07.04.2026 08:54

Jakub Kot: ekstremalne eventy też są przyszłością skoków narciarskich [WYWIAD]

O problemach i wyzwaniach, z którymi boryka się świat skoków narciarskich, porozmawialiśmy z Jakubem Kotem – ekspertem telewizyjnym Eurosportu, prężnie działającym przy ukochanej dyscyplinie. – Jestem fanem Formuły 1 i czasem wyścig to nuda, ale masz tyle grafik, danych, analiz, przeciążeń, że to już samo w sobie jest ciekawe. Czemu tego nie ma w skokach? – zastanawia się były skoczek w rozmowie z naszym portalem.

Udostępnij
Jakub Kot: ekstremalne eventy też są przyszłością skoków narciarskich [WYWIAD]
Autor zdjęcia: Press Focus

Marcin Długosz, Sportmarketing.pl: – Jak twoim zdaniem zmieniła się w ostatnim czasie atrakacyjność marketingowa skoków narciarskich? Wobec braku sukcesów kadry, dużo trudniej dotrzeć do przeciętnego fana tego sportu w Polsce?

Jakub Kot, ekspert Eurosportu: – To jest bardzo trudne i ciekawe pytanie. Wyniki kadry od paru sezonów są – umówmy się – słabe, a oglądalność cały czas jest. Oczywiście nie mówię o prime Małysza z Salt Lake City, bo to bez porównania, ale biorąc pod uwagę w jakiej – za przeproszeniem – czarnej d… się znaleźliśmy pod względem wyników…

Okej, było także parę sukcesów, nie o to chodzi, ale jednak to nie jest już jak za czasów Stocha, Małysza, Kubackiego, Turniejów Czterech Skoczni… Oglądalność mimo wszystko poniżej pewnego poziomu nie schodzi.

– Czyli można powiedzieć, że skoki narciarskie mają pewną wierną widownię, która będzie z nimi choćby nie wiem co?

– Na to wygląda. Mam trochę eventów okołosportowych, Akademię Lotnika, jeżdżę po całej Polsce i przychodzę do mnie ludzie w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie, mówią: „Panie Jakubie, oglądamy, trzymamy kciuki, nieważne jak będzie”. Na różnych prelekcjach to samo.

Oczywiście to nie są już miliony, ale wydaje mi się, że skoki są już popularne właśnie dzięki Małyszowi czy Stochowi, a przy tym nieprzewidywalne jako dyscyplina. Pewne sporty są wymierne. A w skokach? Niby jesteś dobry, a nie wygrywasz, bo trochę wiatru, trochę śnieżycy, odwołana druga seria. Czasami nas to denerwuje, ale to też pierwiastek nieprzewidywalności, który jest piękny.

Poniżej pewnego poziomu nie schodzimy, ale no nie ukrywajmy – potrzebny jest jakiś sukces. Kacper Tomasiak na igrzyskach olimpijskich spadł nam z nieba, to był po prostu cud sportowy.

– Medale Tomasiaka przypomniały całej dyscyplinie, jak pięknie mogłoby być na co dzień, a nie tylko od święta?

– Pewnie tak. Ale muszę powiedzieć, że na igrzyskach jako Eurosport przeprowadzaliśmy transmisję treningu i to oglądało 900 tysięcy ludzi. Zwykły trening! To była chora oglądalność. Ludzie mi wysyłali screeny, że oglądają i dziękują, że to pokazujemy w telewizji. Takie sytuacje uwydatniają ogromny potencjał w skokach i że dalej je kochamy pomimo słabych wyników.

Natomiast trzeba oczywiście coś zrobić, żeby te skoki dalej były atrakcyjne. Nie tylko pod kątem sukcesów, które mogą być albo i nie, ale przekazu telewizyjnego, pokazywania otoczki. Mamy nowych widzów urodzonych w XXI wieku, TikTok, YouTube… Dla nich ta pierwsza seria, która trwa godzinę i skacze w niej za przeproszeniem Rumun, Szwajcar słaby, Francuz słaby, to oni za dwie minuty przełączają na coś innego. Pojawia się pytanie – co zrobić, żeby to było ciekawsze?

– A jak trudno jest żyć skokom narciarskim od strony sponsorskiej, marketingowej poza sezonem zimowym? Wiadomo, że dyscyplina żyje głównie od listopada do marca. Jak ciężko zawodnikom i wszystkim organizacjom wokół skoków żyje się od kwietnia do października?

–  Okres startowy faktycznie trwa od listopada do marca, ale przygotowawczy zaczyna się już pod koniec kwietnia czy w maju. Jak jesteś profesjonalnym skoczkiem, to fakt, że nie pokazują cię w telewizji przez kilka miesięcy, nie oznacza, że myślisz o wakacjach. Okres przygotowawczy jest jeszcze trudniejszy niż startowy, bo robisz całą formę – idziesz na siłownię, w góry, wyrabiasz kondycję, pracujesz nad techniką.

– Ale to też jest na pewno mniej interesujące dla wszystkich podmiotów mogących łożyć pieniądze.

– Absolutnie się zgadzam, ale to po prostu część tej gry. Jeżeli jesteś profesjonalnym sportowcem, to jest to twoja praca. Efekty są widoczne w telewizji w sezonie zimowym, masz kask ze sponsorem, ale na tę zimę pracujesz latem. Dobrze, kiedy masz sponsora, który rozumie, że w czerwcu czy lipcu nie będzie miał ekspozycji, ale pozwala ci się poświęcić pracy w stu procentach.

W skokach zawodnicy nie zarabiają i tak jakoś bardzo dużo, umówmy się. No może jak jesteś Domenem Prevcem z tego sezonu to wiadomo, że z samych nagród się wyżyje. Podam jednak przykład mojego brata, Maćka Kota – miał dobre momenty, ale miejsce w trzeciej dziesiątce da jakieś paręset franków. To nie są duże pieniądze, biorąc pod uwagę, że jak nie wejdziesz do trzydziestki, to nie masz nic, a to się też zdarza.

Ważne jest, żeby mieć sponsora rozumiejącego, że nie ma cię w telewizji latem, ale to twoja praca i za nią ci płaci. Tak mogą mieć najlepsi, a ci słabsi? Borykają się z łączeniem pracy zawodowej z uprawianiem sportu. Przetrwają ci najlepsi właśnie.

– W świecie skoków narciarskich też tak jak w innych dyscyplinach podnosi się dyskusja, że trzeba walczyć o młodego widza? Ciągle mówi się o tym, że młodych bardziej interesują już bodźce niż długie formy. To jeden z głównych problemów skoków narciarskich?

– W Polskim Związku Narciarskim mają tyle innych problemów biznesowo-szkoleniowych, że myślę, że się na tym nie skupiają. Akademia Lotnika to taki minikrok do przodu pokazujący, że możemy zrobić konkurs skoków narciarskich na plaży w Gdyni. I to jest super. Wychodzimy naprzeciw tym rejonom Polski, które oglądają Stocha, Małysza, Tomasiaka, ale nigdy nie mieli okazji sami tego doświadczyć.

Przyjeżdżamy, rozstawiamy skocznię narciarską w Warszawie pod Pałacem Kultury czy w Mikołajkach nad jeziorem, są balony, pompony, wszyscy się bawią. To jest fajne. Odpowiadam za realizację tego pomysłu PZN.

Ja bardziej bym jednak szedł w stronę całego FIS i skoków narciarskich jako dyscypliny. Co można zrobić, żeby dotrzeć do widzów siedzących na YouTube, na TikToku. Pewnie zauważyłeś, że jak Ryoyu Kobayashi skakał na Islandii, to tego dnia więcej się mówiło o skokach niż przez parę miesięcy klepania Pucharu Świata. Eventy Red Bulla pokazują, że można wymyślić coś innego.

– A uważasz, że same przepisy w regulaminie skoków narciarskich mogłyby być nieco luźniejsze? Bo to też jest często podnoszona kwestia.

– Dużo ludzi na to narzeka – przeliczniki za wiatr, zmiany belki. Ale boję się, że my już nie wrócimy do innych czasów. Jest XXI wiek, my musimy bazować na jakichś pomiarach, czytnikach. Jestem fanem Formuły 1 i czasem wyścig to nuda, ale masz tyle grafik, danych, analiz, przeciążeń, że to już samo w sobie jest ciekawe. Czemu tego nie ma w skokach? Red Bull pokazał, że można pokazać tętno zawodnika siedzącego na belce, też tętno jego trenera machającego chorągiewką. To są proste rzeczy.

– Czyli chodzi po prostu o większe otwarcie się na już dostępną technologię?

– Dokładnie tak. Ja rozumiem, że Formuła 1 to inny budżet, ale widziałem taką informację, że konkurs na normalnej skoczni w Predazzo oglądało w Brazylii dziewięć milionów ludzi. W Brazylii! A gdzie się odbywają skoki? W krajach Europy.

Ja lubię pomysł Sandro Pertile, który jest często krytykowany, żeby otworzyć się na inne kierunki – Azja, Ameryka Północna i Południowa. Czemu nie? Ja rozumiem, że skoki narciarskie na Maracanie czy w Dubaju brzmią abstrakcyjnie, ale – kurczę – dziewięć milionów ludzi w Brazylii oglądało skoki! Jest jakiś potencjał, żeby na ten rynek pojechać, zrobić pokazowe zawody, a może ci Brazylijczycy powiedzą: „O kurde, ale to jest fajne!”.

– Na pewno kluczem jest, żeby poszukiwać, a nie cały czas trzymać się utartych schematów.

– Dokładnie! A my narzekamy, wchodząc bardzo głęboko w świat skoków, że mało ludzi jest na konkursach w Oslo, że wieje co roku, a i tak kisimy się we własnym sosie, tym europejskim. Musimy się otworzyć na te kierunki jak Japonia, Korea, Chiny, Kazachstan, Rosję wyłączam z wiadomych przyczyn.

Ale Ameryka Północna i Copper Peak, czyli projekt skoczni gigantycznej. To byłoby coś super, gdyby w Ameryce powstała skocznia K170 i HS180. Ja wiem, że tam jest NFL, NHL, NBA, ale…

Amerykanie lubią takie przesadzone rzeczy!

– Takie extreme! Zobaczą i powiedzą: „Ale to jest fajne!”. I to jest właśnie otwarcie się na nowe rynki. A młoda dziewczyna, młody chłopak, dziecko TikToka, dziecko YouTube’a potrzebuje czegoś świeżego, dynamicznego. A nie pierwszą serię z pięćdziesięcioma skoczkami do przyśnięcia po dwunastu numerach.

– Trochę już o to zahaczałem, ale jak trudno jest przeżyć w skokach narciarskim sportowcom spoza ścisłego topu? Czyli tym, którzy niekoniecznie łapią się do kadry na Puchar Świata, ale cały czas trenują i ścigają swoje marzenia. Muszą w nie inwestować czas, nie mają wyjścia.

– To jest trudny temat. W Polsce narzekamy, że dużo talentów straciliśmy – takich, które zapowiadały się super. Wolny, Murańka, Zniszczoł… Niektórych jeszcze nie straciliśmy do końca, ale mogę wymieniać w nieskończoność inne nazwiska.

– Każdy w pewnym momencie pójdzie do „normalnej roboty” jeśli pogoń za marzeniami nie pozwoli mu przeżyć.

– Dokładnie tak. To musi wybrzmieć: jak jesteś w kadrze narodowej, to Polski Związek Narciarski dzięki sponsorom i partnerom daje świetne warunki do rozwoju. Na obozy jeździ się za darmo, są serwismani, biomechanicy planujący treningi, można odczuć świetną opiekę.

Jestem trenerem klubowym. Jak ja mam skoczka, takiego „spadochroniarza”, który skończył szkołę, nie jest w kadrze, ale chce trenować, to sytuacja staje się bardzo trudna. Nie ma pieniędzy, żeby mu uszyć cztery kombinezony na poziomie Pucharu Świata, a jak on nie będzie miał dobrego kombinezonu, to nie będzie konkurencyjny. Technika to inna sprawa, ale trzeba być konkurencyjnym sprzętowo, a to wszystko kosztuje.

Masz pięciu młodszych zawodników, dwóch seniorów, ten skacze na dużej skoczni, ten na małej, widzą jak to wygląda i po prostu kończą kariery. Dodatkowo na ogół pochodzą może nie tyle z biednych rodzin, co z takich bez szału pod kątem materialnym. Raz na dziesięć przypadków trafi się, że tata ma pieniądze i zapłaci za prywatnego trenera.

Na ogół wygląda to tak, ja jestem tego przykładem – robisz studia, dociera do ciebie, że nie przebijesz sufitu. Serce jedno, rozumiem drugie, to się rozjeżdża. Oczywiście można próbować, Dawid Kubacki jest przykładem, że warto zacisnąć zęby. Może gdybym ja też to zrobił…

No nie przewidzimy. Wylądowałem na recepcji w hotelu, nie było czasu na regenerację, odpoczynek i to się musiało rozjechać. Serce chciało, rozum mówił: „Chłopie, daj sobie spokój”. Piramida jest taka, że u szczytu zostaje parę nazwisk.

W Austrii na przykład są takie problemy, że tam jest za dużo dobrych zawodników. Jest się świetnym skoczkiem i nie łapie się tam na FIS Cup. I oni się zastanawiają, co mają zrobić, skoro są dobrzy, ale i tak trudno im się przebić.

– Można powiedzieć, że w skokach jesteś albo na topie, albo cię nie ma?

– Tak mi się wydaje. No bo skoro punktuje tylko TOP30 i zarabia TOP30, a w Pucharze Kontynentalnym TOP8 – a przecież to są też dobre zawody… Kurczę, jak masz 30 lat, to masz rodzinę na utrzymaniu, mieszkanie, auto musisz zatankować. Coś w tym jest, że jeżeli na poziomie reprezentacyjnym jesteś dobrym zawodnikiem, to sobie poradzisz.

Rozmawiając jednak w Norwegii z zawodnikami, słyszałem historie, że oni wręcz dopłacają do pewnych rzeczy. Więc i tak doceńmy, że w Polsce PZN funkcjonuje i są sponsorzy. Nie mówmy, że u nas jest źle, a wszędzie kolorowo. Znam opowieści, że w innych krajach zawodnicy musieli wpłacać euro, żeby w ogóle być w systemie, sami kupowali sobie bilety lotnicze.

– Ostatnie pytanie: jaka byłaby zmiana w skokach narciarskich, którą chciałbyś wprowadzić dosłownie od jutra, jak najszybciej?

– Konkretnie to nie odpowiem, bo myślę, że pomysłów byłoby dużo, ale czasami od czapy. Skoki muszą iść w kierunku nowego widza, ale nie zapominając o pani Jadzi i panu Januszu, którzy te skoki kochają. Jak oni dostaną coś nieczytelnego… Musi być kompromis, tak jak w Pucharze Świata mamy safety first, a w eventach Red Bulla zero reguł, po prostu trzeba skoczyć jak najdalej albo w punkt.

W XXI wieku nie wyobrażam sobie odrzucenia technologii. Widzę, jak robią to inne dyscypliny, jak robi to ta wspomniana Formuła 1. Nawet jak jest nudny konkurs, nudny wyścig, to można go ciekawie pokazać. Nie mówię też jednak, że jestem taki mądry, daję pomysł i mówię: „Zróbcie to”. Skoki są ekstremalne, niebezpieczne i jedno przeszarżowanie może skończyć się źle.

Z drugiej strony tę ekstremalność właśnie chyba ludzie kochają. Jak Ryoyu Kobayashi skoczył 290 metrów to wydawało się to niemożliwe, a jednak aura tego wydarzenia była taka, że inni skoczkowie potem też mieli chrapkę, by zrobić coś takiego.

Myślę, że takie eventy też są przyszłością. Ekstremalne, może w pay-per-view, nie dla wszystkich, ale no nie łudźmy się. Ludzie nie chcą oglądać pięćdziesięciu skoczków, gdzie trzydziestu walczy o przeżycie. Dlatego ciekawymi pomysłami są już na przykład wprowadzone konkursy duetów.

Tak czy inaczej, do zrobienia pozostaje jeszcze naprawdę dużo.

Udostępnij
Marcin Długosz

Marcin Długosz