Wywiady
Sport po amerykańsku
10. listopada 2011
autor: Krzysztof Baranowski
Paweł Laidler, zastępca dyrektora Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego, był naszym rozmówcą.

Kliknij na zdjęcie, aby je skomentować
„Wielki sport” wpajany jest amerykańskim dzieciom już w szkole średniej. Jakie znaczenie ma sport dla społeczeństwa w Stanach Zjednoczonych, skoro mimo takich zabiegów, mieszkańcy tego kraju uznawani są za jedno z najbardziej otyłych społeczeństw na świecie?

- Na tym właśnie polega paradoks Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony rzeczywiście ok. 15% młodzieży jest otyła, z drugiej zaś nigdzie indziej na świecie nie znajdziemy tylu starszych ludzi czynnie uprawiających sport, a przynajmniej biegających każdego dnia po parku. Ameryka od dziecka jest nakierowana na sport z dwoch powodów: po pierwsze sport to zdrowie i w takiej formie jest promowany już od najwcześniejszych dni w szkole. Każde dziecko nie tyle może, ile musi uprawiać sport w formie czynnej, w tygodniu jest kilka godzin na zajęcia sportowe, może to być lekkoatletyka, basen, sport zespołowy. A jeśli nawet dzieci nie biegają za piłką to ogladają zawody szkolne i kibicują swoim rówieśnikom. W taki sposób promuje się pewną postawę życiową, która później procentuje. Po drugie, natomiast, Amerykanie wiedzą że sport to wielki biznes i wielkie pieniądze. I to drugi powód, dla którego, już na etapie szkół średnich rozpoczyna się wyszukiwanie i promowanie talentów, które w przyszłości będą decydować o popularności danej dyscypliny. Dla wielu młodych ludzi, najczęściej tych z biednych rodzin, to zresztą jedyna szansa na wybicie się, studiowanie i zarobienie wielkich pieniędzy.

- Jak na przestrzeni dziejów kształtował się sport w USA? Jakiego znaczenia nabierał z kolejnymi latami?

- Można długo opowiadać historię sportu amerykańskiego. W skrócie wyglądało to mniej więcej tak, że w drugiej połowie XIX wieku, gdy w Europie (głównie Anglii) zasady sportów zespołowych zaczęły być kodyfikowane i w efekcie władzę nad nimi objęły związki sportowe i ligi zawodowe, Amerykanie przejęli ten element sportu i rozwinęli na niespotykaną do tej pory skalę. Część sportów skopiowali od Europejczyków, inne zmodyfikowali, jeszcze inne „wynaleźli”, choć jest to dyskusyjne (jak np. koszykówkę, której zasady gry wymyślił jednak Kanadyjczyk). W każdym razie koniec XIX wieku to pierwsze rozgrywki sportu zawodowego. Przykładowo w 1895 roku jeden z futbolistów za mecz dostał gażę w wysokości 500 dolarów, co na tamte czasy było ogromną sumą pieniędzy. Wyszedł na boisko, zrobił kilka przyłożeń i dzięki niemu drużyna wygrała mecz.

Dziś takich różnic w poziomie sportowym może nie ma, ale za to gaże są, jak na obecne czasy, horendalnie wysokie. Trzeba powiedzieć, że w XX wieku najważniejszym momentem był rozwój telewizji, czyli lata sześćdziesiąte. Wtedy dostrzeżono w telewizji możliwość promowania sportu, a także zarobienia na sporcie jeszcze większych pieniędzy. Przykładem może być decyzja z końca lat siedemdziesiątych dotycząca transmisji wyścigów NASCAR, które dla widzów telewizyjnych wydawały się mało atrakcyjne. Tymczasem jeden z wyścigów skupił rekordową oglądalność ponieważ kierowcy mieli kraksę, po czym wysiedli z samochodów i zaczęli się okładać na oczach milionów Amerykanów. Oglądalność stacji wzrosła, a transmisje wyścigów NASCAR do dziś skupiają uwagę wielu kibiców sportów motorowych. Współcześnie sport amerykański to wielkie skucesy międzynarodowe, to najważniejsze (zdaniem Amerykanów) ligi zawodowe świata i to wielkie pieniądze, zarówno z uprawiania sportu, jak i jego reklamowania. Z tej perspektywy kamieniem milowym było oczywiście pojawienie się Michaela Jordana, który dla reklamy w sporcie zrobił na pewno najwięcej i którego do dziś nazywa się Jordan Incorporated. 

- Jakie różnice między Europejczykami, a Amerykanami sprawiają, że na różnych kontynentach popularniejsze są inne sporty. Co tamtejsze społeczeństwo widzi w bejsbolu, czy futbolu amerykańskim, czego nie dostrzegają – najprostszy przykład – w piłce nożnej?

- To częste pytanie. Amerykanie uwielbiają sport, który nie sprowadza się tylko do oglądania samych zawodów, ale do wszelkich aspektów około sportowych – kibicowanie, spotkanie ze znajomymi, jedzenie i picie, kolekcjonowanie gadżetów, itd. A to daje im baseball czy futbol – mecze trwają po kilka godzin i większość zgromadzonych na stadionach kibiców wcale nie patrzy przez cały czas na zawody sportowe. Jednak prawdziwa różnica jest w charakterze zawodów, które rzadko kończą się remisem. Gra się przecież po to, żeby wygrać. Co więcej, należy zdobywać dużą ilość punktów, bo w sporcie chodzi właśnie o bramki, przyłożenia, „home runs”, czy kosze.

Z tej perspektywy wielu Amerykanów nie rozumie jak można oglądać przez 90 minut mecz piłkarski, który może skończyć  się remisem i co gorsza, remisem 0-0. Takie sporty jak baseball, futbol czy koszykówka były w Stanach Zjednoczonych od ponad stu lat i to nierzadko od samego początku w formie zawodowej i amatorskiej. Piłka nożna status sportu zawodowego uzyskała na początku lat dziewięćdziesiątych i za wcześnie jest aby oceniać jaka będzie jej popularność w przyszłości. Co więcej, zaryzykuje i powiem, że widzę „soccer” w pierwszej trójce sportów amerykańskich, ale za kilkanaście, kilkadziesiąt lat – coraz więcej ludzi uprawia tę dyscyplinę, dzieci obok baseballu najczęściej grają właśnie w piłkę, no i zwiększa się ilość imigrantów latynoskich, dla których piłka nożna to świętość.

- Tak jak przypuszczałem - „soccer” w ostatnich latach popularyzuje się w szybkim tempie.

- Dokładnie. Młodzi chłopcy, ale przede wszystkim dziewczynki, w wieku 6-10 lat, kilka razy w tygodniu grają w piłkę i to często pod okiem nauczycieli (w szkole) lub trenerów (zajęcia pozaszkolne). W Stanach Zjednoczonych powstała nawet instytucja określana jako „Soccer Mom”, czyli mama, która pośród obowiązków rodzinnych ma za zadaniem zawozić i odbierać dzieci z treningów piłkarskich. Popularność tej dyscypliny wśród kobiet może zaskakiwać, ale nie zaskakuje już dlaczego Amerykanki mają jedną z najlepszych drużyn piłkarskich świata. Panom jeszcze trochę brakuje do sukcesów pań, ale jestem przekonany, że za jakiś czas będą światową czołówką, bo jak sobie postawią pewien długofalowy cel, będą do niego usilnie dążyć mimo trudności. No i dlatego, że jest ich ponad 300 milionów i jest z kogo do tej reprezentacji wybierać. Mistrzostwa świata roku 1994 miały spopularyzować piłkę nożną i rzeczywiście od tego czasu widać coraz większe zainteresowanie tym sportem. Ale ligę zawodową wciąż ogląda o wiele mniej ludzi niż MLB, NFL czy NBA. Myślę, że dopiero znaczący sukces męskiej reprezentacji piłkarskiej na dużej imprezie mistrzowskiej spowoduje boom na soccera w USA.

- Istnieje przekonanie, że sporty drużynowe wypracowują wspólnotę obywatelską – tak ważną dla Amerykanów?

- To jedna z przyczyn, dla której Amerykanie tak kochają sporty zespołowe. Mimo, że w każdej niemal drużynie są indywidualności, dla których ludzie przychodzą na stadiony, to jednak nagradzana jest przede wszystkim zespołowość. Zresztą już od małego wpaja im się konieczność rywalizacji, ale jeżeli w grę wchodzą wspólne interesy, jak np. dobro drużyny, wtedy tłumaczy im się, że powinni zapomnieć o indywidualiźmie kosztem współpracy, co w przyszłości opłaci się również każdemu zawodnikowi z osobna. De Tocqueville pisał w XIX wieku, że Europejczyków najbardziej różni od Amerykanów podejście do obywatelskości. Amerykanie rzeczywiście od zawsze sami podejmowali oddolne inicjatywy mające na celu budowanie lokalnej wspólnoty. W sporcie jest to widoczne choćby w kontekście niesamowitej infrastruktury jaką Amerykanie dysponują. To prawdziwa przyczyna sukcesu ich sportowców. Tam każdy, niezależnie od dyscypliny, jest w stanie potrenować (zawodowo lub amatorsko) na boiskach, bieżniach, basenach, kortach, w salach gimnastycznych na czy polach golfowych. Mając taką infrastrukturę łatwo o kształcenie dzieci i krzewienie w narodzie ducha sportu.

- Jak szalejący na świecie kryzys ekonomiczny wpłynąć może na sport Stanów Zjednoczonych?

- Widać to po ligach zawodowych. Niektóre ligi nie są w stanie porozumieć się ze sportowcami w sprawie ewentualnych renegocjacji kontraktów czy ograniczania możliwości zawierania kontraktów reklamowych. Ludzie wydają mniej pieniędzy na sport, to zrozumiałe. Ale nie sądzę, żeby obecny kryzys głebiej odcisnął się na amerykańskim sporcie. Po pierwsze, telewizja wciąż ma się dobrze, a to ona napędza biznes sportowy w USA. Po drugie, właśnie w cięższych czasach ludzie potrzebują bohaterów, idoli, a takimi niewątpliwie są sportowcy, oczywiście pod warunkiem, że tematem codziennym nie są ich zarobki, ale umiejętności. I po trzecie, coś co jest głęboko zakorzenione w kulturze, jak właśnie sport, oprze się wahaniom na rynkach finansowych. Najlepszym dowodem jest frekwencja na meczach najważniejszych lig zawodowych, która od 2008 spadła, ale nieznacznie. Przykładowo, mieszkańcy Waszyngtonu, D.C., wciąż będą stać w korkach na sześciopasmowej autostradzie Beltway, żeby obejrzeć mecz ich futbolowych idoli, Washington Redskins.

Dla Amerykanów sport to element codziennego życia, z którego raczej nie będą rezygnować. Tak jak nie będą rezygnować z uprawiania sportu, który w większości przypadków jest po prostu tani, dzięki doskonałej infrastrukturze i powszechności akcesoriów potrzebnych do jego uprawiania.

- Sport może być ucieczką od codziennych problemów dla zadłużonego społeczeństwa?

- Zdecydowanie. Przypomnę, że w czasach komunizmu mało co tak skupiało uwagę całego społeczeństwa jak sukcesy sportowe „Orłów Górskiego” czy pojedyncze wygrane w innych dyscyplinach z drużynami państw ościennych. W czasach zimnej wojny za największy sukces sportowy Amerykanie uznali półfinał turnieju olimpijskiego w hokeju na lodzie w Lake Placid, gdzie amerykańscy studenci wygrali z niepokonaną wówczas drużyną ZSRR. Dziś, choć zagrożenia komunizmem nie ma, to jednak wspólny wróg, jakim jest kryzys może spowodować, że bez konieczności wydawania wielkich sum pieniędzy, Amerykanie będą zapominać o problemach uprawiając sport, chodząc na mecze lub oglądając transmisje w domach.

- Swego czasu w wielu sportach USA wprowadzono do rozgrywek ligowych limity płacowe, tzw. „salary cap”. Jak wpływają one na rozwój poszczególnych dyscyplin?

- Według mnie było to koniecznością, ze względu na coraz większe różnice w zarobkach gwiazd sportu zawodowego i reszty społeczeństwa. Proszę jednak nie myśleć, że te ograniczenia są drastyczne. W baseballu, futbolu, czy koszykówce wciąż zarabia się miliony dolarów, a ograniczenia dotyczą głównie pensji za grę. Trudniej jest ograniczyć zarobki z reklamy, a one niekiedy stanowią podstawę fortuny sportowca. Zobaczmy na przykład Davida Beckhama, z którym kilka lat temu L.A. Galaxy podpisało lukratywny kontrakt na 250 milonów dolarów. Sęk w tym, że ponad 90% tej kwoty Beckham miał zarobić z reklam, co zresztą umiejętnie uczynił. Paradoks pieniędzy w sporcie polega na tym, że nawet jeśli wypowiemy znamienne słowa, że pieniądze niszczą sport, to każdy uważny obserwator historii sportu amerykańskiego stwierdzi, że funkcjonuje on właśnie dzięki pieniądzom.

- Czy w Stanach Zjednoczonych notowano problemy z korupcją w sporcie? Jak sobie z nimi radzono?

- Najgłośniejszym skandalem korupcyjnym w początkach XX wieku był mecz finałowy ligi baseballowej w 1920 roku, kiedy to drużyna Chicago White Sox odpuściła mecz rywalom, a kiedy to wyszło na jaw, media i politycy rozpętali burzę, która doprowadziła do procesu i licznych skazań. Skandal ten, nazywany do dziś „Black Sox Scandal” pokazuje, że Ameryka od zawsze walczyła z korupcją w sporcie. To nie znaczy, że nie ma w sporcie korupcji i skandali. Najwięcej niestety dotyczy dopingu, który szczególnie w lekkiej atletyce i kolarstwie przybrał zjawisko niemal powszechne. Można powiedzieć, że choć globalnego zjawiska korupcji w sporcie zespołowym oficjalnie nie wykryto, to jednak z uwagi na ogromne pieniądze i wpływy, na pewno nieobce są próby przekupywania sędziów, działaczy czy zawodników. Jednak, jak do tej pory Ameryka może podtrzymywać miano państwa nakierowanego na walkę z korupcją w sporcie, co często powtarzają politycy, jak i sami działacze sportowi... Pytanie tylko, jak długo?

- A problemy z zachowaniem kibiców na stadionach? Zdarza się Amerykanom niszczyć własne stadiony?

- Raczej należy to do rzadkości. I nie jest bynajmniej związane z mniejszą popularnością piłki nożnej w USA…  Ktokolwiek zachowa się niewłaściwie na stadionie, jest od razu wykrywany dzięki systemowi monitoringu i traktowany jak kryminalista – pod tym względem Amerykanie są bardzo stanowczy i bardzo skuteczni. Chodzi również to, że generalnie istnieje w Ameryce poczucie dobra wspólnego jakim jest ulica, park, stadion. Oczywiście nie brak tam dewiacji, jak wszędzie na świecie, jak również przestępczości zorganizowanej, ale nie jest ona bezpośrednio powiązana ze sportem, a tzw.stadiony rodzinne są czymś naturalnym. Wierzę, że wkrótce będzie tak można również powiedzieć o naszych stadionach.


Rozmawiał Krzysztof  Baranowski

powrót » do góry » drukuj wyślij link komentarze (0) dodaj komentarz
© 2010-2019 SPORTMARKETING.PL. All rights reserved.