Mikołaj Sokół: Formuła 1 to dla mnie pasja, która stała się pracą [WYWIAD]
Formuła 1 to dziś globalny spektakl, który łączy sport, biznes i popkulturę na niespotykaną skalę. O kulisach pracy przy Grand Prix na różnych kontynentach, rosnącej roli osobliwych „wyścigów bankomatowych”, obecności gwiazd oraz o tym, jak zmienia się odbiór F1 na świecie i w Polsce, opowiada komentator Eleven Sports, Mikołaj Sokół. W rozmowie nie brakuje także wątków osobistych – od początków pasji w czasach PRL-u po wpływ Roberta Kubicy na popularność królowej motosportu w naszym kraju.
Bartłomiej Najtkowski, SportMarketing.pl: Skoro trzy pierwsze wyścigi sezonu odbyły się w Australii, Chinach i Japonii, od razu nasuwa się pytanie o to, czy standardy organizacji Grand Prix są wszędzie takie same. A zatem czy widać różnice między Europą a innymi kontynentami?
Mikołaj Sokół, Eleven Sports: – Na miejscu bywa różnie. Oczywiście dąży się do tego, żeby standardy były jak najwyższe i możliwie jednolite. Mówimy przecież o sporcie z absolutnego topu pod względem profesjonalizmu. Natomiast pewne różnice istnieją. Dotyczą logistyki, warunków pracy czy zaplecza. W Europie zespoły korzystają ze swoich własnych konstrukcji w padoku. To mobilne budynki, które są przewożone ciężarówkami i składane na miejscu.
Poza Europą infrastruktura jest zapewniana przez organizatorów – od efektownych, murowanych obiektów, jak w Abu Zabi, po bardziej tymczasowe rozwiązania przypominające namioty, jak w Austin czy Melbourne. Z perspektywy dziennikarza wszystko jest do siebie zbliżone – zawsze mamy biuro prasowe czy stanowiska komentatorskie, choć ich jakość bywa różna. Różnice dotyczą też np. cateringu czy przestrzeni dla mediów. Generalnie jednak standardy są wyrównywane i do tego się dąży.
Czy w przypadku wyścigów poza Europą dziennikarze Eleven docierają na miejsce wcześniej?
– To zależy od kalendarza. Jeśli mamy wyścigi następujące po sobie, bez powrotu do kraju – np. USA i Meksyk – to siłą rzeczy spędzamy więcej czasu na miejscu. Natomiast przy pojedynczych rundach nie ma większej różnicy. Lecimy po prostu na weekend wyścigowy. Zresztą dużo pracy wykonujemy też w Warszawie, więc staramy się to wszystko pogodzić.
Wyścigi organizowane na Bliskim Wschodzie to bardziej pieniądze czy faktyczne zainteresowanie kibiców? W kontekście Kataru czy Arabii Saudyjskiej mówi się często o sportswashingu. Jak to wygląda z perspektywy dziennikarza, który miał już okazję pracować w tych krajach?
– Zjawisko instrumentalnego wykorzystywania Formuły 1 do poprawienia wizerunku całego kraju nie jest nowe. Już w 2004 roku, gdy do kalendarza weszły Chiny i Bahrajn, było widać podobne mechanizmy. Później dołączyły kolejne kraje, jak Azerbejdżan. Każdy rozsądny obserwator zdaje sobie sprawę z powodów, dla których te państwa chcą gościć u siebie kierowców Formuły 1. Wyścigi generują ogromne koszty. Organizatorzy płacą często ponad 50–60 milionów dolarów rocznie za samą obecność wyścigu w kalendarzu. Te środki trafiają do Formuły 1 i zespołów. Stąd też podział na tory „klasyczne” i – pół żartem – „bankomatowe”, np. na Bliskim Wschodzie.
Kiedyś wyścigi odbywały się też w RPA, działo się to na przykład w latach 80., ale z uwagi na dość duży sprzeciw organizacji międzynarodowych wobec apartheidu, Formuła 1 przestała tam się ścigać w połowie lat 80. Poszczególne zespoły, głównie francuskie, przestały wysyłać swoje samochody i swój sprzęt, natomiast organizatorzy kolejnej rundy w kalendarzu po RPA, czyli Australii, zarzekali się, że nie chcą być kojarzeni z tym, że ktoś przybywa z RPA prosto do nich.
Jeśli chodzi o atmosferę, nie ma porównania między nowymi lokalizacjami na Półwyspie Arabskim a takimi miejscami jak Monza, Silverstone czy Spa. Niemniej trzeba uczciwie powiedzieć, że Formuła 1 globalnie rośnie. Dzięki inicjatywom takim jak produkcje Netflixa czy nowe projekty medialne ten sport trafia do coraz szerszej publiczności. W nowych krajach widać rosnące zainteresowanie, często wspierane przez turystów. Na przykład na tym swoją popularność opierał wyścig w Malezji, którego już nie ma, bo przegrał batalię z Singapurem. Dla fanów z Australii czy Nowej Zelandii Singapur to jest bardzo dogodna lokalizacja, niemalże ich drugi domowy wyścig.
Formuła 1 od lat przyciąga osobistości z innych dziedzin?
– Obecność gwiazd to nic nowego. Aby sobie to uświadomić, wystarczy spojrzeć na historię Monako. Już w latach 70. pojawiały się tam znane postaci, jak Roman Polański, który kręcił film z Jackiem Stewartem. Dziś skala jest znacznie większa. Formuła 1 świadomie buduje swój wizerunek jako globalnego spektaklu. Swego czasu np. Robert Lewandowski machał flagą na zakończenie wyścigu, co odbiło się szerokim echem w mediach. Formuła 1 zatem zaprasza celebrytów, angażuje ich w wydarzenia, współpracuje z markami z różnych branż – od motoryzacji, przez modę, po zabawki jak LEGO czy Hot Wheels.
Mówimy o jednym z najbardziej dochodowych sportów na świecie, zaraz po piłce nożnej?
– Jeśli chodzi o zarobki – na pewno futbol dominuje globalnie, także pod względem liczby zawodników.
Do tego dochodzą amerykańskie ligi, ale…
– Formuła 1 jest w ścisłej czołówce, przy czym to bardzo elitarna grupa, bo mamy zaledwie 22 kierowców. Warto też pamiętać, że zanim pojawią się miliony na koncie kierowców, trzeba wcześniej zainwestować ogromne środki w rozwój kariery. To droga dostępna tylko dla nielicznych. Miejmy na uwadze także skalę popularności, ponieważ jeżeli spojrzymy na badania oglądalności, okaże się, że Formuła 1 jest trzecim światowym widowiskiem sportowym po mistrzostwach świata w piłce nożnej i letnich igrzyskach olimpijskich.
Rzecz w tym, że mundial i igrzyska to wydarzenia organizowane co cztery lata, a my ścigamy się ponad 20 razy w sezonie na całym świecie i kierowców F1 też jest niewielu. Czasami się śmiejemy, że więcej ludzi lata w kosmos co roku niż startuje w Grand Prix. W sumie teraz można polecieć w kosmos, jeśli ma się odpowiednio dużo milionów na koncie.
W Formule 1 mamy zatem wyselekcjonowaną grupę zawodników i patrząc na całą piramidę, na to ilu jest kierowców w niższych seriach czy dzieciaków w kartingu, którzy też chcą kiedyś tam się znaleźć, to jednak tych miejsc w Premier League, nawet ograniczając to do najlepszych klubów, czy w LaLiga, Bundeslidze, jednak jest znacznie więcej niż u nas w wyścigach. A to, że kierowcy zarabiają krocie, to w pierwszej kolejności efekt talentu, pracy, wytrwałości.
Skąd wzięła się pana pasja do Formuły 1, skoro w Polsce nie była ona kiedyś popularna?
– Zaczęło się od książki, którą przeczytałem jeszcze w szkole podstawowej, pod koniec lat 80. Napisała ją polska reporterka Nina Lengyel, która wyszła za mąż za brazylijskiego dziennikarza zajmującego się Formułą 1. Jeździła z nim na wyścigi i wysyłała korespondencje do takich tytułów jak „Motor” czy „Sztandar Młodych”. Później część tych materiałów ukazała się w formie książek – powstały cztery i to właśnie od pierwszej z nich wszystko się zaczęło.
Dla dzieciaka dorastającego w schyłkowym okresie PRL-u był to zupełnie inny świat. Rzeczywistość wokół była szara i dość ponura, telewizja czarno-biała, a tu nagle mogłem chłonąć intrygujące opowieści o Monako, wyścigach w różnych zakątkach świata, kolorowych samochodach, wielkich prędkościach i bohaterach. Opisy dotyczyły głównie lat 70., więc pojawiały się też dramatyczne historie i wypadki. To wszystko działało na wyobraźnię i po prostu wciągało. Z czasem zacząłem szukać kolejnych informacji. W latach 90. pojawiły się transmisje w telewizji – między innymi w Eurosporcie – i wtedy mogłem już śledzić wyścigi na bieżąco. Pierwszy pełny sezon, który obejrzałem od początku do końca, to był 1994 rok.
Później odkryłem zagraniczne magazyny dostępne w osiedlowej księgarni. Drogie, dostarczane z opóźnieniem, ale to nie miało znaczenia. Do tego dochodziły wizyty w bibliotekach, zbieranie materiałów, notowanie wyników w zeszytach. A gdy pojawił się Internet, dostęp do wiedzy stał się znacznie łatwiejszy. Ta fascynacja cały czas rosła i z czasem udało się ją przekuć w pracę, która daje mi mnóstwo satysfakcji.
Czy pojawienie się Roberta Kubicy było przełomem dla popularności Formuły 1 w Polsce?
– Zdecydowanie tak. To była zupełnie inna sytuacja. Nagle mieliśmy „swojego” człowieka w świecie, który wcześniej wydawał się nieosiągalny. Kubica nie tylko dotarł do Formuły 1, ale odnosił sukcesy – podium, pole position, zwycięstwo. To przyciągnęło uwagę kibiców i pozwoliło im wejść głębiej w ten sport. Dla mnie było to też potwierdzenie, że ta pasja może być zrozumiała i atrakcyjna dla szerokiej publiczności.
Nie ulega wątpliwości, że na przestrzeni lat zebrał pan mnóstwo doświadczeń, a czy są tory, do których ma pan szczególny sentyment?
– Łatwiej byłoby wskazać te, za którymi nie przepadam… Na przykład dawniej Soczi czy będące w obecnym kalendarzu zmagań Abu Zabi, gdzie dobrze się pracuje, ale pod względem sportowym to miejsce nie oferuje zbyt wiele. Najbardziej cenię klasyczne tory europejskie. Choć są wyjątki. Zandvoort w Holandii, który dołączył do kalendarza na fali sukcesów Maxa Verstappena i zniknie po tym sezonie, jest trudny do ścigania i pracy dziennikarskiej. To mały, ciasny obiekt, który nie do końca pasuje do współczesnej Formuły 1.
Monako budzi mieszane uczucia. Logistycznie to koszmar, a wyścig, w którym kluczowa jest strategia, bywa mało widowiskowy. Niemniej kwalifikacje to coś absolutnie wyjątkowego. Oglądanie kierowców przeciskających się między barierami z ogromną prędkością robi niesamowite wrażenie. Tak czy inaczej w zasadzie na każdym torze można znaleźć coś ciekawego. Zawsze, gdy jestem o to pytany, zachęcam, by wybrać się na wyścig, by poczuć to na żywo.
Jakie ma pan rekomendacje dla fanów, którzy jeszcze tego nie zrobili?
– Każdy pierwszy kontakt z Formułą 1 na żywo jest wyjątkowy. Telewizja nie oddaje prędkości, dźwięku, skali tego widowiska. Najbliżej dla polskich kibiców są Węgry, Austria czy Monza. Każde z tych miejsc będzie świetnym wyborem.
Wspomniał pan o Węgrzech. To ciekawy przypadek w naszym regionie, bogate tradycje wyścigowe w Europie Środkowo-Wschodniej.
– To rzeczywiście stały i bardzo ważny punkt kalendarza. Wyścigi odbywają się tam nieprzerwanie od 1986 roku. Tor przeszedł niedawno znaczną modernizację, bo dotychczasowa infrastruktura była już przestarzała. To miejsce ma świetną atmosferę. Przyjeżdża dużo kibiców z Polski, są pola namiotowe, klimat sportowego święta przeżywanego wspólnie. I co ważne, w Formule 1 panuje wyjątkowa kultura kibicowania. Na trybunach mieszają się fani różnych zespołów, jest zdrowa rywalizacja, ale bez wrogości. To właśnie jeden z najpiękniejszych elementów tego sportu.
Bartłomiej Najtkowski
Więcej Wywiady
Przemysław Zamojski: porażka jest tajemnym składnikiem do sukcesu [WYWIAD]
Patrząc na karierę Przemysława Zamojskiego, nie trudno dojść do wniosku, że jako koszykarz osiągnął w Polsce wszystko. Przez lata gry w Polskiej Lidze Koszykówki, głównie w barwach Asseco Prokomu Gdynia i Stelmetu Zielona Góra, dorobił się wielu sukcesów – od mistrzostwa, po Puchar, czy Superpuchar Polski. Z reprezentacją Polski był…