09.04.2026 09:53

Przemysław Zamojski: porażka jest tajemnym składnikiem do sukcesu [WYWIAD]

Patrząc na karierę Przemysława Zamojskiego, nie trudno dojść do wniosku, że jako koszykarz osiągnął w Polsce wszystko. Przez lata gry w Polskiej Lidze Koszykówki, głównie w barwach Asseco Prokomu Gdynia i Stelmetu Zielona Góra, dorobił się wielu sukcesów – od mistrzostwa, po Puchar, czy Superpuchar Polski. Z reprezentacją Polski był na trzech mistrzostwach Europy. Od siedmiu lat gra w drużynie narodowej, tyle że w odmianie trzy na trzy, gdzie doczekał się występów na Igrzyskach Olimpijskich. Ostatnimi czasy mocno angażuje się lokalnie na rzecz rozwoju koszykówki w Elblągu, w tym w inicjatywę „Po prostu Basket z Energa”, gra także w Basketball Elbląg. Stał się ambasadorem rozwoju dzieci poprzez sport. – Moją rolą jest, żeby przekonywać młodych ludzi do uprawiania koszykówki, która jest przecież ogólnodostępna – mówi w specjalnym wywiadzie dla SportMarketing.pl.

Przemysław Zamojski: porażka jest tajemnym składnikiem do sukcesu [WYWIAD]
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Piotr Wiśniewski, SportMarketing.pl: Basket to całe twoje życie? Nawet teraz, kiedy zakończyłeś czynne uprawianie tego sportu w wydaniu 5×5, nadal mocno działasz w koszykówce, odpowiadając m.in. za rozwój projektu w rodzinnym Elblągu.

Przemysław Zamojski, reprezentant Polski w koszykówce 3×3, jeden z najlepszych koszykarzy w historii polskiej ligi: – Głównym założeniem projektu jest, aby wychować kolejnych Przemków Zamojskich i innych koszykarzy, którzy wybiją się wyżej. W Elblągu są mocne tradycje koszykarskie i chcemy to kontynuować. Jeszcze jako czynny zawodnik i sportowiec, postanowiłem się mocno zaangażować w wychowanie młodych talentów. W 2021 roku zakończyłem karierę w koszykówce pięć na pięć, żeby skupić się na odmianie trzy na trzy. Dzięki temu pojechałem na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie. Już wtedy uznałem, że dobrym pomysłem będzie zapoczątkowanie projektu w moim rodzinnym mieście. Mam nadzieję, że wielu sportowców pójdzie w moje ślady i zanim zdecyduje się na zakończenie kariery, pomyśli o propagowaniu sportu w swoim regionie. W dzisiejszych czasach to bardzo ważne, aby przekonywać dzieci do aktywności sportowej. A jak widzimy, w Polsce jest z tym coraz większy problem.

Kierowanie projektem łączysz z grą w Enerdze Basketball Elbląg.

– Zaczynaliśmy od trzeciej ligi, teraz gramy w drugiej lidze. Mamy duże zaplecze w trzeciej lidze w postaci roczników U-17, U-18, którzy to zawodnicy ogrywają się z naszym drugim zespołem. To dla nich świetna okazja do rywalizacji z seniorami. Taki był cel – nowa generacja koszykarzy i koszykarek, którym da się szansę. Jeśli będą na tyle utalentowani, to świat stoi przed nimi otworem. 

Widać już pierwsze efekty waszej pracy?

– Powoli widzimy zainteresowanie naszymi młodymi zawodnikami ze strony lepszych klubów, dysponujących dużo większymi możliwościami. Mam nadzieję, że pierwsi koszykarze i koszykarki, które przeszły z nami całą drogę, będą mogły/mogli w przyszłości grać najwyżej jak się da i reprezentować Polskę – daj Boże!

Łatwo było przekonać dzieciaków, aby stały się częścią waszego projektu?

– Kiedy jesteś czynnym sportowcem, olimpijczykiem, osobą rozpoznawalną, to łatwiej przekonać innych, czy pełnić rolę edukatora sportu. Młodzi ludzie z kimś takim dużo bardziej chcą się identyfikować. Inna sprawa, że to nasze pokolenie, wychowane w dobie zmian ustrojowych – millenialsi – musi zrobić pierwszy krok: zaprowadzić pociechę na trening, pokazać, jakie możliwości oferuje sport, zaszczepić ruch jako super sposób spędzania czasu wolnego, czy ogólnego rozwoju. Sport przydaje się później w wielu aspektach życia. Dlatego tak ważna jest rola rodziców, bez ich pierwszego kroku, nie zarazimy dzieci do bycia aktywnym.

Mam wrażenie, że koszykówce trudno przebić się przez szklany sufit, zwany piłka nożna. Z drugiej jednak strony obserwuję w ostatnim czasie pozytywny trend na koszykówkę. Wraca na nią moda?

– Tak. Nasza kadra ma bardzo dobry moment, od wielu lat utrzymujemy się w europejskiej czołówce. Dobre wyniki na ostatnich EuroBasketach dobrze zrobiły koszykówce. My w odmianie trzy na trzy regularnie zdobywamy medale w mistrzostwach świata, dostaliśmy się na Igrzyska Olimpijskie dwa razy z rzędu – Tokio i Paryż. Koszykówka idzie w dobrym kierunku. Moją rolą jest, żeby poprzez akademię, campy, czy w inny sposób, przekonywać młodych ludzi do uprawiania koszykówki, która jest przecież ogólnodostępna. Zobaczmy na wersję trzy na trzy: jeden kosz, dwóch kumpli, organizujesz przeciwników i można się bawić. Tak, koszykówka w wersji trzyosobowej to świetna forma zabawy. Do tego mecze nie trwają długo, co w dzisiejszych „zabieganych” czasach ma znaczenie. Liczy się szybkość, efektywność.

W normalnej koszykówce miałeś wiele sukcesów. W Polsce byłeś multimedalistą, uczestnikiem Euroligi, załapałeś się na złote czasy Asseco Prokom Gdynia, grałeś we wszystkich europejskich rozgrywkach, indywidualnie także sięgnąłeś po wiele nagród. Reprezentowałeś Polskę na trzech EuroBasketach, z kolei w trzy na trzy zdobyłeś brązowy medal mistrzostw świata, poleciałeś na dwa igrzyska. Kariera kompletna?

– Z tej perspektywy – tak. Chciałbym jednak cofnąć się do przeszłości, do lat mojej młodości. Pamiętam jakie piętno odcisnęły na mnie Igrzyska Olimpijskie. Jako pasjonat sportu, chciałem czerpać z igrzysk tyle, ile się da. Oglądałem, emocjonowałem się, podziwiałem sportowców. Zyskałem nową perspektywę – świadomość, jakie horyzonty otwiera sport. Możesz podróżować po świecie, rywalizować z najlepszymi na świecie, reprezentować kraj – nic tylko trenować. Ale nie zacząłem od koszykówki, tylko od sportów walki. Potem, z racji popularności koszykówki w Elblągu i faktu, że moje dwie starsze siostry trenowały koszykówkę, wybrałem pomarańczową piłkę.

Z racji twojego doświadczenia, międzynarodowego obycia i właśnie uczestnictwa w igrzyskach olimpijskich, masz szeroką perspektywę na to, jak wychować, edukować młodych sportowców. Powiedziałbym, że osoby z twoim sportowym CV mogą inspirować.

– Trzeba tylko pamiętać, że sport jest bezwzględny. Wiąże się z wielkim poświęceniem i wielką konsekwencją w dążeniu do celu. Musisz być systematyczny. Droga do perfekcji bywa trudna. A po zakończeniu kariery możesz zdać sobie sprawę, że nigdy perfekcji nie osiągnąłeś. Tyle że sport uczy pokory, konsekwencji. Ja staram się pokazywać młodszym generacjom, że sport to przyjemność. Powtarzam na początku: „czerp z tego radość”. To fundament do zbudowania sportowej tożsamości młodego człowieka. Znowu wrócę do roli rodziców, ale i trenerów – bez ich odpowiedniego podejścia nie wykształcisz w młodym człowieku pozytywnych nawyków, tudzież chęci do ruchu, ogólnie sportu. Najpierw zainteresuj, przekonaj do sportu, wyniki później, na nie przyjdzie czas.

W dobie powszechnej świadomości nas – rodziców, wychowawców, propagatorów sportu – chyba łatwiej przekonać dzieci do romantycznej wersji sportu? Jesteśmy z tego samego rocznika, wychowaliśmy się na okrzyku „Hej, hej, tu NBA”. Pochodzimy z ery Michaela Jordana. Takiej koszykówki pragniemy dla potomków.

– Jordan – wiadomo, marka sama w sobie. Zarywałem noce, żeby oglądać mecze Chicago Bulls. MJ zawsze był moim idolem. Moje pierwsze marzenie dotyczyły gry w NBA. Potem sport i życie mnie zweryfikowały. Przez kontuzje sen się przerwał. Ale w tych trudnych momentach nigdy się nie poddawałem. Ze zdrowiem nie wygrasz, jednak gdy wchodzisz na szczyt, osiągasz jakiś sukces, bierz z tego jak najwięcej, żeby później przekazywać to młodszym. Codziennie staram się inspirować dzieci, pokazując pozytywne oblicze sportu w social mediach, a to medium wiadomo, że generuje także złe emocje. Ostatnio nagrałem rolkę z przekazem, że nie ma czegoś takiego jak zawód w sporcie. Jeśli dzień w dzień pracujesz solidnie, starasz się, a mimo to nie wychodzi, nic się nie dzieje. Próbuj następnego dnia, nie poddawaj się. W sporcie musisz być wytrwały. Twoja ukochana dyscyplina w końcu odda tobie to, co najlepsze.

Idol naszych czasów, Michael Jordan powiedział, że mało kto wie, jaki wysiłek musiał włożyć, żeby znaleźć się w takim miejscu. Oddał tysiące niecelnych rzutów, zanim doszedł do perfekcji. Z kolei twój przykład pokazuje, że można jechać na igrzyska z dużymi nadziejami, ale wrócić z poczuciem niedosytu. Jak to przetrawić w głowie, kiedy dajesz tyle od siebie, a zostajesz z podrażnioną ambicją?

– To akurat bardzo złożony temat. Przede wszystkim każdy ma inne warunki wokół siebie i okoliczności. Przypadek przypadkowi nierówny. W tym miejscu zachęcam sportowców, że jeśli zmagają się z problemami, to aby nie bali się prosić o pomoc, korzystali z narzędzi, które dziś mamy, ze wsparcia specjalistów. Żyjemy w erze wielu zewnętrznych bodźców, trzeba obracać się kręgu zaufanych, żeby nie zwariować. Moją oazą zawsze była rodzina. Szybko zdecydowałem się na założenie rodziny. Mam czwórkę wspaniałych dzieci, wspaniałą żonę, która zawsze mnie wspierała, nawet w tych najbardziej szalonych. A propos Tokio – wróciłem bardzo załamany. Żeby o tym nie myśleć, przez miesiąc przerzucałem łopatą piach na działce. Jechaliśmy w roli faworytów do medalu, zajęliśmy 7. miejsce. Musiałem to przepracować sam z sobą i z najbliższymi. Oni mi powtarzali: „Stary, grasz w koszykówkę 20 lat, kto jak nie ty ma wierzyć w siebie. Wróć do korzeni, przypomnij sobie jaką radość czerpałeś zawsze z gry”. Wróciłem silniejszy. Dwa miesiące później pojechaliśmy na mistrzostwa Europy. I to był najlepszy turniej w całej mojej dotychczasowej karierze!

Jakie to emocje?

– Niesamowite! Gdy w ostatniej sekundzie wyrzucałem piłkę z rąk, czas jakby się zatrzymał. Wszystko było w zwolnionym tempie. W tamtym momencie myślałem tylko, że co, jak co, ale przecież rzucać zawsze kochałem, w końcu poświęciłem temu sporo życia, więc uwierz w siebie. „Trust your preperation”.

Z tego, jak cię pamiętam z boiska, zawsze byłeś zdeterminowany. Czy po sukcesach, czy porażkach, zawsze starałeś się nie ulegać emocjom. To wypracowane, czy wynika z twojego charakteru?

– To drugie. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy bardzo poważnie wziąłem sobie koszykówkę do serca. Razem z rodzicami jeździliśmy na mecze najstarszej siostry do Olsztyna. I to ona powiedziała mi słowa: „Przemek, nigdy nie zostaniesz zawodowym koszykarzem”. Tak mocno wziąłem to sobie do serca, że postanowiłem jej udowodnić, jak bardzo się myli. Obudziłem się nazajutrz i powiedziałem sobie: „Jeszcze się przekonasz, jak dobry będę”. Zacząłem jeszcze mocniej, ciężej pracować. To nie były czas internetu, swoją wiedzę na temat koszykówki czerpałem z książek, od trenerów. Tak się zafiksowałem, że wiedziałem, że już nigdy nie odpuszczę. Wiedziałem, że muszę liczyć się z tym, że 80, czy nawet 90 procent to będą niepowodzenia, ale to mnie zbuduje na przyszłość. Porażka jest bowiem tajemnym składnikiem do sukcesu.

To ile niecelnych rzutów oddałeś w swoim życiu? Pytam nie bez powodu, w końcu zawsze byłeś dobrym strzelcem.

– Dużo! Zobacz Jordana… Wiara w siebie, nieugiętość, „mentalność Mamby”, którą znamy od Koby’ego Bryanta. Nie idzie? Trenujesz dalej, aż do skutku!

Udostępnij
Piotr Wiśniewski

Piotr Wiśniewski