Wywiady
Siniecki: W życiu imponują mi osoby, które doszły do wszystkiego same
21. lutego 2013
autor: Karolina Michalik
źródło: SOS dla Gorzowskiego Sportu
- Do wszystkiego dochodzę sam - twardo deklaruje Michał Siniecki, szef marketingu GTPS Gorzów, a także prezes stowarzyszenia SOS dla Gorzowskiego Sportu.

W styczniu, dokładnie szóstego skończył 19 lat. Nie posiada wyższych studiów, a ma za sobą bagaż doświadczeń w pracy zawodowej. Współpracował m.in. z dwukrotnym mistrzem Polski w wyścigach samochodowych Łukaszem Błaszkowskim, jest szefem marketingu legendarnego klubu siatkarskiego GTPS Gorzów. To jednak za mało. W grudniu powołał stowarzyszenie "SOS dla Gorzowskiego Sportu". 

- Jak w tak młodym wieku można posiadać tak bogaty życiorys?
Michał Siniecki: - Staram się realizować swój życiowy plan krok po kroku. Być może dlatego, że lubię mieć wszystko w życiu poukładane. Niestety, życie różne spłata figle i momentami potrafi mocno kopnąć człowieka w przysłowiowe cztery litery.

- Co motywuje Pana do dalszej pracy?
- Od najmłodszych lat, dzień w dzień, gdy się budziłem, marzyłem o rzeczach, o których moi rówieśnicy zapewne nawet nie słyszeli. Marzyłem, aby kiedyś stanąć na szczycie dużego przedsiębiorstwa i któregoś dnia spojrzeć w lustro i powiedzieć „Siniecki, swój plan zrealizowałeś. Zrobiłeś to tylko i wyłącznie sam! Jestem z ciebie dumny”. Trzeba mieć marzenia. Jak to mówi Piotr Kaszubski: „Lamborghini samo nie podjedzie pod twój garaż".

- Jak tak w ogóle zaczęła się Pana kariera zawodowa?
- Sport to tak moje całe życie. To on nauczył mnie takich cech osobowości jak pracowitość czy odpowiedzialność. W wieku 10 lat tato zapisał mnie do klubu piłkarskiego FC Kłodawa 13. Następnie z Kłodawy wraz z trenerem Jerzym Wandeltem przeniosłem się do Piasta Karnin, stamtąd do juniorskiej grupy GKP Gorzów. Tam poznałem wielu wspaniałych ludzi. Niestety, ze względu na kłopoty finansowe klub przestał istnieć i zostałem z kartą w ręku. Chciałem kończyć już swoją przygodę z piłką, jednak kolega namówił mnie do przejścia do czwartoligowego Błękitni Lubno, w których to barwach jestem po dzień dzisiejszy. Nie jestem osobą, która łudzi się, że zrobi karierę w piłce nożnej. Temat piłki odpuściłem dwa czy trzy lata temu i postanowiłem zająć się czymś bardziej pożytecznym, co może przynieść korzyści, nie tylko finansowe. Pojawiła się opcja współpracy przy teamie u Łukasza Błaszkowskiego i tak się w zasadzie zaczęło...

- Nie pracował Pan nigdzie indziej?
- Oczywiście, że pracowałem. Zdarzały się tzw. prace sezonowe czy też dorywcze. Od rodziców nigdy nie otrzymałem kieszonkowego. Niestety, nie byłem lubianym pracownikiem, ponieważ lubię tworzyć swoje zasady i jeśli mi coś nie pasuję, mówię o tym głośno. Momentami nie potrafię ugryźć się w język, być może dlatego, że czuje ogromną potrzebę bycia niezależnym. Tutaj trzeba by zagłębić się bardziej.

- Nie brakuje panu nigdy tego, że nie żył tak jak inni nastolatkowie?
- Ale ja żyje jak normalny nastolatek. Można mnie spotkać na dyskotece, na basenie, w kościele. Jestem normalną osobą. Nigdy nie poczułem się lepszy od kogoś tylko dlatego, że jestem na tzw. stanowisku. To jest tylko praca.

- Jak Pan to robi, że mimo tylu obowiązków ma Pan czas na wszystko?
- Przede wszystkim dobrze zorganizowany czas oraz pogodzenie wszystkich obowiązków. Dobry plan dnia to podstawa. Wiadomo momentami są rzeczy, które muszę oddać dobre za wspaniałe, ale nie żałuję swoich wyborów, nawet jeśli jest on nie trafiony. Pieniądze są w życiu ważne, ale to rodzina powinna być na pierwszym miejscu. To czego chcę mieć w życiu to kochającą żonę i zdrowe dzieci. W pracy zawodowej marze o sukcesie, a pieniądze są tylko miłym dodatkiem.

- Co Panu w życiu imponuje?
- W życiu imponują mi osoby, które doszły do wszystkiego same. Co to za frajda jeździć ojca samochodem i wyrywać panienki? Frajda będzie, jak podjedziesz swoim autem, na które ciężko pracowałeś. Tak już zostałem wychowany.

- Nie trafia Pan na sytuację typu: pewnie mu rodzice załatwili.
- Z tego typu sytuacjami mam do czynienia praktycznie codziennie. Zatem mogę tutaj ogłosić, iż do wszystkiego dochodzę sam. A rodzice? Tato pracuje u prywaciarza w firmie produkującej m.in. kute ogrodzenia, bramy itp., choć sam myśli nad własnym przedsiębiorstwem. Mama natomiast pracuje w fabryce jako pracownik produkcji.

- Skąd czerpie Pan wsparcie?
- Rodzice zbytnio nie wierzą w to, co robię. Rodzina ma inne spojrzenie na to. Patrzy, jak na rzecz dodatkową. Jestem osobą samotną, wsparcie czerpię z samego siebie.

- Nie boi się Pan, że nie traktują pana poważnie?
-Jeżeli ktoś ma coś do zaoferowania, to powinien zostać wysłuchany nawet przez milionerów czy miliarderów. Czasami 15 latek ma taki pomysł, o którym pan Kulczyk, którego bardzo szanuję, nawet nie śnił. Skoro biznesmen nazywa się profesjonalistą, to nie powinien patrzeć na wiek, kolor skóry, ubiór czy fryzurę. Zawsze, gdy spotykam się z dyrektorem lub prezesem dużego koncernu, wychodząc z siedziby firmy, mówię sobie: „Fajny miał fotel. Za jakiś czas to ja na nim usiądę”.

- Jest Pan bardzo pewny siebie.
- To nie pewność siebie, tylko marzenia i cel. Każdy cel jest do spełnienia. Osobiście marzę o podróży dookoła świata i wiem, że kiedyś wyruszę w taki rejs. Muszę wierzyć w siebie, bo wiara czyni cuda i sam przekonałem się o tym na własnej skórze.

- Nie myślał Pan, aby wyruszyć zagranicę i tam robić karierę zawodową?
- Co ja osiągnąłem w Polsce, aby robić karierę zagranicą? Najpierw osiągnijmy coś na krajowym podwórku, a potem myślmy o zagranicy. Wielu ludzi, zwłaszcza młodych, mówi, że jadą robić karierę do Anglii. De facto ich kariera kończy się na zmywaku w restauracji. Jadą tam ludzie bez pomysłu na siebie, bez pomysłu na swoje życie. Jest wiele możliwości w Polsce na rozwój. Dobrym przykładem są fundusze Unii Europejskiej.

- Mądre, ale mocne słowa.
- Niestety prawdziwe. Taka jest rzeczywistość. Ktoś chce zostać dyrektorem banku, siedząc cały czas w domu z pilotem w ręku. Tak to my gospodarki nie rozwiniemy. Nienawidzę ludzi, którzy siedzą i krytykują w internecie kogoś wygląd, jaka ta osoba jest. Ja chciałbym zadać im pytanie: A jak wy wyglądacie? Co osiągnęliście w życiu? Jaki macie pomysł na siebie? To jest tak zwana grupa napinaczy internetowych.

- To może teraz przejdziemy w temat zawodowy. Po co Panu to stowarzyszenie?
- Wystarczy otworzyć lokalną gazetę i sprawdzić dział sportowy. Serce się kraje, jak czytam, że piłkarze ręczni przegrywają mecz za meczem, piłkarze nożni grają po wioskach, a tenisiści stołowi nie mają pieniędzy, aby pojechać na mecz. To chora sytuacja. Sport w Gorzowie Wielkopolskim ma bardzo bogatą historię.

- Jakie ma Pan plany na przyszłość?
- Jeśli rozmawiamy o pracy zawodowej, to przede wszystkim osiągnięcie sukcesu ze stowarzyszeniem, a także założenie do końca lutego agencji sportowej. W 2014 r. chciałbym kandydować do Rady Miasta Gorzowa. Jest wiele do zrobienia, do poprawy. Ale czy się dostanę, zadecydują wyborcy.
powrót » do góry » drukuj wyślij link komentarze (5) dodaj komentarz
© 2010-2019 SPORTMARKETING.PL. All rights reserved.