06.03.2026 09:55

[Tylko u nas] Pierwszy wywiad z nowym szefem Revolut w Polsce. Wiktor Stopa o sporcie, marketingu i globalnej strategii Revolut

Wiktor Stopa niedawno został Head of Growth CEE w Revolut. W pierwszym, ekskluzywnym wywiadzie dla SportMarketing.pl opowiedział m.in. o najnowszych partnerstwach z NBA i Audi Revolut F1 Team. Wspomniał, jak widzi polski marketing sportowy i czy globalny gigant finansowy myśli o sponsoringu… piłkarskiej reprezentacji Polski.

Udostępnij
„W Formule 1 jesteś obecny każdego dnia”. Wiktor Stopa o sporcie, marketingu i globalnej strategii Revoluta

Paweł Łakomski: Zacznijmy od sportu. Słyszałem, że jesteś wielkim fanem koszykówki – i sam kiedyś grałeś.

Wiktor Stopa, Revolut, Head of growth Western & Eastern Europe: – Moja droga sportowa jest dość ciekawa. Zaczynałem jako młody zawodnik piłki ręcznej i grałem nawet na poziomie profesjonalnym w moim rodzinnym mieście w Niemczech – w Gummersbach.

W wieku 16 lat przestałem grać w piłkę ręczną i przerzuciłem się na koszykówkę. Później, przez różne momenty w życiu, grałem półprofesjonalnie aż do moich wczesnych lat dwudziestych, zanim zdecydowałem się skupić na karierze korporacyjnej.

Jestem wysoki, więc spędziłem naprawdę wiele godzin na parkiecie. Potem miałem siedem lat przerwy od koszykówki, a od trzech lat znowu gram – w każdy poniedziałek. Po prostu, żeby sprawdzić, czy nadal mam to w sobie.

Na jakiej pozycji grałeś?

– Center.

Klasyczny center?

– Trochę inny niż typowy wysoki zawodnik stojący tylko pod koszem. Zawsze byłem dobrym strzelcem jak na tę pozycję. Można powiedzieć, że byłem czymś pomiędzy nowoczesnym centrem a power forwardem – kimś, kto potrafi grać pod koszem, ale też dobrze rzucać.

Co ciekawe, zanim zacząłem grać w koszykówkę, byłem bramkarzem w piłce ręcznej. A to nie jest pozycja znana z dużej ilości biegania. Kiedy przeszedłem do koszykówki, musiałem zmienić naprawdę wiele w swoim podejściu do treningu i przygotowania fizycznego.

Bramkarz? Piłka ręczna? Czy miałeś swojego idola?

– Tak – Sławomira Szmala. Kiedy byłem młodym bramkarzem, był moim absolutnym numerem jeden. Polska miała wtedy niesamowite pokolenie zawodników – jednych z najlepszych na świecie.

Skoro Niemcy i koszykówka – pierwszym idolem był Dirk Nowitzki?

– Nie. Kobe Bryant. Zawsze był i zawsze będzie.

To ciekawa historia, bo kiedy zaczynasz bardzo wcześnie uprawiać sport i spędzasz dużo czasu poza szkołą na treningach, bardzo szybko uczysz się innego sposobu myślenia – nie tylko o sporcie, ale też o życiu. W moich nastoletnich latach Kobe był kimś, kto pokazywał właśnie taki sposób myślenia. Pamiętam, że mecz z 81 punktami oglądałem chyba setki razy. Wciąż wracałem do tych highlightów.

A potem zaczynasz rozumieć jego mentalność – podejście do pracy, treningu i ambicji. I tak, to był zawodnik, na którego najbardziej patrzyłem.

Czy spodziewałeś się, że niemiecka koszykówka osiągnie taki poziom – mistrzostwo świata i sukcesy w Europie?

– Szczerze mówiąc – tak i nie.

Jestem urodzony i wychowany w Niemczech, choć jestem jednym z niewielu członków mojej rodziny, którzy urodzili się już po tym, jak moja rodzina wyjechała z Polski. Niemcy od dawna mają bardzo dobre akademie koszykarskie i system szkolenia. Dirk Nowitzki był ogromną inspiracją dla całego pokolenia.

Berlin jest świetnym przykładem miasta z bardzo dobrą infrastrukturą koszykarską. Jest tam dużo klubów młodzieżowych, akademii i bardzo silny klub – Alba Berlin – który w ostatnich latach wychował choćby braci Wagner.

Natomiast w zachodniej części kraju sytuacja wygląda inaczej. W Kolonii mieliśmy klub, który ostatecznie zbankrutował i zniknął z mapy. To pokazuje, że finansowa infrastruktura tego sportu wciąż jest nierówna.

Dlatego sukces reprezentacji Niemiec trochę mnie zaskoczył – szczególnie mistrzostwo świata. Z drugiej strony to też efekt pracy kilku regionów, które konsekwentnie rozwijały młode talenty. A do tego czasem potrzebujesz też odrobiny szczęścia – że zawodnicy tacy jak Dennis Schröder czy bracia Wagner trafiają do jednego pokolenia i mogą razem grać przez wiele lat.

W Europie są jednak miejsca, gdzie koszykówka ma jeszcze silniejszą pozycję.

– Tak – świetnym przykładem jest Francja.

Częścią mojej pracy jest odpowiedzialność za rynek francuski. Odpowiadam teraz za Polskę i region CEE, za region DACH – czyli Niemcy, Austrię i Szwajcarię – ale także za Francję i kraje Beneluksu.

We Francji współpracujemy z NBA już od trzech lat i tam infrastruktura koszykarska wygląda zupełnie inaczej.

Koszykówka ma tam ogromną kulturę. Jest bardzo silna – obok piłki nożnej i piłki ręcznej. W pewnym sensie to styl życia. Często widzisz piłkarzy oglądających NBA, ale rzadziej koszykarzy oglądających futbol.

Niemcy dopiero przechodzą przez taką transformację. Myślę, że podobnie jest w Polsce.

Polska ma teraz ciekawe pokolenie zawodników – na przykład Jeremiego Sochana, Mateusza Ponitkę – i kilku innych dobrych graczy. Ale to jeszcze nie jest moment, w którym cały kraj chce grać w koszykówkę.

Koszykówka jest też sportem bardzo mocno powiązanym z modą i stylem życia.

– Zdecydowanie. I to był jeden z powodów, dla których weszliśmy w NBA. Trzy lata temu zaczęliśmy pierwsze rozmowy z ligą i zostaliśmy partnerem bankowym NBA przy europejskich meczach. Kiedy analizowaliśmy tę możliwość, dowiedzieliśmy się, że jeden z meczów sezonu zasadniczego odbędzie się w styczniu w Paryżu. Uznałem, że to ma ogromny sens.

Pierwszy rok to był mecz Brooklyn Nets kontra Cleveland Cavaliers. Nie było tam francuskiego zawodnika, ale Nets przywieźli kulturę Brooklynu – hip-hop, styl życia, modę. To bardzo dobrze pasowało do Paryża.

To był świetny test. NBA przyjeżdża do Europy, a ludzie chcą to zobaczyć.

Dlatego NBA postawiła na Paryż przez Victora Wembanyama.

– San Antonio Spurs rozegrali dwa mecze w Paryżu, a do tego termin pokrywał się z Paris Fashion Week. To oznaczało, że wszystkie gwiazdy świata mody były w mieście. Między meczami zorganizowaliśmy wydarzenie influencerów. Dwie drużyny influencerów zagrały przeciwko sobie w hali Accor Arena.

To było idealne połączenie kilku elementów: ogromnej platformy NBA, naszej marki, która bardzo mocno pracuje z influencerami i kultury koszykówki.

W tym roku NBA postanowiła przenieść się do dobrze znanego Tobie Berlina.

– Powód był prosty – mamy świetną historię z niemieckimi zawodnikami, zwłaszcza braćmi Wagner z Berlina. Chcieliśmy zrobić coś podobnego jak w Paryżu, choć trzeba uczciwie powiedzieć, że Berlin Fashion Week nie jest jeszcze tak ważny globalnie jak Paris Fashion Week. W Paryżu wszystkie gwiazdy były już na miejscu – więc łatwo było połączyć modę i koszykówkę. Ale nawet bez tego NBA w Europie jest ogromnym wydarzeniem. Bardzo wiele osób chce przynajmniej raz w życiu zobaczyć mecz NBA na żywo.

A dla nas to świetna okazja, żeby stworzyć wyjątkowe doświadczenie związane z marką Revolut.

Rozmawiamy o marketingu sportowym i o tym, co dzieje się za kulisami sportowego biznesu. Jak wygląda pierwsza rozmowa z NBA? Jak długo trwa proces od pierwszego maila do podpisania umowy?

– Decyzje zapadają bardzo szybko. Pierwsze rozmowy odbyły się mniej więcej w sierpniu. A w październiku byliśmy już częścią przedsprzedaży. Czyli około dwa miesiące od pierwszej rozmowy do pełnej realizacji.

Podobnie było z Formułą 1. Od pierwszej analizy do finalizacji partnerstwa minęły trzy–cztery miesiące.

Revolut jest produktem działającym na wielu rynkach. Czy dlatego szukacie sportów, które również mają globalny zasięg?

– Na poziomie globalnym – tak. Ale czasami schodzimy też głębiej na poziom konkretnego rynku.

Na przykład niedawno ogłosiliśmy współpracę z klubem piłkarskim Hammarby w Szwecji. Dlaczego? Bo kiedy analizowaliśmy rynki nordyckie – Danię, Szwecję, Norwegię i Finlandię – zobaczyliśmy pewną lukę. Ludzie w tych krajach oczywiście oglądają Formułę 1 czy NBA, ale jeśli chodzi o emocje i codzienny kontakt ze sportem, to bardzo często wygrywa lokalna piłka nożna.

Dlatego w takich przypadkach wchodzimy głębiej w lokalny sport.

To jaka jest strategia sponsoringowa Revoluta?

– Patrzymy na sponsoring w dwóch wymiarach. Pierwszy to bardzo lokalny efekt – partnerstwo, które pomaga nam rozwijać się w konkretnym kraju. Drugi to tzw. multiplayer czyli platforma, która działa na wielu rynkach jednocześnie.

NBA i Formuła 1 – brzmi jak idealny plan.

– Jeśli spojrzysz na projekt Audi w Formule 1, to jest bardzo ciekawy przykład.

Po pierwsze mamy niemiecką markę samochodową – Audi.
Po drugie mamy niemieckiego kierowcę – Nico Hülkenberga.

To już są dwa elementy, które możemy bardzo mocno wykorzystywać komunikacyjnie na rynku niemieckim.

Do tego dochodzi kolejny element – adidas. Co ciekawe, kiedy podpisywaliśmy umowę, jeszcze nie wiedzieliśmy, że adidas będzie częścią projektu.

A z drugiej strony mamy brazylijskiego kierowcę – Gabriela Bortoleto.

Jeśli spojrzysz na Brazylię, to jest kraj, który zawsze miał ogromne emocje związane ze sportem. Oczywiście piłka nożna jest tam najważniejsza, ale w Formule 1 pojawienie się kierowcy, za którym stoi cały kraj, jest czymś bardzo dużym.

W pewnym sensie może to być następca takich kierowców jak Felipe Massa.

Dlatego mamy sytuację, w której platforma jest globalna, ale jednocześnie bardzo mocno rezonuje lokalnie.

Czyli Brazylia jest dla was jednym z kluczowych rynków?

– Tak. To jeden z naszych największych rynków ekspansji i ogromny potencjał wzrostu.

Jednocześnie Brazylia jest bardzo różna od Europy. Ale są pewne podobieństwa do niektórych rynków europejskich.

Naszym celem jest wykorzystywać Gabriela Bortoleto w komunikacji zarówno w Europie, jak i w Brazylii. Oczywiście w Brazylii będzie on jeszcze ważniejszym elementem komunikacji niż Nico Hülkenberg.

Ale to jest też świetna okazja do testowania różnych scenariuszy. Może się okazać, że najlepszy efekt daje komunikacja oparta równomiernie na obu kierowcach.

Tego nie wiemy jeszcze na pewno – dopiero będziemy to sprawdzać w trakcie sezonu.

Jak się czujesz przed pierwszym weekendem wyścigowym, kiedy wchodzicie jako partner tytularny zespołu?

– To bardzo ciekawe uczucie, bo nagle otwiera się zupełnie nowy świat obecności marki. Jeśli spojrzysz na klasyczną reklamę, to kupujesz czas antenowy. Jeśli chcesz być przy Lidze Mistrzów, kupujesz spot u nadawcy. Jeśli sponsorujesz koszulkę drużyny, wiesz, że jesteś widoczny podczas meczu. W Formule 1 wszystko działa inaczej. Od 1 stycznia jesteś obecny każdego dnia. Jesteś w wiadomościach, na YouTube, w analizach streamerów, którzy komentują malowanie bolidu. Cały czas pojawiają się opinie o zespole.

Jeśli jesteś partnerem tytularnym, nie jesteś już tylko logotypem na samochodzie. Ludzie zaczynają traktować cię jako część zespołu.

To działa też bardzo emocjonalnie. Jeśli ktoś mówi, że malowanie bolidu nie jest dobre, możesz poczuć się trochę dotknięty, bo dla ciebie wygląda świetnie. To pokazuje, jak bardzo jesteś już w środku tego projektu.

Na przykład oglądałem ostatnio nowy sezon „Drive to Survive” na Netflixie i nagle zobaczyłem siebie w drugim odcinku.

To zabawne, bo oglądałem ten odcinek w domu z rodziną i nagle powiedziałem: „Chwileczkę, będę rozmawiał z tym gościem za kilka dni”.

– Miałem dokładnie taką samą sytuację z moją żoną.

Oglądaliśmy sezon jeszcze raz i powiedziałem: „Byłoby zabawne, gdybym nagle pojawił się w którymś odcinku”. Dwie minuty później zobaczyłem siebie na ekranie.

Czy podzielasz zdanie, że Netflix i „Drive to survive” dał Formule 1 drugie życie?

– Myślę, że Netflix pomógł odbudować zainteresowanie Formułą 1 w wielu krajach.

Na przykład w Niemczech przez wiele lat był to najważniejszy rynek F1. Potem zainteresowanie spadło. Teraz mamy szansę je odbudować. Podobnie jest w Polsce. To kraj bardzo związany z motoryzacją.

W wielu miejscach w Polsce widzisz ludzi w koszulkach zespołów F1 – Williamsa, Red Bulla. To część kultury kibicowskiej, trochę jak noszenie koszulki piłkarskiej. I to jest też ogromna szansa dla nas jako marki.

Byłem zaskoczony, kiedy zobaczyłem na stronie Adidasa, ile produktów powstało we współpracy z zespołem. To nie jest dziesięć produktów, tylko chyba ponad czterdzieści.

– Tak. I to też pokazuje ciekawą zmianę w podejściu Adidasa.

Jeśli dobrze pamiętam, zeszły rok był pierwszym rokiem, w którym Adidas wszedł do Formuły 1 poprzez współpracę z Mercedesem. Teraz to drugi rok, kiedy rozszerzają obecność w tym sporcie.

Adidas zobaczył ogromną szansę w Formule 1 i wprowadza do niej swoją wartość lifestyle’ową.

A dla was ważne było też bycie częścią tej platformy modowej wokół sportu?

– Z perspektywy marki oczywiście najważniejsze jest to, że zespół nazywa się Audi Revolut F1 Team i że nasza marka jest częścią tej historii. Ale dodatkowe elementy, takie jak współpraca z Adidasem czy obecność w produktach lifestyle’owych, tylko wzmacniają całą platformę.

To trochę jak z samochodem z klocków LEGO. Nagle nasza marka pojawia się w pokojach dzieci, które budują modele bolidów Formuły 1.

I to wszystko buduje świadomość marki na wielu poziomach.

Chciałbym zapytać o polski rynek. Gratulacje z okazji nowej roli w Revolucie. Jakie masz cele w Polsce?

– Polska od samego początku była dla Revoluta bardzo ważnym rynkiem. Od momentu wejścia na ten rynek obserwowaliśmy bardzo duże zainteresowanie naszymi produktami.

Moim głównym celem jest pokazanie dwóch rzeczy. Po pierwsze – chcemy pokazać w Polsce więcej z globalnych inicjatyw, które realizujemy. Na przykład Formułę 1 czy NBA.

Po drugie – chcemy mocniej komunikować to, co robimy lokalnie.

W ostatnich latach wykonaliśmy ogromną pracę, budując lokalne produkty i funkcjonalności, takie jak BLIK. Teraz chcemy pokazać, że jesteśmy globalną marką, która jednocześnie potrafi być bardzo lokalna.

Drugi ważny cel to rozszerzenie sposobu, w jaki ludzie korzystają z Revolut. Dziś wiele osób używa naszej aplikacji podczas podróży albo do płatności online. Chcemy, żeby coraz więcej osób traktowało Revolut jako swój główny bank. To oznacza, że musimy zrozumieć, dlaczego część użytkowników korzysta z nas tylko w określonych sytuacjach.

Czy wynika to z braku wiedzy o produkcie? Wtedy musimy lepiej edukować. Czy może dlatego, że nie oferujemy jeszcze czegoś, do czego klienci są przyzwyczajeni w tradycyjnych bankach? To są pytania, na które staramy się znaleźć odpowiedzi.

Czy Revolut chciałby być częścią polskiego sportu? Na przykład sponsorować klub albo federację?

– W Polsce najważniejsze jest zrozumienie, czym żyją kibice. Jakie sporty są najważniejsze? Gdzie ludzie chcieliby zobaczyć naszą markę? Pierwszym krokiem jest przybliżenie naszych globalnych platform – takich jak Formuła 1 – do lokalnego rynku.

Chcemy, żeby ktoś, kto korzysta z Revoluta, czuł automatycznie większą więź z projektem Audi Revolut F1 Team. A kolejnym krokiem jest znalezienie partnerów lokalnych.

Mogą to być sportowcy, kluby, influencerzy czy inne osobowości publiczne.

Czyli jesteście w trakcie analizowania takich możliwości?

– Tak. Mamy już kilka projektów w przygotowaniu i w najbliższym czasie pojawi się kilka niespodzianek na polskim rynku. Jednocześnie cały czas analizujemy kolejne możliwości. Chcemy być obecni stale, a nie tylko okazjonalnie. W najbliższych tygodniach zobaczymy też, jak duża może być platforma Formuły 1 w Polsce i jak bardzo możemy ją rozwijać.

Czy wasz produkt może być przydatny dla organizacji sportowych – klubów czy związków sportowych?

– To właśnie jest nasz długoterminowy cel. Dobrym przykładem jest współpraca z klubem Como we Włoszech. To bardzo interesujący projekt, bo klub jest zarządzany trochę jak startup technologiczny. Ma inwestorów venture capital i bardzo nowoczesne podejście do zarządzania. Kiedy analizowaliśmy możliwość współpracy, okazało się, że możemy pomóc im nie tylko jako sponsor. Kluby piłkarskie kupują i sprzedają zawodników, a to oznacza transakcje w różnych walutach. Jeśli korzystasz z tradycyjnych banków, możesz tracić sporo pieniędzy na przewalutowaniach. Nasze rozwiązanie Revolut Business pozwala robić to znacznie bardziej efektywnie.

Dlatego zaczęliśmy od rozmowy o produkcie. Dopiero później pojawił się sponsoring. I to jest model, który bardzo nam odpowiada. Nie chodzi tylko o umieszczenie logo na koszulce. Chodzi o prawdziwe partnerstwo, w którym nasz produkt jest realnie używany.

Czyli logo jest ważne, ale ważniejsze jest to, co możecie zrobić dla partnera?

– Dokładnie. Spójrzmy na zespół Formuły 1. Członkowie zespołu podróżują po całym świecie – Bahrain, Chiny, Australia i wiele innych miejsc. To setki osób, które pracują w różnych krajach i często operują w różnych walutach. W takich sytuacjach rozwiązania finansowe Revoluta mogą być naprawdę użyteczne.

Jak wygląda twój typowy tydzień pracy?

– Poniedziałek zwykle zaczynam od sportu. Potem analizuję dane – przede wszystkim wyniki wzrostu na różnych rynkach. Sprawdzam, które rynki rozwijają się najlepiej, a gdzie mamy jeszcze potencjał do poprawy. Reszta dnia to rozwiązywanie problemów i realizacja projektów z roadmapy. Pracuję z wieloma rynkami – Francją, Niemcami, Polską, Austrią, Szwajcarią, krajami Beneluksu i innymi rynkami Europy Środkowo-Wschodniej. Dlatego dużą częścią pracy jest zrozumienie, jak różne rynki reagują na nasze działania.

Słyszałem kiedyś wywiad Toto Wolffa z Mercedesa, że nie zaczyna spotkań przed 10:30 rano. Masz podobną zasadę?

– Mam podobne podejście. Poranki lubię przeznaczać na analizę danych, bo wtedy mam największą koncentrację. Jeśli zaczynasz dzień od spotkań, bardzo łatwo się rozproszyć. A jeśli najpierw zrozumiesz dane, łatwiej podejmować decyzje w ciągu dnia.

Ile rozmów, spotkań czy maili było potrzebnych przed pierwszym wyścigiem?

Całkiem sporo. Styczeń był bardzo intensywny, bo w Berlinie odbyły się dwa duże projekty.

Najpierw wydarzenie NBA Berlin, a kilka dni później premiera bolidu Audi Revolut F1 Team.

To oznaczało sześć dni intensywnej pracy – współpracy z mediami, influencerami i partnerami. Ale to też najciekawsza część tej pracy.

Ostatnie pytanie. Czy wyobrażasz sobie, że w przyszłości Revolut mógłby sponsorować reprezentację Polski w piłce nożnej?

– W przypadku reprezentacji narodowych jest jednak pewne wyzwanie. Kluby grają co tydzień, mają stadion i regularny kontakt z kibicami. Reprezentacje grają rzadziej i w różnych krajach. Z punktu widzenia integracji produktu łatwiej pracować z klubem niż z reprezentacją.

Jednocześnie Polska jest bardzo ciekawym rynkiem sportowym. Na przykład zimowe sporty były przez lata ogromnie ważne – skoki narciarskie miały niesamowitą popularność. Potem przyszła generacja Lewandowskiego, która wzmocniła znaczenie piłki nożnej.

Teraz pojawiają się nowe dyscypliny i nowe pokolenia sportowców.

To ciekawe, bo w Polsce nawet, kiedy reprezentacja gra słabo, nadal ma największą oglądalność.

Myślę, że to dość uniwersalne zjawisko. Kibice potrzebują bohaterów, z którymi mogą się identyfikować. NBA jest dobrym przykładem – nawet jeśli nie gra twój ulubiony zawodnik, liga sama w sobie gwarantuje poziom emocji. Podobnie jest z Premier League.

Udostępnij
Paweł Łakomski

Paweł Łakomski