, realizowana dzięki wsparciu Ministerstwa Sportu i Turystyki. W zeszłym roku odwiedziliśmy z nią trzynaście miejsc w Polsce. Finał odbył się na stadionie Legii Warszawa, w Business Clubie. Dzieci rywalizowały tam na ergometrach w strefie VIP. Dla mnie było to bardzo symboliczne, bo sama przez lata trenowałam w starych salach i skromnych warunkach. Tutaj dzieci mogły wiosłować w miejscu, które na co dzień kojarzy się z wielkim sportem.
Pamiętam, że tego dnia po raz pierwszy naprawdę poczułam ogromną dumę. Powiedziałam do Maćka: „Zrobiliśmy coś naprawdę dużego”. Czułam się, jakbym wygrała wtedy medal MŚ w innej konkurencji.
Występuję też jako prelegentka, robię speeche motywacyjne. Jednak wszystko kręci się wokół sportu. Nie jestem influencerką i media społecznościowe to nie moja praca, ale narzędzie do pokazywania jej. Jeśli chce się realizować różne projekty, to trzeba o nich mówić i pokazywać je światu. Bardzo zależy mi na tym, żeby w sieci być po prostu sobą i żeby dawać wartość.
Magdalena Bryś
Więcej Wywiady
Leszek Blanik: brak infrastruktury do sportów gimnastycznych to jedna z największych bolączek [WYWIAD]
Jak wygląda dziś kondycja finansowa i organizacyjna Polskiego Związku Gimnastycznego? Czy rosnący budżet przekłada się na rozwój dyscypliny i jakie są największe wyzwania stojące przed gimnastyką w Polsce? W rozmowie ze SportMarketing.pl prezes związku, Leszek Blanik, mówi o brakach infrastrukturalnych, szkoleniu młodzieży i realiach funkcjonowania sportów olimpijskich.