Michał Pol: igrzyska paralimpijskie to raj dla dziennikarzy. Przykro mi, że ich nie ma [WYWIAD]
W Mediolanie i Cortinie trwają igrzyska paralimpijskie. Skontaktowaliśmy się więc z attaché prasowym reprezentacji Polski, Michałem Polem, który odsłonił nam nieco kulis wydarzenia we Włoszech. – Kwestie logistyczne są bardzo utrudnione. I, co tu dużo mówić, choć Włosi są przeuroczy, przesympatyczni, to też trochę już zmęczeni igrzyskami – opowiada.
Marcin Długosz, Sportmarketing.pl: – Jak wygląda praca dziennikarzy na miejscu we Włoszech? Kwestie logistyczne, przemieszczanie się między arenami są trudne czy maksymalnie uproszczone?
Michał Pol, attaché prasowy paralimpijskiej reprezentacji Polski: – Szczerze mówiąc jest to szalenie trudne. Ja nie pracuję jako klasyczny dziennikarz, jestem attaché prasowym. Mieszkam z naszą ekipą, pokój w pokój z zawodnikami. Korzystam więc z transportu dla reprezentantów. Względem dziennikarzy jestem uprzywilejowany.
To moje szóste igrzyska i zawsze są specjalne pasy drogowe dla rodziny olimpijskiej, żeby szybciej przemieszczać się przez miasta, omijać korki. Tutaj to niemożliwe – są tylko dwa pasy na górskich drogach. Mamy jedną alpejską wioskę w Cortinie d’Ampezzo, drugą w Predazzo w dolinie Val Di Fiemme. Tam startują narciarze biegowi i biathloniści.
Pomiędzy tymi miejscowościami jest 49 kilometrów. Jedzie się tam dwie i pół godziny krętymi drogami, serpentynami. Jestem po takiej podróży wykończony, ciężko też obskoczyć dwa miejsce zawodów jednego dnia. Zwykle bywałem na dwóch-trzech zawodach, tutaj jedzie się albo tu, albo tu. Nie przeskoczy się tego. To szalenie trudne, trzeba też się przesiadać.
Kwestie logistyczne są bardzo utrudnione. I, co tu dużo mówić, choć Włosi są przeuroczy, przesympatyczni, to też trochę już zmęczeni igrzyskami. Opowiem taką historię – w pewnym momencie podjechały po nas trzy autobusy. W środku zmęczeni zawodnicy. Autobusy podjeżdżają jeden za drugim, kierowcy kłócą się między sobą, który powinien odjechać. Ja poszedłem zrobić awanturę w imieniu sportowców łamanym włoskim, bo nikt tam nie rozmawia po angielsku.
No i stoją te trzy autobusy i żaden nie odjeżdża – czekają na szefa, który podejmie decyzję. Więc pod tym względem to naprawdę najtrudniejsze z sześciu igrzysk, na których byłem. Nie ma siły, żebym pojechał na hokej do Mediolanie, bo utknę w drodze – to prawie pięć godzin w jedną stronę i długo serpentynami prowadzącymi do autostrady.
– Gospodarze są trochę zmęczeni, że znów goszczą dużą imprezę chwilę po zakończeniu ZIO?
– Nie mogę powiedzieć, że jesteśmy intruzami. Ludzie są tu uroczy, wolontariusze – przeserdeczni. Pracują przy tym nie tylko Włosi, ale i Azjaci, Afrykańczycy. Dalej robią swoje. Natomiast organizatorzy po prostu utrudnili sobie pewne sprawy. Zawodnicy skarżyli mi się, że na przykład wytyczono zbyt trudne trasy snowboardowe. Do tego stopnia, że po pierwszym treningu pięciu zawodników wylądowało w szpitalu! I nie było w stanie już wystąpić. Zaprzyjaźnione federacje opowiadały też, że bardzo trudno uzyskać zaświadczenia medyczne – co jest naszemu zawodnikowi, co z nim zrobiliście.
Nie wiem czy można winić za to Włochów, czy raczej międzynarodową federację, ale panuje pełny chaos. Tu jest przepięknie, Dolomity zapierają dech w piersiach. W Pekinie czy Pjongczangu pięknie nie było, raczej niezbyt naturalnie, ale u Chińczyków wszystko chodziło jak w zegarku. Tutaj panuje raczej podejście – to się zrobi, tamto się zrobi, a co, nie zjedziecie, za trudno? Kawka, luz, słoneczko.
Dodam jeszcze parę zdań o stołówce. Bajka! Na igrzyskach zawsze spotykałem się z różnymi kuchniami – przygotowywano dania amerykańskie, francuskie, azjatyckie… W Paryżu cała jedna wielka sala była zadedykowana kuchni halal. A tu? Jedzenie tylko włoskie. Nie ma innego wyboru. Ale za to pyszności pierwsza klasa.
– Jaka jest specyfika pracy z pralimpijczykami? Są przystępniejsi i bardziej otwarci na rozmowy niż sportowcy pełnosprawni?
– Tak, nie do porównania. Dostępność jest ogromna. Poza ekipą TVP nie ma jednak niestety dziennikarzy z Polski. Jest za to dużo z innych krajów, naszymi sportowcami interesują się Japończycy czy Amerykanie. Zawodnicy są tak otwarci!
W zasadzie jak tylko zjeżdżają z trasy to wchodzą w tłum kibiców. Często to ich rodziny, ale i obcy ludzie. Bardzo łatwo jest się umówić na wywiad. Gdyby tu tylko byli dziennikarze z Polski to ja mam do wyboru dużą salę konferencyjną, małą, mogę organizować wszystko na różne sposoby.
Jeszcze nie słyszałem, żeby któryś ze sportowców odmówił dziennikarzowi. To coś innego niż sport osób pełnosprawnych. Są przeotwarci jeśli tylko ktoś chce porozmawiać. Oni też rozumieją, że są ambasadorami całego ruchu paralimpijskiego. To raj dla dziennikarzy i dlatego przykro mi, że ich nie ma.
– A czy Włosi wspominają może w rozmowach pracę przy zimowych igrzyskach olimpijskich? Przebiegły tak jak sobie wyobrażali czy narzekają, że mogło być inaczej?
– Są dumni i zadowoleni. Pokazują, jak wszystko się zredukowało względem IO – centrum prasowe o jedną trzecią, to, tamto… Ale raczej żaden Włoch nie narzeka, a rozmawiałem z wieloma. Są spełnieni, czują, że było warto. No bo te igrzyska miały klimat, nie można im tego odebrać. My również mamy takie poczucie, że czujemy się jak we Włoszech. Pełną parą korzystamy z tego, co kraj ma do zaoferowania.
– Jakie są największe trudności w pracy medialnej przy igrzyskach paralimpijskich, a co sprawia największą satysfakcję?
– Pełnię funkcję attaché, ale też zajmuję się rzeczami dziennikarskimi. Opisuję starty Polaków, robię o nich historie. Jest też dużo niesamowitych historii zagranicznych. Mam takie poczucie misji. O tych ludziach nikt nigdy wcześniej specjalnie nie pisał, więc to jest ten moment, w którym paralimpijczycy mogą się wybić.
Na letnich igrzyskach nie nadążam opisywać medali, bo jest ich tak dużo. Nie chcę powiedzieć, że stanowimy potęgę, ale parędziesiąt medali zawsze zdobywamy. Nawet trzy jednego dnia! A tutaj? Będziemy szczęśliwi z jednego czy dwóch medali. Te kluczowe konkurencje przyjdą dopiero pod koniec tygodnia.
Poza tym jak jest medal to łatwo się przebić. Portale i telewizje to podchwytują, chcą się połączyć z danym sportowcem. Najprzyjemniej jest mi, kiedy mogę informować o sukcesach. Jeśli chodzi o zimowe igrzyska, to w Pekinie nie zdobyliśmy ani jednego medalu, w Pjongczangu udał się jeden brązowy, więc jest ciężko. Warunki do uprawiania sportów zimowych dla osób niepełnosprawnych są trudne. Duże nakłady finansowe, treningi w Alpach…
– A na zakończenie – jest może coś, czym chciałbyś się podzielić, a o co nie zapytałem?
– Z takich kwestii marketingowych to jest kilka kontrowersyjnych. Wielu zawodników ma tatuaże olimpijskie i muszą je zaklejać pod groźbą dyskwalifikacji. Paralimpijczykom jest dużo ciężej zdobyć sponsora niż osobom pełnosprawnym, a tutaj są takie restrykcje jak na IO – zero prywatnych sponsorów pod groźbą wyrzucenia z wioski. Nie można publikować w mediach społecznościowych contentu dla swojego partnera z wioski czy zawodów. Sprawdzają to wszystko, grożą wyrzuceniem z zawodów i odebraniem medalu.
Igrzyska olimpijskie i igrzyska paralimpijskie są we władaniu dwóch odmiennych organizacji. Niby współpracują, ale zazdrośnie strzegą swoich produktów. Sportowcy otrzymują specjalne przewodniki – co wolno, czego nie wolno, a za złamanie zasad grozi usunięcie z wioski. Naprawdę, panują takie same restrykcje jak na IO.
Marcin Długosz
Więcej Wywiady
Edyta Sadowska tylko u nas o Ekstraklasie, branży mediowej i działaniach Canal + [WYWIAD]
Edyta Sadowska została zwyciężczynią piątej edycji rankingu TOP50 Najbardziej Wpływowych Kobiet w Polskim Biznesie Sportowym. Prezes Zarządu Canal + w ekskluzywnym wywiadzie dla SportMarketing.pl odniosła się m.in. do przyszłości PKO BP Ekstraklasy w stacji, roli kobiet w świecie sportu czy rozwoju polskiej piłki nożnej.