Kariera po sporcie. Anna Kiełbasińska: sport był wspaniałym rozdziałem mojego życia, ale przede mną kolejne etapy i wyzwania
W ramach cyklu „Kariera po sporcie” przedstawiamy historie zawodniczek, które po zakończeniu profesjonalnej kariery odnalazły się w nowych rolach i wyzwaniach. Tym razem rozmawiamy z Anną Kiełbasińską, polską lekkoatletką, sprinterką, wicemistrzynią olimpijską i świata oraz halową mistrzynią Europy, a dziś między innymi założycielką Good Sports Society, stowarzyszenia wspierającego sportowców rozwijać się i zabezpieczać swoją przyszłość, niezależnie od etapu kariery.
Magdalena Bryś, SportMarketing.pl: Czy pamiętasz moment, w którym zdecydowałaś zakończyć swoją profesjonalną karierę sportową jako atletka?
Anna Kiełbasińska, polska lekkoatletka, sprinterka, wicemistrzyni olimpijska, wicemistrzyni świata oraz halowa mistrzyni Europy w sztafecie 4 × 400 metrów: – To nie był jeden, konkretny moment. Ta decyzja we mnie dojrzewała. Wynikała z obserwacji i z coraz silniejszego poczucia, że to ja decyduję o swoim życiu. Chciałam spróbować czegoś nowego, sprawdzić się na innych polach. Oczywiście miałam swoje cele i marzenia, w dużej mierze je zrealizowałam. Na początku były bardzo konkretne, jak medal igrzysk olimpijskich, medal mistrzostw Europy. Z czasem jednak życie, także w wymiarze zdrowotnym, zweryfikowało te plany. Musiałam je uelastycznić, dopasować do realiów.
Zrozumiałam wtedy, że moim sukcesem nie jest wyłącznie kolor medalu. Sukcesem było to, że przeszłam przez trudności, mimo przeciwności potrafiłam dojść do etapu, w którym w ogóle mogłam o te cele walczyć. Może to nie było złoto, a brąz, ale w kontekście wszystkiego, z czym się mierzyłam, to miało ogromną wartość. Nauczyłam się zarządzać faktami, a nie tylko marzeniami. Wyszłam z tego obronną ręką. To poczucie kompletności jako zawodniczki i jako człowieka dało mi przestrzeń do podjęcia świadomej decyzji o zakończeniu kariery.
Dziś, patrząc z perspektywy, widzę też coś jeszcze. Jako sportowcy żyjemy w pewnej bańce. Kiedyś, gdy ktoś mi to mówił, nie zgadzałam się z tym. Byłam przekonana, że doskonale wiem, jak wygląda świat. Teraz widzę, że to nie do końca prawda.
Sport jest niezwykle wymagającym trybem życia. Funkcjonujemy w koncentracji na celu, w ciągłym napięciu, często z klapkami na oczach. Liczy się tu i teraz, czyli najbliższe zawody, kolejny start. Rzadko myśli się o przyszłości. Czasem podejmuje się decyzje, które z perspektywy czasu nie były najbardziej rozsądne.
Sport był wspaniałym rozdziałem mojego życia, ale tylko rozdziałem, bo przede mną są kolejne. Dla warto zadbać o to, by to samo ciało, które służyło nam w sporcie, mogło dobrze funkcjonować także w życiu po nim.
Można określić sport profesjonalny jako taki tryb bycia w ciągłej gotowości.
– Po zakończeniu kariery sportowej prawdziwe konsekwencje pojawiają się dopiero po kilku miesiącach – wtedy masz realny obraz tego, ile kosztowało Cię życie w tym marzeniu o byciu sportowcem. Tylko że wtedy jest czasami za późno, by cofnąć niektóre decyzje.
Uważam, że moje ciało jest w niezłym stanie, ale mam nadal problemy z kręgosłupem i z biodrem. Wiem, że jeśli nie będę o siebie regularnie dbać, to będę odczuwać skutki tamtych lat każdego dnia. To nie jest tak, że budzisz się rano i myślisz: „Super, już nie trenuję, wszystko jest lekkie i bez wysiłku”. Zaczynasz się bać. Zaczynasz rozumieć, że cena była wyższa, niż wtedy sądziłaś.
Dziś wiem, że sport był wspaniałą częścią mojego życia. Dał mi ogromnie dużo, jak charakter, dyscyplinę, doświadczenie, ale też mnie kosztował. Patrzę na to trochę jak na przywilej – możliwość uprawiania sportu przez tyle lat to coś wyjątkowego. Tylko że ten przywilej ma swoją cenę. Myślę, że wielu sportowców przeciąga moment zakończenia kariery, bo jeszcze nie czują realnych konsekwencji.
Czuję się spełniona sportowa, dlatego pewnie ułatwiło mi to podjęcie decyzji. Wiem, że nie każdy sportowiec ma to poczucie. Statystyka jest bezlitosna, na podium zawsze są tylko trzy miejsca, niezależnie od rangi zawodów, dlatego nie wszyscy mogą poczuć pełnię sportowego spełnienia.
Wróćmy jeszcze na chwilę do wyzwań. Jak wyglądało przejście z trybu życia zawodowego sportowca do codzienności?
– Obecnie wkładam w to wszystko ogrom pracy, ale na razie to przede wszystkim inwestycja. Z większości rzeczy, które robię, nie zarabiam realnych pieniędzy. Z zewnątrz może się wydawać, że „tyle się dzieje”, ale prawda jest bardziej złożona. Ostatnio coraz częściej myślę o swoim bezpieczeństwie zawodowym i finansowym. Mam odłożone pieniądze, ale z konkretną intencją, na sytuacje życiowe, na przyszłość. Obiecałam sobie, że po zakończeniu kariery będę zarabiać na bieżąco – działam jako freelancerka, dlatego nie mam stałego etatu ani gwarantowanego przychodu. Współpracuję przy różnych projektach ambasadorskich, influencerskich, społecznych, ale to zazwyczaj działania krótkoterminowe. Przez chwilę jest poczucie stabilności, a potem znów pojawia się sinusoida: raz myślę „dam radę”, a za chwilę „to już jest ryzykowne”.Zaczynasz też naprawdę rozumieć, ile kosztuje codzienne życie. Będąc sportowcem, oczywiście płacisz rachunki, czynsz, funkcjonujesz, ale jesteś jednak w pewnym systemie. Po zakończeniu kariery nagle okazuje się, że żeby żyć spokojnie, trzeba zarabiać naprawdę konkretne pieniądze.
Niedawno też dużo zainwestowałam również w stowarzyszenie, które współtworzę z koleżanką Anią Jagaciak-Michalską, Good Sports Society. Wierzę w tę inicjatywę całym sercem. Chcemy wspierać sportowców w tematach zdrowia i odnalezienia się po zakończeniu kariery, bo to są realne, często przemilczane problemy. Działalność społeczna ma swoje ograniczenia finansowe. Obecnie staramy się o granty, sponsorów, dofinansowania i to jest bardzo trudne.
Kiedy słyszę: „Zobacz, ile się u Ciebie dzieje”, myślę: tak, dzieje się dużo, ale za tym stoi ogrom pracy i niepewność. Nie mam gwarancji, że sobie poradzę. Jeśli ja jako osoba otwarta, kontaktowa, mieszkająca w dużym mieście, mająca sieć relacji miewam takie obawy, to co dopiero ci, którzy nie mają tylu zasobów?

Są sportowcy, którzy nie mieszkają w dużych miastach, są bardziej introwertyczni, byli wybitni w swojej dyscyplinie, a potem nagle zapada cisza.
– Zapomina się o wielu sportowcach, szybciej niż się wydaje.To, co ja dziś robię, to efekt świadomej pracy. Nie czekam wyłącznie na zaproszenia, czasem je dostaję, ale bardzo często sama prowokuję sytuacje, inicjuję rozmowy, wychodzę z propozycjami. Buduję swoją obecność od nowa.
Zainteresowanie moją osobą jako sportowca dramatycznie spadło. To nie jest narzekanie, to jest opis rzeczywistości, bo tak działa świat sportu.
Liczy się to, co dzieje się dzisiaj. Za chwilę pojawia się ktoś nowy, nowe nazwisko, nowa historia. Oczywiście to jest naturalne, emocje sportowe są krótkotrwałe. Możesz mieć medal, możesz mieć piękną historię, ale jeśli dziś nie startujesz, nie wygrywasz, nie jesteś na bieżąco w centrum wydarzeń, stajesz się „tą, która kiedyś zdobyła medal”. Dlatego jest ważne, by sportowcy byli przygotowani na ten moment, na zmianę tej dynamiki, na konieczność zbudowania siebie na nowo, już nie tylko jako zawodnika, ale jako człowieka poza sportem.
Czasami byli sportowcy bardzo definiowali się poprzez wynik sportowy, czy samą dyscyplinę.
– W przestrzeni publicznej często pojawia się narracja, że pokolenie Gen Z jest „trudnym pracownikiem”, bo brakuje im cierpliwości, systematyczności czy etosu pracy. Nie mówię tu o sportowcach, tylko ogólnie o takim obrazie, który krąży w mediach. Jednak mam poczucie, że sport wciąż bardzo mocno pielęgnuje te wartości, bo bez cierpliwości, konsekwencji i pracy nie da się w nim niczego osiągnąć. W ramach stowarzyszenia też chcemy pokazywać młodym sportowcom, że to, co dziś wypracowują na treningach, w przyszłości będzie ich ogromną przewagą na rynku pracy, będą mieli supermoc. Jeśli zachowają w sobie te cechy, jak wytrwałość, odpowiedzialność, umiejętność pracy w procesie będą się bardzo wyróżniać.
Chcemy mówić o tym, co w sporcie jest dobre i wzmacniające. Oczywiście są też trudniejsze tematy, o których rozmawiałyśmy wcześniej, jak zdrowie, finanse, przygotowanie na przyszłość. Kiedy jest to wszystko zabezpieczone, to pojawia się spokój, wtedy można skupić się na tym, co najważniejsze, na dzisiejszym treningu, na dzisiejszym zadaniu.
Spokój w głowie to dla sportowca ogromna wartość.
– Sportowcy na najwyższym poziomie często są nazywani egoistami czy egocentrykami. Nie dlatego, że nie myślą o innych, ale dlatego, by wejść na taki poziom, trzeba być w stu procentach skupionym na sobie i na wszystkich detalach swojego życia. To właśnie te detale maksymalizują szansę na sukces i minimalizują ryzyko porażki. W takiej rzeczywistości często nie ma się w głowie przestrzeni, by szukać czegoś poza sportem. Oczywiście są osoby, które potrzebują odskoczni, mają pasje, zainteresowania, inne obszary aktywności. Tylko często jeszcze nie widzą w nich potencjalnego kierunku zawodowego czy źródła przyszłego utrzymania.
W ramach stowarzyszenia będziemy mieć projekt „Strategia Jutra”. Chcemy, aby sportowcy mieli możliwość poznania siebie z innej stron na przykład poprzez testy osobowościowe, analizę kompetencji i predyspozycji. Chcemy pokazać im, że są czymś więcej niż tylko wynikami. Sport jest bardzo cielesny, oczywiście mentalny również, ale wciąż mocno opiera się na ciele. Chcemy pomóc im zbudować pewność siebie także w oparciu o to, jakimi są ludźmi. Jeśli moja wartość zależy wyłącznie od dzisiejszego wyniku, to w momencie niepowodzenia pojawia się lęk: „Jeśli mi się nie udało, to kim jestem?”. Sukces sportowy jest dodatkiem do mojej osoby, nie jej definicją. Kiedy masz wewnętrzny spokój i pewność siebie jako człowiek, jesteś w stanie osiągać jeszcze więcej także w sporcie. Im lepiej znasz siebie, tym jesteś bardziej decyzyjny, mniej boisz się zmian, traktujesz je jako wyzwanie, a nie zagrożenie.
Jako stowarzyszenie chcemy stworzyć program dla tych sportowców, którzy naprawdę tego chcą. Wiemy, że zmiana musi wychodzić z gotowości konkretnej osoby. Jeśli ktoś będzie chciał się zabezpieczyć, przygotować na przyszłość – chcemy, żeby mógł to z nami zrobić.
Szkoda, że wcześniej wielu sportowców nie miało takich możliwości. Choć muszę przyznać, że ja sama bardzo dużo zawdzięczam programowi Kariery Dwutorowej organizowanemu przez Polski Komitet Olimpijski oraz Luizie Złotkowskiej. Wzięłam udział w dwóch edycjach i to doświadczenie naprawdę otworzyło mi oczy, pokazało, co mogę robić, jak planować przyszłość, jak patrzeć na siebie szerzej niż tylko przez pryzmat sportu. To było bardzo wartościowe, bo skupiało się na tej intelektualnej i osobowościowej części człowieka, nie tylko na fizycznej. My chcemy działać w podobnym duchu, rozwijając to jeszcze o kolejne elementy.

A co Tobie pomogło odnaleźć się po zakończeniu kariery? Wspomniałaś o programie PKOl.
– Przede wszystkim uświadomienie sobie, że sport dał mi ogromną siłę. Nie tylko w sensie fizycznym, ale przede wszystkim w postaci cech, które wypracowałam przez lata, jak systematyczność, wiarę w proces, cierpliwość, odporność na porażki czy ciekawość tego, co będzie dalej. Ostatnio wymieniałam wiadomości z Pią Skrzyszowską i rozmawiałyśmy o tym, że każdy sezon jest inny. Możesz być tą samą osobą, ale co roku musisz uczyć się siebie na nowo. Nawet jeśli na treningach wszystko wygląda świetnie, ostatecznie bardzo dużo zależy od głowy i od podejścia. Sport jest fascynujący właśnie dlatego, że nigdy nie wiesz do końca, jak będzie. Fizycznie możesz czuć się przygotowana, ale i tak musisz na nowo poukładać to mentalnie. Z każdym rokiem uczysz się zarządzać sobą w nowych okolicznościach.
Myślę, że ta ciekawość, traktowanie wyzwań jako czegoś interesującego, a nie zagrażającego, bardzo mi dziś pomaga. Teraz kiedy chodzę na spotkania związane z naszym stowarzyszeniem i staram się o dofinansowania czy wsparcie merytoryczne, wiele z tych rozmów nie kończy się tak, jak bym chciała. Często jest rozczarowanie. Masz nadzieję, że tym razem się uda, bo przecież pomysł jest dopracowany, plan gotowy, wszystko przemyślane. Jednak słyszysz „nie”. Wtedy wracamy z Anią i mówimy sobie: „dobrze, nie tutaj, to próbujemy dalej”. Dokładnie tak jak w sporcie, bo przecież nie wygrywasz każdych zawodów. Czasem wygrywasz dwa starty na dziesięć, a reszta to nauka, poprawki i kolejne podejścia. Ta perspektywa bardzo mi pomaga.
Czyli sportowe doświadczenie dużo ci dało przede wszystkim w nastawieniu.
– Myślę, że zwłaszcza poczucie sprawczości i odwagę w działaniu. To, że mogę czegoś nie wiedzieć, ale to nie znaczy, że nie mogę zacząć. Brak pełnej wiedzy nie jest już dla mnie blokadą.
Na przykład, kiedy zaczęłam organizować obozy biegowe „Slow Sprint”, nie miałam gotowego planu. Właściwie do tego pomysł namówił mnie wujek z żoną, którzy prowadzą butikowe biuro podróży. Wcześniej dostawałam wiadomości z pytaniami, gdzie można mnie spotkać, czy da się ze mną zrobić wspólny trening. Pomyślałam wtedy: dobrze, jeśli oni pomogą mi od strony formalnej i podzielą się swoim know-how, to mogę spróbować. W trakcie nauczyłam się, jak to funkcjonuje, zobaczyłam cały mechanizm od środka. Dziś wiem, że to wcale nie jest takie trudne. Nie musiałam znać wszystkich odpowiedzi na starcie. To doświadczenie dało mi przekonanie, że nie trzeba mieć gotowego schematu, żeby ruszyć. Trzeba zacząć działać, a wiedza przychodzi w procesie.
Dokładnie to samo było ze stowarzyszeniem. Na początku z Anią nie wiedziałyśmy wiele rzeczy. Statut? Jak to napisać? Od czego zacząć? To wszystko było dla nas nowe. Zamiast czekać, aż poczujemy się „wystarczająco przygotowane”, po prostu zaczęłyśmy. Krok po kroku dalej uczymy się tego świata. Dziś już dokładnie wiemy, jak to działa, przeszłyśmy przez cały proces. Oczywiście są formalności, trzeba przez nie przebrnąć, ale tak samo było w sporcie. Trenowałam rzeczy, których nie lubiłam, po to, żeby później móc cieszyć się efektem.
Sport nauczył mnie jednej bardzo prostej zasady: żeby coś wyjąć, najpierw trzeba włożyć. Nie oczekiwać, że od razu wyjmę dokładnie tyle, ile włożyłam, a już na pewno nie najwięcej.
Czasem wyjmiesz trochę. Czasem po kilku dniach trochę więcej. Czasem dopiero po latach dostaniesz zwrot. Nie ma gwarancji, bo zawsze jest ryzyko. Jednak bez włożonej pracy na pewno nic się nie wydarzy.
Czy mogłabyś więcej opowiedzieć o stowarzyszeniu, Good Sports Society. Myślę, że to bardzo ważny wątek.
– Chcemy, aby nasze stowarzyszenie było miejscem tworzonym z perspektywy koleżanek z areny sportowej. Nie chcemy być kolejną oficjalną, zdystansowaną organizacją, do której trudno się przebić i gdzie sportowcy nie do końca wiedzą, co właściwie mogą z niej wynieść. Zależy nam na bliskości, zrozumieniu i praktycznym wsparciu.
Na razie nie wyszłyśmy jeszcze z jednym, dużym, flagowym programem, głównie dlatego, że potrzebujemy dofinansowania, żeby ruszyć z nim w pełnej skali. Natomiast równolegle, własnymi siłami, dzięki relacjom i dobrej woli ludzi, już tworzymy konkretne treści edukacyjne. Pracujemy nad materiałami z zakresu treningu mentalnego.
Mamy już także przygotowane materiały z zakresu dietetyki, a wkrótce dołączą treści prawne dotyczące prawa sportowego i umów sponsorskich. Prowadzimy rozmowy z kancelarią, która specjalizuje się w tej tematyce i jest otwarta na współpracę.
Dodatkowo rozmawiam z podmiotem zajmującym się doradztwem finansowym i inwestycyjnym oraz edukacją finansową. Chcemy, aby sportowcy mieli dostęp do rzetelnej wiedzy nie tylko o ciele i treningu, ale także o pieniądzach, bezpieczeństwie finansowym i planowaniu przyszłości. Budujemy to etapami. Może wolniej, niż gdybyśmy miały duży budżet, ale za to bardzo świadomie.

Trzymam kciuki!
– To, że na zewnątrz nie wszystko widać, nie znaczy, że nic się nie dzieje. Wkładamy w to ogrom pracy, nie tylko swojej, ale też ludzi, którzy po godzinach, z dobrej woli i zaangażowania, współtworzą z nami te treści. Mamy nadzieję, że już niedługo wszystko zbierzemy, dopracujemy graficznie i zaczniemy publikować w naszych mediach społecznościowych. Zależy nam jednak przede wszystkim na tym, by przekaz był prosty i zrozumiały. Nie chcemy języka nadmiernie naukowego ani skomplikowanych formułek. Chcemy, żeby sportowiec, który to przeczyta, pomyślał, że dotyczy to mnie. Może nawet żeby doszedł do wniosku: „To wcale nie jest takie trudne, jak mi się wydawało. Może warto się tym zainteresować”.
Znacie środowisko sportowe najlepiej – wiecie, jak się z nimi komunikować.
– My same jesteśmy z pokolenia millenialsów, a projekt też w dużej mierze kierujemy do Gen Z. To też jest dla nas wyzwanie, bo musimy zrozumieć, jak mówić ich językiem, jak budować formę, która będzie dla nich naturalna. Wiemy, że treści muszą być lekkie w odbiorze, estetyczne, konkretne, niezbyt długie i niemęczące. To coś, nad czym teraz intensywnie pracujemy, żeby było atrakcyjnie wizualnie, ale bez utraty wartości merytorycznej. Chcemy, żeby młodzi sportowcy czuli, że naprawdę wiemy, o czym mówimy, bo same przez to przeszłyśmy.
Rozwijasz stowarzyszenie, organizujesz campy biegowe, działasz też aktywnie w mediach społecznościowych. Wydaje się, że to sporo aktywności.
– Lubię mieć poczucie, że działam na wielu płaszczyznach. To daje mi nie tylko większą satysfakcję, ale też dywersyfikuje źródła dochodu. Tym bardziej że bycie influencerką w mediach społecznościowych wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza teraz, kiedy zasięgi są ograniczone i tak naprawdę nie masz kontroli nad tym, co „przepuści” algorytm. Zdarza mi się mieć momenty zwątpienia. Czasem myślę: o co w tym wszystkim chodzi?
Bywa też tak, że mam poczucie, iż wartości, które chciałabym przekazywać, niekoniecznie są doceniane przez szersze grono albo po prostu nie przebijają się przez mechanizmy platform. To jest dla mnie trudne, bo wkładam w to dużo pracy. Z jednej strony czuję, że robię naprawdę wiele. Z drugiej, mam w sobie tryb „działacza”, który wciąż podpowiada mi, że to za mało, że powinnam jeszcze więcej.
Poza tym jestem od niedawna też częścią projektu Power Life. To oczywiście projekt Mateusza Kusznierewicza, ale w praktyce wspólnie dopracowujemy szczegóły, protokoły, nawyki, sposób prowadzenia rozmów. Mateusz jest bardzo otwarty na nasze pomysły i wiele decyzji podejmujemy razem. Dodatkowo mam kontakt z ludźmi z różnych środowisk, co bardzo mnie rozwija i poszerza perspektywę. Czuję, że sama, uczestnicząc w tym procesie, dojrzewam i uczę się nowych rzeczy. To dla mnie bardzo wartościowe doświadczenie i jestem za nie wdzięczna.
We współpracy z Miga Coffee z Raciborza i z Wojtkiem Kamińskim stworzyliśmy już dwie kawy. Najpierw była wersja przelewowa, później zrobiliśmy też drip bagi. Pracujemy już nad kolejną odsłoną, kawą pod espresso, bardziej klasyczną, w której każdy będzie mógł znaleźć coś dla siebie. Bardzo się na to cieszę, bo to będzie piękny, dopracowany produkt.
Kiedy zaczynam to wszystko wymieniać, sama sobie uświadamiam, że faktycznie robię dużo. A jednocześnie wciąż mam w sobie poczucie, że to za mało i że nie wiem, czy sobie poradzę.
Myślę, że potrzebuję jeszcze czasu, może kilku lat, żeby naprawdę oswoić się z tym nowym etapem i poczuć w nim pełną stabilność.
Gdybyś miała dać jedną radę zawodniczkom i zawodnikom, którzy są dziś w sporcie — nie w kontekście końca kariery, ale już teraz, jak mogą świadomie budować swoją markę osobistą i zadbać o swoją przyszłość?
– Jeszcze dwa lata temu powiedziałabym bez wahania: „dbaj o swoje media społecznościowe”. Bo to jest przestrzeń, w której masz pełną kontrolę nad narracją o sobie. Nie jesteś zależna od tego, co napisze prasa czy pokażą media po zawodach. Możesz sama opowiedzieć swoją historię, pokazać kulisy, wartości, osobowość.
Dziś nadal uważam, że to ważne, ale patrzę na to bardziej dojrzale. Widzę, że nie każdy czuje się naturalnie w social mediach, bo nie każdy lubi kamerę, publikowanie, bycie „na pokaz”. To też jest w porządku. Myślę jednak, że sportowcy w Polsce wciąż za rzadko traktują budowanie marki osobistej strategicznie. To nie musi oznaczać zatrudniania kogoś, kto prowadzi konto za nich. Raczej współpracę z osobą, która ich pozna, zrozumie wartości i pomoże poukładać komunikację w sposób autentyczny. Taki, który nadal jest „ich”. W moim przypadku lubiłam to robić, ale nawet dziś mam momenty zwątpienia.
Coraz bardziej wierzę też w autentyczność. W robienie swoich rzeczy po swojemu. Bo odbiorcy naprawdę to czują. Copy-paste, powielanie tych samych schematów tylko w innym opakowaniu, to nie buduje trwałej relacji.
Więc gdybym miała dać jedną radę sportowcom, powiedziałabym: „buduj swoją markę w sposób świadomy, ale zgodny ze sobą”. Na pewno nie pod algorytm, czy chwilową modę, tylko w oparciu o to, kim naprawdę jesteś.

A co lubisz robić w wolnym czasie? Czy jest dalej przestrzeń na bieganie?
– Dziś sport uprawiam przede wszystkim dla zdrowia, zarówno fizycznego, jak i mentalnego. Bieganie czy siłownia są mi potrzebne, żeby utrzymać ciało w dobrej kondycji, w napięciu mięśniowym, ale też, żeby rozładować emocjonalne napięcie, które gromadzi się w ciągu tygodnia pracy umysłowej. Nadal robię to z celem, ale zupełnie innym niż kiedyś.
Zaczęłam też próbować nowych aktywności i to daje mi ogromną frajdę. Największa różnica polega na tym, że dziś sama kontroluję intensywność i obciążenia. Trenuję tak, żeby sprawiało mi to przyjemność, a nie żeby przekraczać kolejne granice. Nie czuję już potrzeby „zajeżdżania się”.
Teraz dużo ważniejsze jest dla mnie coś innego, czas z bliskimi. W trakcie kariery był on mocno ograniczony i podporządkowany kalendarzowi startów oraz zgrupowań. Dziś to jeden z moich priorytetów.
Magdalena Bryś
Więcej Wywiady
Drony stały się ważną częścią sportowego widowiska. „Jeśli przegapisz moment, on już nie wróci”
Sport jest emocjonujący w każdej ze swoich odsłon, ale z perspektywy operatora drona FPV – zapewniającego pilotowi w specjalnych goglach obraz na żywo z kamery w czasie rzeczywistym – potrafi dostarczyć piorunujących wrażeń. O takich doznaniach i technologiach w sporcie porozmawialiśmy z Marcinem Kantorem, szefem „Dronujemy.com”, który realizował między innymi…