10.09.2026 08:31

Seria meczów gwiazd i legend w Polsce. „To był powrót do przeszłości”

5 września 2026 roku na Stadionie Śląskim ponownie spotkały się Polska i Anglia. Nie był to jednak kolejny rozdział rywalizacji obu reprezentacji o punkty. Tym razem chodziło o wspomnienia, wielkie nazwiska i uczczenie 70-lecia jednego z najważniejszych stadionów w historii polskiego futbolu. Dzień później święto futbolu miało miejsce także na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej w Warszawie.

Seria meczów gwiazd i legend w Polsce. "To był powrót do przeszłości"
Autor zdjęcia: Press Focus
LinkedIn Follow Button – Article Embed

Jeśli chodzi o spotkanie w Chorzowie, wybór przeciwnika był oczywiście nieprzypadkowy. To właśnie na Stadionie Śląskim, w pamiętnym meczu z 17 października 1973 roku, reprezentacja Polski pokonała Anglię 2:0. Było to pierwsze i jak dotąd jedyne zwycięstwo Biało-Czerwonych nad Anglikami w meczu piłkarskim rozegranym w Polsce. Spotkanie przeszło do historii nie tylko ze względu na wynik. To właśnie po tamtym meczu Stadion Śląski na dobre zaczął być kojarzony z określeniem „Kocioł Czarownic”.

To było jednak zupełnie inne wydarzenie niż typowe mecze pokazowe czy spotkania organizowane przede wszystkim jako widowisko. Patrząc na to jako osoba związana z Górnym Śląskiem i lokalny dziennikarz, muszę podkreślić, że mecz Polska – Anglia był przede wszystkim clou uroczystości związanych z 70-leciem powstania Stadionu Śląskiego. Stadion został oddany do użytku w lipcu 1956 roku, więc była to doniosła rocznica. Jednocześnie spotkanie z Anglią należy postrzegać jako symboliczne nawiązanie do historycznego meczu z 6 czerwca 1973 roku, gdy w eliminacjach mistrzostw świata po znakomitym spotkaniu pokonaliśmy Anglików 2:0. Warto przypomnieć, że w tamtym meczu w bramce reprezentacji Anglii stał Peter Shilton, czyli jeden z najwybitniejszych bramkarzy w historii futbolu. To właśnie jego pokonali wtedy Robert Gadocha i Włodzimierz Lubański. Dlatego bardzo miłym i symbolicznym gestem było również spotkanie po latach Włodzimierza Lubańskiego z Peterem Shiltonem – mówi w rozmowie dla SportMarketing.pl Michał Zichlarz, dziennikarz katowickiego „Sportu”.

Po ponad pięciu dekadach Anglicy ponownie pojawili się więc na tym samym obiekcie. Tym razem zamiast walki o awans czy punkty dostaliśmy podróż do futbolowej przeszłości. I właśnie takich wydarzeń w Polsce jest ostatnio coraz więcej.

Organizatorzy zadbali o to, żeby podczas tego wydarzenia oddać hołd ludziom, którzy tworzyli historię Stadionu Śląskiego i polskiej reprezentacji. Na spotkanie zaproszono znamienite postaci związane z tamtym historycznym meczem. Byli między innymi Włodzimierz Lubański, Jerzy Kraska i Jan Domarski, a także trener Andrzej Strejlau, który pomagał Kazimierzowi Górskiemu na ławce rezerwowych. Pojawił się również syn Kazimierza Górskiego, Dariusz Górski. Były też inne osoby związane z ówczesną reprezentacją, jak kierownik tamtej drużyny Janusz Jesionka. To wszystko sprawiło, że nie był to wyłącznie mecz, ale wydarzenie, które miało swoją historię, kontekst i odpowiednią oprawę. Cieszę się przede wszystkim, że w taki sposób uczczono 70. rocznicę powstania i oddania do użytku Stadionu Śląskiego – podkreśla Zichlarz.

Stadion jako wehikuł czasu

A zatem legendy Polski i Anglii zagrały w miejscu, w którym przed laty rodziły się jedne z najważniejszych historii polskiej piłki. To połączenie stadionu, daty i przeciwnika sprawia, że wydarzenie dostaje gotową narrację.

Frekwencja również była całkiem dobra. Wśród śląskich dziennikarzy ocenialiśmy, że na trybunach pojawiło się około 20 tysięcy kibiców. Pogoda dopisała, a wraz z nią także frekwencja. Co ważne, na stadion przychodziły całe rodziny, nie tylko osoby zainteresowane samym meczem. Organizatorzy przygotowali bowiem sporo atrakcji, które zaczynały się już wczesnym popołudniem. Były koncerty, między innymi Korteza, Wilków czy Paktofoniki, a dla najmłodszych przygotowano dodatkowe aktywności – dmuchańce, zjeżdżalnie, malowanie twarzy, konkursy z nagrodami. Widać było, że pomyślano o tym, aby stworzyć wokół meczu całe wydarzenie i zachęcić do udziału również tych, którzy niekoniecznie przyszliby na samą piłkę nożną – zwraca uwagę Zichlarz.

I jest to jeden z powodów, dla których format meczów legend tak dobrze rozwija się właśnie teraz.

Legendarny Mecz: Polska – Anglia 4:2 (1:0)

Gole: Makuszewski 13, Góralski 50, Peszko 53, Frankowski 63 – Wright-Phillips 68, Heskey 83

Polska (trener Andrzej Strejlau): Maciej Szczęsny – Jakub Rzeźniczak, Marek Jóźwiak, Tomasz Hajto, Łukasz Piszczek – Jacek Góralski, Michał Pazdan – Grzegorz Rasiak, Tomasz Frankowski, Roman Kosecki (kapitan), Dariusz Dziekanowski oraz Artur Boruc, Tomasz Jodłowiec, Cezary Kucharski, Radosław Kałużny, Tomasz Sokołowski, Sławomir Peszko, Maciej Makuszewski i Grzegorz Mielcarski

Anglia (trener Peter Shilton): Joe Hart – Luke Young, John Terry, Tony Adams (kapitan), Danny Rose – Aaron Lennon, Nicky Butt, Gareth Barry, Steve McManaman – Emile Heskey, Robbie Fowler oraz David James, Glen Johnson, Jermaine Jenas i Shaun Wright-Phillips

Dziennikarz z Górnego Śląska zaznacza, że tego typu inicjatywy są rzadką okazją dla polskich dziennikarzy na porozmawianie z gwiazdami światowego formatu. Rozmówcą Michała Zichlarza był tym razem Emile Heskey. Dziennikarz przypomina również o tym, że gdy Stadion Śląski był otwierany 70 lat temu, to komuniści również zadbali o dodatkowe atrakcje, by udobruchać kibiców.

Co ciekawe, kiedy zacząłem sprawdzać, jakie atrakcje towarzyszyły otwarciu Stadionu Śląskiego w lipcu 1956 roku, okazało się, że również wtedy organizatorzy bardzo mocno myśleli o tym, jak przyciągnąć kibiców i uatrakcyjnić wydarzenie. Stadion otwierano 22 lipca, wówczas w komunistyczne święto PRL, a pierwszym spotkaniem był mecz Polska – NRD. W programie znalazł się między innymi przelot samolotu sportowego, z którego zrzucano kwiaty, wypuszczano balony, a kibice mogli kupować losy za 5 złotych. Co można było wygrać? Między innymi motocykl WFM, maszyny do szycia, radio „Stolica” czy „Noteć”, a nawet pralkę elektryczną.

Losy sprzedawano między innymi w kioskach na rynku w Stalinogrodzie – tak wówczas nazywały się na swoje nieszczęście Katowice. Na tamto wydarzenie przyszło około 90 tysięcy ludzi, bo Stadion Śląski miał wtedy oficjalnie pojemność 105 tysięcy miejsc i był ósmym największym stadionem na świecie. Dzisiaj stadion ma oczywiście znacznie mniejszą pojemność (54 tys.), dlatego około 20 tysięcy widzów podczas meczu Polska – Anglia można uznać za całkiem dobrą frekwencję. Najważniejsze jest jednak to, że władze województwa, które opiekują się stadionem, pomyślały o godnym uczczeniu jego 70-lecia i zorganizowały wydarzenie, które miało zarówno sportowy, jak i historyczny wymiar – mówi Michał Zichlarz.

Łódź: drugi Mecz Gwiazd Polska–Francja

Kilka dni wcześniej podobny mechanizm można było obserwować w Łodzi. 29 sierpnia na stadionie Widzewa rozegrano drugą edycję Meczu Gwiazd Polska–Francja. Na boisku spotkały się byłe gwiazdy obu reprezentacji, a organizatorzy połączyli sportową część wydarzenia z obecnością znanych osób ze świata muzyki, mediów, internetu i show-biznesu.

To istotne, bo pokazuje, że mecze legend coraz rzadziej są budowane wyłącznie wokół samego futbolu. W Łodzi chodziło również o stworzenie wydarzenia dla całych rodzin i połączenie sportu z działalnością społeczną. Projekt od początku był związany ze wsparciem młodzieży i promocją sportu.

A zainteresowanie pierwszą edycją pozwoliło organizatorom kontynuować projekt. Druga odsłona zakończyła się zwycięstwem Polski 2:1. Ważniejsze od wyniku było jednak to, że udało się stworzyć markę wydarzenia, która nie skończyła się wraz z pierwszym gwizdkiem pierwszej edycji.

Warszawa: kiedy legendą jest sam klub

Jeszcze inny pomysł na wykorzystanie futbolowej nostalgii pokazała Legia Warszawa. 6 września, w ramach obchodów 110-lecia klubu, na Łazienkowską wrócili byli legioniści. W jubileuszowym meczu uczestniczyło ponad 70 legend Legii. Całość była częścią większego wydarzenia, obejmującego również atrakcje dla kibiców i spotkania z byłymi piłkarzami.

Dla mnie to był przede wszystkim powrót do przeszłości. Swoją przygodę dziennikarską zaczynałem na początku lat 90., najpierw w „Gazecie Wyborczej”, później w „Przeglądzie Sportowym”, a dziś pracuję w TVPSPORT.PL. Przez te wszystkie lata znałem tych zawodników najpierw jako piłkarzy, później obserwowałem ich jako trenerów i do dziś z wieloma z nich mam kontakt. Dlatego to było dla mnie niezwykłe przeżycie. Ten „pierwiastek legionistów na metr kwadratowy” był imponujący. Klub zrobił to naprawdę z rozmachem i widać było, że dla tych ludzi Legia wciąż jest czymś wyjątkowym. Wielu z nich nie tylko chętnie przyjechało, ale wręcz dopytywało o możliwość udziału w tym spotkaniu. Kiedy spojrzymy na listę około 80 byłych piłkarzy, którzy pojawili się w Warszawie, to na palcach jednej, może dwóch rąk można policzyć tych, którzy z Legią nie zdobyli żadnego trofeum. To byli ludzie, którzy zostawili na tym klubie pot, łzy i mnóstwo emocji. Co ciekawe, przyjechali również zawodnicy, którzy w Legii byli bardzo krótko. Chociażby Mirko Poledica rozegrał niewiele spotkań w stołecznym klubie, a mimo to Legia pozostała dla nich czymś magnetycznym – mówi nam Robert Błoński, dziennikarz TVPSPORT.PL.

Tutaj nie trzeba było nawet wymyślać dodatkowej historii. Historia była już gotowa. Legia wykorzystała własne archiwum, piłkarzy i kibiców. Dla jednych powrót na Łazienkowską zawodników pamiętanych z lat 80., 90. czy początku XXI wieku był podróżą do młodości. Dla innych okazją, by zobaczyć na żywo nazwiska znane dotąd przede wszystkim z klubowych kronik. To bardzo silny model marketingowy. Klub nie sprzedaje tylko meczu, lecz kreuje także własną historię.

Największe wrażenie robiło to, jak wielu byłych zawodników traktuje Legię po latach jak swój dom. Dickson Choto przyleciał z Zimbabwe do Warszawy po raz pierwszy od 2015 roku i naprawdę mnie zaskoczył, bo fantastycznie mówi po polsku. Powiedział mi: „bracie, jesteśmy w domu, więc mów po polsku”. To było bardzo sympatyczne. Dickson zrobił ogromne wrażenie swoim uśmiechem, dokładnie takim, jaki pamiętamy z czasów jego gry w Legii. Co ważne, jego przyjazd do Polski miał również osobisty wymiar. Choto został w Polsce na dwa tygodnie, ponieważ niedawno zmarł Wiesław Grabowski – menadżer, który sprowadzał do naszego kraju piłkarzy z Afryki i miał ogromny udział w tym, że Dickson trafił do Polski. Gracz z Zimbabwe jest mu za to wdzięczny i uznał, że musi być na pogrzebie Wiesława Grabowskiego. To pokazuje, że te relacje nie skończyły się wraz z zakończeniem kariery. Roger Guerreiro przyjechał z synem, Daniel Ljuboja również z synem, mimo że musiał poprzekładać swoje plany między Serbią a Francją. Przybyli też inni byli legioniści, często z rodzinami. To nie było zwykłe spotkanie byłych piłkarzy. Dla wielu z nich była to podróż do miejsca, które nadal jest bardzo ważną częścią ich życia – podkreśla Robert Błoński.

Na kibiców czekała również szeroka oferta atrakcji marketingowych, które urozmaiciły jubileuszowe obchody. W strefie przed Trybuną Wschodnią przygotowano m.in. interaktywne aktywności, strefy fotograficzne, stanowiska gamingowe oraz atrakcje nawiązujące do historii i tradycji Legii Warszawa. Fani mogli także skorzystać z licznych aktywności angażujących całe rodziny, w tym treningów, pokazów i specjalnych stref przygotowanych z myślą o najmłodszych.

Na boisku również było widać, jak wiele emocji wiąże tych ludzi z Legią. Był oczywiście aspekt sportowy, ale przecież wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że współczesna piłka nożna nie będzie tutaj najważniejsza. Chodziło przede wszystkim o wspomnienia. Każdy kibic, który przyszedł na stadion, miał zapewne swojego ulubionego zawodnika. Jeden pamiętał Ljuboję, drugi Radovicia, kolejny Kucharskiego, Brozia, Malarza czy Fabiańskiego. Dla każdego coś miłego. Bardzo podobało mi się również to, że znalazło się miejsce dla Lesława Ćmikiewicza czy Krzysztofa Iwanickiego, czyli ludzi związanych z ważnymi momentami w historii klubu. Świetnie zagrał Nemanja Nikolić, jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie, i można było odnieść wrażenie, że wielu z tych zawodników wciąż ma w sobie tę sportową iskrę. Fantastycznym momentem była też parada i wyjście byłych piłkarzy do kibiców. Szczególnie zapadła mi w pamięć sytuacja, kiedy osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo zaczęły mówić do zagranicznych legionistów po angielsku, a oni odpowiadali: „Jesteśmy u siebie w domu, proszę mówić po polsku”. Radović, Poledica, Kumbew czy Ljuboja pokazali, że język polski wciąż jest dla nich ważny. Daniel Ljuboja wręcz prosił, żeby rozmawiać z nim po polsku, bo nie chce tego języka zapomnieć – relacjonuje Robert Błoński.

Drużyna Leszka Pisza – Drużyna Miroslava Radovicia 2:5

Gole: Artur Jędrzejczyk (53), Cezary Kucharski (105) – Miroslav Radović (3), Nemanja Nikolić (5, 9, 94), Michal Hubnik (90)

DRUŻYNA LESZKA PISZA: Krzysztof Adamczyk, Jacek Bąk, Jacek Bednarz, Grzegorz Bronowicki, Marcin Burkhardt, Jacek Cyzio, Sylwester Czereszewski, Dariusz Dudek, Dariusz Dziekanowski, Łukasz Fabiański, Krzysztof Gawara, Krzysztof Iwanicki, Tomasz Jarzębowski, Artur Jędrzejczyk, Marek Jóźwiak, Wojciech Kowalczyk, Juliusz Kruszankin, Dariusz Kubicki, Cezary Kucharski, Grzegorz Lewandowski, Igor Lewczuk, Andrzej Łatka, Arkadiusz Malarz, Marcin Mięciel, Maciej Murawski, Mariusz Piekarski, Leszek Pisz, Jerzy Podbrożny, Andrzej Sikorski, Marcin Smoliński, Tomasz Sokołowski I, Tomasz Sokołowski II, Łukasz Surma, Grzegorz Szamotulski, Maciej Śliwowski, Jakub Wawrzyniak, Piotr Włodarczyk, Radosław Wróblewski

DRUŻYNA MIROSLAVA RADOVICIA: Domagoj Antolić, Ariel Borysiuk, Łukasz Broź, Takesure Chinyama, Dickson Choto, Edson, Janusz Gol, Walerian Gwilia, Roger Guerreiro, Michal Hubnik, Tomasz Jodłowiec, Tomasz Kiełbowicz, Michał Kopczyński, Michał Kucharczyk, Dusan Kuciak, Pance Kumbev, Daniel Łukasik, Nemanja Nikolić, Vadis Odjidja-Ofoe, Michał Pazdan, Tomas Pekhart, Mirko Poledica, Miroslav Radović, Maciej Rybus, Jakub Rzeźniczak, Marek Saganowski, Radostin Stanev, Stanko Svitlica, Marko Vesović, Ivica Vrdoljak, Michał Żyro

Na trybunach pojawiło się około 20 tysięcy kibiców. To była bardzo dobra frekwencja, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie był to mecz, który miał wiele wspólnego ze współczesną rywalizacją sportową. Ludzie przyszli jednak przede wszystkim po to, żeby powspominać. I chyba każdy, kto był na stadionie, miał jakieś swoje prywatne wspomnienie związane z którymś z tych piłkarzy. Dla mnie niezwykle wzruszająca była również wymiana pokoleniowa. Tomek Sokołowski przyjechał z córką Darią, która dziś jest zawodniczką Legia Ladies. Byli też zawodnicy z rodzinami, między innymi Ivo Vrdoljak. To wszystko pokazywało, że Legia jest czymś więcej niż klubem dla tych ludzi. Szczególnie mocno było to widać podczas oddawania hołdu nieżyjącym już legendom. Byli legioniści odwiedzali groby Lucjana Brychczego i Jacka Magiery. Szczególnie zawodnicy z Bałkanów są bardzo mocno związani z Legią. To nasi słowiańscy bracia, pokrewne dusze. Spójrzmy też na rodzinę Czecha Tomáša Pekharta. Jego dzieci podczas pobytów w Polsce pytają, kiedy wrócą do domu. To najlepiej pokazuje, jak mocne więzi zostały tutaj zbudowane – mówi Robert Błoński.

I dodaje:

Bardzo ciekawa jest też historia Mirko Poledicy. W Legii był stosunkowo krótko i rozstał się z klubem w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach, a sprawa rozwiązania jego kontraktu trafiła nawet do Trybunału Arbitrażowego w Lozannie. Dziś Mirko jest znanym prawnikiem FIFA, reprezentuje zawodników w sporach z klubami, a mimo wszystko Legia pozostała w jego życiu. Doskonale mówi po polsku, a wraz z rodziną od lat przyjeżdża zimą w polskie góry na narty. Był nawet na skokach narciarskich w Zakopanem. Jego córka, kiedy zapytałem ją, czy może zamiast Polski wybiorą zimą jakieś ciepłe miejsce, odpowiedziała, że oczywiście jadą w góry do Polski na narty. To jest niesamowite, bo przecież w Serbii skoki narciarskie praktycznie nie istnieją. Takich historii było podczas tego spotkania bardzo wiele. Dlatego uważam, że Legia stanęła na wysokości zadania. Pod względem sportowym z tym klubem w ostatnich latach różnie bywało, ale pod względem organizacji tego wydarzenia naprawdę było godnie.

To było nostalgiczne popołudnie, pełne wspomnień i emocji. Wszyscy żałowali, że takie spotkanie odbywa się tak rzadko. Oczywiście, jako dziennikarz, muszę też dorzucić trochę złośliwości. Na stulecie Legii w 2016 roku był dublet – mistrzostwo Polski i Puchar Polski – zdobyty przez zespół Stanisława Czerczesowa, w którym grali między innymi Arkadiusz Malarz czy Miroslav Radović. Teraz, na 110-lecie klubu, zamiast kolejnego dubletu mieliśmy mecz gwiazd i legend. Ale byłoby świetnie, gdyby kolejna taka okazja pojawiła się przy zdobyciu przez Legię jakiegoś trofeum. Bo warto organizować takie wydarzenia częściej niż raz na dziesięć lat. Wielka pochwała należy się klubowi, a szczególnie Adamowi Dawidziukowi, który to wszystko koordynował i spinał. Udało się zaprosić naprawdę wyjątkowych ludzi, a całe wydarzenie okazało się strzałem w dziesiątkę. I chyba właśnie dlatego tak mocno zapadło w pamięć – nie tylko jako mecz, ale jako spotkanie całej legijnej społeczności, także tej sprzed wielu lat – podsumowuje dziennikarz TVPSPORT.pl.

Michał Pol, dziennikarz Kanału Sportowego, miał okazją być meczach w Chorzowie i Warszawie. Poprosiliśmy go więc o porównanie obu spotkań.

Zagrały tutaj zupełnie inne emocje, bo na boisku pojawiło się kilkudziesięciu byłych piłkarzy Legii. Rozmawiałem z kibicami na trybunach i widziałem, że wielu z nich było autentycznie wzruszonych, gdyż oglądali zawodników, na których się wychowali, na których mecze przychodzili jako młodzi ludzie, kiedy dopiero zakochiwali się w Legii. Później dochodziły kolejne pokolenia – aż po piłkarzy, których pamiętają już ci młodsi kibice. To było niezwykle wzruszające. Uważam, że pomysł Legii, by zorganizować taki mecz legend, był świetny. Oczywiście można sobie wyobrazić jeszcze bardziej spektakularnego rywala – gdyby przed sezonem zgodził się przyjechać Real Madryt, to pewnie miałoby równie duży sens – ale tutaj najważniejsze było coś innego. Legia jeszcze mocniej zintegrowała swoich kibiców z klubem, pozwoliła im przeżyć ponownie emocje związane z graczami, których kiedyś podziwiali. Mogli zobaczyć swoich dawnych i mniej dawnych idoli, niezależnie od tego, w jakiej są dziś formie czy stanie zdrowia – mówi Michał Pol.

I dodaje:

Oczywiście, patrząc na procentowe wypełnienie stadionu, na meczu w Chorzowie frekwencja była dużo mniejsza, również z racji wielkości Stadionu Śląskiego. Trybuny siłą rzeczy wyglądały mniej efektownie. Ale rozumiem organizatorów, bo spotkanie było związane z rocznicą jedynego polskiego zwycięstwa nad Anglią na Stadionie Śląskim i trudno było przenieść je na jakiś mniejszy obiekt. Generalnie uważam jednak, że w przypadku takich meczów legend czy spotkań pokazowych mniejsze stadiony często mają większy sens – łatwiej stworzyć bardziej kameralną atmosferę. W Chorzowie również pojawili się kibice, którzy przyjechali z różnych części Polski i byli emocjonalnie związani zarówno z dawnymi reprezentantami Polski, jak i Anglii. Kibice na Śląsku są zresztą trochę rozpieszczeni, bo podobnych inicjatyw odbywało się tam sporo. Pamiętamy choćby mecz legend Brazylii, na którym pojawiło się około 54 tysięcy widzów, natomiast emocje w Warszawie były zdecydowanie silniejsze, bo tutaj działał jeszcze jeden element – emocje klubowe. Dla kibica Legii ci zawodnicy byli jego zawodnikami, jego idolami, częścią historii jego klubu. Dlatego przeżycie było znacznie bardziej intensywne.

Pod względem organizacyjnym zarówno w Warszawie, jak i w Chorzowie kibic dostał to, czego oczekiwał. Była możliwość zdobycia autografu, zrobienia zdjęcia czy krótkiej rozmowy z dawnymi idolami. Na Legii zostało to trochę bardziej puszczone na żywioł i właśnie ta spontaniczność bardzo mi się podobała. Piłkarze po prostu wyszli i stali otoczeni przez kibiców. Klub zaufał swoim byłym zawodnikom i kibicom i to zadziałało, bo przecież wszyscy przyszli tam dla swoich idoli. W Chorzowie wyglądało to bardziej klasycznie – piłkarze usiedli za długim stołem, jak podczas typowego meet and greet. Fajne było również to, że spotkali się tam zarówno dawni reprezentanci Polski i Anglii, którzy mieli później zagrać, jak i legendy Orłów Górskiego, między innymi Jan Domarski czy Włodzimierz Lubański. W obu miejscach przygotowano również atrakcje dla dzieci, tak jak podczas pikników sportowych, by najmłodsi dobrze się bawili nawet wtedy, gdy nie znali jeszcze wszystkich tych nazwisk. Mam wrażenie, że Legia zrobiła to jednak z większą intensywnością, przede wszystkim ze względu na klubowy charakter wydarzenia i większą identyfikację kibiców z zawodnikami. Z punktu widzenia kibica najważniejsze jest to, że dostał produkt, za który zapłacił: zobaczył swoich idoli na boisku, mógł z nimi porozmawiać, poprosić o autograf i zrobić sobie zdjęcie. I pod tym względem wydarzenie spełniło swoją rolę.

Polska coraz częściej gra wspomnieniami

Chorzów, Łódź i Warszawa pokazują trzy różne sposoby budowania takich wydarzeń. W jednym przypadku kluczowe jest miejsce i jego historia. W drugim: rywalizacja dwóch reprezentacji i charakter charytatywny. W trzecim: dziedzictwo konkretnego klubu. Wspólny mianownik pozostaje jednak ten sam: nazwiska. Kibic chce zobaczyć ludzi, których pamięta z czasów, gdy futbol wyglądał trochę inaczej.I właśnie dlatego mecze legend stały się dla organizatorów coraz ciekawszym produktem.

Ronaldinho pokazał, że można zrobić z tego znacznie większe widowisko

Jeżeli jednak szukać w Polsce wydarzenia, które szczególnie mocno pokazało komercyjny i medialny potencjał tego formatu, trudno pominąć Ronaldinho Show. W czerwcu 2025 roku Stadion Śląski ponownie stał się miejscem spotkania futbolowych legend. Tym razem głównym bohaterem był Ronaldinho, a po jego stronie wystąpili między innymi inni znani Brazylijczycy. Po drugiej stronie pojawili się byli reprezentanci Polski oraz znane postacie sportu i show-biznesu.

I tutaj zaczyna się kolejny poziom, bo Ronaldinho nie był tylko jednym z uczestników meczu. Były gwiazdor Barcelony reklamował ten projekt swoimi personaliami.To bardzo istotna różnica. Organizatorzy nie sprzedawali po prostu spotkania Polska–Brazylia, ale też zapewniali polskiej publiczności doświadczenie związane z jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci futbolu XXI wieku.

Brazylijczyk przez lata był twarzą Barcelony, reprezentacji Brazylii i efektownego, niemal ulicznego stylu gry. Dla wielu kibiców jego obecność na Stadionie Śląskim oznaczała możliwość zobaczenia na żywo człowieka, którego najlepsze zagrania znali z nagrań i telewizji. I zainteresowanie było duże. Transmisja Ronaldinho Show w TVP Sport przyciągnęła średnio ponad 358 tys. widzów, a po uwzględnieniu oglądalności poza domem wynik przekroczył 485 tys. To ważny wynik, bo pokazuje, że taki event może funkcjonować jednocześnie jako impreza stadionowa i produkt telewizyjny.

Jeżeli na stadion przychodzi kilkadziesiąt tysięcy osób, organizator ma jeden problem: stadion ma określoną pojemność. Telewizji ten limit nie obejmuje. Mecz może oglądać publiczność w całej Polsce, a internet pozwala wyjść jeszcze dalej. W przypadku Ronaldinho od początku myślano zresztą o międzynarodowym zasięgu. Przy pierwszej edycji sygnał był udostępniany także brazylijskim stacjom, a organizatorzy informowali o dystrybucji transmisji na wiele zagranicznych rynków.

To pokazuje, dlaczego wielkie nazwisko może być dla sponsora niezwykle atrakcyjne. Marka nie musi kupować tylko ekspozycji na stadionie. Może kupować obecność przy wydarzeniu, które żyje później w telewizji, internecie, mediach społecznościowych i materiałach publikowanych przez samych zawodników.

Ale wielkie nazwisko nie zawsze oznacza wielki sukces

Historia meczów legend ma również drugą stronę. W 2023 roku w Tychach pojawili się między innymi Alessandro Del Piero, Michael Owen, Marco Materazzi i Luis García. Skład wyglądał imponująco, ale frekwencja na stadionie nie dorównała randze nazwisk.

To bardzo ważna lekcja. Można mieć mistrza świata, zdobywcę Złotej Piłki czy zwycięzcę Ligi Mistrzów. A mimo tego nie zapełnić stadionu. Dlaczego? Bo kibic musi najpierw wiedzieć, że takie wydarzenie się odbywa. Mecz legend potrzebuje więc dokładnie tego samego, czego potrzebuje każdy duży produkt rozrywkowy: odpowiedniej promocji, dobrego momentu sprzedażowego, komunikacji w mediach społecznościowych, atrakcyjnej ceny i historii, którą można opowiedzieć. Samo nazwisko już nie wystarczy. Konieczna jest odpowiednia komunikacja.

Jest jeszcze kwestia kontaktu z kibicem

W przypadku meczów legend ważna jest również dostępność graczy. Kibic nie przychodzi tylko po to, żeby zobaczyć Ronaldinho przez 70 czy 80 minut na murawie. Chce mieć z nim kontakt, zdjęcie, autograf czy kilka sekund rozmowy. Dlatego pojawia się tutaj rozdźwięk pomiędzy komercyjną wartością pakietów VIP a oczekiwaniami zwykłych widzów.

Przy Ronaldinho pojawiały się głosy rozczarowania dotyczące ograniczonego kontaktu Brazylijczyka z kibicami poza murawą. Bezpośredni dostęp do gwiazdy był w dużej mierze elementem zamkniętych pakietów. Z perspektywy organizatora może być to racjonalne. Z perspektywy fana już niekoniecznie. A właśnie emocje kibica są w tym biznesie najważniejsze.

Wrocław ma następny pomysł

I dlatego ciekawie zapowiada się kolejne wydarzenie. 4 października 2026 roku na Tarczyński Arena we Wrocławiu odbędzie się Mecz Mistrzów Polska–Włochy. Już sam skład włoskiej drużyny pokazuje, że organizatorzy chcą wykorzystać potężną dawkę nostalgii.

Gianluigi Buffon, Marco Materazzi, Luca Toni,  Gianluca Zambrotta. Po drugiej stronie między innymi: Jerzy Dudek, Sebastian Mila czy Emmanuel Olisadebe. To zestaw nazwisk, który dla kibiców wychowanych na futbolu z początku XXI wieku jest niemal gotową kapsułą czasu. Włosi przyjeżdżają z legendami drużyny, która w 2006 roku została mistrzem świata.

Buffon był wówczas jednym z bohaterów turnieju. Materazzi strzelił gola w finale. Zambrotta należał do podstawowych zawodników reprezentacji. Luca Toni był jednym z najważniejszych napastników tamtej drużyny. Po stronie polskiej pojawią się zawodnicy kojarzeni z ważnymi momentami reprezentacji przełomu wieków i późniejszych lat.

To nie przypadek, że wydarzenie nazwano Meczem Mistrzów. Tu znów sprzedawana jest nie tylko piłka. Sprzedawane są wspomnienia. Sprzedaż biletów na wydarzenie już się rozpoczęła, a wejściówki dostępne są od 59 zł. Oficjalnym operatorem sprzedaży jest eBilet.

To ważny element całego projektu. Jeśli mecze legend mają być masowym widowiskiem, muszą pozostać dostępne dla szerokiego grona kibiców. Jednocześnie organizatorzy mogą budować dodatkową ofertę premium: pakiety VIP, hospitality, spotkania z zawodnikami czy inne atrakcje. W ten sposób jedna impreza może jednocześnie być dostępna dla rodziny z dziećmi i atrakcyjna dla partnera biznesowego, który chce zaprosić swoich klientów.

Wrocław miał już w tym roku swój piłkarski hit

Co ciekawe, Mecz Mistrzów nie będzie jedynym dużym wydarzeniem piłkarskim, które w 2026 roku przyciągnęło uwagę do Wrocławia. Jeszcze przed startem nowego sezonu na Tarczyński Arenie pojawili się piłkarze Manchesteru United i AC Milan w meczu sparingowym.

To zupełnie inny rodzaj wydarzenia, współczesne gwiazdy, wielkie europejskie kluby i futbol na najwyższym poziomie, ale z punktu widzenia miasta mechanizm jest podobny. Wrocław chce być miejscem, do którego przyjeżdżają wielkie piłkarskie marki. A w tym samym roku stadion może zaoferować kibicom zarówno spotkanie Manchesteru United z Milanem, jak i powrót do przeszłości w postaci Buffona, Materazziego, Toniego, Zambrotty czy Dudka.

Polska znalazła sposób na futbolową nostalgię

Mecze legend przestają być pojedynczymi ciekawostkami. W 2026 roku zobaczyliśmy już jubileuszowy mecz Polska–Anglia na Stadionie Śląskim, drugi Mecz Gwiazd Polska–Francja w Łodzi i wielki powrót legend Legii na Łazienkowską. Do tego dochodzi wcześniejszy sukces Ronaldinho Show w 2025 roku, który pokazał, że takie wydarzenie można sprzedać nie tylko jako mecz, ale również jako produkt telewizyjny i marketingowy.

Brazylijska legenda ponownie pojawiła się na Stadionie Śląskim w Chorzowie 25 kwietnia br. I wystąpiła w pierwszej edycji Galacticos Show: Pojedynek Legend XXI wieku. Ronaldinho był wówczas jednym z kapitanów, a po drugiej stronie stanął Francesco Totti. W spotkaniu wystąpiło wiele gwiazd światowego futbolu, a Samurai Team z Ronaldinho w składzie pokonał Gladiator Team 9:4.

Teraz swoją kartę chce dopisać Wrocław. I właśnie dlatego Mecz Mistrzów Polska–Włochy może być ciekawym testem dla całego tego trendu. Czy kibice przyjdą na stadion dla wspomnień? Czy Buffon nadal potrafi przyciągnąć tłumy? Czy nazwiska Materazziego i Toniego wystarczą, żeby zainteresować młodszych fanów? Czy organizatorom uda się stworzyć wydarzenie, które będzie czymś więcej niż pokazowym meczem? Odpowiedzi poznamy 4 października. Jedno jest już jednak widoczne. W Polsce zaczyna powstawać rynek futbolowej nostalgii. A jego największym kapitałem nie są dziś wyniki ani tabela, tylko nazwiska i historie, które kibice wciąż chcą przeżywać jeszcze raz.

Udostępnij
Bartłomiej Najtkowski

Bartłomiej Najtkowski

Dziennikarz specjalizujący się w sporcie oraz jego związkach z polityką, historią, kulturą, biznesem i mediami. Przygotowuje obszerne analizy, reportaże i wywiady z czołowymi postaciami świata sportu oraz ekspertami z Polski i zagranicy. W Sportmarketing.pl jest autorem cykli „Zawód: Dziennikarz sportowy” oraz „Kobieta/Sport/Biznes”, poświęconych mediom, marketingowi i roli kobiet w branży sportowej".