26.02.2026 08:41

Drony stały się ważną częścią sportowego widowiska. „Jeśli przegapisz moment, on już nie wróci”

Sport jest emocjonujący w każdej ze swoich odsłon, ale z perspektywy operatora drona FPV – zapewniającego pilotowi w specjalnych goglach obraz na żywo z kamery w czasie rzeczywistym – potrafi dostarczyć piorunujących wrażeń. O takich doznaniach i technologiach w sporcie porozmawialiśmy z Marcinem Kantorem, szefem „Dronujemy.com”, który realizował między innymi produkcję dla Lecha Poznań na stulecie klubu.

Udostępnij
Marcin Kantor, operator dronów FPV (dronujemy.com)
LinkedIn Follow Button – Article Embed


Marcin Długosz, SportMarketing.pl: – Z jakimi wyzwaniami wiążą się nagrania sportowe względem innych obszarów, z którymi spotyka się pan w pracy?

Marcin Kantor, Dronujemy.com: – Sport, czy w ogóle wydarzenia na żywo, są najbardziej bezlitosne dla operatora. Nie ma dubli, nie ma powtórek ujęcia, a akcja nie czeka. Dochodzi presja czasu, wymogi bezpieczeństwa, tłum ludzi, dynamiczne światło. Pracując przy sporcie, kluczowe są takie rzeczy jak: plan lotu, komunikacja z realizacją i perfekcyjna niezawodność sprzętu. W reklamie, teledysku czy na planie filmu można przerwać, poprawić, doświetlić. W sporcie, jeśli przegapisz moment, to on już nie wróci.

– Jak dużą ekscytację sprawia panu praca w sporcie?

– Bardzo dużą, bo sport daje czystą adrenalinę i prawdziwe emocje. Do tego sam jestem fanem sportu. Operator jest dosłownie „w środku wydarzeń” – czujesz tempo, słyszysz trybuny, widzisz reakcje zawodników i wiesz, że twoje ujęcie ma być dokładnie w tej jednej, właściwej sekundzie. To jest ten rodzaj pracy, po którym schodzisz z planu zmęczony, ale z poczuciem, że zrobiłeś coś żywego, a nie wyłącznie „ładny obrazek”.

– Która z pańskich sportowych produkcji przyniosła panu największą satysfakcję?

– Największą satysfakcję przyniosła mi realizacja podczas meczu Lech Poznań – Jagiellonia Białystok upamiętniającego 100-lecie klubu. To był precedens — początek roku 2022, nikt wcześniej nie latał w ten sposób nad stadionem w trakcie spotkania rozgrywanego przy komplecie publiczności. Do tego dochodziła wyjątkowa oprawa. To, co działo się wtedy na trybunach – czysta magia.

Dla mnie miało to dodatkowy wymiar, bo jestem z Poznania i Lech zawsze był mi bliski. Możliwość bycia częścią tego jubileuszu akurat w roli operatora drona stanowiła po prostu coś szczególnego. I mam wrażenie, że takiej atmosfery i oprawy długo nie da się powtórzyć. Wyobraź sobie, że masz na głowie gogle, dzięki czemu widzisz to, co dron – twoja głowa myśli, że leci, pod tobą tysiące zagorzałych kibiców z racami w rękach, a ty jak ptak suniesz nisko nad trybuną. Bajka! Później „zwykły” ligowy mecz już nie robi podobnego wrażenia.

Niesamowite było też to, co wydarzyło się w godzinach i dniach po spotkaniu. Materiały, które zrealizowałem, obiegły świat i stały się viralem w środowisku futbolu oraz dronów FPV. Nigdy nie zapomnę poranka, gdy obudziłem się, a skrzynka mailowa była pełna wiadomości – między innymi od L’Équipe, La Gazzetta dello Sport, BBC i innych dużych serwisów sportowych.

Tak… Ta robota otworzyła mi trochę furtek! Jestem za to wdzięczny.

– Jak wysokie oczekiwania względem efektu końcowego mają podmioty sportowe nawiązujące współpracę, na przykład Lech Poznań?

– Może trochę zaskoczę, ale największe oczekiwania wobec efektu końcowego mam ja sam. FPV w sporcie wciąż jest technologią stosunkowo nową, więc często klienci nie do końca wiedzą, czego mogą realnie oczekiwać – zwłaszcza jeśli sami nie latają, nie znają sprzętu i jego możliwości oraz ograniczeń. Widzą szybki, dynamiczny lot kamery i to już robi wrażenie, ale dla mnie to dopiero punkt wyjścia. Ja wiem, ile da się z tego wycisnąć, kiedy połączy się możliwości FPV z doświadczeniem operatorskim i okiem do ujęć.

Sam klient na pewno oczekuje, że operator dowiezie efekt powtarzalnie i bezpiecznie. Bez ryzyka dla ludzi, zawodników i infrastruktury, a do tego w krótkich terminach.

– Jak ocenia pan aktualny poziom technologiczny transmisji sportowych w Polsce i jak on się prezentuje względem tego, co widzimy na świecie?

– W Polsce widać duży postęp, realizacje są coraz lepiej skoordynowane, rośnie jakość obrazu, praca kamer i wykorzystanie dodatkowych perspektyw. Natomiast światowa czołówka wyznacza tempo w dwóch obszarach. Po pierwsze w skali – więcej kamer, więcej warstw realizacji i integracji danych. Po drugie w automatyce – grafika na żywo, tracking, szybkie replaye, lepsza spójność między kamerami. U nas jest dobrze, ale nadal często brakuje „nadmiarowości” sprzętu i procesów, które na Zachodzie są standardem – a to właśnie daje pewność, że wszystko zadziała w każdych warunkach.

– Być może śledził pan zimowe igrzyska olimpijskie – zapadło panu w oko coś szczególnego jeżeli chodzi o rozwiązania technologiczno-transmisyjne?

– Tak, najbardziej rzuciło mi się w oczy wejście dronów FPV do realizacji transmisji. To jest jakościowy skok, bo widz pierwszy raz dostaje perspektywę „z wnętrza akcji”. Dynamiczne przeloty blisko zawodnika, płynne prowadzenie po linii przejazdu i ujęcia, których nie da się zrobić ani klasycznym dronem, ani kamerą na linie czy na pojeździe.

– W ostatnim czasie w sporcie obserwujemy znaczny rozwój pod względem sposobu pokazywania rywalizacji – to już nie tylko drony, ale też kamery na uchu sędziego czy na klatkach piersiowych zawodników. Transmisje sportowe będą zmierzały coraz bardziej w tym kierunku?

– Tak, to naturalny kierunek. Widz chce być bliżej akcji i widzieć sport z perspektywy uczestnika. Ale to nie będzie prosta droga, że po prostu im więcej kamer tym lepiej. Dojdą ograniczenia typu komfort i bezpieczeństwo zawodników, regulaminy, waga sprzętu, niezawodność transmisji, prywatność komunikacji czy na przykład, tak jak w przypadku dronów, przepisy prawa lotniczego.

– Dodałby pan jakieś anegdoty, które wiążą się z pracą w sporcie od strony technologicznej, a kibic, któremu dostarcza się gotowy produkt, nie ma o tych wyrzeczeniach czy sytuacjach pojęcia?

– Klasyka to sytuacje, gdy wszystko wygląda idealnie, a tak naprawdę operator walczy z drobiazgami: zmiana wiatru na stadionie, nagła różnica oświetlenia, zakłócenia radiowe od infrastruktury albo konieczność przeplanowania lotu w ostatniej chwili, bo zmieniła się logistyka. A druga rzecz to musiałby pan słyszeć komentarze realizatora i nas operatorów w trakcie łapania ujęć. Idzie się ubawić, ale nie przytoczę ich tutaj, bo trzeba by ocenzurować (śmiech).

Udostępnij
Marcin Długosz

Marcin Długosz