Artykuły
Sukces czy wtopa, czyli o co chodzi z tym Pucharem Polski?
12. maja 2014
autor: Rafał Żochowski - FaceTheSport.pl
Mecz Zawiszy Bydgoszcz z Zagłębiem Lubin rozpalił emocje niemal do białości, choć nie były to emocje czysto sportowe.


Znacznie więcej kalorii pochłaniała walka obrońców i przeciwników finału PP w tym kształcie. Jedni robili wszystko, by organizatora – PZPN – deprecjonować, drudzy by go bronić. Sytuacja stała się kuriozalna do tego stopnia, że jednym z argumentów przeciwników stały się nawet… niskie ceny biletów. Kabaret.
 
Tytułem wstępu – w jakich realiach PZPN przystępował do organizacji tegorocznego finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie? Mówiąc delikatnie – ludzie Bońka mieli pod górkę. Najpierw z rozgrywek odpadły Lech Poznań, Legia Warszawa, Śląsk Wrocław czy Wisła Kraków i kiedy wydawało się, że finał mogą jeszcze uratować derby Pomorza między Arką i Lechią, oba trójmiejskie kluby również postanowiły się z tych rozgrywek wyłączyć. Do finału doczołgały się więc kluby z Bydgoszczy i Lubina, które pod względem potencjału marketingowego i zainteresowania masowego widza – bądźmy szczerzy – potęgami nie są.
 
Jakby tego było mało – zorganizowane grupy kibiców Zawiszy przerabiają w ostatnich miesiącach „wariant warszawski”, czyli mówiąc najoględniej ich stosunki z właścicielem klubu – Radosławem Osuchem – nie są najlepsze. Od razu zaznaczę, że nie zamierzam wdawać się w szczegóły tego konfliktu. Ważny jest efekt, czyli bojkot meczów, w tym również finału PP. Jakby tego było mało, kibice Zawiszy i Zagłębia żyją w dobrych relacjach, więc lubinianie – demonstrując lojalność wobec zaprzyjaźnionej ekipy – również z udziału w meczu na Stadionie Narodowym zrezygnowali. Słowem: dramat. Nie dość, że oba kluby nie są medialnymi potęgami, to jeszcze zorganizowane grupy kibiców obu klubów, które mogłyby z powodzeniem zapewnić fajną atmosferę na stadionie, zdecydowały przyjazd do stolicy odpuścić.
 
W takiej mniej więcej sytuacji znalazł się Polski Związek Piłki Nożnej, przed którym stało zadanie zapełnienia choć w części obiektu mogącego pomieścić ponad 50 tysięcy kibiców.
 
I tutaj zaczęła się wspomniana we wstępie „walka” przeciwników i zwolenników. Dla mnie kuriozalna i niezrozumiała, ale po kolei. Od samego początku przedstawiciele strony kibicowskiej w myśl zasady „im gorzej tym lepiej” liczyli na całkowitą klapę finału. Byłby to niezbity dowód na to, że bez współpracy ze zorganizowanymi grupami kibiców nie da się zorganizować finału z odpowiednią frekwencją, oprawą i atmosferą. Oczywiście jest w tym trochę prawdy – z kibicami rozmawiać trzeba, a ich udział w finale z pewnością przełożyłby się na nieco lepszą frekwencję oraz z pewnością lepszą piłkarską atmosferę. Nie ma w tym twierdzeniu nic odkrywczego. W przypadku finału PP  PZPN stał się jednak ofiarą rozgrywek na linii kibice-kluby i choć wstępne rozmowy na temat przyjazdu zorganizowanych grup były prowadzone, to ostatecznie strona kibiców z Bydgoszczy przez wzgląd na konflikt z właścicielem postanowiła odpuścić. Kibice z Lubina poparli zaprzyjaźnioną ekipę. Ich prawo.

 
Związek do zaistniałej sytuacji podszedł według mnie perfekcyjnie. Niskie ceny biletów oraz działania prowadzone przez departamenty mediów oraz marketingu były przemyślane i – co najważniejsze – skuteczne. Przełożyło się to ostatecznie na frekwencję w okolicach 35 000 kibiców, co trzeba uznać za ogromny i niepodważalny sukces. Ale czy na pewno?
 
Dla osób, które od początku liczyły na klapę finału nawet ten wynik stał się… potwierdzeniem ich tez. Bo przecież:
- bilety były tanie (to źle, że były tanie?!);
- tanie bilety przyciągnęły na trybuny przypadkowe osoby, które nie były zainteresowane meczem, tylko chciały zobaczyć stadion (i co z tego? to źle, że przyszły?);
- tanie bilety sprawiły, że PZPN na organizacji stracił (nawet jeśli, to…?);
- gdyby grały np. Legia z Lechem to byłyby droższe (pożyjemy, zobaczymy);
- (mój absolutny faworyt) gdyby grała Legia z Lechem, to mecz nie odbyłby się na Stadionie Narodowym (nie wiem skąd ta pewność, skoro PZPN podpisał z operatorem umowę na 3 lata);
i tak dalej…
 
Wymieniłem najczęściej poruszane argumenty, więc szybko je przeanalizuję. Co z tego, że bilety na mecz były tanie? Doskonale rozumiem „obrażonych” na finał – gdyby były droższe, to zapewne frekwencja byłaby niższa, a więc mogliby powiedzieć, że mieli rację. Związek postąpił jednak słusznie i trudno go winić za to, że nie położył głowy pod topór i wysokimi cenami nie zarżnął tego meczu do końca. To jest właśnie marketing, tak wygląda dostosowanie się do zaistniałej sytuacji. Czy bilety będą w podobnych cenach za rok? Prezes Boniek złożył taką obietnicę, więc nie pozostaje nic innego, jak poczekać do 2. maja 2015 r.
 
Rozbawił mnie argument, że PZPN do organizacji imprezy dołożył. Ogólnie nieprzerwanie bawi mnie zaglądanie PZPNowi do kieszeni i traktowanie tej instytucji, jakby była publiczna. PZPN to prywatne stowarzyszenie i może robić ze swoimi pieniędzmi co tylko zechce. Jeśli zarząd uznał, że chce do organizacji dołożyć – ich prawo. Nie wiem dlaczego miałby to być argument przeciwko niskim cenom biletów. PZPN odpowiada przez Walnym Zgromadzeniem Delegatów, a nie wyborcami. Jeśli delegaci na zjeździe uznają, że była to niegospodarność – zmienią władze i już. Czy PZPN stracił finansowo na organizacji? Nie wiem. Nie jest to w mojej ocenie najważniejsze.
 
Co by było, gdyby w finale zagrały wrogie sobie ekipy, np. Legia i Lech? Z pewnością różnego rodzaju szumu w mediach byłoby więcej, a sam PZPN miałby o wiele łatwiejsze zadanie z marketingowego punktu widzenia. W zasadzie nie musiałby robić nic, a stadion zapełniłby się sam. Pewnie przy okazji takiego meczu zaistnieć chciałby pan wojewoda Kozłowski (o ile nie byłby w tym czasie zajęty kampanią do Europarlamentu), ale ostatecznie mecz by się odbył i byłby wielkim wydarzeniem. Jak już kiedyś pisałem - Stadion Narodowy jest miejscem idealnym do rozegrania Finału Pucharu Polski.


 
W momencie, w którym okazało się, że na Stadion Narodowy przyjdzie ponad 30 000 widzów,  grupa „krytyków” zmieniła taktykę. Zaczęło się deprecjonowanie tych, którzy na mecz poszli. Mogliśmy więc przeczytać że były to zorganizowane wycieczki, darmowe przejazdy, przypadkowi ludzie niezainteresowani piłką, osoby chcące zobaczyć stadion itp. itd. Nawet przyjmując że tak właśnie było, chciałbym zapytać: I CO Z TEGO? Stadion Narodowy został zapełniony w 70% i nie widzę powodu, dla których mielibyśmy pomniejszać wkład tych ludzi w to jak, finał wyglądał. A jak wyglądał? Oczywiście nie było gorącej atmosfery tworzonej przez ultrasów, nie było bezustannego dopingu, opraw i klubowych flag. To wszystko prawda, ale warto zadać sobie pytanie – dlaczego nie było, kto jest za to odpowiedzialny i jaki wpływ na to miał PZPN? Z pewnością gdyby do Warszawy przyjechali najzagorzalsi fani Zawiszy i Zagłębia mecz miałby znacznie piękniejszą oprawę. Ale w sytuacji bojkotu tych grup Związek poradził sobie doskonale i wyszedł z całego zamieszania obronną ręką. Oczywiście tym, którzy liczyli na spektakularną klapę i pusty stadion jest to nie w smak. Rozumiem.
 
PZPN wykonał przy finale świetną robotę, a jej efekty będziemy obserwować w kolejnych latach. Odbudowa prestiżu finału PP to proces wymagający czasu oraz jeszcze większych nakładów. Zbyt długo była to impreza traktowana jak przykry obowiązek, zaległości są więc ogromne. Pierwszy krok został jednak wykonany i teraz musi być tylko lepiej. Fajnie, gdyby te rozgrywki zaczęły być poważniej traktowane także przez czołowe kluby. Nie ulega wątpliwości, że udział w przyszłorocznym finale znanych „firm” pomógłby organizatorom. Ale to jest sport. Przed rokiem podsumowując dwumecz Legii ze Śląskiem napisałem:
 
Przeciwnicy jednego finału wskazują też na inne zagrożenie: co w sytuacji, gdy do finału dojdą nie Legia, Lech, Śląsk czy Wisła, ale Ruch, Podbeskidzie, Nieciecza czy Piast? Czy wtedy Stadion Narodowy nie będzie świecił pustkami? W mojej ocenie to właśnie jest największe wyzwanie dla Polskiego Związku Piłki Nożnej. Zachowując wszelkie proporcje: na SuperBowl nie idą tylko kibice dwóch grających w tym meczu drużyn. Zadanie związku to wykreowanie PRODUKTU jakim jest finał Pucharu Polski. Produktu, który przyciągnie uwagę kibiców i obserwatorów bez względu na to, kto w tym meczu zagra.
 
Zadanie jest oczywiście trudniejsze w przypadku, gdy w finale zagrają mniej popularne kluby, ale przecież taki jest urok piłki. W finale Pucharu Anglii Manchester City zagrał z Wigan. Władze F.A. pewnie wolałyby, aby zamiast tych drugich grał Manchester United lub Chelsea. Prestiż tych rozgrywek jest jednak tak wielki, że przyciąga uwagę wszystkich bez względu na to, komu kibicują. Finał Pucharu Anglii to na Wyspach święto piłki i takie samo zadanie stoi przed Polskim Związkiem Piłki Nożnej.
 
Po latach zaniedbań i traktowania Pucharu Polski jako zła koniecznego czas wyjść do ludzi. Stworzyć wydarzenie, na którym wszyscy będą chcieli być i w którym będą chcieli uczestniczyć. Stworzyć „modę” na Finał Pucharu Polski, bez względu na to, kto w nim zagra. Zadanie niełatwe, zadanie na lata. Ale jeśli mamy wrócić do piłkarskiej cywilizacji – innej drogi nie ma.
 
Moim zdaniem nie ma dla finału Pucharu Polski innego miejsca, niż Stadion Narodowy. Znalezione w sieci opinie, że „już lepiej rozegrać ten mecz gdzieś po cichu w Bełchatowie” zbyć mogę tylko śmiechem. To powinna być ważna impreza w piłkarskim kalendarzu i mam nadzieję, że finał A.D. 2014 był punktem przełomowym. A jeśli za rok będziemy mieć szansę delektowania się starciem Legii, Lecha, Wisły czy Śląska, to będzie jeszcze wspanialej. Także dzięki tegorocznym doświadczeniom i wykonanej pracy.
 
Co mi się podobało:
- działania promocyjne ludzi PZPN, przede wszystkim materiały wideo publikowane w youtubowym kanale „Łączy nas piłka”
- akcje na mieście: ulotki, spacer po Warszawie z miniaturką pucharu, zaangażowanie sławnych ludzi ze środowiska piłkarskiego – trenerów, byłych piłkarzy itp.
- akcje w sieci spięte hashtagiem #WszyscyNaPuchar głównie na Twitterze oraz Facebooku
- niskie ceny biletów
- połączenie Finału PP z akcją „O Puchar Tymbarku”
 
Co mi się nie podobało:
- brak dystrybucji biletów „offiline” w kasach przy Stadionie Narodowym. Z tego co wiem sprzedaż w punktach STS nie szła zbyt sprawnie. 
- jakość realizacji transmisji TV. Poziom odbiegał wyraźnie od tego, jaki prezentuje LivePark przy okazji meczów Ekstraklasy.
- brak transmisji w TVP, dramatycznie słaba jakość obrazu w Orange Sport
- brak obecności przedstawicieli najwyższych władz państwowych. Puchar jest rozgrywany pod patronatem Prezydenta RP. Ostatnim który pojawił się na finale był bodaj Aleksander Kwaśniewski.
 
Co bym poprawił:
- obecność „na mieście” – plakaty, billboardy, jakiegoś rodzaju akcje promocyjne na ulicach w centrach handlowych itp. Tak, aby Warszawa „kipiała” finałem Pucharu Polski, aby widać było na każdym kroku, że to duże wydarzenie.
powrót » do góry » drukuj wyślij link komentarze (0) dodaj komentarz
© 2010-2019 SPORTMARKETING.PL. All rights reserved.